Jesienny spacer na Takao-san (高尾山)

Od powrotu z Kanazawy popadłam w tokijską rutynę, przepełnioną masą biurokracji, nauki i nudnych codziennych obowiązków. Po tygodniu „codzienności” obiecałam sobie, że pojadę coś zobaczyć, choćby na kilka godzin, żeby totalnie nie zgnuśnieć. Po wywleczeniu się z łóżka w sobotę rano, otworzyłam okno i zdziwiłam się niezmiernie, widząc błękitne bezchmurne niebo i piękne promienie jesiennego słońca. Po śniadaniu podjęłam szybką decyzję o wypadzie w góry na zachód od Tokio – za cel obrałam sobie jedno z najpopularniejszych miejsc wśród Tokijczyków na odpoczynek od miejskiego zgiełku, czyli górę Takao-san (高尾山).

Miesiąc temu wybrałam się do Nikkō (日光), na północny-wschód od Tokio, w celu podziwiania czerwieniących się liści, więc tym razem stwierdziłam, że warto pojechać gdzieś w przeciwnym kierunku. Na szczęście ze stacji Shinjuku odjeżdża bezpośredni pociąg linii Keiō pod prawie samą górę, do stacji Takaosan-guchi (高尾山口). Jako że podróż z Shinjuku trwa niecałą godzinę, to rozsiadłam się wygodnie i zatopiłam w lekturze książki, starając nacieszyć się dniem odpoczynku od komputera.

Po przyjeździe na miejsce, pierwsze co rzuciło mi się w oczy to masa sklepików z przysmakami, głównie yakidango (焼き団子), czyli pieczonymi kulkami z mąki ryżowej mochi (餅). Biorąc przykład z tłumu Japończyków, którzy ustawili się w kolejce, postanowiłam zacząć swoją wspinaczkę, właśnie od gorącego dango. Nie podejrzewałam wtedy tylko, że dango będzie jedną z niewielu rzeczy, które można będzie kupić na trasie i że w ciągu całego dnia, zjem ich jeszcze kilka. Ale nie żałuję, bo są naprawdę pyszne – zwłaszcza posmarowane świeżym sosem miso. Chrupiące z zewnątrz, i ciągnące się w środku. Istna magia. Warto było pojechać tam nawet tylko dla tego.

 

Z patykiem w ręku, wyruszyłam pod górę, podążając za masą ludzi. Jednakże po kilkuset metrach, większość ludzi skręciła w stronę stacji kolejki górskiej, z zamiarem wjechania na szczyt góry, a ja, jak na gaijina przystało, skręciłam w drugą stronę i udałam się pod górę, z zamiarem pokonania prawie 4-kilometrowej trasy na szczyt. Po drodze zauważyłam wiele flag z napisem „もみじまつり” (momiji matsuri), czyli festiwal liści klonu. Przy stacji trwały nawet jakieś występy, ale ja niezbyt przejmując się tym faktem, udałam się na szlak.

Muszę się przyznać, że za żadne skarby nie spodziewałam się, jak bardzo się zmacham. Moja przerwa od porządnego chodzenia po górach była chyba zbyt długa, bo kilka razy myślałam, że wypluję swoje płuca i wtedy, kiedy wydawało mi się, że przecież maszeruję żwawo, mijały mnie jakieś 100-letnie babinki. Ale przynajmniej pocieszałam się, że nie muszę maszerować w stroju (i butach), jak pani na zdjęciu poniżej:

takaosan7

Co zdziwiło mnie na trasie, to znaki z ostrzeżeniem, aby nie karmić małp. Widziałam już podobne znaki chyba za każdym razem, jak miałam okazję, wybrać się na jakiś szlak w Japonii, ale ani razu nie widziałam małpy, ani nawet nie słyszałam żadnej. Dlatego zastanawiam się, czy te małpy tak naprawdę tam żyją, czy po prostu Japończycy mają bardzo bujną wyobraźnię. Albo po prostu bardzo chcą, żeby tam mieszkały i może mają nadzieję, że jak postawią co kilka metrów znak z wizerunkiem małpy, to te jakimś cudem się tam zjawią.

takaosan8

Kolejną rzeczą, którą można było zobaczyć co jakiś czas, były buddyjskie młynki modlitewne. Góra Takao jest bardzo powiązana z wierzeniami w mityczne istoty tengu (天狗), czyli duchami lasów i gór, które służą także jako posłańcy samego Buddy. Szlak na górę, i do świątyni, która znajduje się blisko szczytu, jest tym samym także szlakiem pielgrzymek wyznawców buddyzmu Shingon (真言).

Z czasem się jednak rozruszałam (i posiliłam kolejnym dango) i po prawie godzinie dotarłam do końcowej stacji kolejki górskiej. Myślałam, że to już koniec, ale nie było tak łatwo – okazało się, że to dopiero połowa trasy.W związku z tym, ustawiłam się w kolejnej kolejce, tym razem do miejsca sprzedającego coś na kształt taiyaki, ale tym razem były to gorące jakby-naleśniki wypełnione słodką pastą z czarnej fasoli, a nie anko.

Nawet nie chcę tutaj wspomnieć, jak długo stałam w kolejce, ale po pierwsze, czytałam książkę, więc minęło to całkiem szybko, a po drugie, kupiłam dwa wielkie parujące ciastka i zjadłam je w trybie ekspresowym (nie omieszkawszy przy okazji poparzyć sobie języka…). Przy okazji pozachwycałam się panoramą Tokio i Jokohamy, jaka rozpościerała się z trasy na szczyt.

takaosan14 takaosan15

Po ciepłej i słodkiej przekąsce, udałam się pod górę, w stronę świątyni Takao-san Yakuō-in (高尾山薬王院). Świątynia ta została założona w 744 roku przez mnicha o imieniu Gyōki (行基), na podstawie edyktu cesarskiego, zakładającego, że stanie się ona jednym z przyczółków buddyzmu we wschodniej Japonii. (Pamiętajmy, że wtedy dwór cesarski był w Kioto i większość władzy, jaką posiadał, była skupiona w Japonii zachodniej). Yakuō-in trochę podupadła na przestrzeni wieków, lecz została odbudowana w 14 wieku przez mnicha Shungen Daitoku (俊源大徳). Od tego czasu jest ona blisko związana z buddyzmem ascetycznym – Shingon (真言).

 


Po przejściu przez teren świątyni, kontynuowałam swoją wspinaczkę, ponieważ nie wiedziałam, jak długo mi to zajmie, a nie chciałam, aby zaskoczył mnie zachód słońca – a niestety przez to, że Japonia nie zmienia czasu na zimowy, zachodzi ono chwilę po 16. Po prawie dwóch godzinach od startu mojej wspinaczki, udało mi się wreszcie zdobyć szczyt – i widok naprawdę to wynagrodził.

takaosan25 takaosan26 takaosan27

Najbardziej zachwycił mnie jednak widok gór, a zwłaszcza ośnieżonego szczytu Fuji. Niestety zdjęcie było robione pod słońce, więc słabo Fuji widać, ale uwierzcie mi, że naprawdę zapierał on dech w piersi.

takaosan28 takaosan29Warto było wycisnąć siódme poty, aby móc, ot tak po prostu, stać sobie na szczycie góry i podziwiać pasmo górskie z górą Fuji w tle. Aż zapomniałam na chwilę o czekającej na mnie kupie zadań domowych, przeróżnych papierach do wypełnienia i innych obowiązkach.

Po chwili relaksu na szczycie, przyszedł czas na powrót do domu. Tym razem wybrałam mniej uczęszczaną, wąską, leśną ścieżkę. Po drodze musiałam przejść przez malutki wiszący most, na którym Japończycy bawili się, podskakując i robiąc zdjęcia – tym samym, przejście przez most nie było pozbawione wrażeń.

 


I nie byłabym sobą, gdybym po zejściu do stacji kolejki, w połowie drogi na dół, nie wynagrodziła sobie przejścia tylu kilometrów jakimś przysmakiem. Czyli kolejnym yakidango. Naprawdę, aż szkoda, że sprzedają je głównie na festiwalach, a nie normalnie w sklepie. Ale może i dobrze, bo wtedy zajadałabym się nimi i anko na zmianę non stop. Ale może niezbędną częścią jedzenia dango jest wspaniały widok, a tego bynajmniej na górze Takao nie brakowało.

takaosan35 takaosan36 takaosan37 takaosan38

Po takim przysmaku droga na dół minęła mi zadziwiająco lekko i przyjemnie. Idąc tym samym szlakiem pod górę, miałam kilka razy wrażenie, że zaraz zemdleję, a teraz prawie zbiegałam w dół, bez problemów. Te kilka godzin na łonie natury naładowały mnie pozytywną energią, która mam nadzieję, że starczy do kolejnego weekendu. Jak to mówią Japończycy – 仕方がない (Shikata-ga nai). Nie ma wyjścia.

0 comments on “Jesienny spacer na Takao-san (高尾山)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *