China Town i Weihnachtsmarkt, czyli dzień w Jokohamie

Zostało jeszcze tylko kilka dni zajęć, ale jedyne o czym potrafię myśleć to święta. Niby miałam się w weekend pouczyć, lecz stwierdziłam, że i tak nic z tego nie wyjdzie, więc zamiast udawać, że coś robię, wybrałam się z moją japońską koleżanką do pobliskiej Jokohamy – portowego miasta, które znane jest ze swojej kosmopolitycznej atmosfery. W związku z tym, za cel obrałam sobie China Town i niemiecki Weihnachtsmarkt, czyli chyba najmniej japońską rzecz, jaką udało mi się znaleźć w pobliżu Tokio.

Dojazd z Tokio do Jokohamy zajmuje kilkadziesiąt minut, ale po wyjściu z dworca od razu wyczuwa się inną atmosferę. Jokohama, jako największe miasto portowe w Japonii zawsze było istnym tyglem kultur i języków. Do tej pory w Jokohamie mieszka naprawdę wielu cudzoziemców, nie tylko np. Chińczyków, ale także Europejczyków.

Jokohama to stolica prefektury Kanagawa (神奈川), która ma (zaledwie) 3.7 miliona mieszkańców. Co ciekawe, jeszcze całkiem niedawno, bo trochę ponad 150 lat temu, Jokohama była tak naprawdę małą rybacką wioską. Jej los odmienił się po 1859 roku, kiedy to komandor Matthew Perry przybył do Japonii na czele całej flotylli, z zamiarem nawiązania stosunków dyplomatycznych z Japonią. Do tej pory oficjalną polityką zagraniczną Japonii było tak zwane sakoku (鎖国), czyli zamknięcie granic i izolacja. Warto jednak podkreślić, że nigdy nie było to stosowane w 100%, porty takie jak Nagasaki były otwarte dla statków z zagranicy, a i ludzie znajdowali mniej i bardziej legalne sposoby na opuszczenie kraju. A cudzoziemcom też całkiem nieźle wychodziło odwiedzanie Japonii, nawet jak wymagało to nie lada wysiłku. Ale trzeba przyznać, że kontakt z innymi krajami, zwłaszcza na szczeblu oficjalnym, był bardzo ograniczony. Nie podobało się to jednak do końca Amerykanom, którzy jak widać, od dawna lubują się w mieszaniu w niekoniecznie swoje sprawy, więc tym samym postanowili wymusić współpracę z Japończykami siłą. Japońska armia nie byłaby w stanie obronić się przed zaawansowaną technologicznie flotą amerykańską i pamiętając chińską porażkę z armią amerykańską w wojnie opiumowej, szogun został niejako zmuszony do podpisania traktatu z Amerykanami, po którym wkrótce nastąpiły podobne z innymi mocarstwami, takimi jak na przykład Wielka Brytania czy Rosja.

Najbardziej znaną dzielnicą Jokohamy jest właśnie China Town – Chūkagai (中華街). Dwa lata temu miałam okazję wybrać się do chińskiej dzielnicy w Kobe, ale China Town w Jokohamie jest kilkukrotnie większy – największy w całej Azji. Na pierwszy rzut oka, zwłaszcza dla kogoś, kto nie jest zaznajomiony z kulturą Azji, estetyka chińska i japońska wydadzą się zapewne bardzo podobne. Oczywiście Japonia przez wieki czerpała garściami z dorobku kulturowego Chin, ale już po kilku minutach w China Town czuć, że są one jednak bardzo różne.

chinatown3chinatown8W China Town mieszka nadal około trzech czy czterech tysięcy Chińczyków, głównie z Ghanzhou (广州, Guǎngzhōu), czyli Kantonu. Początki China Townu sięgają roku 1859, kiedy to japońskie porty zostały oficjalnie otwarte dla cudzoziemców. Warto jednak zaznaczyć, że dzielnica ta nie wyglądała tak od samego początku została w dużej mierze zniszczona w trzęsieniu ziemi w 1923, w którym to zniszczeniu uległa również większość Tokio i niemal cała Jokohama. Sytuacji nie ułatwiła też wojna między Japonią a Chinami, która przyczyniła się do bardzo napiętych stosunków między tymi krajami, w związku z czym duża część Chińczyków została zmuszona opuścić Japonię. China Town zaczął się rozwijać ponownie dopiero po roku 1955 – wtedy to zbudowano Bramę Przyjaźni (po jap: 善隣門; Zenrin-mon / po chińsku: 善邻门, Shàn Lín Mén). Yokohama Chūkagai zostało oficjalnie uznane jako China Town. W 1972 Japonia wznowiła stosunki dyplomatyczne z Republiką Ludową Chin, a zerwała te z Republiką Chińską w Tajwanie i w związku z tym zainteresowanie Chinami wśród Japończyków wzrosło i China Town stał się ogromną atrakcją turystyczną. 

chinatown2chinatown17chinatown1chinatown4chinatown5chinatown12chinatown14chinatown15chinatown16Oprócz czerwono-złotego przepychu i przepięknych lampionów, główną atrakcją China Townu, jak widać na zdjęciach powyżej, jest jedzenie. Poza dziesiątkami mniejszych i większych restauracji, zarówno bardzo tanich jak i tych luksusowych, co kilka metrów znajdują się małe stoiska sprzedające przekąski, takie jak nikuman (肉まん) – po chińsku bāozi (包子) – czyli bułki gotowane na parze nadziewane mięsem. Na szczęście istnieją też wersje bezmięsne, takie jak przepyszne zhīmabāo (芝麻包), wypełnione gorącą słodką pastą z czarnego sezamu.

chinatown18chinatown6chinatown9chinatown10

Pomijając zakup smakołyków, odwiedziłam też niezliczone sklepiki sprzedające chińskie talizmany, ozdoby i figurki. Oczywiście wszystko, co można tylko wymyślić z podobizną pandy! I mimo że nigdy aż tak nie byłam zafascynowana Chinami, bo zawsze, jak miałam wybór, to sięgałam po książkę o Japonii czy Korei, stwierdziłam, że w przyszłości jeszcze kiedyś Kraj Środka nie dość, że odwiedzę, to jeszcze postaram się go choć trochę zrozumieć. A chińskiego też nie zaszkodziłoby się kiedyś nauczyć, ale o takim szaleństwie pomyślę, jak podszlifuję japoński i koreański. Na razie pozostaje tylko podziwianie chińskiej kultury i sztuki jako „egzotycznej” i „orientalnej”, a uwierzcie mi, że jak tylko słyszę to słowo w odniesieniu do Japonii, to dostaję palpitacji. Ale ostatnie trzy lata spędziłam, studiując w głębi kulturę, historię, etc. w odniesieniu do Japonii i w troszkę mniejszym stopniu o Korei, a Chiny zawsze były gdzieś w tle wydarzeń, ale nikt jakoś specjalnie się na tym nie skupiał. 

chinatown11chinatown13chinatown19chinatown7

Można by w dzielnicy chińskiej spędzić spokojnie kilka tygodni, co chwilę próbując nowych przysmaków, ale jakkolwiek samo jedzenie już jest dobrym powodem, żeby odwiedzić Chūkagai, to są też ku temu inne przesłanki. Jednym z nich jest słynna świątynia Kanteibyo (関帝廟; po chińsku: Guān Dì Miào), zbudowana w 1887 roku, która poświęcona jest chińskiemu bohaterowi Kuan-yu, czczonemu dawniej jako bóstwo wojny, a obecnie popularnemu jako bóstwo rachunkowości, powodzenia w interesach i pomyślności. Więc, jak widać, nie zaszkodzi wpaść do świątyni choć na chwilę, a nuż coś zadziała!

chinatown20 chinatown21 chinatown22 chinatown23 chinatown24 chinatown25 chinatown26 chinatown27

Po spędzeniu kilku godzin w China Town, z brzuchami pełnymi chińskiego „street food”, wyruszyłyśmy na spacer w stronę Weihnachtsmarkt. Po drodze miałam okazję podziwiać panoramę Jokohamy nocą (przez noc mam na myśli piątą wieczorem…), port i nabrzeże. Morze było spokojne, ale i tak morska bryza była dość mocna i było o wiele chłodniej niż w China Town, pełnym buchającej pary ze stoisk sprzedających gorące nikuman.

yokohama1yokohama4

Oprócz spacerów po promenadzie i wycieczek promem po Zatoce Tokijskiej, jedną z głównych atrakcji portu jest zacumowany statek Hikawa Maru (氷川丸), który można śmiało nazwać japońską wersją Titanica. Zbudowany w 1929 roku przez Nippon Yūsen Kabushiki Kaisha (日本郵船株式会社), które notabene jest częścią konsorcjum Mitsubishi, wyruszył w swój pierwszy transpacyficzny rejs z Kobe do Seattle w 1930 roku. Hikawa Maru miała opinię statku luksusowego, na pokładzie którego, można było jeść wyśmienite jedzenie we wnętrzach w stylu art deco. Nie tylko w Japonii, ale też w Ameryce często określano go mianem „Królowej Pacyfiku”. Wielkim jej fanem był ponoć nawet Charlie Chaplin, który odbył część swojej podróży dookoła świata właśnie na jej pokładzie. Podczas wojny Hikawa Maru służyła jako szpital wojenny i w ciągu tych kilku lat wyszła bez szwanku z kilku ataków minowych. Po wojnie przez pewien czas wożono na pokładzie Hikawa Maru przeróżne towary, na przykład rudę żelaza z Tajlandi. Na szczęście w 1953 ktoś mądry wpadł na pomysł, że wożenie takim statkiem węgla czy żelaza trochę mija się z celem i statek wrócił na swoją przedwojenną trasę, na której pływał do roku 1960, kiedy to przyszedł czas na zasłużoną „emeryturę”. Niestety, jako że nie przynosiła już zysków, a tylko stała zakotwiczona w porcie, powoli odeszła w zapomnienie i zaczęła podupadać. Jednakże w 2007 roku zaczęła się renowacja statku i od 2008 roku można zwiedzać jej wnętrza. Ja jeszcze nie miałam okazji, ale jestem dość ciekawa, w jakim stopniu zachowały się luksusowe wnętrza, z których Hikawa Maru była znana po obu stronach Pacyfiku!

yokohama2yokohama3

Spacerując tak przez ponad pół godziny wzdłuż nabrzeża i podziwiając nocną panoramę Jokohamy (i Tokio w oddali) przypomniała mi się stara japońska piosenka – „Blue Light Yokohama” (ブルー・ライト・ヨコハマ) w wykonaniu Ayumi Ishidy (いしやあゆみ). Mojej koleżance prawie opadła szczęka, że znam stare japońskie popowe szlagiery z lat 70-tych, no ale w końcu czegoś trzeba się uczyć na tej japonistyce!

Bardzo zależało mi na wizycie na Weihnachtsmarkt, nie tylko dlatego, żeby poczuć atmosferę świąt i dlatego, że dawniej jeździłam często do Berlina na podobny market, ale także dlatego, żeby pokazać mojej japońskiej koleżance, co to takiego. Szczerze mówiąc, trochę się zawiodłam, bo myślałam, że będę mogła zjeść jakieś pieczone jabłko albo chociaż prażone orzechy. Wypiłam co prawda grzane wino w papierowym kubeczku, ale nadal nie do końca wiem czy tam w ogóle był jakiś alkohol. Zwłaszcza, że to samo pytanie zadała koleżanka, a Japończycy znani są ze swojej słabej głowy. Na szczęście udało mi się zdobyć kawałek Apfelkuchen, który oczywiście nie dorastał sernikowi mojej mamy nawet do pięt, ale będąc dziesięć tysięcy kilometrów od domu nie mam chyba prawa narzekać, prawda? Mimo tego, że Weinachtsmarkt może nie do końca spełniło moje oczekiwania, panowała tam świąteczna atmosfera, a o to w końcu chodziło. Usiadłyśmy sobie wśród masy ludzi w dobrych humorach, z głośników sączyła się świąteczna muzyka, a my zajadałyśmy się jabłecznikiem i popijałyśmy go „winem”.

weihnachtsmarkt1 weihnachtsmarkt2 weihnachtsmarkt3 weihnachtsmarkt4 weihnachtsmarkt5

Ale większość specjalnej atmosfery to zasługa niekoniecznie jedzenia ani muzyki, ale miejsca, w którym odbywał się Weihnachtsmarkt. Yokohama Red Brick Warehouse (赤いレンガ倉庫, Yokohama Renga Sōko) to spory kompleks sklepów i restauracji, znajdujący się w starych budynkach z czerwonej cegły, które służyły kiedyś za magazyny celne. Budowle z cegły są dość rzadkie w Japonii, więc widok dwóch ogromnych budowli w takim stylu od razu dziwi i zwraca uwagę. Jeden z budynków został wybudowany w roku 1911, a drugi w 1913 i, o dziwo, są jednymi  z niewielu budowli w regionie, który w jako takim stanie przetrwały ogromne trzęsienie, które nawiedziło rejon Kantou w 1923 roku. Po kilku latach, zostały oddane ponownie do użytku dla służb celnych w porcie, lecz nie pełniły one tej funkcji zbyt długo – po drugiej wojnie światowej do roku 1956 na terenie kompleksu stacjonowała armia amerykańska. Z czasem jednak budynki te zaczęły podupadać, bo nie było specjalnej potrzeby na magazyny, jako że większość towaru zaczęła być przewożona w kontenerach, które składowano w innej części portu. Budynkami zainteresował się w latach 90. urząd miasta Jokohamy i postanowił nabyć prawa do terenu, a następnie je odrestaurować. I tak, po kilku latach renowacji w 2002 roku otworzono kompleks Yokohama Renga Sōko, który dzisiaj jest popularnym miejscem na spędzanie czasu wśród mieszkańców Tokio i Jokohamy. Bardzo podoba mi się wykorzystywanie takich budynków i przerabianie je na sklepy czy restauracje i cieszę się, że w Polsce też widać taki trend – np. Stary Browar w Poznaniu czy Manufaktura w Łodzi. Szkoda tylko, że w Szczecinie nikt na razie nie wpadł na wykorzystanie jakiś starych budynków do takich celów, zamiast stawiać kolejne pseudo-nowoczesne szklano-żelazne konstrukcje, które nijak pasują do okalających je kamienic. No ale myślę, że jako Polska mamy jeszcze sporo do nauki w ramach estetyki w przestrzeni publicznej i możemy się kilku rzeczy z pewnością od Japończyków nauczyć.

I to by chyba było na tyle, jeśli chodzi o ten jakże niejapoński dzień – rozpoczęty lunchem we włoskiej knajpie, po czym przyszedł czas na deser w China Town i na niemieckim Weihnachtsmarkt, a zakończony pibimbapem w koreańskiej restauracji. Był to jeden z tych dni, które chciałoby się, żeby trwały wiecznie albo co najmniej choć trochę dłużej. I nie powiem – oprócz samego odwiedzania nowych miejsc, co z reguły mnie ogromne cieszy samo w sobie, ogromną satysfakcję dał mi też fakt, że od rana do późnej nocy rozmawiałam non stop po japońsku i nie miałam z tym większych problemów. Ostatnio martwiłam się trochę, że nie robię postępów, ale może zainspirowała mnie świąteczna atmosfera, zdarzył się jakiś cud albo po prostu nauka na japońskim uniwersytecie jednak nie jest aż taka bezużyteczna, jak nieraz zdaję się uważać. W każdym razie, chciałabym wrócić do Jokohamy, i to nie raz, i poznać ją lepiej – podoba mi się europejska atmosfera centrum miasta, zwłaszcza okolicy dookoła dworca. Gdybym nie wiedziała, że jestem w Japonii, to stwierdziłabym, że równie dobrze mogę być w jakimkolwiek europejskim czy amerykańskim mieście. Szerokie kilkupasmowe ulice, przy których stoją pnące się w górę drapacze chmur. Nie widać tego natłoku reklam i banerów, jak to jest w dzielnicach pokroju Shinjuku czy Shibuya. Nie ma masy nawołujących sprzedawców, ogromnych multimedialnych billboardów i bijących po oczach neonów.

Myślę, że to ostatni post przed świętami. Na trochę ponad tydzień wracam do Polski aby spędzić je w rodzinnym gronie i najeść się do granic możliwości domowym jedzeniem. Jakkolwiek lubię azjatyckie jedzenie, to moje myśli zaprząta wizja wszystkiego co możliwie odbiega od tradycyjnego japońskiego jedzenia – ziemniaki, kiszona kapusta, kasza gryczana, gołąbki, krupnik… Nie wspominając oczywiście o typowo wigilijnych daniach typu pierogi czy barszcz! Lista nie ma końca, ale gdybym miała wybrać tylko jedną rzecz, to byłby to polski razowy chleb. Ale już w sobotę późnym wieczorem, po spędzeniu prawie całego dnia w podróży, przybędę do domu i (ponad tygodniową) ucztę czas zacząć!

yokohama5

W związku z tym, życzę wszystkim wesołych świąt w rodzinnej atmosferze (i oczywiście fajne prezenty też się przydadzą)! Weźcie ze mnie przykład i zjedzcie jak najwięcej polskiego jedzenia, bo jest pyszne! Mam nadzieję, że zdarzy się cud i spadnie śnieg – wtedy już nic więcej do szczęścia nie będzie mi potrzebne.

メリークリスマス (Merii kurisumasu, z ang.: Merry Christmas) – Wesołych Świąt! Jeśli nie uda mi się nic naskrobać przed Nowym Rokiem, który to spędzę zaszyta w jakiejś zasypanej śniegiem wiosce w prefekturze Nagano, to także Szczęśliwego Nowego Roku – 良いお年を (Yoi otoshi o)!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *