Jigokudani (地獄谷) – sylwestrowa wizyta w Piekielnej Dolinie

Po tygodniu spędzonym w Polsce pod znakiem jetlaga i niewyobrażalnej ilości pysznego jedzenia, przyszedł (nie)stety czas na pożegnanie z rodziną i powrót do Japonii. Ale nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło! W końcu mało kto ma okazję spędzić Sylwestra w Piekielnej Dolinie, jigokudani!

W związku z tym, że zajęcia na uniwersytecie zaczynają się dopiero 6 stycznia, na najbliższe kilka dni zaszyłam się w górach w prefekturze Nagano. Podczas pobytu w domu obiecałam sobie mały detoks od komputera, ale jak już jestem z powrotem w Japonii i mam o czym pisać, to grzechem byłoby czegoś nie naskrobać, nawet jeśli istnieje (dość spore) ryzyko, że wkradnie się tu trochę jetlagowego chaosu i bałaganu. Niewiele pamiętam z wczorajszego dnia, którego większość spędziłam na pokładzie samolotu. Jednego do Helsinek, a potem następnego stamtąd do Tokio. A po przybyciu do Japonii było jeszcze bardziej pod górkę. Jeden pociąg do Tokio, potem następny do Nagano, a na koniec jeszcze zabawny autobus jadący do Hakuby (白馬), gdzie spędzę najbliższe kilka dni. Aż trudno uwierzyć, że jeszcze w sobotę zajadałam się polskimi przysmakami, a dzisiaj siedzę w japońskim narciarskim kurorcie i na śniadanie jadłam nie owsiankę z borówkami, lecz miskę ryżu z nattō i marynowanymi grzybkami, popijaną gorącą zupą miso.

Nie miałam zbytnio okazji przejść się porządnie po Hakubie, bo przyjechałam tutaj już po zmroku, a dzisiaj wybrałam się na krótką wycieczkę w inną część gór niedaleko Nagano. Niestety nie wydaje mi się, że jest tutaj coś szczególnie interesującego oprócz masy dość kiczowatych przybytków dla narciarzy. O dziwo, udało mi się znaleźć typowo japoński ryokan, a nie jakąś pseudo-chatę na austriacką modłę, które są tutaj wyjątkowo popularną. Może jutro uda mi się skorzystać z tego, z czego Hakuba znana jest najbardziej – stoków narciarskich. W końcu tutaj odbywała się spora część zawodów podczas Zimowych Igrzysk w Nagano w 1998 roku, między innymi z narciarstwa alpejskiego czy slalomu gigant. I to dokładnie w kurorcie, który wybrałam totalnie przypadkowo – Hakuba Happō-one (白馬八方尾根) na górze Karamatsu-dake (唐松岳).

Dzisiaj obudzona zostałam przez uporczywie dzwoniący telefon od pana z recepcji, że śniadanie już gotowe i świeże i można schodzić na dół do jadalni. Była jakaś 7 rano, a ja czułam się totalnie „skacowana” po wczorajszej podróży. Na szczęście ktoś dobrze trafił – jedyną rzeczą, jaka może mnie zmotywować do wywleczenia się z łózka jest wizja ciepłego posiłku – posłuchałam się przemiłego pana, pośpiesznie ubrałam i zeszłam na dół na posiłek, którym spokojnie mogłoby się najeść kilka osób, a został przygotowany specjalnie dla mnie. I to bez mięsa i ryb, za to z masą warzyw i niewyobrażalnie wręcz ogromną miską ryżu. Po takim posiłku zastanawiałam się przez chwilę, czy by nie wypożyczyć nart i nie poruszać się trochę, ale ryzyko zaśnięcia nagle podczas zjazdu, albo gdzieś w ski barze odwiodło mnie od tego pomysłu i postanowiłam wybrać się na wycieczkę – podróż jest w końcu najlepszą metodą na szybkie i skuteczne przywrócenie mnie do życia. Dlatego też ubrałam się w gruby sweter, chwyciłam torebkę i pobiegłam na odjeżdżający chwilę później autobus do Nagano, gdzie przesiadłam się na kolejny, jadący w góry leżące po jego drugiej stronie – do Yamanouchi (山ノ内), w dystrykcie Shimotakai (下高井郡). Między niekontrolowanymi napadami senności udało mi się jednak zrobić kilka zdjęć podczas podróży:

hakuba1 hakuba2hakuba3

Krajobraz już po kilkunastu minutach podróży różnił się znacznie od zasypanej śniegiem Hakuby. Po dwóch godzinach podróży najpierw jednym, a potem drugim autobusem, dotarłam do Kanbayashi Onsen (上林温泉), skąd czekał mnie prawie godzinny marsz pod górę, aby dotrzeć do ostatecznego celu mojej wyprawy – Parku Małp Jigokudani (地獄谷野猿公園, Jigokudani Yaen Kōen). Warto tutaj zaznaczyć, że „jigokudani” (地獄谷), oznacza dosłownie „dolina piekieł” i jakoś nie dziwi mnie, że ktoś kiedyś tak nazwał to miejsce. Buchająca para z niezliczonych gorących źródeł robi ogromne wrażenie. Na tyle, że postanowiły wykorzystać je dla siebie makaki japońskie, których całe stada wylegują się w ciepłej wodzie, nie zważając na obserwujących je turystów.

Zanim jednak znalazłam się na ścieżce prowadzącej do parku, musiałam przejść przez mały, lecz bardzo klimatyczny kurort, jakim jest Kanbayashi Onsen. Nie dość, że co chwilę z dziwnych miejsc buchały obłoki pary, a razem z nimi uliczkami niósł się zapach przepysznego jedzenia, to jeszcze wszystkie tradycyjne drewniane budynki wyglądały po prostu prześlicznie pod grubą warstwą śniegu.

kanbayashi1 kanbayashi2 kanbayashi3

Największe wrażenie wywołała na mnie malutka świątynia, do której udało mi się dostać z trudem, przedzierając się przez śnieg. Świątynia Fudōson (不動尊) wzięła swoją nazwę od bóstwa opiekuńczego Ācali, w Japonii znanym jako Fudōson Myōō 不動明王. Jest ona miejscem kultu sekty Ontake, która z tego, co udało mi się dowiedzieć, łączy w swojej doktrynie elementy shintō i buddyzmu. Wygląda na to, że nie jest ona szczególnie aktywna poza pierwszym dniem wiosny według tradycyjnego kalendarza księżycowego (około 4 lutego), kiedy to odbywa się dość znany festiwal sendayaki (千駄焼き), którego główną atrakcją jest przechodzenie przez ogień.

kanbayashi4 kanbayashi5 kanbayashi6 kanbayashi7

Dojście do Doliny Piekieł nie jest jednak tak proste jak wylądowanie w biblijnym piekle – trzeba ostro się natrudzić, aby wspiąć się po śliskiej i wąskiej ścieżce, która jest długa na ponad 2 kilometry. Żeby jeszcze urozmaicić tę wyprawę, po jednej stronie znajduje się klif, a na dole, gdzieś hen daleko, wartki nurt rzeki Yokoyu (横湯川), wijący się pośród skał. Droga, która miała zająć mi jakieś pół godziny, trwała prawie dwukrotnie dłużej, bo stąpałam po śliskiej ścieżce prawie jak po cienkim lodzie. A i to nie uchroniło mnie przed kilkoma bliższymi spotkaniami ze śniegiem, dobrze jednak, że z tym na ścianie, a nie tym w przepaści.

kanbayashi8 kanbayashi9

kanbayashi13

Gorące źródła znajdują się na wysokości około 850 metrów i są częścią Parku Narodowego Jōshin’etsu-kōgen (上信越高原国立公園). Pierwsza część nazwy parku – Jōshin’etsu (上信越) to akronim utworzony od historycznych nazw okolicznych prefektur, na których terenie znajduje się park:

  • Prowincja Kōzuke (野国) to dzisiejsza Prefektura Gunma (群馬県)
  • Prowincja Shinano (濃国) to Prefektura Nagano (長野県)
  • Prowincja Echigo (後国) to Prefektura Niigata (新潟県).

Druga część nazwy, kōgen (高原), oznacza „płaskowyż”. Zdziwiłam się co nie miara, gdy po dość czasochłonnej wspinaczce ujrzałam stary onsen, który skąpany w obłokach buchającej pary, wyglądał prędzej jak wyjęty z jakiegoś steampunkowego snu niż jak prawdziwy budynek. O dziwo, mimo że na pierwszy rzut oka wyglądał na opuszczony, nadal funkcjonuje! I to nieprzerwanie od 1864 roku! Lecznicze źródła Kōrakukan (康楽館) najwidoczniej są nadal popularne, bo raz czy dwa mignął mi jakiś nagi pośladek osoby wyskakującej ze źródła przy głównym budynku. Ale potem szybko znikł, goniony przez małpę. Serio. Jak z Monty Pythona!

jigokudani1 jigokudani2 jigokudani3 jigokudani4

Warto jednak zwrócić uwagę, że park Jigokudani to nie zoo i mimo tego, że za wejście pobierana jest opłata, nie jest on w żaden sposób ogrodzony. Małpy spędzają tam tylko kilka godzin dziennie, a gdy się ściemnia, przenoszą się z powrotem do lasu.

Zacznę może od kilku słów o samych małpach, bo tylko na tyle stać mnie z moją ubogą wiedzą biologiczną… Makaki japońskie, po łacinie Macaca fuscata, bo o nich mowa, występują tylko w Japonii i zamieszkują wszystkie wyspy poza najbardziej wysuniętym na północ Hokkaidō i wyspami Ryūkyū na samym południu archipelagu japońskiego (w tym odwiedzony przeze mnie archipelag Yaeyama). Często nazywane są one małpami śnieżnymi, ponieważ żyją w miejscach, które nierzadko pokryte są grubą warstwą śniegu przez kilka miesięcy w roku. Co ciekawe żyją one w najzimniejszym klimacie i na terenie najbardziej wysuniętym na północ ze wszystkich gatunków małp na całej kuli ziemskiej. A przy okazji są po prostu urocze!

jigokudani5


jigokudani7

Najbardziej spodobała mi się małpka, która skakała ze skały do wody i nurkowała. A potem jeszcze raz. I kolejny. I znów. Niektóre zamiast się kąpać, ganiały się po kamieniach, jedna nie krępowała się zdeptać jakiejś biednej Japonce rąk i aparatu, bo akurat się jej gdzieś śpieszyło (mimo że wróciła tą samą drogą jakieś 15 sekund później). Po kilkunastu minutach zaczęłam coraz bardziej zazdrościć makakom tego, że mają świetną metodę radzenia sobie z otaczającym je zimnem i postanowiłam schować się w pobliskim onsenie i napić czegoś ciepłego – w grę niestety nie wchodziło wymoczenie się w gorących źródłach. A szkoda.

W czymś na wzór kawiarni, co niestety niewiele z kawiarnią miało wspólnego poza nazwą (nota bene – Monkey Cafe) skusiłam się jedyne, co oferowali do jedzenia – chimaki (粽) gotowane w wodzie z pobliskich źródeł. Lekko obawiałam się smaku tego „przysmaku”, bo zapach wody, mówiąc delikatnie, pozostawia wiele do życzenia. Niezbyt widziało mi się konsumowanie czegokolwiek z siarkowodorowym zapachem, ale o dziwo, nie było go w ogóle czuć, a chimaki było zadziwiająco pyszne!

jigokudani9

Chimaki to wielkie „kluski” z mochi zawinięte w liście bambusa, a następnie ugotowane w wodzie bądź na parze. Nie widziałam ich wcześniej nigdzie w Japonii, ale ponoć są one bardzo popularne w Chinach, gdzie są znane jako zòngzi (粽子). Proszek podany w miseczce obok chimaki to kinako (きな粉), mąka z prażonych zielonych ziaren soi. Używa się ją często w przeróżnych japońskich słodyczach, głównie dango. Wydawałoby się, że jedzenie ryżowych klusek maczanych w mące będzie dość wątpliwym doznaniem kulinarnym, lecz byłam w błędzie! Zwłaszcza, jak można to popić gorącym świeżym sokiem jabłkowym z rozpuszczającą się w nim powoli pianką marshmallow. I zamieszać wszystko łyżeczką z małą małpeczką na końcu.jigokudani10

Po napełnieniu żołądka słodkościami, udałam się powoli, stawiając drobne kroczki, w stronę Kanbayashi Onsen, gdzie wsiadłam w autobus jadący do Nagano, po czym po krótkim spacerze dookoła dworca i szybkim kubku kawy, wsiadłam w kolejny autobus, który dowiózł mnie na miejsce, do Hakuby. I tak o to Sylwester minął mi na wizycie u makaków w Piekielnej Dolinie.

Nowy rok w Japonii już za kilka minut, więc chciałabym Wam życzyć wszystkiego najlepszego z okazji Nowego Roku! O tradycyjnych japońskich obchodach Nowego Roku napiszę jutro, a jeśli skończy się na tym, że jutro spędzę pół dnia, nadrabiając sen, to najpóźniej pojutrze.

Karolina

autor:

Cześć! Mam na imię Karolina. Jestem absolwentką japonistyki na Oxfordzie i piszę tutaj głównie o Azji Wschodniej. W wolnych chwilach czytam, gotuję wegańskie pyszności i próbuję wymyślić, jak choć trochę ulepszyć świat.

Komentarze

  1. Dziekuje za przesympatyczne , nastrojowe teksty. I zdjecia. Pozdrawiam

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *