Shōgatsu (正月), czyli japoński Nowy Rok

Nowy Rok jest dla Japończyków jednym z najważniejszych dni w roku, który można wręcz przyrównać do polskiej Wigilii. O północy 31. grudnia większość Polaków siedzi przyklejona do telewizora i ogląda jeden z programów, gdzie jacyś pseudo-celebryci odliczają czas do północy. Japończycy za to spędzają ten czas z rodziną, zajadając się smakołykami.

Powoli się to jednak zmienia. Japończycy mają trochę niezdrową obsesję ze wszystkim, co amerykańskie. Skutek? Coraz więcej młodych ludzi spędza Sylwestra na modłę zachodnią. Jednakże większość z nich nadal wyczekuje północy w swoich domach w spokoju. Z nadejściem Nowego Roku buddyjskie świątynie w całym kraju zaczynają bić w dzwon i to nie raz, nie dwa, lecz 108.

Tak, sto osiem razy. Tradycja ta zwie się joyanokane (除夜の鐘) i 108 uderzeń w dzwon symbolizuje 108 grzechów, które stoją na drodze do osiągnięcia nirwany. Dlatego też tradycyjny sznur modlitewny japa mālā ma właśnie 108 korali. Co ciekawe, według tradycji indyjskiej liczba 108 uznawana jest za jedną z liczb doskonałych, gdyż „stanowi iloczyn trzech pierwszych liczb naturalnych podniesionych każda do potęgi własnej” (takie krótkie info dla fanów liczb). Według niektórych szkół buddyjskich, ludzie są w stanie odczuwać 108 emocji – zależnie od tego, za pomocą którego z sześciu zmysłów jest ona odczuwana (6); następnie czy jest ono bolesne, przyjemne czy neutralne (3); czy powstają one wewnątrz nas, czy są skutkiem zewnętrznych wydarzeń (2); i na koniec zależnie od czasu – przeszłości, teraźniejszości i przyszłości (3). 6 x 3 x 2 x 3 = 108.

Japończycy wierzą, że 108 uderzeń w dzwon jest w stanie oczyścić ich z grzechów popełnionych poprzedniego roku. Ot, wybaczenie bez spowiedzi, pokuty i zadośćuczynienia. Wiele osób przesypia północ aby móc wstać wcześnie rano na pierwszy wschód słońca – hatsuhinode (初日の出). Niektórym to nie wystarcza – zdarzają się też tacy, którzy wstają w środku nocy aby wspiąć się na jakąś górę, podjechać nad morze czy też do jednego z popularnych miejsc takich, jak Hakone (箱根), skąd przy odrobinie szczęścia można podziwiać Fuji. Ja jednak postanowiłam połączyć tradycję europejską z japońską, więc nie dość, że czekałam do północy z małą butelką szampana i plastikowym kubkiem (lepszego substytutu kieliszka nie udało się znaleźć), to jeszcze po kilku godzinach snu wygramoliłam się z łóżka, opatuliłam w najgrubszy sweter, jaki znalazłam na dnie walizki i wyruszyłam pod górę, aby podziwiać wschodzące słońce. Według właściciela ryokanu, który Hakubę zna jak własną kieszeń, słońce miało wstać około 6:50. Wyszłam na zewnątrz dobre 20 minut wcześniej, żeby wspiąć się na tyle wysoko, aby było je dobrze widać. Nadeszła pora… a tu nic. Widzę, że zaczyna się robić coraz jaśniej, ale całe niebo pozostaje po prostu szare. Czekam i czekam, a słońce się nadal nie pojawia. Kilkanaście minut po 7, ze zgrabiałymi dłońmi i burczącym brzuchem wróciłam do ryokanu na śniadanie. Nie do końca wiem czy mogę hatsuhinode uznać za zaliczone, ale myślę, że jakoś trzeba wynagrodzić moje poświęcenie w postaci wstawania o 6 nad ranem 1 stycznia, więc niech będzie, że tak.

1 stycznia jest dniem wielu pierwszych – hatsu –  rzeczy i po wschodzie słońca czas na tradycyjną pierwszą wizytę w świątyni w Nowym Roku, zwaną hatsumōde (初詣). Większość ludzi idzie do zatłoczonych do granic możliwości słynnych świątyni, takich jak Meiji Jingū (明治神宮 ) – w 2010 roku w ciągu pierwszych trzy dni stycznia odwiedziło ją ponad 3 miliony (!) ludzi. Szczerze mówiąc, nie jest to aż tak ważne, kiedy pójdzie się do świątyni – każda pierwsza wizyta w świątyni w danym roku, nawet w lipcu czy grudniu, będzie naszym hatsumōde.

W Hakubie nie ma żadnej znanej świątyni – Internet i przewodnik milczały w tej kwestii. Przez chwilę obawiałam się nawet, że nie ma żadnej. O północy specjalnie wyszłam na zewnątrz, żeby dobrze słyszeć dzwony, ale… Nic. Cisza. Zmartwiłam się i to porządnie. W końcu Hakuba to głównie ośrodek turystyczny i podejrzewam, że poza sezonem nie mieszka tutaj zbyt wiele osób. Na szczęście właściciel ryokanu powiedział mi (szeptem, jakby to była tajemnica), że w lesie ukryta jest mała świątynka, od której bardziej znane są otaczające ją drzewa niż ona sama. Zaintrygowana, po śniadaniu wybrałam się na jej poszukiwanie i oczywiście zamiast pięciu minut, jak zostałam zapewniona rano, zajęło mi to ze dwadzieścia, bo większość zaznaczonych na mapie małych uliczek była kompletnie zasypana śniegiem, więc musiałam zrobić sporą pętlę. Prawie przegapiłabym wejście do świątyni, bo szara brama torii zasypana kupą śniegu nie rzucała się tak w oczy, jak tradycyjne jaskrawe karmazynowe wersje (tak jak tysiące jakże charakterystycznych bram w świątyni Fushimi Inari)

Świątynia Hosono Suwa (細野諏訪) jest faktycznie dobrze schowana – spory kawałek od głównej drogi, na sporym wzniesieniu w lesie. O samej świątyni nie znalazłam niestety wiele informacji: wszystkie źródła skupiają się nie na malutkim drewnianym budynku świątyni, lecz na ogromnych drzewach, które przy niej rosną. Poszperałam jednak trochę w Internecie (bo jestem uparta) i okazało się, że nazwa świątyni nie jest bynajmniej przypadkowa – należy ona do odłamu shintō o nazwie Suwa, który powstał całe wieki temu wokół kultu jeziora o tej samej nazwie. Jego wyznawcy czczą głównie dwa kami związane z tymże jeziorem – Takeminakatatomi no mikoto (建御名方神命)  i jego żonę, Yasakatome no mikoto (八坂刀売神命).

suwajinja3 suwajinja4 suwajinja5suwajinja7suwajinja8

Drzewa na plakacie w hallu ryokana wyglądały imponująco, ale wiecie… człowiek od razu zastanawia się czy to aby nie Potoshop. W wersji śnieżnej, w zupełnej ciszy naprawdę odebrało mi dech. Nie wiem czy wcześniej widziałam tak ogromne drzewo! Sugi (杉), po polsku kryptomeria japońska, rosnąca przy schodach do chramu, ma ponad 1000 lat (!). Imponuje nie tylko wiekiem, ale także wymiarami – w obwodzie ma ponad 10 metrów, a wysoka jest na około 40. Jak wieżowiec!suwajinja6suwajinja9

Główny cel wizyty w świątyni nie był w ogóle związany z dendrologią, lecz z kolejną noworoczną japońską tradycją – oprócz podziękowania za poprzedni rok i prośby o dobrą fortunę w roku następnym, Japończycy przy okazji hatsumōde kupują omamori (お守り), czyli talizman. Z reguły mają one szczególny cel, a najpopularniejsze typy omamori to na przykład:

  • dobre zamążpójście (縁結び; enmusubi)
  • zdanie egzaminów wstępnych na uniwersytet (合格祈願; gōkaku kigan)
  • zdrowie i dobrobyt dla rodziny (家内安全 kanai anzen)
  • ochrona przed złem (厄除け yaku-yoke)
  • powodzenie w biznesie (商売繁盛, shōbai-hanjō)
  • ochrona dla ciężarnych kobiet (安産, anzan)

Talizmany te są ważne tylko rok – w końcu kapłani muszą na czymś robić biznes, a trzeba przyznać, że mają do tego całkiem dobrą smykałkę. Rok później przynosi się ze sobą stare omamori do świątyni do spalenia i trzeba kupić nowe. Ja nie mogłam się do końca zdecydować. Przez chwilę kapłan próbował wcisnąć mi ten „na dobre zamążpójście”, ale spiorunowałam go wzrokiem. 

 – No to może gōkaku kigan? – kolejna próba zakończyła się fiaskiem, a frustracja kapłana rosła

– Nie, dziękuję – odmówiłam, podziwiając jednocześnie staranne wzory na malutkich talizmanach – Może „ochrona przed złem” się przyda? – myślałam.

– Ale czekaj, czekaj! – kapłan złapał mnie szczupłą dłonią za nadgarstek – mam też takie bardziej standardowe, coś wymyślimy.

Oczywiście jak przyszło co do czego, to nie mogłam się zdecydować, więc kupiłam sobie dwa. Nie wiem, czy to sprawi czy będę dwa razy szczęśliwsza, czy też przypałęta się przez to jakiś zły duch, no ale trudno, podejmę to ryzyko.

omamori1

Nie byłabym jednak sobą, gdybym nie poświęciła dużej części tego wpisu jedzeniu – a tradycyjnych noworocznych dań japońskich jest chyba nieskończona ilość. Typowym „daniem”, jeśli można tak w ogóle to określić, jest osechi-ryōri (お節料理) lub w skrócie po prostu osechi, czyli zestaw dań i przekąsek, podawany w specjalnym pudełku jūbako (重箱), które przypominają trochę pudełka bentō. Jak tylko jakiś czas temu zobaczyłam plakaty reklamujące osechi w jednym z centrów handlowych, wiedziałam, że muszę coś takiego spróbować. Do czasu, kiedy dowiedziałam się, ile takie porządne osechi w drewnianym trzy-poziomowym jūbako kosztują – często jest to koszt rzędu kilkudziesięciu tysięcy jenów, czyli kilkuset złotych! Na szczęście udało mi się dostać w Nagano lekko uboższą wersję, w ładnym opakowaniu z japońskiego papieru zamiast tradycyjnego drewna. Po pierwsze, nie zrujnowała mojego portfela, a po drugie, składała się głównie z warzyw, czyli mogłam zjeść większość mini-dań. Jednakże osechi-ryōri nie jada się ot tak, dla samego jedzenia. Japończycy nie byliby w końcu sobą, gdyby nie przypisali każdemu z dań podawanych jako część osechi specjalnego znaczenia.

osechi1

Zacznijmy zatem od opisu przysmaków w poszczególnych przegródkach w zakupionym przeze mnie osechi, w kolejności od lewej do prawej, zaczynając od góry:

Kōhaku-namasu (紅白膾) – pokrojona w cieniutkie paseczki marchewka i daikon (大根), czyli rzodkiew japońska, marynowana w occie o aromacie owocu yuzu (柚)

Kazunoko (数の子) – ikra śledzia. Oprócz oczywistego faktu, że ikra śledzia to malutkie jajeczka, których jest naprawdę wiele, sama nazwa – kazu 数 „liczba” i ko 子 „dziecko” sugeruje płodność i liczne potomstwo.

Buri (鰤)- po polsku nazywa się seriola, lecz ja pierwszy raz w ogóle spotkałam się z tą nazwą. Żeby było ciekawie, buri nazywane jest przez Japończyków różnie zależnie od swojego wieku i wielkości: młode buri to mojako (藻雑魚), na średniego są różne określenia, zależnie od regionu, w Kantō jest to inada, lecz w Kansai – hamachi. Wszędzie jednak tak samo określane są dorosłe – po prostu buri. Ta sukcesja nazw uosabia rozwój i postęp, więc zjedzenie buri w nowy rok ma pomóc w pięciu się do góry, na przykład po szczeblach kariery. I nie powinien chyba nikogo zdziwić fakt, że Japończycy mają osobne określenie na rybę, która nazywana jest inaczej w zależności od wielkości – shusse’uo (出世魚).

Ebi (海老, エビ) – krewetki, z reguły ugotowane w sake i sosie sojowym. Krewetki są „zgięte w pasie”, co Japończykom kojarzy się ze starszą osobą i tym samym ich zjedzenie ma zapewnić długowieczność. Oprócz tego sama nazwa zapisana w znakach chińskich (z reguły pisze się ją po prostu w katakanie) to kanji 海 (umi; morze) i 老 (; zaawansowany wiek, starość).

Datemaki (伊達巻き) – miękki i zadziwiająco puszysty (i słodkawy) omlet z jajek, posmarowany pastą rybną i zawinięty w coś na kształt rolady. Ponoć kształt ten podobny jest do zwojów pergaminu, symbolizując tym samym kulturę i naukę.

Kenchinmaki (巻蒸巻き) – nie miałam pojęcia co to i na początku myślałam, że to po prostu jakaś inna wersja jajecznego omleta. Jednak dzisiaj znalazłam kartkę ze spisem dań, w zakupionym przeze mnie osechi i doczytałam dokładnie czym jest kenchinmaki. Maki w nazwie sugeruje, że jest to rolada, ale byłam w błędzie, ponieważ nie jest ona z jajka, lecz ze skóry z tofu zwanej yuba (湯葉). Yuba to coś na kształt kożucha, który powstaje przy podgrzaniu mleka sojowego, który następnie jest suszony i dodawany do wielu japońskich potraw. Właśnie w yubę zawinięta jest mieszanka pokrojonych drobno tofu, marchewki i wodorostów kombu. To wszystko przyprawione jest następnie sosem sojowym i cukrem. Okazuje się, że miałam prawo nie znać tego dania, bo jest ono tradycyjnie spożywane jako część osechi tylko w północnej części prefektury Nagano.

W malutkim pudełeczku w prawym górnym rogu można było znaleźć rzeczy bardziej na słodko, czyli to, co zjadłam najszybciej:

Kurikinton (栗金団) – przepyszne słodycze, przyrządzone ze słodkich ziemniaków i kandyzowanych kasztanów w syropie. Nie tylko złotawy kolor dania, ale także znak 金 w nazwie oznaczający złoto, od razu przywodzi na myśl bogactwo, więc Japończycy zajadają się kurikinton z nadzieją na pomnożenie swojego majątku w nadchodzącym roku.

Kuromame (黒豆) – czarna soja w cukrze i sosie sojowym. Mame zapisane w kanji 豆 oznacza „fasola”, lecz jeśli użyjemy innych znaków chińskich – 忠実, które się czyta tak samo, to otrzymamy mame, które znaczy „zdrowie” i „ciężka praca”. Wiele osób wierzy też, że czarna soja jest czymś na wzór talizmanu, chroniącego przed złem.

Dolna część osechi to głównie przeróżne gotowane na parze lub marynowane warzywa, między innymi:

Renkon (蓮根) – marynowany korzeń lotusa. Liczne dziurki w przekrojonym korzeniu lotusa symbolizują moc spojrzenia w przyszłość (tak przynajmniej twierdzą japońskie źródła)

Sato-imo (里芋) – po polsku taro. Ponieważ roślina ta wykształca wiele małych bulw, zjedzenie go ma zagwarantować liczne potomstwo.

Kombu-maki (昆布巻き) – ruloniki z suszonych płatów wodorostów kombu z rybą w środku, zawinięte za pomocą kanpyō (干瓢), czyli suszonego włókna tykwy i następnie gotowane w sosie sojowym z dodatkiem mirinu. Nazwa dania często czytania jest też jako kobumaki i wtedy „kobu” od razu kojarzy się z czasownikiem yorokobu, oznaczającym „cieszyć się” i „być szczęśliwym”. Nie do końca wiem jak spożycie wodorostów ma się przyczynić do szczęścia, ale spróbować nie zaszkodzi, prawda?

Kon’nyaku (蒟蒻) – coś à la galareta przyrządzona z korzenia rośliny, której nazwa znaczy po polsku „diabli język”. Przyrządza się ją mieszając sproszkowany korzeń z wodą wapienną i wodorostem hijiki (鹿尾菜). Na ogół dodawany do różnych dań japońskich, ale najpopularniejszy jest jednak wśród chcących zgubić kilka kilogramów Japonek. Kon’nyaku nie zawiera prawie w ogóle kalorii, ale ma bardzo dużo błonnika, więc często spożywa się go albo jako galaretkę, albo jako część przeróżnych suplementów odchudzających.

Oprócz tego w pudełku można było znaleźć grzyby shiitake (椎茸), bambus, korzeń łopianu i tofu. Nie mają one specjalnego znaczenia, lecz podawane są często w osechi jako mieszanka duszonych warzyw, pewnie dlatego, że są pyszne (Chociaż nie pogardziłabym większą ilością kurikinton zamiast kilku warzyw!)

osechi2

Na śniadanie w ryokanie podano także kilka typowych noworocznych przekąsek: datemaki, renkon, kombu-maki, daikon i kurikinton. To zielone po lewej (zdj. powyżej) to liściaste warzywo typowe dla prefektury Nagano – nozawa (野沢菜). Jak dla mnie smakuje jak szpinak, ale staram się nie mówić tego na głos, bo wyjdzie, że nie doceniam ich chluby czy coś.

osechi3

Ja dostałam wersję wegetariańską, a zwykła wyglądała troszkę inaczej (na fotce powyżej) i zawierała dwa inne tradycyjne dania, kamaboko (biało-różowe talarki obok rolady jajecznej) oraz tazukuri, leżące obok suszone sardynki:

Kamaboko (蒲鉾) – „ciasto” z ryby. Tak, dobrze przeczytaliście. W Nowy Rok spożywa się wersję biało-czerwoną, która kojarzy się z japońską flagą i tym samym przywodzi na myśl wschodzące słońce – chyba jeden z najważniejszych symboli w japońskiej kulturze. Tak naprawdę kamaboko nie ma wiele wspólnego z ciastem, jest to mocno przetworzona ryba, którą się mieli z dodatkiem różnych niekoniecznie zdrowych dodatków pokroju glutaminianu sodu, a następnie poddaje otrzymaną papkę obróbce termicznej. Nic szczególnie ciekawego, ale Japończycy często formują z tak otrzymanej pasty różne kształty i wkrajają kawałki do zup czy innych dań. Surimi (擂り身), czyli coś, co my znamy jako „paluszki” krabowe, to nic innego jak nieugotowana, surowa wersja kamaboko.

Tazukuri (田作り) – suszone sardynki w sosie sojowym. Nazwa dania oznacza dosłownie „tworzenie pola ryżowego”, co zapewne odnosi się do faktu, że dawniej nawożono pola rybami. Serio. Danie to czasem nazywane jest też gomame (鱓、五万米、古女). I po raz kolejny warto zwrócić uwagę na znaki chińskie, którymi można tę nazwę zapisać – 五万米 oznacza dosłownie „pięćdziesiąt tysięcy + ryż” a 古女 to zbitka słów furui 古い, oznaczające „stary” i onna 女, czyli „kobieta”. Nie wiem komu suszone sardynki skojarzyły się z jakąś niewyobrażalną ilością ryżu, nie mówiąc już o starej kobiecie, ale mój mózg chyba nie jest w stanie wejść na aż taki poziom podświadomości i kreatywności.

Na koniec chciałam też wspomnieć o kilku innych przysmakach, które często są częścią osechi-ryōri, lecz nie miałam okazji ich niestety spróbować. Może za rok?

Kikka-kabu (菊花株) – marynowana rzepa wycięta w kształt kwiatów chryzantemy.

Kuwai (慈姑) – jadalne bulwy z rośliny z rodziny strzałkowatych, rosnącej w płytkich wodach. Według Japończyków fakt, że kuwai mają tylko jeden pojedynczy korzeń od samego początku sprawia, że są one symbolem pomyślności, zwłaszcza w karierze zawodowej.

Tai (鯛) – ryba, która po polsku nazywa się morlesz, ale podejrzewam, że nikomu ta nazwa nic nie mówi  (po ang. – red sea bream). Słowo tai przywodzi na myśl słowo medetai (目出度い), które oznacza „pomyślny”.

Tataki-gobō (叩き牛蒡) – danie przyrządzone z korzeni łopianu, które jest jednym z popularniejszych warzyw w Japonii. Czasownik tataku (叩く) oznacza „ubijać, miażdżyć” i właśnie tak potraktowany jest w tym daniu ten nieszczęsny łopian. Następnie przyprawia się go sosem sojowym i posypuje sporą ilością sezamu. Końcówki gobō podczas gotowania rozdwajają się, co ma symbolizować rozmnażanie się szczęścia; poza tym fakt, że korzenie łopianu są czasem zadziwiająco długie i tym samym rosną głęboko w ziemi, kojarzy się Japończykom ze stabilizacją.

Warto też wspomnieć o daniu, które nie jest włożone do jūbako, lecz jest nierozerwalnie związane z Nowym Rokiem. Mowa o zōni (雑煮), czyli słynnej zupie z kluskami z mąki ryżowej – mochi. Tradycja jedzenia tej zupy na początek roku sięga aż do okresu Muromachi (室町) (1336–1573). Przepis na samą zupę różni się zależnie od regionu, w Kantō jest to czysta zupa, zwana sumashi-jiru (澄まし汁), na bazie rybnego bulionu dashi (出汁), lecz w Kansai, a także na Shikoku i Kyūshū przygotowuje się ją na bazie białej pasty miso (味噌), produkowanej ze sfermentowanej soi.

osechi4

Po najedzeniu się do granic ludzkich możliwości przeróżnymi noworocznymi przysmakami, a także po częściowym odespaniu jetlaga, przyszedł czas na ruszenie swojego ociężałego ciała i spalenie choć części nadprogramowych kalorii. Będąc w Hakubie, w jednym z największych i najbardziej znanych kurortów narciarskich w Japonii, jeśli nie w Azji w ogóle, rozwiązanie tego problemu jest bardzo proste i przyjemne – narty. Po wypożyczeniu sprzętu i kupnie skipassa, ruszyłam na stok, gdzie spędziłam ostatnie trzy dni. Nowy Rok minął pod znakiem śnieżycy, więc z jazdy niewiele wyszło. Wczoraj było raczej pochmurno, zimno i wietrznie, więc poddałam się po kilku godzinach. Na szczęście dzisiaj pogoda była niewiarygodnie przepiękna i aż szkoda, że już jutro rano wyjeżdżam z Hakuby. Ale nic nie stoi na przeszkodzie, żeby wrócić tu niedługo, choćby na jeden dzień! Musieli mnie dzisiaj prawie siłą ściągać ze stoku, no ale jak tu wracać do hotelu, jak można cały dzień jeździć sobie na relaksujących trasach, podziwiając takie widoki?

hakubahappo1 hakubahappo2 hakubahappo4hakubahappo3

Na koniec panorama z najwyższego punktu, do którego udało mi się dzisiaj dotrzeć – na wysokość 1680 m, na zboczu góry Karamatsu-dake (唐松岳), wysokiej na 2696 m. Zdjęcie poniżej jest dość duże, więc kliknijcie na nie, jeśli chcecie zobaczyć je w o wiele wyższej rozdzielczości. Pięknie, prawda?

panorama

Na szczęście do pierwszego dnia zajęć po świątecznych feriach jeszcze dwa dni, a nie byłabym sobą, gdybym nie wykorzystała ich na zwiedzanie. Dlatego jutro wybieram się do Matsumoto, a w niedzielę do Nagano, zanim wrócę późno w niedzielę wieczorem do Tokio i do normalności. Ale pomartwię się tym później. Na razie rozważam pobudkę jutro rano na wschód słońca, aby nadrobić nieudane noworoczne hatsuhinode, bo jutro także ma być prześliczna pogoda. Nie udało się za pierwszym razem, to może uda się 3 dni później? Warto spróbować. A z pewnością wschód słońca w tak pięknych górach jest czymś niesamowitym. I będzie co rozpamiętywać, spędzając najbliższe tygodnie i miesiące na betonowej tokijskiej pustyni.

Karolina

autor:

Cześć! Mam na imię Karolina. Jestem absolwentką japonistyki na Oxfordzie i piszę tutaj głównie o Azji Wschodniej. W wolnych chwilach czytam, gotuję wegańskie pyszności i próbuję wymyślić, jak choć trochę ulepszyć świat.

Comments (8)

  1. Zdjęcia z gór są CUDOWNE! 🙂

  2. SUPER, SUPER, SUPER!!!

    Z przyjemnością się czyta, z radością ogląda fotografie.

    Masz talent kobieto!

    Pozdrawiamy gorąco

    Kasia i Włodek

    P.S. przy okazji zapraszamy na naszego bloga

    http://thekatyslove.blogspot.com/

    i na FB

    https://www.facebook.com/katy.loves.it

  3. Ja wiem, że tekst nie o tym, ale: jak cudownie widzi się te góry i myśli – wszak to nie Japonia, ty je na pewno zrobiłaś w Europie i ściemniasz 😀 😉

    Jedzenie przepiękne też! Choć już bardziej japońskie 😉

  4. Wspaniały wpis. Spora dawka historii, informacji i kultury a wszystko w bardzo ciekawej i lekkostrawnej formie. Za to wlasnie uwielbiam Twojego bloga 🙂 wszystkiego Najlepszego w Nowym Roku

  5. To już drugi wpis o Japonii, który dziś przeczytałam – może coś w tym jest, bo według Facebookowej „wróżby” właśnie tam mam pojechać w 2015 roku… 😉 Kraj ten jest na mojej liście miejsc do odwiedzenia i przyznam, że właśnie zainspirowałaś mnie do zainteresowania się japońską kulturą! Z chęcią poznam więcej takich ciekawostek, zanim się tam wybiorę. Ciekawe informacje i przepiękne widoki – w szczególności urzekła mnie ta świątynia Hosono Suwa w zimowej scenerii! <3

    • Karolina

      Nawet nie wiesz, jak się cieszę, że udało mi się kogoś „zainspirować do zainteresowania się japońską kulturą!” 😀 Mam nadzieję, że mój blog jakoś w tym pomoże i ze wybierzesz się do Japonii w niedalekiej przyszłości, bo naprawdę warto 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *