Nagano (長野) – miejsce, gdzie ukryto Buddę

Przyszedł czas na mentalne pożegnanie się z prefekturą Nagano, a konkretnie – samym Nagano, które było ostatnim punktem mojego kilkudniowego wypadu na początku stycznia. Od powrotu minęły już nieco ponad dwa tygodnie, ale wydaje mi się jakby to było dopiero wczoraj. Nie wiem czy mój mózg po prostu za wszelką cenę stara się nie skupiać na nudnej tokijskiej rutynie, czy też faktycznie pobyt w górach tak zapadł mi w pamięć, ale muszę przyznać jedno – prefektura Nagano zaskoczyła mnie na plus.

Domyślałam się oczywiście, że będzie tam ładnie, bo jakże pokryte śniegiem góry mogą nie być piękne? Ale oprócz samych widoków, które czasem dosłownie zapierały dech w piersi, atmosferę tworzyli ludzie. W Tokio nikt nigdy nie powie nawet słowa po angielsku, nawet jak widzi, że człowiek się męczy i wije jak piskorz, próbując ułożyć w głowie to, co chce powiedzieć.

Niestety często im bardziej się człowiek stara, tym gorzej to wychodzi. W Nagano natomiast było wręcz na odwrót – owszem, wiele osób było autentycznie zaskoczonych, że potrafię, mniej czy bardziej, dogadać się po japońsku (a ostatnio muszę przyznać, że nawet widzę promyki nadziei w tej materii!), ale o wiele więcej osób traktowało spotkanie mnie, jako szansę na poćwiczenie swojego angielskiego. Czasami, przyznam bez bicia, że wolałabym, żeby mówili do mnie po japońsku, niż kaleczyli proste słówka tak, że nie miałam pojęcia o co im chodzi. Ale czyż ja też wiele razy nie czynię podobnie? I nawet jeśli teraz jestem w stanie w większości przypadków się dogadać, to dawniej wiele razy byłam w sytuacji, gdzie próbowałam wyrazić to, co siedzi w mojej głowie po japońsku i efekt był podobny do walenia głową w ścianę.

Dużo osób z tych, które z entuzjazmem zagadywały po angielsku, to byli właśnie mieszkańcy Nagano. I nie mówię tu nawet o obsłudze hotelu czy pracownikach informacji turystycznej, ale na przykład o kierowcy autobusu czy pani sprzedającej bilety na dworcu. To właśnie osoby, po których najmniej bym się spodziewała, że umieją wydukać cokolwiek po angielsku, nie miały żadnych oporów i z uśmiechem na twarzy zaczynały, gorzej czy lepiej, rozmowę w języku Szekspira.

Przed tym całodniowym pobytem, byłam w Nagano kilka razy przejazdem – a to jadąc do Jigokudani, aby zobaczyć moczące swoje cztery litery w gorących źródłach małpki, czy też po drodze z Tokio do Hakuby. I mimo tego, że początkowo planowałam po pobycie w Matsumoto wracać już do Tokio, zarezerwowałam na szybko hotel niedaleko dworca i postanowiłam, że spędzę tam dzień, jako że i tak najszybsza i najdogodniejsza droga do Tokio prowadziła wbrew pozorom właśnie przez Nagano. Nawet jeśli, patrząc na mapę, wracanie się na północ, aby dostać się na południe może wydawać się dość nielogiczne.

Późnym wieczorem przybyłam z zimnego Matsumoto do jeszcze bardziej mroźnego Nagano. Mroźnego nawet niekoniecznie ze względu na temperaturę, która wynosiła kilka oczek poniżej zera, ale raczej z powodu przenikliwego górskiego wiatru, który szalał po ulicach i przenikał do szpiku kości. Po rozgrzewającej kolacji w postaci piekielnie pikantnego koreańskiego niby gulaszu z tofu zwanego sundubu jigae (순두부찌개), przeszłam się trochę po ulicach Nagano, lecz spacer nie trwał długo, bo po kilkunastu minutach byłam bliska uwierzyć, że po powrocie do hotelu będę musiała wzywać lekarza, aby amputował mi odmrożone palce u stóp… Tak też rano po obfitym japońskim śniadaniu (czytaj: ryż, wodorosty, nattō, tōfu, zielona herbata, itp.) obiecałam sobie, że przed powrotem do Tokio późnym popołudniem postaram się jak najdokładniej zwiedzić główną atrakcję miasta, jaką jest świątynia Zenkō-ji (善光寺).

Na wstępie muszę się przyznać, że niespecjalnie dużo przeczytałam na temat Zenkō-ji przed przyjazdem do Nagano i wiedziałam o świątyni tylko tyle, że jest jedną z najważniejszych świątyń buddyjskich w regionie i tak naprawdę jedną z niewielu, do których ludzie nadal odbywają pielgrzymki. Nie zdawałam sobie jednak w ogóle sprawy z ogromu całego kompleksu – oprócz głównego budynku świątyni i prowadzącej do niej bramy, należy do niej także kilkadziesiąt budynków. Wiele z nich to pomniejsze świątynie, z przeróżnymi ołtarzami i podobiznami Buddy, ale spora część to budynki, gdzie mieszkają, tudzież chwilowo zatrzymują się mnisi i pielgrzymi. Szkoda, że nie wiedziałam tego przed przyjazdem, bo wiele z nich naprawdę zachwycało kunsztem architektonicznym.

nagano3 nagano4 nagano6 nagano1 nagano2 nagano5

Ponoć, jeśli skontaktuje się z agencją turystyczną w Nagano jakiś czas przed przyjazdem, nie ma problemu, aby załatwić nocleg i posiłek w jednym z miejsc, jak na zdjęciach powyżej. Jak dla mnie najbardziej kuszącym aspektem byłyby jednak posiłki wegetariańskie! Do tej pory nie do końca rozumiem jak to możliwe, że spora część mnichów buddyjskich i osób, praktykujących w mniejszym czy większym stopniu ascezę nie je ani mięsa ani ryb, a znalezienie w Japonii miejsca, które nie dodaje wywaru rybnego do wszystkiego graniczy wręcz z cudem…

nagano8 nagano7 nagano9

Lecz zanim skończymy nasz spacer główną ulicą miasta w stronę świątyni, w ramach krótkiego przerywnika porozmawiajmy o tym, co tygryski lubią najbardziej – o jedzeniu. Specjalność, z której słynie w całej Japonii Nagano to soba (そば, 蕎麦), czyli nasza pospolita gryka. My jemy ją z reguły w postaci kaszy, lecz Japończycy spożywają ją głównie w formie makaronu lub, jednakże o wiele rzadziej, mąki gryczanej. Idąc, a raczej maszerując dziarsko, w stronę świątyni mijałam po drodze co chwilę sklepy oferujące przeróżne dania na bazie makaronu soba. Jednakże zamiast zjeść jeden sycący posiłek, postanowiłam popróbować różnych przysmaków sprzedawanych po drodze. Najpopularniejszą przekąską Nagano, którą można dostać dosłownie wszędzie są tak zwane oyaki (おやき)- malutkie bułeczki z mąki gryczanej z przeróżnymi nadzieniami, z reguły na bazie lokalnych dzikich warzyw.

oyaki6 (http://www.shinshu-oyaki.jp/shop/index.php)

Nawet nie wiecie, jak cieszył mnie fakt, że gdziekolwiek bym nie poszła, mogę wejść do jednego z rozsianych po Nagano sklepików ze świeżymi oyaki i nie dość, że zjeść coś wegetariańskiego, pysznego, to jeszcze zdrowego! W niewyobrażalnie mroźny dzień, parujące bułeczki były chyba jednym z niewielu sposobów (oprócz pocieszania się gorącym sake, czego fanami była duża część Japończyków) na przetrwanie w tej pogodzie tak długo, by choćby szybkim marszem przejść po większości kompleksu świątyni, a nawet w ogóle do niego dotrzeć. Oczywiście nie omieszkałam się kilkakrotnie porządnie poparzyć, ale smak oyaków skutecznie wynagradzał ten dyskomfort.

oyaki3 oyaki2

W większości sklepów można było kupić oyaki z podobnymi nadzieniami, na przykład nozawana (野沢菜), bakłażan, miks warzyw, miks grzybów, albo coś bardziej na słodko, czyli anko lub dynia. Najbardziej zapadł mi w pamięć jednak sposób oznaczania bułeczek, aby nie tylko sprzedający mogli szybko rozpoznać, którą podgrzać i nałożyć klientowi, ale także by klient wiedział później, co je. Na menu poniżej przy każdej pozycji po lewej stronie znajdują się różne kropki: czerwone i zielone:

oyaki4

Następnie spójrzcie na bułeczki które kupiłam – też mają naniesione wzorki! Przyznam, że długo zajęło mi zdanie sobie sprawy z tego jakże prostego i tym samym genialnego rozwiązania. Najpierw oczywiście sprawdziłam nadzienie jednego z oyaków po prostu wgryzając się w niego, ale przyznam, że Japończycy lepiej to wymyślili.

oyaki5

Natomiast już po wizycie w świątyni, w sklepie niedaleko dworca zakupiłam kilka oyaków na drogę, i tym razem na pudełku nad konkretną bułeczką została przyczepiona naklejka, nie dość, że z nazwą nadzienia, to jeszcze z rysuneczkiem, gdybyśmy przypadkiem nie wiedzieli, czym to zielsko w środku tak naprawdę jest.

oyaki1

Jeden z powyższych oyaków miał dość ciekawe nadzienie, mianowicie z dzikiego ostu azami (あざみ). Nie mam pojęcia z której części rośliny zrobiono to nadzienie, ale bynajmniej nie z tej kłującej, bo przeżyłam to doświadczenie bez wizyty na pogotowiu z krwawiącym językiem, a na dodatek muszę przyznać, że było zadziwiająco smaczne! Chociaż chyba zostanę tradycjonalistką, bo najbardziej smakowała mi wersja z dynią, chociaż ta z tradycyjnym zielskiem prefektury Nagano – nozawaną – też niczego sobie. No i oczywiście te z anko, ale to chyba zbyt oczywiste, żeby o tym musieć za każdym razem wspominać!

Wróćmy jednak do głównego celu wyprawy, czyli do Zenkō-ji. Świątynia została zbudowana w VII wieku, a Nagano powstało stopniowo dopiero później dookoła jej kompleksu. Jej główną „atrakcją” jest hibitsu (秘仏), czyli „ukryty Budda” – rzeźba Buddy, często uznawana za pierwszą statuę Amitabhy, przywieziona dawno temu z Indii, przez Koreę, do Japonii. Według legendy, rzeźba ta wywołała spory konflikt między dwoma klanami rządzącymi okolicą w tamtym czasie i ktoś stwierdził, że można go rozwiązać, pozbywając się źródła problemu i wrzucając ją do rzeki. Ponoć ocalił ją niejaki Yoshimitsu Honda (善光本田) z klanu Shinshū (信州) i postanowił wybudować poświęconą jej świątynię. Nie mam pojęcia, czy nazwa miejsca jest owocem narcystycznych zapędów Yoshihide, czy też powszechnego szacunku, jednakże Zenkō (善光) to po prostu jego nazwisko – Yoshimitsu – przeczytane po chińsku. Ale trzeba przyznać, że znaczenie ma bardzo pozytywne, więc czemu nie? 善 (zen) oznacza „dobro”, a 光 (hikari lub ) – „światłość”, więc jak dla mnie, to całkiem niezła nazwę jak na świątynię.

Co ciekawe, świątynia ta została utworzona zanim buddyzm w Japonii zdążył się podzielić na przeróżne odłamy (mówimy tutaj o czasie, kiedy buddyzm dopiero na archipelagu japońskim raczkował), w związku z tym należy ona do dwóch szkół buddyjskich – Tendai (天台) i Jōdo-shū (浄土宗). Mimo tego, że zarządzana jest przez dwudziestu pięciu kapłanów z Tendai i czternastu z Jōdo-shū, żaden z nich prawdopodobnie nie miał nigdy (a przynajmniej nie powinien mieć) okazji zobaczenia prawdziwej statuy hibitsu, która uznawana jest za tak świętą, że pozostaje ciągle w ukryciu.

Szczerze mówiąc, ciekawi mnie, czy w ogóle jest tam, gdzie powinna – może ktoś ukradł ją albo sprzedał pięćset lat temu, a nikt nawet o tym nie wie? Zapobiegawczy kapłani, zapewne sporo czasu temu, wpadli jednak na pomysł, żeby wykonać kopię himitsu, zwaną Maedachi Honzon (前立本尊) i wystawiać ją na widok publiczny raz na sześć lat. Bo przecież jaki jest sens prowadzenia świątyni i próbowania udowodnić każdemu, że mamy ogromny skarb, ale zarówno my, jak i wy, nigdy go nie zobaczyliśmy, ani nie zobaczymy i nie ma żadnego sposobu na świecie, aby to zmienić? Brzmi trochę nierealistycznie w prowadzeniu świątyni, co pewnie sporo kosztuje, nieprawdaż? Dlatego raz na sześć lat do Nagano zjeżdżają niewyobrażalne tłumy wyznawców i tym samym nakręcają popularność tego miejsca na tyle, że jest ono pełne turystów, okolicznych mieszkańców i pielgrzymów na okrągło.

zenkoji1
©http://www.47news.jp/CN/200904/CN2009040501000142.html

Kompleks jest tak na tyle ogromny, że kilka razy straciłam totalną orientację, więc po krótkim czasie stwierdziłam, że po prostu poszwendam się wśród przepięknych budynków i posągów, trochę bez żadnego planu. Jako że mapka wylądowała na dnie torebki, nie zastanawiałam się specjalnie, gdzie w danym momencie się znajduję, więc nie jestem w stanie zaoferować dokładnego opisu każdego z poszczególnych miejsc. Ale mam nadzieję, że poniższe zdjęcia, choć w jakimś stopniu oddają panującą tam atmosferę!

zenkoji2 zenkoji3 zenkoji4 zenkoji5

Przeciskając się przez tłum wyznawców, trafiłam na miejsce przeznaczone na tabliczki ema (絵馬), na których wypisuje się swoje życzenia, a następnie wywiesza je w wyznaczonym miejscu, aby bogowie je mogli przeczytać, no i oczywiście spełnić. Nie powinno mnie nic w tym dziwić, w końcu można je znaleźć w każdej, choćby najmniejszej świątynce, lecz to, co zwróciło moją uwagę, były tabliczki w kształcie Rilakkumy (リラックマ) – kreskówkowego misiaka, do którego mam autentyczną słabość. Co nie zmienia faktu, że wydawałoby się człowiekowi, że jestem w jednej z najważniejszych świątyń buddyjskich w kraju, et cetera, więc wypada być poważnym i zadumionym, a tu bezczelnie wisi sobie uroczy misiak, komercyjny wytwór japońskiej firmy San-X (której dziełem jest też słynne Hello Kitty)

zenkoji6 zenkoji7

Po lekkim szoku wywołanym widokiem podobizny Rilakkumy w takim miejscu, udałam się za tłumem w stronę głównego budynku świątyni, gdzie niestety nie wiele było mi dane zobaczyć, bo po pierwsze, ledwo udało mi się przecisnąć w tłumie, i po drugie – nie chciałam przeszkadzać osobom, które przyszły tam, chcąc się szczerze pomodlić, więc weszłam tam na chwilę, a następnie wyszłam po cichu bocznym wyjściem i udałam się na spacer po terenie świątyni.zenkoji8 zenkoji9 zenkoji10 zenkoji11

Pierwszy tydzień roku w każdej świątyni na terenie Japoni, czy to szintoistycznej czy buddyjskiej to istny jarmark. Pisałam o moim hatsumōde (初詣), czyli pierwszej wizycie w świątyni, którą zaliczyłam jeszcze w Hakubie. Wtedy kupiłam sobie talizman, mający chronić mnie przed wszelkim nieszczęściem – tak zwane omamori. Przy okazji wizyty w Matsumoto, skusiłam się na wylosowanie świstka, przewidującego moją fortunę na nadchodzący rok i na szczęście okazało się, że wszystko pójdzie jak składka. W Nagano jednak hitem były lalki daruma, które można było dostać (często za niemałe pieniądze) w jednym z niezliczonych namiotów na terenie Zenkō-ji.

zenkoji12

Lalki daruma często zwane są okiagari-koboshi (起き上がり小法師), co Wikipedia tłumaczy jako „wańka-wstańka”, lecz mi ta nazwa się niezbyt podoba, więc pozostańmy przy oryginale. Jako że lalki te dociążone są u podstawy, nie przewracają się i ilekroć przewrócone, wracają do pozycji pionowej. Związane jest z tym znane japońskie powiedzenie „Nana korobi, Hachi oki” (七転び八起き), które oznacza „Choćbyś siedem razy upadał, podnieś się po raz ósmy„. Daruma jest zatem symbolem determinacji, ale także cierpliwości i poświęcenia, zwłaszcza w dążeniu do wyznaczonego celu.

daruma1 (©  http://www.ja-cul.net/403-2.html)

Dlatego też wielu Japończyków kupuje darumę na Nowy Rok – warto jednak zauważyć, że żadna z lalek nie ma namalowanych oczu. Na początku może się to wydawać nie tyle dziwne, co dość przerażające, jakby wyjęte z jakiegoś horroru klasy B. Nic z tych rzeczy –  jest to związane z kolejną japońską tradycją, która wydaje mi się wyjątkowo ciekawa. Po kupieniu „ślepej” lalki, myśląc o naszym skrytym marzeniu czy celu na najbliższy rok, bierzemy w rękę pędzel i malujemy lalce lewe oko. Tym samym, wzrok lalki skupiony jest na wyznaczonym przez nas celu. Jeśli zostanie on osiągnięty albo marzenie się spełni, malujemy lalce drugie oko, przywracając darumie „wzrok”. Następnie lalkę odnosi się do świątyni, gdzie jest palona, a my możemy wyznaczyć sobie kolejne cele do spełnienia i wesprzeć budżet świątyni, kupując kolejną darumę. I tak bez końca.

zenkoji13 zenkoji14

zenkoji18 zenkoji19 zenkoji20

Ze zmysłami otumanionymi patrzeniem na dziesiątki budynków i kapliczek, a w nich niezliczonej ilości posągów, figur i figurynek, otoczonych kłębami kadzideł, przedarłam się przez tłum napierający przez główną bramę i wróciłam na uliczkę ze sklepikami. W ramach dojścia do siebie wybrałam się do miejsca wspomnianego w jednej z ulotek, które zabrałam w hotelu – sklepu specjalizującego się w wyrobie naleśników, tak zwanych crêpes, z dodatkiem mąki gryczanej. Ponoć najpopularniejszy smak to „dżem borówkowy, sernik i bita śmietana”, którego plastikowy model można podziwiać czekając w kolejce na swoje zamówienie:

sobacrepe1

Ja jednak pozostałam przy bardziej klasycznej wersji i wzięłam nadzienie z anko i lodami o smaku zielonej herbaty matcha (抹茶). I przyznam, że smakowało równie dobrze jak przesłynne crêpes w tokijskim Harajuku, o których wspominałam dobry czas temu.sobacrepe2

Zajadając się przepysznym naleśnikiem, który znikł w tempie o wiele szybszym niż powinien, udałam się w dół uliczki w stronę dworca. Przyznam, że prefektura Nagano zrobiła na mnie spore wrażenie – piękno natury, zabytki, jedzenie, ale chyba przede wszystkim niewyobrażalne ciepło ludzi. Od sprzedawców oyaków, poprzez kierowców i obsługę stoków narciarskich, każdy był niewyobrażalnie miły i pomocny. Z żołądkiem pełnym gryczanych bułeczek i z ubraniami pachnącymi jakby mnie ktoś przypalał na ruszcie, kupiłam bilet na shinkansen i rozsiadłam się w fotelu, żegnając się z górskim krajobrazem. Ale z pewnością tu wrócę. I wiem, że mówię tak prawie po każdej podróży, gdziekolwiek po Japonii, lecz w końcu ten kraj ma specjalne miejsce w moim sercu i zamierzam tu wracać, jak często to możliwe. Nawet jeśli tylko po to, by, ot tak, idąc ulicą, móc zajadać się naleśnikiem z anko, bo wtedy żaden mróz, ból i zmęczenie są niestraszne.

0 comments on “Nagano (長野) – miejsce, gdzie ukryto Buddę

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *