Otaru (小樽), czyli miasto tysiąca lampionów

Pisałam niedawno o Festiwalu Śniegu w Sapporo i w ramach kontynuowania tej jakże mroźnej opowieści, chciałabym dzisiaj wspomnieć o małej nadmorskiej mieścince, do której wybrałam się w ramach odpoczynku od festiwalowego zgiełku – o Otaru (小樽), położonym nad zatoką Ishikari (石狩). Nie udało mi się jednak do końca uciec przed atmosferą świętowania zimy, bo w Otaru także miał miejsce inny festiwal, aczkolwiek na o wiele mniejszą skalę i gromadzący tłumy jedynie po zachodzie słońca.

Położone 30 km na zachód od Sapporo Otaru znane jest głównie ze swojego portu, ale kłamstwem byłoby stwierdzenie, że jest to po prostu pierwsze lepsze miasteczko portowe. Otaru zostało założone w końcówce XVI wieku jako Otarunai (オタルナイ), co w języku Ainu oznacza „rzeka pośród piasku”. Tutaj wypada uczynić małą dygresję i wspomnieć w kilku słowach kim są Ainu, bo podejrzewam, że niewielu z Was o nich słyszało. To właśnie Ajnowie uznawani są przez badaczy za oryginalnych mieszkańców na archipelagu japońskim, lecz wszelcy nowi przybysze, czy to z Korei czy z Oceanii zaczęli wypychać Ainu coraz bardziej na północ i ci ostatecznie osiedli na Hokkaido. Na ich nieszczęście nie był to lud zbyt waleczny, lecz wynikało to może po prostu z tego, że przybysze dysponowali o wiele wyższą technologią. Dlatego też z czasem zostali oni wasalami japońskich feudałów i rozpoczęła się zgubna dla Ajnów asymilacja na siłę.

otaru1

W XVIII wieku wybuchło powstanie Ainu, które nie dość, że zostało brutalnie stłumione, to jeszcze spowodowało agresywną kolonizację Hokkaido przez Japończyków (czyli głównie imigrantów z Korei i Chin, którzy zaczęli się pojawiać na wyspach japońskich od III wieku przed naszą erą). Tym samym, wraz z coraz liczniej przybywająca ludnością japońską, zdecydowano się na usunięcie wszelkich nazw w języku Ainu (zwanym także ajnuskim) i zapisanie ich w japońskim alfabecie. Co ciekawe, jednym z najważniejszych badaczy Ainu i ich języka, który nie wykazuje podobieństw do jakiegokolwiek innego istniejącego języka na świecie, był brat Józefa Piłsudskiego – Bronisław!  W każdym razie, Japońskie nazwy często w ogóle nie miały nic wspólnego z oryginalną wersją i tak samo było też w przypadku Otaru. Bynajmniej nie dorównano poetyckim umiejętnościom Ainu – „wielka beczka” niespecjalnie zachwyca swoim artyzmem, czyż nie?

otaru6otaru7

Moim głównym celem nie było jednak ani smakowanie sushi ze świeżych ryb prosto z morza, ani nawet kupno szklanych drobiazgów, z których Otaru jest znane, lecz Otaru Snow Light Path Festival (小樽雪あかりの路; Otaru Yuki akari no Michi). Nazwę wzięto z tytułu pierwszego zbiorku poezji Sei Itō (伊藤 整), który pochodził właśnie z Otaru. Muszę przyznać, że zdecydowanie warto było przyjechać nad morze nie tylko aby odpocząć trochę od tłumów, którego sporą część stanowili cudzoziemcy i powdychać świeże morskie powietrze, ale także by popodziwiać zimowy krajobraz w o wiele bardziej intymnej, a można by nawet rzec romantycznej, atmosferze.

Bo jakkolwiek ogromne budowle wykonane ze śniegu zachwycają na swój sposób, to bliższe mojej duszy są chyba wyrzeźbione ręcznie lampiony z lodu z włożoną do nich świeczką. Może ludzkiej naturze po prostu bliższy jest blask ognia niż reflektorów? W ogóle sam koncept i oprawa całego wydarzenia wydaje mi się niezwykle pozytywna, bo angażuje zwykłych ludzi do tworzenia rzeźb i lampionów jak tylko potrafią. Niektóre z nich były może krzywe albo niedopracowane, ale to jest w tym wszystkim najmniej istotne, bo liczy się włożone w to serce. Aż miło aż było patrzeć jak jeszcze za dnia lampiony i rzeźby przygotowali ramię w ramię emeryci, studenci czy matki z dziećmi. Myślę, że gdybym się spytała to też pozwoliliby mi pomóc, ale chyba nie przydałabym się im zbytnio z moimi sinymi rękoma, mimo założonych na raz dwóch par rękawiczek…

otaru19 otaru20

Lampiony zostały porozstawiane głównie w dwóch miejscach, wzdłuż kanału Otaru (小樽運河; Otaru Unga) oraz wzdłuż torów nieużywanej już linii Temiya-sen (手宮線). Kanał nie robi specjalnego wrażenia za dnia, choć niektóre z magazynów są warte uwagi, zwłaszcza, że większość z nich została teraz przerobiona na przykład na restauracje.

otaru3otaru9

Kanał pełnił kiedyś w porcie kluczową funkcję, lecz wraz z rozwojem techniki zniknęła także potrzeba przeładowywania ładunku z dużych statków na mniejsze, które następnie kursowały po kanale. Jak to często bywa z szalenie modernistycznymi zapędami, podjęto decyzję, że nieużywany kanał zostanie zasypany i tym samym zostanie poszerzona biegnąca wzdłuż kanału droga. Na szczęście mieszkańcy się zbuntowali i część kanału udało się uratować, a stare magazyny zamiast zostać zburzone, tętnią życiem. Bo nieraz naprawdę wystarczą po prostu chęci.otaru10

Okolica kanału nabrała specjalnej atmosfery po zachodzie słońca, kiedy nie dość, że rozstawiono wzdłuż brzegu niezliczone wykute z lodu i śniegu lampiony, to jeszcze umieszczono malutkie lampioniki na bojach nad wodą, co tworzyło niesamowity i trudny do opisania słowami klimat. I gdyby nie przepychający się turyści i fakt, że kilku z nich uciekało się nawet do takich tanich chwytów jak deptanie czy dyskretne uderzenie z łokcia, aby tylko móc zrobić zdjęcie, mogłabym stać na jednym z przecinających kanał mostów bez końca i podziwiać grę świateł na tle śniegu i wody. Magia.

otaru16

Stwierdziłam, że nic tego nie przebije i szczerze mówiąc, myślałam już tylko o znalezieniu jakiegoś jedzenia i zagrzaniu swojego przemarzniętego ciała, ale stwierdziłam, że nie zaszkodzi wybrać się na opuszczone tory, choćby na chwilkę. Nie macie pojęcia, jak się cieszę, ze zrezygnowałam z łatwiejszego rozwiązania i oddaliłam się od niezliczonych restauracji przy kanale, które kusiły ciepłym posiłkiem i udałam się pod górę w stronę dworca.

Po drodze totalnie poprawiły mi humor wyrzeźbione ze śniegu maneki-neko (招き猫) – „zapraszający kot”, którego figurkę ustawia się tradycyjnie przy wejściu do sklepu, aby przyciągały swoim skinieniem klientów i tym samym pieniądze. Zapatrzona w przeurocze rzeźby totalnie przegapiłabym wejście na tory linii Temiya i gdyby nie fakt, że nagle zauważyłam pomarańczowa łunę bijąca spomiędzy budynków, trafienie na miejsce nie byłoby wcale takie łatwe. Udałam się za ludźmi w głąb torów i od razu poczułam się jakbym trafiła do istnej krainy czarów! Powolne maszerowanie między ścianami ze śniegu z wykutymi w nich lampionami, z których wiele zachwycało oryginalnością, od razu przeniosło moje myśli do jakiegoś niezidentyfikowanego miejsca pełnego marzeń, z dala od przyziemnych problemów takich jak chłód czy głód.

Ale oprócz całkowitej oprawy i atmosfery, która pozwalała się poczuć trochę tak, jakbyśmy wylądowali w jakimś zimowym tajemniczym ogrodzie, moją uwagę zwróciły indywidualne lampiony. Niektóre z nich, zwłaszcza te z wtopionymi liśćmi z chęcią zabrałabym ze sobą, gdyby nie fakt, że były wykonane z lodu.

Po przejściu istnym śnieżnym labiryntem, ozdobionym lampionami wyrzeźbionymi w ścianach, stojącymi czasem na środku ścieżki, albo nawet całymi grupami podświetlonych rzeźb ustawionych na kupie śniegu, udałam się z powrotem w stronę kanału. Stanęłam na chwilę, patrząc na grę świateł nad wodą i dopiero wtedy poczułam pierwszy raz od przyjazdu na Hokkaido, że udało mi się mentalnie odpocząć od tokijskiego zgiełku. Na początku przeszło mi przez myśl, że to trochę smutne, że po kilku dniach w jednej z najbardziej zatłoczonych dzielnic Tokio, jaką jest Shibuya, potrzebuję prawie trzech dni, aby wrócić do normalności. Ale po chwili zamiast użalać się nad sobą, udałam się do jednego z byłych magazynów nad kanałem, gdzie znajdowała się restauracja typu kaiten sushi (回転寿司) – czyli restauracja sushi, gdzie na samym środku sali kucharze przygotowują dania, które następnie jeżdżą na taśmie, skąd można je sobie brać.

otaru21

Wiem, że Otaru znane jest ze świeżych ryb, jednakże ja, jako wegetarianka, nie mogłam się specjalnie nimi nacieszyć. Nie przeszkodziło mi to jednak w istnej uczcie sushi z przeróżnymi warzywami, jajkiem czy nattō (納豆) – sfermentowaną soją. A na deser – ryż zawinięty w omlet z tofu na słodko, czyli słynne i jedyne w swoim rodzaju inari zushi (稲荷寿司).

Okazało się, że wszystkie sushi bez ryb były najtańsze i za posiłek, którym najadłam się po pachy, zapłaciłam istne grosze. Bynajmniej nie narzekam! Pysznie, świeżo i tanio? Czego chcieć więcej. Po wypiciu kilku kubków gorącej zielonej herbaty, opatuliłam się mocno szalikiem, po czym wyszłam na nieludzki mróz i przebierając nogami jak szybko tylko mogłam, udałam się żwawo w stronę dworca. Na szczęście Otaru ma połączenia z Sapporo co kilkanaście minut, więc jak tylko wpadłam na dworzec, od razu udało mi się wsiąść do pociągu i tym samym zagrzać. Godzinkę później byłam już w hotelu w stolicy Hokkaido, układając sobie w głowie przeżycia zarówno z Sapporo, jak i z Otaru. Wizja powrotu do Tokio niezbyt mnie cieszyła, ale z drugiej strony – wiedziałam, że te kilka dni w krainie lodu i śniegu pomoże mi z pozytywnym nastawieniem chodzić do pracy przez najbliższy czas. I to założenie się sprawdziło. Zwłaszcza, że już w piątek wyjeżdżam znowu, więc będę miała kolejną okazję doładować swoje akumulatory. Gdzie tym razem? Znowu nie zdradzę tej tajemnicy tak łatwo, ale powiem tylko tyle – w przeciwną stronę niż Sapporo. A na razie czas przygotować się mentalnie na pięć dni pracy. I nie przestawać trzymać kciuków, żeby wreszcie zaczęło się ocieplać, bo ile można? Chociaż lato trwało tu do środka października, więc chyba nie powinnam narzekać, prawda?

4 comments on “Otaru (小樽), czyli miasto tysiąca lampionów

  1. Tajfun,
    Powiem Ci coś w tajemnicy 🙂 W końcu mam okruchy wolnego czasu i zaglądnęłam do Twoich starszych postów i po prostu mam ochotę wyznać Ci miłość! <3
    Prawdą jest niestety, że świat opisywany przez podróżników na blogach jest bardzo powierzchowny, tak samo jak powierzchowne i płytkie jest nasze postrzeganie kraju, który znamy jedynie z przewodnika. To nie przeszkadza, kiedy jest się na podobnym poziomie "rozpoznania tematu" co autor. Niestety kij ma dwa końce i gdy ktoś bez zrozumienia rozprawia nad znanym mi światem, o którym sam nie ma pojęcia, to bardzo, ale to bardzo boli.
    Dlatego teraz, z miejsca (i z pracy!) chciałabym Ci podziękować za PROFESJONALIZM, RZETELNOŚĆ i WIEDZĘ. Kocham Twój blog i wiem co będę robiła w długie, zimowe wieczory – przekopywała archiwum! 🙂
    Pisz dalej, がんばって!

    • Karolina

      Dziękuję bardzo za ten wspaniały i pełen ciepła komentarz ♡ Staram się jak mogę opisywać Japonię (i Koreę) w miarę obiektywnie i poświęcić trochę czasu na wytłumaczenie, o co chodzi, czy to w kwestii tradycji czy historii. Podejrzewam, że sporo osób wolałoby ominąć te bardziej naukowe wstawki, ale ja także, pisząc posty, sporo się uczę 🙂 Czekam w takim razie na jakieś komentarze a propos dawniejszych, mniej doszlifowanych postów! Mam nadzieję, że znajdziesz coś tam dla siebie.
      Pozdrawiam ♥

  2. Hokkaido, to kolejne moje marzenie do zrealizowania! Chociaż nie ukrywam, że wolałabym pojechać tam latem lub wiosną.
    Co do Ainu (i hokkaidzkiej zimy w sumie) – na FF Pięciu Smaków oglądałam dosyć dziwny film. Był to japoński remake westernu Eastwooda, pt. „Yurusarezaru Mono” („Bez Przebaczenia”/”Unforgiven”) i to remake niemal klatka po klatce, zdanie po zdaniu, tyle że akcja działa się zimą na Hokkaido, łowcami głów byli dawni samurajowie, a zamiast Indian byli właśnie Ainu. Polecam, Nawet jeśli oglądałaś oryginał, to ciekawe doświadczenie. 🙂

    • Karolina

      Zdecydowanie polecam wyjazd latem, bo panuje wtedy tam temperatura w sam raz na to, aby sobie pochodzić w krótkich spodenkach i nie martwić się wizją udaru słonecznego (co przytrafiło mi się raz lipcu w Osace). A film brzmi dość… intrygująco. Muszę się kiedyś zabrać za obejrzenie większej ilości japońskich filmów, bo niestety mam w tej materii niezłe zaległości 🙁

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *