Hiroszima (広島), czyli miasto feniks

Spoglądając przez okno samolotu na nocną panoramę Hiroshimy, poprzecinaną odnogami rzeki Ōta (太田川, Ōta-gawa), przypomniałam sobie zdjęcia zrobione tutaj niecałe 70 lat wcześniej i nie mogłam się nadziwić, że to w istocie to samo miasto. Patrząc z góry na rażące neony, światła pędzących samochodów i gęstą nić torów z sunącymi po nich pociągami, trudno człowiekowi uwierzyć, że większość z tego zostało odbudowana od zera.

W perspektywie tego, jak wiekowych jest wiele miast w Japonii – naprawdę niedawno. I nie mówimy tutaj o wybudowaniu hurtowo kilkudziesięciu szklano-stalowych pudeł na pustkowiu, jak to miało miejsce na przykład w Dubaju, tylko o uprzątnięciu miasta z ton niekończących się gruzów z pogrzebanymi w nich tysiącami ciał, nie wspominając już o poradzeniu sobie z dziesiątkami tysięcy rannych, którzy nie dość, że cierpieli katusze, to jeszcze w ułamku sekundy utracili dach nad głową. Nie bez powodu mówią o Hiroshimie jako o miejscu, gdzie „słońce wzeszło dwa razy”.

Hiroszima po zrzuceniu bomby atomowej (© http://www.boston.com/bigpicture/2009/08/hiroshima_64_years_ago.html)

„Hiroszima – miasto spalone, miasto popiołu, miasto śmierci… Stosy ciał ludzkich swoim milczeniem są przeciw wojnie.” (Ibuse Masuji, „Czarny deszcz”)

Wiele osób, wliczając w to samych Amerykanów, było przekonanych, że będzie to miejsce skażone na wieki. Pamiętam, jak kilka lat temu czytałam jedną z najpopularniejszych książek opisującą skutki zrzucenia bomby atomowej dla zwykłych ludzi, – „Czarny Deszcz” Ibusego Masuji. Potem przyszedł czas na kolejne powieści, opowiadania, wiersze i artykuły o tych, którym udało się przeżyć – tak zwani hibakusha (被爆者) „osoby dotknięte eksplozją” – i o ich dyskryminacji. I uświadomiłam sobie, że w całym tym gąszczu mrożących krew w żyłach opisów śmierci i cierpienia, bardzo łatwo jest zapomnieć, że Japonia jednak była agresorem dla wielu azjatyckich nacji, tak jak nazistowskie Niemcy w Europie. A ofiarę za nacjonalistyczne i imperialistyczne zapędy, między innymi cesarza Hirohito, ponieśli niestety niewinni cywile. Jak to z reguły w przeróżnych konfliktach zbrojnych bywa. Chcąc jednak lepiej zrozumieć problem z punktu widzenia Japończyka, po przyjeździe do Hiroshimy udałam się najpierw do miejsca, któremu każdy przewodnik, nieważne czy w formie książkowej czy online, poświęca najwięcej uwagi, czyli do Parku Pokoju (広島平和記念公園; Hiroshima heiwa kinen kōen).

Trudno się tutaj nie zgodzić z Tiziano Terzanim, w którego książce pod tytułem „W Azji” się właśnie zaczytuję, że pokój, a zwłaszcza jakże górnolotne hasło „pokoju na świecie” traktowane jest tutaj jak towar na sprzedaż. A jako że Japończycy dopracowali sztukę sprzedaży (i tym samym konsumpcji) do perfekcji, dla osoby, która ma choćby podstawową wiedzę na temat historii Azji, wykraczającą poza często zalatujące niemalże propagandą podręczniki japońskie, wizyta w muzeum i cała otoczka wokół parku pozostawia jakiś taki niesmak. Dlaczego? Otóż momentami, stojąc wśród tłumów głównie cudzoziemców, którzy zainteresowani byli tylko robieniem zdjęć i podjadaniem w międzyczasie chrupków, zastanawiałam się, czy jestem w parku upamiętniającym ofiary ludobójstwa czy też w parku rozrywki. Myślę, że i tak trochę przez ostatnie kilka lat zmieniło się ku lepszemu – w kilku miejscach w muzeum można było przeczytać krótkie notki, rzucone tak jakby mimochodem, że Japończycy zabili de facto prawie 300 tysięcy osób w chińskim Nankin (tak zwany gwałt nankiński) czy też że zmuszali dużą liczbę Koreańczyków i Chińczyków do pracy w katorżniczych warunkach. Jednakże miałam momentami wrażenie, iż cała wystawa poświęcona udziałowi Japonii w wojnie miała za zadanie raczej gloryfikację nie tylko samych żołnierzy, ale także poświęcenia zwykłych ludzi. Idąc wolnym krokiem wzdłuż infografik i zdjęć, człowiek zaczytywał się w opisach rozwoju wojny i w pewnym momencie logiczny rozwój wydarzeń sprawiał, że czuło się tak, jakby zaangażowanie Japonii w wojnę było czymś najbardziej naturalnym na świecie. Muzeum w Hiroszimie Może to ja coś przegapiłam, lecz po kilkunastu minutach czytania o Hiroshimie jako bazie wojskowej i o tym, jak kluczową funkcję pełnił dla armii port, nagle zaczęła się opowieść o bombie atomowej. Jakbym przeskoczyła kilka rozdziałów w książce. Niezliczone listy i dokumenty strony amerykańskiej o planowaniu zrzucenia bomby były tak jakby wyrwane z całościowego kontekstu wojny. Osoba, patrząca na to wszystko, mogła mieć wręcz wrażenie, że „Little Boy”, bo tak ochrzczono bombę, to jakiś okrutny żart i pomyłka, bo przecież w pierwotnych planach miała być ona zrzucona na Niemcy. Jakby nie było szczególnego powodu, dla którego Amerykanie wybrali akurat Japonię – ot, taki zwykły akt sadystycznej przemocy wymierzony w Bogu ducha winnych mieszkańców Hiroshimy. Oczywiście nic nie usprawiedliwia użycia broni masowego rażenia i naprawdę wiele opowieści osób, które przeżyły, często utraciwszy całą swoją rodzinę, a także cierpiących z powodu odniesionych obrażeń, poruszyły mnie i to bardzo, lecz przedstawianie się jako stuprocentowej ofiary wojny jest dość sporym zakłamaniem. Z pewnością ofiarami byli zwykli Japończycy, mieszkańcy Hiroshimy, Nagasaki i innych bombardowanych miast. Ale tak samo w nalotach ginęli przecież mieszkańcy chociażby Drezna. A nikt, poza kilkoma niezbyt chwalebnymi przykładami, nie próbuje wmówić światu, że nazistowskie Niemcy były ofiarami. No ale widocznie Japonia ma lepszy PR… Co ciekawe, japoński rząd, mimo że bardzo angażuje się w promocję muzeum w Hiroshimie i dba o to, aby mówiono o tym wydarzeniu sporo na całym świecie, nie omieszka co chwilę rozdrapywać ran historii wobec nie-Japończyków: Koreańczyków, Chińczyków czy mieszkańców krajów Azji Południowo-Wschodniej. Jak zapewne wielu z Was wie, słynny artykuł IX powojennej japońskiej konstytucji zakłada:

Naród japoński, dążąc szczerze do międzynarodowego pokoju opartego na sprawiedliwości i porządku, wyrzeka się na zawsze wojny jako suwerennego prawa narodu, jak również użycia lub groźby użycia siły jako środka rozwiązywania sporów międzynarodowych. Dla osiągnięcia celu określonego w poprzednim ustępie nie będą nigdy utrzymywane siły zbrojne lądowe, morskie i powietrzne ani inne środki mogące służyć wojnie. Nie uznaje się prawa państwa do prowadzenia wojny.

(http://www.pl.emb-japan.go.jp/relations/konstytucja.htm)

Brzmi wręcz idealnie prawda? Naród, który swoją postawą będzie promował ideę pokoju, a ze swojego słownika wykreśli na zawsze słowo „wojna”. Owszem, oficjalnie Japonia nie posiada armii, lecz tak zwane „Siły Samoobrony” (自衛隊 Jieitai)… które są nota bene jedną z najpotężniejszych armii na świecie, z rocznym budżetem około 60 miliardów dolarów (1% PKB), co plasuje ich na szóstej pozycji w rankingu kwoty pieniędzy przeznaczonych z budżetu na armię. Pamiętacie, jak rok temu blisko było do wybuchu konfliktu o kupę skał, zwaną po japońsku Senkaku (尖閣), a po chińsku Diàoyú (釣魚)?

Zapędy nacjonalistyczne w Japonii rosną w zatrważającym tempie i coraz więcej polityków zaczyna głośno mówić o zmianie konstytucji i zaprzestaniu tej hipokryzji. Co z tego wyjdzie? Zobaczymy. Miejmy nadzieję, że nic, bo w ostatnich dniach chyba wszyscy mamy dość sporów terytorialnych, czyż nie? Po przygnębiającej wizycie w muzeum, musiałam czym prędzej wyjść na zewnątrz i odetchnąć świeżym powietrzem. Nie miałam już sił odsłuchiwać kilku ostatnich nagrań z wywiadami z hibakusha, bo w muzeum nikt nie wpadł na pomysł sprzedawania wody, tak jakby czytając o niewyobrażalnym ludzkim cierpieniu, także trzeba było przechodzić przez mękę, nawet jeśli w wersji miniaturowej. Postanowiłam jednak nadal pozostać przy temacie bomby, dlatego też udałam się w głąb parku w celu obejrzenia słynnej 原爆ドーム (Genbaku Dōmu), czyli Kopuły Bomby Atomowej. Kopuła Bomby Atomowej - Genbaku Dome w Hiroszimie

Hiroszima po zrzuceniu bomby atomowej - w tle słynna kopuła (© http://www.boston.com/bigpicture/2009/08/hiroshima_64_years_ago.html)

Kopuła Bomby Atomowej dziś Budynek ten to bodajże najbardziej znany symbol Hiroshimy, co szczerze mówiąc trochę martwi, bo to tak jakby powiedzieć, ze Auschwitz jest symbolem Polski… Nie zmienia to jednak faktu, że niestety mało kto, często nawet wśród Japończyków, wie o Hiroshimie cokolwiek poza tym, że zrzucono na nią kiedyś bombę atomową. Większość z nich była w Hiroshimie na wycieczce w gimnazjum i miasto kojarzy się im tylko z przerażającą, zwłaszcza dla dzieci, wystawą. W pracy, kiedy wspomniałam, że wybieram się do Hiroshimy, każdy przyznał, że nie kojarzy w niej nic oprócz kopuły i mrożących w krew żyłach zdjęć zwęglonych ciał. Kopuła, mimo że teraz kojarzy się tylko z niebywałym cierpieniem, została zaprojektowana do celów całkowicie przeciwnych – jako prefekturalna sala wystawowa. Architektem był Czech, Jan Letzel, który ukończył projekt budynku w roku 1915. Mimo że widok ruin wprawia człowieka w jakieś takie niewytłumaczalne zakłopotanie, a nawet bezradność, to widok spacerujących dookoła ludzi i rozkrzyczanych dzieci ukazuje determinację Japończyków, aby zacząć nowy rozdział swojej historii. I tym samym nie dać się zaszufladkować jedynie jako miasto znane z tego, że zostało kilkadziesiąt lat temu, dosłownie, zmiecione z powierzchni ziemi.

„Już nie ma Hiroshimy. Nigdy przez myśl by mi nie przeszło, że to miasto zakończy swój żywot tak tragicznie.” („Czarny Deszcz”)

Przeciskając się przez tłum amerykańskich turystów, skierowałam się ponownie w stronę muzeum aby kontynuować wiosenny spacer po reszcie parku. Jednym z głównych znajdujących się w nim pomników jest Dziecięcy Pomnik Pokoju (原爆の子の像; Genbaku no Ko no Zō), którego powstanie zostało zainspirowane postacią Sadako Sasaki (佐々木禎子). Sadako była jednym z wielu dzieci, które mimo tego, że udało się im przeżyć wybuch bomby, cierpiały na różne choroby i schorzenia spowodowane promieniowaniem. Tak też było w jej przypadku – w wieku 11 lat zdiagnozowano u niej białaczkę popromienną. Dziewczynka postanowiła złożyć z papieru tysiąc origami w kształcie żurawia, z nadzieją, że to pomoże jej wyzdrowieć, zgodnie z japońską tradycja, że po złożeniu takiej liczby papierowych ptaków zostanie spełnione jedno marzenie. Niestety zmarła rok później, złożywszy jedynie 644 żurawie. Koledzy i koleżanki z klasy dokończyli jej dzieło, a samą Sadako pochowano z tysiącem kolorowych papierowych figurek, które włożono do jej trumny. Istnieje także inna wersja historii, w której to Sadako faktycznie ukończyła 1000 żurawi, a mimo to choroba ją pokonała. Jakkolwiek było naprawdę, dzieci podobnych do niej było w Hiroshimie tysiące, lecz to właśnie jej postać zainspirowała wielu do promowania idei pokoju. genbaku7 genbaku8 Kilka lat po jej śmierci, głównie z inicjatywy jej szkolnych rówieśników, zebrano wystarczające fundusze na zbudowanie poświęconego jej pomnika. Na czarnym marmurze pod sylwetką pełnej życia i nadziei Sadako wyryty został napis:

これはぼくらの叫びです これは私たちの祈りです 世界に平和をきずくための
Kore wa bokura no sakebi desu. Kore wa watashitachi no inori desu. Sekai ni heiwa o kizuku tame no.
To jest nasz płacz, to jest nasza modlitwa. O pokój na świecie.

Warto jednak podkreślić, że mimo tego, iż sporo hibakusha umarło dość szybko, z powodu rozległych obrażeń, wiele osób, które przetrwały horror „Little Boy” żyje nadal. Status hibakusha ma w Japonii 201 778 osób, lecz samo określenie, komu on przysługuje wcale nie jest takie proste jakby się wydawało. Bo przecież mowa nie tylko o bezpośrednich ranach spowodowanych wybuchem, lecz także, a może głównie, o brzemiennym w negatywne skutki promieniowaniu. Dlatego też status ten mogą otrzymać także osoby, które znajdowały się do 2km od hipocentrum w ciągu 2 tygodni od wybuchu, lub te, które znalazły się w miejscu, gdzie padły promieniotwórcze odpady. Poza tym, obejmuje on też dzieci kobiet, które podchodzą pod wcześniejsze kategorie. Niestety jak to często z biurokracją bywa, znane są przypadki tych, którzy oszukiwali, aby otrzymać kartę hibakusha, jak i tych, którzy utknęli w papierkologii i nie otrzymali żadnego wsparcia od strony państwa. Posiadacze takiego statusu otrzymują od rządu specjalny zasiłek, a około 1% z nich przysługuje także specjalna opieka medyczna.

Jedna z hibakusha, osób poszkodowanych w Hiroszimie (© http://www.boston.com/bigpicture/2009/08/hiroshima_64_years_ago.html)

Wydawałoby się, że ludziom tym powinno się współczuć i w miarę możliwości pomagać, prawda? Na ich nieszczęście, wielu z nich było (i nadal jest) ofiarami dyskryminacji ze strony reszty społeczeństwa. Od roku 1945 minęło już, szczerze mówiąc, sporo czasu, a duża część Japończyków nadal nie ma zielonego pojęcia o promieniowaniu i chorobie popromiennej. Można to było zauważyć między innymi po awarii reaktora w Fukushimie, kiedy to sam rząd tuszował znacznie informacje, bo przecież to o wiele łatwiejsze niż uświadomienie ludzi na temat realnych zagrożeń, ale także wytłumaczenie wielu stereotypów. W mediach, zwłaszcza tych zagranicznych, pojawia się coraz więcej historii na temat dyskryminacji mieszkańców Fukushimy i okolicy. Ludzie są teraz o wiele bardziej świadomi, po doświadczeniach z drugiej wojny światowej, jak bolesna może być taka ‚cicha wrogość’.

Dyskryminowani są nie tylko ci, którzy byli w Hiroshimie 8 sierpnia 1945, ale także ich dzieci czy wnuki. Wielu ludzi uważa, że dzieci urodzone przez kobiety nawet wiele lat później maja o wiele większą szansę na zachorowanie na wszelkie podłe choroby, jakie można sobie tylko wymyślić. Tak jakby choroba popromienna była nie dość, że dziedziczona genetycznie, to jeszcze zakaźna. Dlatego też wiele osób ukrywało, nawet przed bliskimi, fakt, że są ofiarami bomby o jakże ironicznej nazwie – „Little Boy”. Głównie z powodu lęku przed izolacją przez resztę społeczeństwa, sparaliżowanego strachem przed niewidzialnym, czyhającym na nich niebezpieczeństwem. Ponoć w całej Japonii jeszcze sporo po wojnie mówiło się „Nie wychodź za nikogo z Hiroshimy, bo będziesz skażony”. Wielu hibakusha nie mogło znaleźć pracy, a ich dzieci były wytykane i prześladowane przez rówieśników w szkołach. I mimo że Japończycy szczycą się chwalebną misją szerzenia pokoju na świecie, który zostałby zagwarantowany głównie przez rezygnację z arsenału nuklearnego, jakoś nikt nie wpadł na pomysł, aby wytłumaczyć w prostych słowach na czym polega choroba popromienna. genbaku5 Zamiast tego rząd ładuje miliony jenów w akcje promujące region Tōhoku (東北), od turystyki aż po jedzenie. Gdziekolwiek nie spojrzę, zwłaszcza w pociągu, krzyczą do mnie plakaty o tym, jak to prefektura Fukushima jest przepiękna i jedyna w swoim rodzaju. Włączam telewizor, a tam program o tym, że truskawki z tego regionu są soczyste i bezpieczne. I tak dalej. A większość japońskich znajomych w akademiku niezbyt kwapi się do zakupu warzyw z tego regionu. Jedna Japonka usłyszawszy, że niedługo planuję wybrać się do Sendai (仙台), które także zostało znacznie uszkodzone w trzęsieniu i tsunami, odskoczyła ze zdziwieniem ode mnie, jakbym była nosicielką jakiegoś wirusa. Jak to powiadają: „Ignorance is bliss” – „Niewiedza jest błogosławieństwem”. Dlatego nie powinno dziwić, że można przeczytać w gazetach czy w Internecie coraz więcej historii o tym, jak to ludzie nie chcą brać ślubu z osobami pochodzącymi z Fukushimy. Albo o dzieciach, odtrącanych przez grupę rówieśników po tym, jak wyszło na jaw, że pochodzą oryginalnie właśnie z Fukushimy. Rząd niby w 2008 roku zarządził obowiązkowe lekcje na temat radioaktywności, lecz tylko dla uczniów ostatniej klasy gimnazjum. Dobrze, że mieszkańcy prefektury Fukushima wzięli sprawy w swoje ręce i wprowadzili swój własny program nauczania na temat promieniotwórczości. Jak to świetnie podsumował dr Masaharu Tsubokura w artykule na temat dyskryminacji w Fukushimie: „Jeśli twoje miasto zostaje porzucone, wyprodukowane przez ciebie plony odrzucone, a Ty sam, jak dorośniesz, zostajesz odrzucony z pogardą – to co ci pozostaje?” genbaku6

Spacer po Parku Pokoju upłynął mi właśnie na takich refleksjach, dlatego poczułam wewnętrzna potrzebę, aby za wszelka cenę, a najlepiej natychmiast, zobaczyć też inną Hiroshimę, tą pozytywną i tętniącą życiem. Idąc w stronę centrum, starałam się wyprzeć negatywne myśli, a zamiast tego skupić się na doświadczeniu metropolii, jaką jest Hiroszima, wszelkimi zmysłami. Patrzyłam na przejeżdżające co chwile tramwaje (tak, autentyczne tramwaje!), ludzi spieszących się do pracy, parę licealistów, trzymającą się nieśmiało za rękę. Z małych sklepików dochodził zapach jedzenia i dźwięk siorbania zupy, który nadal przyprawia mnie o dreszcze, mimo że mieszkam w Japonii już prawie pół roku. Na szczęście dość szybko znalazłam dobry balsam na moją lekko skołataną duszę – koleżanka, z którą przyjechałam do Hiroshimy, jak na Japonkę przystało, sprawdziła przed wyjazdem, że w parku w centrum kwitną już drzewa śliwy. Nie ma nic lepszego od podziwiania zieleni i kolorowych kwiatów po spędzeniu kilku godzin na oglądaniu czarno-białych filmów i zdjęć, z których duża część mroziła krew w żyłach. Po drodze jednak postanowiłyśmy posilić nie tylko duszę, lecz ciało i wylądowałyśmy w małej knajpce, sprzedającej okonomiyaki. Danie, o którego pochodzenie toczy bój Osaka z Hiroszimą, co nie ma specjalnego znaczenia, bo wersje te się dość różnią. Jak dla mnie obie są pyszne, chociaż na tyle dawno nie jadłam wersji z Osaki, ze śmiem zagłosować za przepysznym plackiem z Hiroshimy. Okonomiyaki a la Hiroszima Czym jednak jest okonomiyaki (お好み焼き)? Taki niby-naleśnik w wersji nie na słodko, z rożnymi dodatkami – głównie mięsem i warzywami, z przewagą jakże uwielbianej przez Japończyków kapusty. W Osace przed smażeniem wszystkie składniki miesza się w misce, jednakże w Hiroshimie smaży się nadzienie i placki osobno, a potem pod koniec łączy je w jedną pyszną całość. Warto jeszcze dodać, że mieszkańcy Hiroshimy wpadli na, według mnie świetny, pomysł dodania do wnętrza okonomiyaki makaronu soba. Na wierzch z reguły nie żałuje się majonezu i sosu, który przypomina sos Worcestershire. Na to sypane są glony i płatki suszonej ryby, katsuobushi (鰹節). Raj dla podniebienia. 


A miejsce, do którego trafiłam, jest ponoć najbardziej znaną siecią barów okonomiyaki w mieście. Zwie się ono Micchan (みっちゃん) i właściciele chlubią się, że to właśnie ich sklep jako pierwszy wpadł na recepturę tego przysmaku w latach 1950. okonomiyaki4 Po najedzeniu się bardziej niż nakazuje rozsądek, wróciłyśmy na oryginalną trasę, w kierunku parku Shukkei-en (縮景園). Patrząc na tłumy ludzi, podziwiające kwitnące śliwy, aż trudno uwierzyć, że park ten został doszczętnie zniszczony i ma dopiero kilkadziesiąt lat. Park powstał w roku 1610 z inicjatywy ówczesnego daimyō – Nasano Nagaakiry (浅野長晟). Zadanie to zostało zlecone słynnemu mistrzowi ceremonii herbacianej – Ueda Sōko (上田宗箇), którego szkoła sadō (茶道) ma wielu „wyznawców” po dziś. Sama nazwa już daje nam wgląd w to, jaką wizję miał Ueda – dosłownie znaczy ona „ogród miniaturowych pejzaży”. Ponoć inspiracją był krajobraz jeziora Xī Hú (西湖), zwanego także Jeziorem Zachodnim, znajdującego się w mięście Hanghzou (杭州) we wschodnich Chinach.


   
Po wybuchu bomby, park służył wielu jako tymczasowe schronienie, jako że była to jedna z niewielu dostępnych otwartych i niezagruzowanych przestrzeni w mieście. Jak już wspomniałam wcześniej, chęć odbudowy Hiroshimy i pokazania, że naród japoński przetrwa bez względu na napotykane po drodze przeszkody była ogromna, coś na kształt sentymentu w powojennej Warszawie. Dlatego ledwie kilka lat po zakończeniu wojny zaczęto prace nad odbudową ogrodu. Otworzony został już w roku 1951, mimo trwania prac, których efekt możemy dziś podziwiać. Gdybym nie wiedziała, że jestem w Hiroshimie, nigdy nie wpadłabym na to, że park ten ma trochę nieco ponad 60 lat, bo autentycznie przypomina wiele z ogrodów, które mają ich po kilkaset. Odrestaurowano nie tylko roślinność, ale także elementy małej architektury takie jak słynny most Kokō-kyō (跨虹橋), którego nazwa oznacza „straddling rainbow bridge”. Nigdy nie widziałam chyba aż tylu karpi koi i to tak natarczywych, wiele z nich wyskakiwało z wody i podążało za człowiekiem, z nadzieją na jakiś okruszek albo dwa. shukkeien16 Przepięknie komponują się z otaczającą je roślinnością także odrestaurowane domy herbaciane; Seifūkan (清風館) i Meigetsutei (明月亭).


Jednak głównym celem wizyty w parku były kwitnące śliwy ume  z intensywnie pachnącymi różowymi bądź białymi kwiatkami. Podziwianie ich pomogło w oderwaniu się choć na chwilę od rzeczywistości i zapomnieniu o całym źle na świecie. O strasznych rzeczach z przeszłości i o tych, które zamartwiają nas na co dzień.

Po relaksującym spacerze po przepięknym Shukkei-en przyszedł czas na zobaczenie kolejnej odbudowanej budowli, która pozwoliłaby mi choć na chwilę poczuć atmosferę przedwojennej Hiroshimy – do zamku Hiroshima-jō (広島城). Tak jak zamek w Matsumoto znany jest także jako „zamek kruków”, tak ten w Hiroshimie określany jest często mianem… zamku karpia (鯉城; Rijō). Muzeum w Parku Pokoju skupia się głównie na historii po Restauracji Meiji do wojny, a następnie na zrzuceniu na Hiroshimę bomby atomowej i tego skutkach, natomiast w zamku znajduje się wystawa pokazująca historię miasta od jego początków do ery Edo. Sam zamek wydał mi się wyjątkowo malutki, ale chyba nie tylko mnie, bo moja koleżanka na jego widok westchnęła „kawaii” – „uroczy”. Bo przecież w Japonii nawet zamki potrafią być urocze, nie potrzeba do tego słodkich filmików ze śpiącymi kotkami. hiroshimashiro1

Jak już wspomniałam, zamek jest rekonstrukcją, więc jakkolwiek z zewnątrz wygląda wzniośle, wchodząc do środka można się znacznie zawieść. Betonowe ściany i posadzka, a wszystko w świetle bijących po oczach halogenów. Ale trzeba i tak przyznać, że odbudowanie drewnianego zamku, kilkanaście lat po wojnie, jest sporym wyczynem. Jakoś nie wyobrażam sobie, żeby ktoś w Polsce podjął się teraz odbudowy zamku od zera i to z drewna. Większość eksponatów prezentowanych w muzeum niespecjalnie zwróciła moją uwagę, lecz strój samuraja oraz zachowane dachówki w kształcie smoka zachwycały swoim kunsztem. Z chęcią zobaczyłabym zamek z takimi dachówkami przy rynnach!


Oryginalny zamek powstał w roku 1591 z rozkazu Mōri Terumoto (毛利 輝元) w delcie rzeki Ōta. W miejscu tym nie istniało nic, więc początek Hiroshimy jako takiej dopiero gdzieś majaczył w przyszłości. Początkowo nazwano to miejsce Gokamura (五箇村), czyli „pięć wsi” . Jednakże z czasem Mōri zaczął skupiać w swojej garści coraz więcej władzy – w ciągu kilku lat zza murów twierdzy rządził nie tylko najbliższą okolicą, ale także sporą częścią dzisiejszych prefektur Shimane, Yamaguchi, Tottori, Okayama i Hiroszima. Skąd jednak wzięła się nazwa „Hiroszima”? Lord uznał, że nazwa „pięć wsi” jest prostacka i w żaden sposób nie symbolizuje świetności jego rodu.

Są dwie wersje historii powstania nazwy. Jedna mówi o połączeniu nazwisk: Ōe no Hiromoto (大江広元), jednego z jego przodków oraz Fukushimy Notanagi (福島元長), który pomógł mu w konstrukcji zamku. Kolejna często przytaczana wersja jest o wiele bardziej przyziemna. Jako że „広島” oznacza dosłownie „szeroka wyspa”, wielu uważa, że nazwa odzwierciedla wyspy w delcie rzeki Ota i nic po za tym. Prawda leży pewnie gdzieś pośrodku, choć gdyby był to jednak wariant pierwszy, to byłby to kolejny złośliwy chichot historii. Mori tak bardzo chciał upamiętnić chwałę swojego rodu, nie potrafił jednak utrzymać się przy władzy dłużej niż kilka lat. W 1600 roku, po słynnej bitwie pod Sekigaharą, został on wygnany z Hiroshimy do Hagi (萩), w dzisiejszej prefekturze Yamaguchi. Zamiast niego „zamek karpi” otrzymał lord Fukushima Masanori (福島正則). Bynajmniej nie na długo. Szogun, obawiając się powtórki z ciągnących się konfliktów między lordami, które doprowadziły do wojny domowej, zabronił budować zamki, a nawet je w jakikolwiek sposób rozbudowywać. W 1619 roku zamek został mocno uszkodzony w powodzi i nie zastanawiając się nad tym długo, lord Fukushima zaczął prace renowacyjne, co w tempie ekspresowym poskutkowało wydaleniem go z Hiroshimy. Władzę przejął po nim Asano Nagaakira (浅野長晟) i to właśnie rodowi Asano jako jedynemu udało się zagrzać miejsce w Hiroshimie – jego ród rządził okolicą do Restauracji Meiji i rozpadu szogunatu. I podczas tych kilku stuleci miał z okien naprawdę niezły widok. A nawet jakby nic specjalnego nie widział to sam kształt okien jest niesamowity na tyle, że spokojnie można pogapić się na nie. hiroshimashiro7
Pomijając jednak sam główny budynek, zwany honmaru (本丸), na otaczającym go terenie znajduje się budowla, którego historia mnie zaintrygowała – szintoistyczna Hiroshima Gokoku Jinja (広島護国神社). Co ciekawe, przed wojną świątynia znajdowała się w innym miejscu, a odbudowano ją na terenie zamku w roku 1965 po uzbieraniu pieniędzy przez mieszkańców Hiroshimy. Pierwotnie założona w 1868 roku w dzielnicy Futabanosato (二葉の里) z zamiarem oddania czci poległym w wojnie domowej, ochrzczonej mianem Boshin (戊辰), czyli „wojną roku smoka”, w 1939 została przeniesiona na teren, gdzie teraz znajduje się stadion. Wybuch, o dziwo, przetrwała brama torii, prowadząca do świątyni, tak samo jak część z latarni.

gotoku3

gotoku7 Dzisiaj świątynia jest jedną z najpopularniejszych nie tylko w Hiroshimie, lecz w całym regionie – z okazji Nowego Roku odwiedzają ją ponoć niewyobrażalne masy ludzi. Sam budynek świątyni nie wyróżnia się niczym specjalnym, lecz wyjątkowo spodobały mi się tabliczki ema z obrazkami karpia koi.


Przyglądając się ślicznym rysunkowym ema, na początku nie zwróciłam w ogóle uwagi na jakiś wewnętrzny opór moich japońskich koleżanek, żeby podejść bliżej. Moja wiedza o szintoizmie jest dość limitowana, więc spytałam się od razu o co chodzi? Czy komuś przeszkadzam, szwendając się właśnie tutaj, czy może popełniłam jakieś straszne faux pas? Odpowiedź mnie zadziwiła i to mocno, bo prawie szeptem usłyszałam tylko „To taki odpowiednik Yasukuni…” i od razu wiedziałam, że właśnie znajdujemy się na terenie miejsca uznawane za dość kontrowersyjne. Często słyszę o tym, jak to jakiś tam polityk wybrał się do świątyni Yasukuni (靖國神社, Yasukuni Jinja) i został za to skrytykowany przez media w Korei czy Chinach. Nie wspominając juz o totalnym skandalu jaki wywołał premier Abe, po tym jak postanowił jako pierwszy premier od lat odbyć tam oficjalną wizytę. W tej tokijskiej świątyni czczone są dusze poległych żołnierzy, w tym uznanych przez środowisko międzynarodowe za zbrodniarzy wojennych. Świątynia Gotoku skupia się jednak na tych poległych w konflikcie wewnątrzkrajowym i to dość dawno temu, co nie zmienia faktu, że dla mojego pokolenia Japończyków, ta cała sytuacja pozostawia jakiś niesmak. Też by mi się nie podobało, gdybym czytała dość często w mediach, jak to mój kraj krytykowany jest przez wszystkie graniczące z nim nacje. Cieszy mnie, że choć część młodych Japończyków zaczyna interesować się historią Japonii, wykraczającą poza mocno jednostronne, a czasem nawet i kontrowersyjne, szkolne podręczniki historii, które od lat są źródłem konfliktów dyplomatycznych z Chinami czy Koreą. Hiroshima pełna jest właśnie takich sprzeczności, zresztą jak cała Japonia.

Z jednej strony mamy muzeum poświęcone jednej z największych masowych zbrodni w historii ludzkości, a z drugiej cieszących się życiem mieszkańców Hiroshimy, zajadających okonomiyaki i potem próbujących spalić choć część tych kalorii, podziwiając podczas spaceru kwitnące drzewa. Kontrast między życiem a śmiercią widać na każdym kroku. Nawet wśród pachnących ume (bo tak po japońsku nazywają się śliwy), co chwilę napotyka się tabliczki upamiętniające ofiary wybuchu. Wchodząc do świątyni, bez specjalnego zastanowienia, człowiek także napominany jest o wojnie i jej ofiarach, w tym wypadku wśród japońskich żołnierzy. Łatwo można dać się zdominować ponurej atmosferze historii i kojarzyć Hiroszhmę jako miejsce niemalże przeklęte. Jeszcze prościej zatopić się w gąszczu małych uliczek, pełnych barów oraz sklepików i zapomnieć o tym, że kiedykolwiek zdarzyło się tu coś tak przerażającego. Hiroszima współcześnie Do mnie przemawia jednak Hiroshima pamiętająca swą bolesną historię, lecz mimo to tętniąca życiem, nawet mimo swych licznych blizn. I promującą ideę pokoju, nawet jeśli w formie, która nie do końca mi pasuje. Chcę zapamiętać właśnie to optymistyczne oblicze miasta, w którym motorniczy nie kazał mi płacić za bilet, pani w sklepie sprzedała mi dwa jabłka w cenie jednego, bo „ślicznie mówię po japońsku”, a kucharz w barze okonomiyaki z chęcią zrobił dla mnie specjalnie wersje bez bulionu rybnego i to z uśmiechem na twarzy. Drugiego (i niestety ostatniego) dnia pobytu postanowiłam jednak wybrać się nad morze aby odpocząć od zgiełku, nawet jeśli w porównaniu z Tokio był to tylko cichy szmer. O relaksującej wizycie na wysepce Miyajima (宮島) i wizycie w jednej z najpopularniejszych i śmiem twierdzić, że najpiękniejszych świątyni, które do tej pory widziałam w Japonii, już wkrótce. A tymczasem pozostawiam Was z przemyśleniami na temat Hiroshimy – miasta feniksa, które dosłownie odrodziło się z popiołów.

Karolina

autor:

Cześć! Mam na imię Karolina. Jestem absolwentką japonistyki na Oxfordzie i piszę tutaj głównie o Azji Wschodniej. W wolnych chwilach czytam, gotuję wegańskie pyszności i próbuję wymyślić, jak choć trochę ulepszyć świat.

  1. Z mojej wizyty w „Parku Pokoju” wracałam niesamowicie przygnębi0na. To dziwne, bo przecież o tragicznych wydarzeniach II wojny światowej uczyliśmy się w szkole, a i nie sposób było przegapić w telewizji filmów dokumentalnych o Hiroshimie. Dodatkowo moje zainteresowania związane z Japonią i kwestiami bezpieczeństwa… a jednak poległam. Ale to, co rozłożyło mnie na łopatki to nie liczby, kilotony, lecz historie ludzi, mieszkańców, kobiety-motorniczej, która prowadziła w Hiroshimie tramwaj w dniu wybuchu, historia Marcela Junoda (Swiss doctor) (i ta cholerna „human plasma”, której wszędzie brakowało a nie kojarzyłam czym jest po polsku) i historie wielu innych, których dziś imion nie pamiętam…

    • Karolina

      Mnie muzeum lekko podirytowało, ale oglądając wystawę, przypominałam sobie opowiadania, wiersze czy całe książki, które przeczytałam na ten temat i ta mieszanka obrazów, które rejestrowały moje oczy plus tego, co sobie wyobrażałam, czytając książki o Hiroszimie kilka lat wcześniej, była dość intensywna…

  2. Podzielam pogląd na „bombę”. Nikt by w Polsce w czasie wojny nie żałował niemieckiego miasta gdyby na nie taka bomba spadła i skróciła wojnę. A na Japonię musiała spaść i druga, bo rządzącym i jednej było mało, by skapitulować. Oszczędziła życie wielu amerykańskim żołnierzom. W moich szkolnych czasach 1946-57, propaganda traktowała jej użycie jako zwyrodnienie imperializmu USA. Dziś pp. Żyrinowski i Putin straszą nas jej użyciem, jeśli będziemy budować tarcze antyrakietowe.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *