Miyajima (宮島), czyli wyspa niedoskonałego piękna

Po dniu spędzonym w Hiroszimie, przyszedł czas na moment, którego w podróżach nie lubię najbardziej – ostatni dzień (tym razem niestety krótkiego) pobytu. Aby dobrze nastroić się na nadchodzący tydzień, stwierdziłam, że najwyższy czas wybrać się poza miasto. Wybór nie był trudny, bo najpopularniejszym kierunkiem na krótkie wypady nie tylko dla mas turystów, ale także dla mieszkańców okolicy jest wyspa Itsukushima (厳島), znana bardziej jako Miyajima (宮島) – „wyspa świątyń”.

Muszę przyznać się, że o prawdziwej nazwie wyspy dowiedziałam się dopiero po jakimś czasie: wszyscy, łącznie z ludźmi w Hiroszimie, używają zawsze nazwy „Miyajima”. Nawet mieszkańcy samej wyspy! Już sama nazwa daje nam spory wgląd w to, z czego jest ona najbardziej znana: ze świątyń. A konkretnie z jednej, Itsukushima-jinja (厳島神社). Zapewne nic Wam to nie mówi, nieprawdaż? Ale jeśli wspomnę, że cieszy się ona ogromną popularnością głównie z powodu wielkiej bramy torii, stojącej w morzu, to myślę, że większości z Was zacznie coś tam w głowie świtać. Brama ta jest jednym z najczęściej pokazywanych zdjęć z Japonii – w Internecie, w telewizji, na okładkach wszelkich przewodników, magazynów i książek. Jej obraz jest już tak zakorzeniony w ludzkiej świadomości jako coś w 100% japońskiego, że nawet dla osoby, która ma średnie pojęcie o Azji i różnicach między krajami tego kontynentu, obrazek z torii z Itsukushimy zdaje się wręcz krzyczeć „Oto Japonia!”.

Nie łudźcie się jednak, myśląc, że cała Japonia to kraina takich magicznych miejsc. Jednakże świątynia Itsukushima ma w sobie coś specjalnego na tyle, że od dawna uznawana jest powszechnie za jedno z najpiękniejszych miejsc w Japonii. Kiedy wspomniałam znajomej w pracy, że wybieram się na Miyajimę,  ta od razu westchnęła, że tylko wizyty tam brakuje jej do zaliczenia „trzech krajobrazów”. Oczywiście nie miałam pojęcia, o co chodzi, bo brzmiało to bardziej jak zbieranie jakiś kart do kolekcji niż po prostu zwiedzanie, ale na szczęście zostałam prędko uświadomiona na temat kanonu japońskiej estetyki.

Otóż dawno, dawno temu, w 1643 roku, wielce poważany w kraju filozof neokonfucjański Hayashi Gahō (林鵞峰), znany także jako Hayashi Shunsai, wydał książkę ze swoimi przemyśleniami zatytułowaną „Nihon Kokuji Sekikō” (日本国事跡考). W dosłownym tłumaczeniu oznacza to ‚Przemyślenia na temat pozostałości krajowych spraw Japonii‘, co brzmi dość szkaradnie. Nie miałam okazji tego przeczytać ani szczerze mówiąc nie zamierzam; podejrzewam zresztą, że specjalnie by mnie ona nie zafascynowała. Jednakże w swym dziele Hayashi wymienia trzy miejsca, które według niego oferują najpiękniejszy widok w całym kraju. Miejsca te ochrzcił mianem „trzech japońskich pejzaży” (日本三景 Nihon-sankei). Jego idea zakorzeniła się w japońskiej świadomości dość szybko i stan ten trwa do dziś. Nieważne komu wspomniałam o tym, że byłam w Miyajimie, reakcja była z reguły tylko jedna: najpierw zwykle „świetnie!”, po czym „a pozostałe dwa krajobrazy juz widziałaś?”.

"Trzy japońskie krajobrazy" na ukiyo-e
© http://ja.ukiyo-e.org/image/ritsumei/mai30_05

Te trzy miejsca to:

  • Zatoka Matsushima (松島); prefektura Miyagi (宮城)
  • Mierzeja Amanohashidate (天橋立); prefektura Kyōto (京都)
  • Wyspa Itsukushima (厳島) / Miyajima (宮島); prefektura Hiroszima (広島)

Tym razem opowieść będzie o trzecim z miejsc – „wyspie świątyń”, na którą po leniwym śniadaniu przypłynęłam lokalnym promem. Mimo że transportu morskiego nie lubię, a dokładniej to nienawidzi go mój błędnik, nie mogłam się tym razem nacieszyć zapachem morskiego powietrza. Wszyscy Japończycy cisnęli się w dusznej kajucie, w której ścisk mógłby spokojnie konkurować z tym, co muszę przeżywać codziennie rano w linii Yamanote. Tylko ja, jako jedna z niewielu, stałam sobie na zewnątrz, oparta o barierkę i miałam tyle miejsca, że mogłabym się tam spokojnie położyć, gdyby mnie tylko naszła taka ochota.

miyajima1

Nagle, jak to w japońskich środkach transportu bywa, ze środka wysypał się tłum, który przez ostatnie kilkanaście minut prowadził żywot niczym sardynki w puszce i zaczął napierać na zewnątrz, aby wydostać się na Miyajimę – teraz, zaraz, natychmiast. Jakby wszyscy, zbiorowo, byli gdzieś spóźnieni. Przytulona do barierki poczekałam aż większość pasażerów wysiądzie i podążyłam za kilkoma rodzinami z dziećmi powolnym krokiem, obawiając się tylko, żeby przypadkiem nie zatruć się świeżym powietrzem. Po wyjściu z mini-portu powitał mnie widok kilkunastu saren, które w ogóle nie wydawały się przepłoszone, a wręcz przeciwnie – część z nich nie omieszkała podchodzić do turystów z dość groźnym błyskiem w oku. Ja postanowiłam okrążyć je i obejrzeć z dystansu, bo nie chciałam im zakłócać spokoju. W końcu to całkiem klawe życie – wylegiwać się na płazy i spędzać całe dnie, drepcząc wśród starych klimatycznych sklepików, podziwiając jeden z najpiękniejszych widoków w Japonii, kiedy tylko się zechce, czyż nie?

Wąska uliczka na wyspie Miyajima

Główną atrakcją wyspy jest świątynia, z którą dzieli swą nazwę – Itsukushima-jinjaJuż na promie zauważyłam coś, co mnie bardzo ucieszyło, a mianowicie, że jest odpływ. Co to oznacza? Ano możliwość podejścia do jednego z symboli Japonii i zobaczenie go z bliska. Człowiek nie uświadamia sobie w ogóle ogromu torii, patrząc na nią z daleka. Podziwiając sylwetkę czerwonej bramy na tle górzystej wyspy z pokładu promu nie zdawałam sobie kompletnie sprawy, że jest ona zaiste ogromna. Idąc powoli wzdłuż brzegu morza w kierunku majaczącego w oddali czerwonego obiektu, wymijając przy okazji slalomem grupki saren, które patrzyły na mnie dość podejrzliwie, po kilkunastu minutach doszłam do bramy wejściowej na teren świątyni. Zapominalskim oraz pogrążonym w niewiedzy, że wkrótce będzie można nasycić swe zmysły widokiem jednego ze sławetnych „trzech pejzaży” o tym fakcie przypomina spora kamienna latarnia. Każdy chciał sobie zrobić przy niej zdjęcie i to aż tak bardzo, że w pewnym momencie utworzyła się do niej grzeczna kolejka. Zachowanie o 180 stopni inne niż kilka minut temu na pokładzie promu, jakby w mgnieniu oka atmosfera zasnutej chmurami wysepki ukoiła ich skołatane dusze.

W miarę zbliżania się do bramy, zaczęłam się czuć… lekko zawiedziona. Zamiast skąpanego w falach symbolu japońskiej estetyki, moim oczom ukazała się torii wśród masy glonów i błota, które wydawały dość odpychający zapach. Chciałam się nacieszyć morzem, jednak aby do niego dojść, trzeba było przejść przez kilkadziesiąt metrów kałuż z kiszącymi się w nich wodorostami.

Miyajima

Słynna brama torii na wyspie Miyajima

Przeskakując między sadzawkami i uważając, żeby nie ugrzęznąć w mało apetycznie pachnącym mule, wreszcie dokicałam jakoś do bramy. Gdy tylko stanęłam przy niej i uniosłam głowę w górę, uświadomiłam sobie, że jednak jest w torii coś niewytłumaczalnie majestatycznego. Mimo że z bliska brama okazała sie znacznie nadgryziona zębem czasu oraz podniszczona tu i ówdzie przez działanie słonej wody, to w tej niedoskonałości można było dostrzec jej piękno.

Odpływ pod słynną bramą torii na wyspie Miyajima Odpływ przy słynnej bramie torii na wyspie Miyajima

Zawsze fascynowała mnie japońska estetyka i pamiętam jak już w liceum zaczytywałam się esejami takimi jak „Pochwała Cienia” Jun’ichiro Tanizakiego. Kilka lat później, nawet pomimo wielu wykładów na temat estetyki w sztuce i literaturze, nadal nie potrafiłam pojąć, dlaczego Japończycy tak bardzo lubują się w… niedoskonałości. Im więcej próbowałam dowiedzieć się o niemalże ascetycznej estetyce zwanej wabi-sabi (侘寂), tym bardziej zdawałam się we wszystkim gubić. Wychowana w świecie, gdzie dąży się do symetrii i doskonałości w każdym calu, jakoś nie mogłam do końca zrozumieć, dlaczego japońscy koneserzy wydają fortunę na przykład na nierównomiernie wypalone czarki do picia herbaty. Ale tak patrząc na tą drewnianą bramę, poharatana przez naturę, czas i ludzi, uświadomiłam sobie, że jednak coś może w tym jest. W skrócie – piękne jest to, co jest niedoskonałe, nietrwałe, nieskończone i niesymetryczne.

To właśnie takie podejście sprawia, że Japońscy poeci potrafili zachwycić się spadającymi liśćmi z drzew na tyle, aby poświęcać im poematy. A dla wielu to lekko ukruszona czarka ma duszę, a nie ta wyprodukowana seryjnie, pomimo swego perfekcyjnego kształtu. Większość z nas ma obsesję na punkcie starzejących się obiektów, kupujemy nowy stół, bo po poprzednim było widać, że jest stary, wyrzucamy ubrania, bo widać na nich ślad czasu. Wabi-sabi podchodzi do tego wprost przeciwnie – starzejące się drewno, papier czy materiał ma często większą estetyczną wartość, bo tworzywo wzbogaca się śladami przemijania. Stojąc w rozkroku nad błotną kałużą i patrząc na nierówności w drewnianej konstrukcji, uświadomiłam sobie, że jednak jest w tym sporo racji. I cieszy mnie to, że Japończycy, którzy na co dzień coraz bardziej ulęgają zachodniej obsesji dążenia do perfekcji (do czego ja też się przyznaję – mea culpa!), są w stanie, nawet jeśli tylko czasem, zanurzyć się w pięknie niedoskonałości. Tak jak ja w ten pochmurny dzień, dotykając muszelek na starym drewnie z odpadającą gdzieniegdzie farbą. Wysoka na 16 metrów i zbudowana z niesamowicie trwałego drewna kamforowego, z pewnością będzie cieszyć tłumy jeszcze długo.

miyajima11

Niemniej jednak, brama ta jest tylko jednym z elementów świątyni, której specjalnej atmosfery nadaje właśnie położenie nad samym brzegiem morza. Jak już wspomniałam powyżej, nie dane było mi zobaczyć Itsukushima jinja w pełnej glorii, kiedy to budynek zdaje się wręcz unosić nad powierzchnią wody. Mimo to sam pomysł, żeby zbudować świątynię nad brzegiem morza, skąd można podziwiać całą zatokę jest godny pochwały. Sama budowla jest dość niezwykła, bo składa się z wielu mniejszych budynków połączonych ze sobą niby pomostami, co sprawiło, że poczułam się poniekąd, jakbym znalazła się w innym świecie.

Itsukushima jinja na wyspie Miyajima

Itsukushima jinja na wyspie Miyajima podczas odpływu Itsukushima jinja na wyspie Miyajima podczas odpływu

Góra Misen (弥山), znajdująca się w centrum wyspy, była czczona już od około VI wieku, dlatego podejrzewa się, że jakaś świątynia znajdowała się tutaj już wtedy. Świątynia w obecnym kształcie powstała tu jednakże dopiero w XII wieku z polecenia najpotężniejszego człowieka w Japonii okresu Heian – Taira no Kiyomori (平清盛). Dlaczego jednak wpadł on na pomysł zbudowania świątyni dla swojego rodu w takiej właśnie formie? Otóż dzięki temu, że świątynię zbudowano na palach, uznaje się, że nie jest ona tak naprawdę zbudowana na świętej wyspie – tym samym, jest ona pierwszym krokiem potencjalnego pielgrzyma w drodze na szczyt świętej góry. Niestety nie udało mi się wejść na górę Misen z bardzo błahego powodu, jakim był prozaiczny brak czasu. Ale kiedyś, jeśli już będę miała taką możliwość, zacznę z pewnością swą wspinaczkę właśnie od wizyty w Itsukushima-jinja. Poświęcona jest ona Susano-no-Mikoto (須佐之男命), bogowi mórz i wiatrów, bratu najważniejszej bogini w całym panteonie – bogini słońca Amaterasu (天照) oraz boga księżyca – Tsukuyomiego (月讀).

Znany jest on także jako Takehayasusanō no Mikoto (建速須佐之男命), co w dosłownym tłumaczeniu oznacza „Mąż Zsyłający Opady Wywołane Jego Potężnym Kichaniem”. Najbardziej w opisie całej wyspy zaciekawiło mnie to, że jeszcze dość niedawno świątynia miała jeszcze ogromny wpływ nawet na życie zwykłych mieszkańców.

W 1878 roku zabroniono… umierania i narodzin w okolicy świątyni, żeby nie zaburzyć jej czystości.

Nie wiem jak bardzo posłuszni byli w tej materii mieszkańcy wyspy, jednakże według kilku źródeł tradycją było, aby kobiety w zaawansowanej ciąży, a także ciężko chorzy i starzy opuścili wyspę. Oficjalnie zakaz ten wygasł z końcem wojny, jednakże nie mam pojęcia czy zwyczaj ten jest w jakimkolwiek stopniu jeszcze kultywowany. W jakimś stopniu na pewno – do dziś wyspa nie posiada cmentarza i powszechnie przyjęte jest, że nie wolno na jej terenie nikogo grzebać.

Świątynia Itsukushima na wyspie Miyajima w Japonii Świątynia Itsukushima na wyspie Miyajima w Japonii Świątynia Itsukushima na wyspie Miyajima ze słynną bramą torii w tle

Stojąc na pomoście i patrząc na Morze Wewnętrzne (瀬戸内海; Setonai-kai) z majaczącą za chmurami sylwetką Hiroszimy, moim oczom ukazała się prześliczna pagoda, schowana częściowo za drzewami. Bez zastanowienia obrałam sobie ją jako cel po wyjściu z przesiąkniętej morskim powietrzem świątyni Itsukushima. Po kilku minutach spaceru pod gore dotarlam do kolejnej świątyni. Toyokuni-jinja (豊国神社) znana jest raczej jako Senjo-kaku (千畳閣) , co znaczy „tysiąc mat tatami„. Nazwa ta w bardzo obrazowy sposób ukazuje jej ogrom. Wiem, że większości z Was przedstawianie rozmiaru pomieszczenia w ilości mat wydaje się zapewne co najmniej dziwne. Jednakże pomyślcie sobie, że zwykły japoński pokój ma rozmiar sześciu mat. I porównajcie to do liczby tysiąca. Troszkę dużo, prawda? O dziwo, w świątyni nie ma nic specjalnego, jej wnętrze jest zadziwiająco puste. Wchodząc do środka trochę nie wiedziałam o co chodzi, czy właśnie trwa jakiś remont? A może przygotowania do jakiejś ceremonii? Albo no nie wiem – ktoś wpadł na pomysł kradzieży wszelkich przedmiotów? Nic z tych rzeczy – świątynia jest po prostu… niedokończona. Jej budowę zlecił w 1587 roku sam Toyotomi Hideyoshi (豊臣秀吉) – jedna z najważniejszych postaci w całej historii Japonii. Ale niedługo potem umarł i jakoś nikt nie kwapił się zająć dokończeniem budowy. Świątynia nie posiada w związku z tym ani drzwi, ani nawet sufitu. Ot, taka ogromna altana, poświęcona duszy Toyotomiego.

Po wnętrzu świątyni Toyokuni przeszłam szybko, bo chciałam jak najszybciej zobaczyć pagodę, która zrobiła na mnie takie wrażenie i sprawiła, że znalazłam w sobie motywację, żeby wspinać się po niezliczonych kamiennych schodach pod górę. Mimo siąpiącego deszczu. Malownicza 5-poziomowa pagodę Gojūto (五重塔) mogłam zobaczyć tylko z zewnątrz, ale i tak jej kunsztu nie da się opisać słowami. Widziałam już trochę pagód (np. tę na Haguro-san czy w Kōya-san), ale zawsze mnie zachwycają. Czar Azji?

Pagoda Gojūto na wyspie Miyajima

Stojąc tak na wzgórzu i spoglądając na uliczkę w dole uświadomiłam sobie nagle, że z chęcią bym coś przekąsiła, a najlepiej to zaraz i na dodatek coś słodkiego. I w hurtowych ilościach. Na szczęście nie mogłam być w lepszym miejscu jeśli chodzi o takie zachcianki, Miyajima znana jest z tak zwanych momiji manjū (もみじ饅頭) – takiej słodkiej mini bułeczki z nadzieniem z anko. Lecz co w tej wersji manjū jest specjalnego? Kształt liścia klonu. A jak juz większość z was wie, do anko mam niesamowitą słabość (poświęciłam nawet temu przysmakowi kiedyś specjalnego posta!)

Wąskie uliczki na wyspie Miyajima Wąskie uliczki z tradycyjnymi domami na wyspie Miyajima

Chwilę po tym, jak zeszłam po wąskich schodach na dół i oddaliłam się od świątyń, zatopiłam się w tłumie oblegającym jedną z uliczek. Większość sklepów po obu stronach sprzedawała właśnie te przysmaki. W zakupionym przez koleżankę przewodniku, który skupiał się głównie na jedzeniu, polecone było kilka miejsc, więc postanowiłyśmy je odwiedzić i zobaczyć co specjalnego oferują. Skąd jednak wziął się pomysł robienia manjū akurat w takim kształcie? Jak to w Japonii bywa, powstanie każdego przysmaku związane jest z jakąś legenda czy opowieścią, często w kilku (nierzadko sprzecznych) wersjach. Tak też jest w tym przypadku. Jeden z wariantów zakłada, że momiji manjū przygotowano po raz pierwszy w 1906 roku z okazji odwiedzin pierwszego premiera Japonii, Itō Hirobumiego (伊藤博文). Cokolwiek by nie było inspiracją, choćby i grom z jasnego nieba, to jestem za nią niezmiernie wdzięczna.

Momiji manju - specjalność na wyspie Miyajima

Oprócz zwykłych ciastek wypełnionych przepyszną pastą anko, kilka sklepów oferowało także wersję dla odważnych – smażoną w głębokim oleju. Mnie jakoś niespecjalnie fascynował pomysł połączenia słodkiej bułki z panierką, a na koniec usmażenia tego w gorącym oleju, ale moje koleżanki nie mogły się wręcz doczekać skosztowania właśnie tej grzesznej opcji. Ustawiłyśmy się zatem w kolejce do miejsca, które przewodnik polecał jako najlepsze, by skosztować agemomiji (揚げもみじ) – smażonych momiji. Patrząc na liczne manjū nakłute na patyki, a następnie wrzucane do gorącego oleju, trochę odbierało mi apetyt, ale stwierdziłam, że raz się żyje i trzeba także takiej zamerykanizowanej wersji spróbować. O dziwo, w połączeniu z czarką zielonej herbaty, smażone manjū na patyku było całkiem smaczne!

Momiji manju smażone na głębokim tłuszczu

Ja jednak pozostanę chyba w materii anko-tradycjonalistką. Najbardziej smakowały mi świeżo wypiekane momiji w jednym z największych sklepów na całej Miyajimie. Musiałam czekać na ich przygotowanie kilkanaście minut, ale uwierzcie mi, że było warto. I to jak.

Momiji manju z nadzieniem z anko kupione na Miyajima

Po zjedzeniu gorącego ciastka wydałam niemalże fortunę na momiji manjū w przeróżnych smakach. Zielona herbata, krem, czekolada… Plus oczywiście kilka rożnych typów anko. Wymówką było obdarowanie znajomych, ale i tak przed powrotem do Tokio zjadłam sporo z nich sama, bez niczyjej pomocy. Ale to tak w ramach poznawania japońskiej kultury, czyż nie?

Nie tylko ja postanowiłam obkupić się w masę momiji, więc razem z koleżankami wyszłyśmy po jakiejś godzinie ze sklepu z żołądkami pełnymi słodkich pyszności i z torbami pełnymi mniejszych i większych pudełek, przeznaczonych czy to dla rodziny, czy też dla kolegów z pracy. Weszłam na moment do malutkiego sklepu, aby obejrzeć proces produkcji tych przysmaków, kiedy nagle usłyszałam krzyk. Wybiegłam na ulicę i widok który mnie zastał nie wiem czy mnie bardziej roześmiał czy przeraził. Moja drobna koleżanka szarpała się z sarną o torbę z momiji manjū, a po chwili usłyszałam dźwięk dartego papieru. Sarna próbowała dobrać się do zawartości torby, ale jako że się jej nie udało, zadowoliła się wywalczonym fragmentem torby, który zaczęła szarpać i gryźć w ferworze. Chyba miałam dobre przeczucie, że jednak coś z tymi sarnami jest nie do końca w porządku. Bliżej jej było do psa niż do obrazu uroczego bambi, który do tej pory miałam zakodowany w swojej świadomości, kiedykolwiek tylko pomyślałam o sarnach. Sarny w Narze są o wiele bardziej urocze!Ciekawska sarna na wyspie Miyajima

Lekko roztrzęsione udałyśmy się na dłuższy spacer wzdłuż morza, z zamiarem poczekania na rychły zmierzch i obejrzenia sławetnej torii w wersji nocnej. Muszę przyznać, że mimo deszczu i ogólnego zmęczenia, warto było czekać na ten moment kilka dobrych godzin. Bo naprawdę brama otoczona wodą i podświetlona światłem reflektorów robi nieziemskie wrażenie. Jakby była otoczona jakąś magiczną aura, niemalże ogromną aureolą.

Słynna brama torii na wyspie Miyajima w nocnym wydaniu

Najbardziej podobało mi się chyba jednak to, że oprócz nas nie było w pobliżu nikogo. Żadnych marudzących dzieci, znudzonych turystów ani niezadowolonych z pogody par z nosem spuszczonym na kwintę. Przysiadłam na murku i siedziałam tak, bez ruchu, patrząc na lekko falujące odbicie bramy w wodzie. Trudno się było nie zgodzić z wyborem Hayashi Gahō. Nieważne czy świątynia Itsukushima jest częścią takiej czy innej listy pięknych miejsc, z pewnością na to zasługuje. Zwłaszcza gdy można ją podziwiać bez żadnych zbędnych przeszkód, wsłuchując się jedynie w szum fal i wpatrując w jej nieziemską aurę. Może faktycznie jest coś w tym miejscu na swój sposób świętego albo po prostu nie do pojęcia ludzkimi zmysłami? Żałuję, że nie udało mi się zobaczyć serca wyspy – góry Misen. Jednakże dzięki temu mam powód by tu jeszcze wrócić i spędzić na wysepce kolejny dzień czy dwa.

1 comment on “Miyajima (宮島), czyli wyspa niedoskonałego piękna

  1. Hahahah, no pięknie! Mi się też trafił odpływ kiedy odwiedzałam wyspę 😉

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *