Sendai (仙台) – w cieniu „Jednookiego Smoka”

Dopiero siedząc w pociągu, zmierzającego leniwie w stronę dworca Tokio, uświadomiłam sobie, że dzisiaj Dzień Kobiet, a ja zerwałam się z łóżka o… 5 nad ranem. Normalny człowiek nie wstaje o tej porze i to w sobotę, prawda? Ale to oznaczało początek kolejnej podroży. A ja, z moją duszą nieuleczalnego nomada, najlepiej czuję się w drodze.

Tydzień temu byłam w Hiroszimie, gdzie udało mi się choć trochę posmakować wiosny, więc tym razem wybór padł na miasto położone w przeciwnym kierunku, około 400 km na północ od Tokio – Sendai (仙台), stolicę prefektury Miyagi (宮城県). Na pierwszy rzut oka wydaje się to daleko, lecz japoński shinkansen (新幹線) dowiózł mnie tam z samiusieńkiego centrum Tokio w półtorej godziny. Co jak co, ale trzeba przyznać, że sieć transportu Japończycy dopracowali do perfekcji. Nawet nie chcę się zastanawiać ile zajęłaby mi podróż na tej trasie, gdyby zamiast Japan Rail obsługiwana była ona przez szanowne polskie PKP…

Pociąg shinkansen z Tokio do Sendai

Planowałam obserwować krajobraz przez okno w pociągu, ale po opuszczeniu Tokio osiągnął on taką prędkość, że jedyne co miałam przed oczami to rozmazane smugi. Gdzieś w oddali majaczyły majestatycznie ośnieżone szczyty gór, ale poza tym to patrzenie na zewnątrz bardziej powodowało ból głowy niż radość, więc zasłoniłam okno i ucięłam sobie krótką drzemkę. Po dotarciu do Sendai zostawiłam bagaż w schowku, wyszłam na zewnątrz… a tam powitał mnie padający śnieg. Tak jakby pogoda się już całkowicie na mnie uwzięła i stwierdziła, że wiosny w tym roku nie doświadczę. Jako że miałam pół dnia, zanim mogłam w ogóle zjawić się w hotelu, postanowiłam wykorzystać je jak najintensywniej i udać się na zwiedzanie najważniejszych atrakcji miasta. Przekartkowany nad ranem przewodnik podpowiedział mi, że najwygodniejszy sposób zwiedzania miasta to autobus zwany Loople (るーぷる). Niby planowałam wcześniej poruszać się głównie pieszo, ale jakoś średnio widziało mi się chodzenie cały dzień na takim mroźnym wietrze. Dlatego też kupiłam bilet (i oczywiście zdążyłam się wdać w sztandarową rozmowę, czyli skąd jestem, czy tu mieszkam, ile się uczę japońskiego, itp.) i stanęłam grzecznie w kolejce za grupką przemarzniętych do szpiku kości Japonek. Po kilku minutach wmawiania sobie, że pogoda wcale nie jest taka zła i jakoś dam radę, podjechał autobusik, który wyglądał jakby go wyjęli z jakiegoś muzeum. Taka japońska wariacja na temat stylu retro – dla mnie bomba.

Miejski retro autobus w Sendai, zwany Loople

Pierwsza atrakcja na trasie autobusu to zabytek, z którego miasto jest najbardziej znane – kompleks mauzoleum Zuihōden (瑞鳳殿), poświęcony potężnemu lordowi Date Masamune (伊達政宗) i jego potomkom. To on stworzył podwaliny pod współczesne Sendai w drugiej połowie XVII wieku. Masamune posiadał reputację genialnego taktyka, a z racji braku jednego oka nazywano go powszechnie „Jednookim Smokiem” – dokuganryū (独眼竜). Warto zaznaczyć, że wyróżniał się on na tle innych daimyō swoim entuzjazmem, jaki wkładał w rozwój regionu Tōhoku. Nie dość, że zbudował wiele pałaców i zamków, to jeszcze angażował się mocno w rozwój regionu na różnych płaszczyznach. Jednym ze sposobów było działanie przeciwne do polityki szoguna, Tokugawy Ieyasu, nieukrywającego swojej niechęci do cudzoziemców. Natomiast Lord Date  najwidoczniej niezbyt przejmował się jego opinią i zlecił między innymi budowę statku San Juan Bautista, którego celem miało być nawiązanie relacji… z papieżem w Rzymie. Ekspedycja z 1613 roku zakończyła się nie lada sukcesem – była pierwszą wyprawą japońskiej załogi dookoła świata. I mimo, że chrześcijaństwo kilka lat później zostało w Japonii oficjalnie zabronione, a kontakty z krajami Europy były coraz bardziej ograniczane, nie można bynajmniej odmówić Date Masamune wizjonerstwa. Aż szkoda, że nie miał on większego wpływu na ksenofobicznego szoguna, bo niedługo później Japonia została oficjalnie (choć wiadomo, że teoria i praktyka często są dość rozbieżne) odizolowana od świata zewnętrznego.

Dlatego też potomkowie potężnego daimyō nie żałowali środków na wybudowanie mu przepięknego mauzoleum w stylu zwanym Momoyama (桃山), który można uznać za odpowiednik europejskiego baroku. O podobnych budynkach pełnych przepychu pisałam kilka miesięcy temu przy okazji jesiennej wizyty w Nikkō (日光). Wybór miejsca ani stylu nie był bynajmniej przypadkowy; „Jednooki Smok” zostawił przed śmiercią dokładne instrukcje dotyczące miejsca swego wiecznego spoczynku. Dlatego też mauzoleum zostało ukończone już rok po jego śmierci, a zważywszy na bogactwo zdobień i kunszt wykonania, było to nie lada osiągnięciem. W 1931 roku uznano Zuihōden za Skarb Narodowy, lecz niestety nie dane było mieszkańcom Sendai nacieszyć się długo tym faktem. Budynek został doszczętnie zniszczony w amerykańskich nalotach bombowych 10 lipca 1945 roku. Jednakże, jak już wspominałam wiele razy na blogu – w Japończykach po wojnie, która zmiażdżyła imperialistyczne zapędy i marzenia o azjatyckiej dominacji, a następnie upokorzyła naród spartańskimi warunkami życia i amerykańską okupacją, pojawiła się przeogromna chęć odbudowy zniszczonych symboli Japonii. Najlepszym przykładem jest z pewnością Hiroshima, niemniej jednak Sendai także zostało w większości kompletnie zrównane z ziemią, a teraz nikt by się o tym bolesnym epizodzie nawet nie zorientował, spacerując sobie po zadrzewionych ulicach i zaglądając do licznych sklepów na każdą kieszeń.

Główny budynek kompleksu to oczywiście Zuihōden poświęcony lordowi Date Masamune, lecz kilka minut spaceru dalej, w lesie, znajdują się obok siebie dwa mniejsze budynki w podobnym stylu: Kansen-den (感仙殿) poświęcony Date Tadamune (伊達忠宗) oraz Zennōden (善応殿) – zbudowany po śmierci Date Tsunamune (伊達綱宗). Po opuszczeniu terenu mauzoleum podążyłam wąską ścieżką, zagłębiając się w przepiękny las, aby dotrzeć do skromnego cmentarzyka dzieci z rodziny Date, tak zwanego Okosamagobyō (御子様御廟). Oddalony o kilka minut spaceru od mauzoleów drugiego i trzeciego lorda z klanu Date, schowany w otchłani lasu, z jednej strony trochę przygnębia swoją skromnością, ale z drugiej wydaje się być bliższe naturze. I nie wiem czemu, ale właśnie ten mały cmentarzyk przemówił do mojej wyobraźni bardziej niż pełne złoceń i jaskrawych kolorów ozdoby mauzoleum.

Po opuszczeniu cmentarzu z malutkimi kamiennymi nagrobkami, skierowałam się na przystanek retro-busu, aby dotrzeć na teren dawnego zamku Sendai-jō (仙台城), znanego także jako Aoba-jō (青葉城), czyli „zamek zielonych liści”. Zamek zbudowano na górze Aoba w 1600 roku z inicjatywy wspomnianego wyżej Date Masamune, ale dziś niewiele z niego zostało. Trzeba przyznać, że zamek ten ma za sobą dość burzliwą historię – najpierw został zniszczony znacznie podczas restauracji Meiji, gdy upadał szogunat. Następnie w 1882 roku spora część spłonęła w ogromnym pożarze, a kilkadziesiąt lat później jego resztki zostały ostatecznie zrównane z ziemią podczas amerykańskich nalotów w 1945 roku. Na terenie zamku, tak jak w przypadku „zamku karpi” w Hiroszimie, znajduje się odłam tokijskiej świątyni Yasukuni – Gotoku jinja. O tym, dlaczego świątynie te budzą dość sporo kontrowersji wspomniałam przy okazji wpisu o Hiroszimie.

sendaicastle1

Tym samym na terenie byłego zamku niewiele pozostało – poza możliwością obejrzenia panoramy Sendai ze szczytu góry. Kliknijcie na zdjęcie, jeśli chcecie zobaczyć je w o wiele wyższej rozdzielczości!

Panorama Sendai widziana z ruin zamku

Jednakże, przy zacinającym śniegu i mroźnym wietrze, nie miałam zamiaru długo podziwiać widoków, tak jak robi to dziś bez chwili wytchnienia Date Masamune z ogromnego piedestału (i co ciekawe, w pośmiertnym wydaniu może to robić za pomocą obojga oczu!).

Pomnik Date Masamune w Sendai

Cudem udało mi się złapać następny autobus. Jak to zwykle bywa podbiegłam do niego w momencie, kiedy ten zaczął już odjeżdżać. Na szczęście moje przerażone wizją półgodzinnego czekania oblicze musiało zmiękczyć serce kierowcy, bo zatrzymał silnik i pozwolił mi szybko wskoczyć do środka. Rozsiadłam się zatem w przyjemnie nagrzanym wnętrzu i próbowałam doprowadzić do życia skostniałe dłonie. Po kilkunastu minutach wysiadłam przy ostatnim celu tejże ekspresowej krajoznawczej ”Top 3 Sendai” – świątyni Ōsaki Hachiman-gū (大崎八幡宮). Chyba nie zdziwi Was jak powiem, że miasto zawdzięcza tę piękną świątynię tej samej osobie co zamek jak i wiele innych rzeczy, prawda? Tak, Date Masamune był zaiste hojnym daimyō, dlatego nikt nie szczędził, ani nadal nie ma zamiaru żałować funduszy i czasu na celebrowanie jego pamięci. Główny budynek świątyni, zwany shaden (社殿), jest nota bene najstarszą ocalałą konstrukcją typu ishi-no-ma-zukuri (石の間造), znana także jako gongen-zukuri (権現造), w całej Japonii. W skrócie polega to na tym, że dwa budynki: haiden (拝殿) – miejsce modlitwy i honden (本殿) – główne sanktuarium, często niedostępne dla wiernych, połączone są wąskim przejściem, tworząc coś na kształt litery H.

Mimo że pogoda w ogóle nie sprzyjała przebywaniu na zewnątrz, wiedziałam, że jeśli ulegnę pokusie i wsiądę jeszcze raz do nagrzanego jak piec autobusu, usnę w ułamku sekundy i będę krążyć pół dnia dookoła Sendai bez celu. Dlatego też opatuliłam się szalikiem, naciągnęłam na uszy czapkę i sięgając do ukrytych pokładów masochizmu, wybrałam się piechotą w stronę centrum miasta. A jako że na końcu tego spaceru majaczyła wizja ciepłego posiłku, nie zastanawiając się długo, po prostu ruszyłam przed siebie.

osakihachimangu7

Zagrzawszy się ciepłym curry w przyjemnie zagraconej wegetariańskiej knajpie, przyszedł czas na deser. A w Sendai wybór jest tak naprawdę tylko jeden – zunda mochi (ずんだ餅). Uwielbiam kluseczki ryżowe mochi razem z pastą anko, lecz przysmak w wersji Sendai, choć przyrządzany na podobnej zasadzie, bazuje nie na czerwonej fasolce adzuki, lecz na młodych nasionkach soi – edamame (枝豆). Przewodnik, który ze sobą zabrałam, polecał kilka miejsc, w których można skosztować rożnych wyrobów z zunda, lecz zdecydowałam się na ten serwujący najpopularniejszą i najbardziej tradycyjną wersję. I muszę przyznać, że mimo początkowego wahania, cieszę się, iż zamówiłam od razu cały zestaw, bo pochłonęłam go dosłownie w mgnieniu oka. Takie tam świętowanie Dnia Kobiet w wydaniu japońskim:

Słynne zunda mochi - deser z edamame

Gdyby dane mi było spędzić w Sendai choć troszkę więcej czasu, z pewnością poszukałabym sklepów sprzedających przysmaki takie jak zunda taiyaki, ale zrobię to przy okazji kolejnej wizyty. Bez wątpienia chcę tu wrócić, bo mam niestety wrażenie, że nie udało mi się do końca posmakować atmosfery miasta. Po pierwsze, zwiedzenie wszystkiego w jeden dzień jest niemożliwe, a po drugie – w taką podłą pogodę spędziłam większość czasu grzejąc się w kawiarniach oraz restauracjach i niespecjalnie miałam ochotę na spacery czy podziwianie zadrzewionych alei. Ponieważ Sendai znane jest jako ”miasto drzew”, o czym nie omieszkało przypominać grane w kółko nagranie podczas jazdy autobusem, wypadałoby poznać je też z tej strony. Zrezygnowałam jednak z lepszego poznawania Sendai podczas drugiego dnia pobytu w regionie Tōhoku, aby móc odwiedzić drugi z „trzech krajobrazów” – Matsushimę (松島). Ale o tym, dlaczego Japończycy tak zachwycają się tym miejscem, napiszę już wkrótce.

0 comments on “Sendai (仙台) – w cieniu „Jednookiego Smoka”

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *