Shiogama (塩釜) i Matsushima (松島) – śladami mistrza haiku, Bashō

Niewiele ponad tydzień temu stałam nad brzegiem Morza Wewnętrznego, wpatrując się w jeden z największych symboli Japonii – skąpanej w morskich falach bramie torii na wyspie Miyajima. Przy okazji opowieści o tym magicznym miejscu wspomniałam kilka słów na temat słynnych „trzech japońskich pejzaży” (日本三景; Nihon-sankei) i do tego wątku chciałabym dzisiaj wrócić.

Chyba zaraziłam się, choć trochę, japońskim podejściem do zwiedzania, bo w niecałe dwa tygodnie udało mi się zobaczyć dwa miejsca z trzech, które w powszechnej japońskiej świadomości uważane są za miejsca nadzwyczajnego piękna. W poprzednią niedzielę na celowniku postawiłam sobie drugą pozycję ze słynnej listy: Zatokę Matsushima (松島湾).

Obraz ukiyo-e przedstawiający wysepki w Matsushima

Zanim jednak dane mi było podziwiać piękno niezliczonych wysepek porośniętych sosnami, od których miejsce to wzięło swoją nazwę (松 ”matsu” to nic innego jak sosna), odwiedziłam po drodze malutkie portowe miasteczko Shiogama (塩竈), gdzie po relaksującym spacerze wsiadłam na pokład stateczku zmierzającego w stronę „Wyspy sosen”. Przyznam szczerze, że jak tylko zobaczyłam krótką sekcję poświęconą temu miejscu w przewodniku, od razu zaintrygowała mnie jego nazwa – w dosłownym tłumaczeniu to „Kocioł soli”. Przed oczyma stanął mi od razu obraz wiedźm, ropuch oraz buchającego dymu i chciałam zobaczyć czy Shiogama faktycznie choć częściowo może pochwalić się zaczarowaną atmosferą.

Drewniany budynek w tradycyjnym stylu w centrum Shiogama

Najważniejsza atrakcja tego dość sennego portowego miasteczka, którego codzienny rytm skupia się wokół rybołówstwa, to świątynia szintoistyczna Shiogama Jinja (鹽竈神社). Nie spodziewałam się jednak, że dotarcie do niej spowoduje prawie zawał serca. Nie, z krzaków nie wyskoczyła po drodze żadna wiedźma ani dzikie zwierzę, po prostu żeby dojść do bramy chramu trzeba wspiąć się po… 201 bardzo stromych i wysokich kamiennych stopniach. Pocieszyło mnie jednak to, że nie tylko ja wypluwałam swoje płuca po drodze. Jedna para wręcz się poddała po kilkudziesięciu stopniach, bo drobna Japoneczka wyglądała jakby zaraz miała wyzionąć ducha. Na początku podeszłam do wyzwania z lekko przesadnym optymizmem i zaczęłam wspinać się dziarsko do góry.

Wejście do Shiogama-jinja - wielka brama toriiDroga prowadząca do Shiogama-jinjaSchody prowadzące do Shiogama-jinja

Tymczasem jakoś po czterdziestu kilku stopniach musiałam przystanąć i oprzeć się o barierkę, co dało mi okazję do powdychania świeżego powietrza do płuc, które błagały o tlen. Uspokajając mój podróżniczy entuzjazm, który pojawia się za każdym razem, gdy jestem w nowym miejscu, wróciłam do wspinaczki, tym razem w wydaniu powolnym i relaksującym. Po kilku minutach wreszcie stanęłam na szczycie… A tam jeszcze więcej schodów. Spojrzałam w dół i stwierdziłam, że te kilkadziesiąt schodków przede mną to nic w porównaniu z tym, co właśnie pokonałam, więc próbując wyłączyć myślenie i nie skupiając się zbytnio na tym, że to ciężkie i męczące, po prostu żwawym krokiem pokonałam ostatni odcinek, dzielący mnie od przepięknej bramy Zuishinmon (随身門). Piękna brama Zuishin-mon w Shiogama-jinja

Kamienne lampiony w Shiogama-jinjaZuishin (随身), zwani czasem także zuijin, to bogowie strażnicy, którzy często przedstawiani są, trzymając łuk i strzały. Oryginalnie używano tego określenia wobec prawdziwych strażników cesarza, ale z czasem zaczęto ozdabiać bramy szintoistycznych chramów ich postaciami. I właśnie od nich czerpie swoją nazwę główna brama świątyni Shiogama. Kami, które z reguły pilnują wejścia do wszelkich świątyń szinto, nazywane są kadomori-no-kami (門守神), czyli po prostu „bogowie strzegący bram”.

Kamienny strażnik, zuishin, przed Shiogama-jinja

Bynajmniej mają czego strzec – świątynia ma ponoć ponad 1200 lat (!). Tak, dobrze przeczytaliście. Dobrze ponad milenium. Niemniej jednak większość zachowanych budynków pochodzi z okresu Edo (1603-1867), co nie zmienia faktu, że miejsce to od bardzo dawna służy czczeniu kami poświęconym morzu. Mimo że to jedna z najważniejszych świątyń w całym regionie Tōhoku, znana jest obecnie głównie ze… swych kwitnących wiśni. A konkretnie ze szczególnej odmiany, której ponad trzydzieści drzew rośnie na jej terenie – Shiogama-zakura (鹽竈桜). Aż serce mi się kraje, że nie dane mi było zobaczyć tych przepięknych kwiatów, ale na tą przyjemność trzeba jeszcze trochę poczekać. Ostatnio widziałam kwitnącą sakurę prawie trzy lata temu, ale podziwianie kwitnących wiśni naprawdę nigdy nie brzydnie. Tako też nie dziwię się Japończykom, że kojarzą miejsca głównie z powodu pięknych drzew sakury, śliwy ume czy też czerwieniących się jesienią drzew. Jak dla mnie nie ma nic piękniejszego niż tonący w kwiatach wiśni zamek Himeji.

Shiogama-zakura, piękna odmiana wiśni(© http://kankoubussan.shiogama.miyagi.jp/jinja/sakura.html)

Świątynia odwiedzana była często nie tylko przez członków rodu Date, o którego założycielu Date Masamune pisałam ostatnio przy okazji wpisu o Sendai, ale także przez samą rodzinę cesarską. W Japonii są tysiące chramów szintoistycznych, plus niezliczona ilość czczonych kami, więc świadczy to o niebywałej pozycji Shiogama-jinja. O świątyni wspomniał też w swoich utworach najbardziej znany twórca haiku (俳句) – Matsuo Bashō (松尾芭蕉). Jego arcydzieło Oku no hosomichi (奥の細道, pol. „Po ścieżkach północy” lub „Ścieżki na daleką północ”), czyli dzienniki opisujące podróż mistrza po północnej Japonii, idealnie oddaje japońskiego ducha i podejście do estetyki. I po dziś dzień mało kto śmie skrytykować pozycję Bashō w japońskim kanonie kultury.

Główny budynek Shiogama-jinja

W 1874 na teren świątyni Shiogama przeniesiono z dystryktu Iwakiri malutką świątynkę – Shiwashiko-jinja (志波彦神社). Nie dowiedziałam się na jej temat zbyt wiele, poza faktem, że była ona ponoć ostatnią świątynia oficjalnie zbudowaną przez japoński rząd (za czasów, kiedy to cesarz był uznawany także za kami).

shiogama8

Budynek nie porażał niczym szczególnym, ale może po wspinaczce mój umysł średnio był w stanie dostrzegać otaczające mnie piękno. Nie oznacza to jednak, że w świątyni nie było nic ciekawego – wręcz przeciwnie! Stanęłam przy tabliczce z rożnymi liczbami, przy której żarliwie dyskutowało kilka osób i próbowałam zrozumieć, o co chodzi. Patrzę na tą listę, a tam wypisane różne lata, ale średnio miałam pojęcie z czym to zjeść. Wydawało mi się, zwłaszcza po tym, jak poświęciłam sporo czasu, czytając i pisząc na temat japońskiego podejścia do upływu czasu, że o różnych ciekawych teoriach z tym związanych mam dość obszerną wiedzę. Ale Japonia, jak to Japonia – zawsze wynajdzie coś, o czym jeszcze nie słyszałam i zadziwi oraz zaciekawi na nowo. Tak też było w tym przypadku.

shiogama9

Niezrozumiała przeze mnie początkowo tablica z liczbami, które wydawały się losowe, okazała się kolejnym elementem tradycyjnego postrzegania czasu w Azji Wschodniej – tak zwane kazoedoshi (数え年). Mimo, że oficjalnie zrezygnowano z tego sposobu liczenia wieku w 1902 roku, kiedy to przyjęto liczenie na europejską modłę, nadal używany jest on zwłaszcza w świątyniach czy podczas wróżenia (mam na myśli głównie ustalanie dat ślubu i tym podobnych ważnych wydarzeń). Przyzwyczajeni jesteśmy do tego, że wiek człowieka liczymy od dnia urodzin, który staje się punktem wyjściowym, istnym punktem zero. Tradycja wschodnioazjatycka jednak postrzega to inaczej – w momencie narodzin mamy już rok. Starzejemy się o kolejny w pierwszy dzień tradycyjnego kalendarza księżycowego (z reguły jest to 4 lub 5 lutego), czyli mając niecałe kilka dni w naszym mniemaniu, tradycyjnie w Azji bylibyśmy już dziarskim dwulatkiem. Podobnie rzecz miała się także w Korei i Chinach, w związku z tym zdarzają się przypadki, że w źródłach historycznych występują sprzeczne informacje. Bo czy ktoś pisząc sto lat temu, że dana osoba była w wieku 40 lat, miała na myśli to, że minęło 40 lat od jej urodzin, czy też 39? A może 38?

Dlaczego jednak tabliczkę z wypisanymi na pierwszy rzut oka losowymi liczbami postawiono na dziedzińcu szintoistycznej świątyni? Nie zajęło mi długo zorientowanie się, że wypisane są tam konkretne lata i po szybkim przeskanowaniu całej listy stwierdziłam, że liczby 22 (tudzież 24) tam nie ma. Nie wiedziałam tylko czy to dobrze, czy źle. Po szybkim wklepaniu w komórkę słowa w kanji, którego znaczenia nie byłam pewna, dowiedziałam się, że lista ta przedstawiała tak zwane yakudoshi (厄年), czyli zestaw nieszczęśliwych lat według wspomnianego wyżej systemu liczenia lat kazoedoshi. Tradycja yakudoshi sięga czasów Heian, kiedy to ktoś wpadł na pomysł, Bóg wie czemu, spisania listy, według której wiadomo by było, w jakim wieku czeka nas istna zguba. Nie powinno też nikogo dziwić, że istnieje kilka wzajemnie wykluczających się wersji yakudoshi. Aczkolwiek kilka głównych założeń jest wspólnych. Po pierwsze istnieją osobne listy dla kobiet i mężczyzn (co w ogóle nie powinno mnie juz dziwić). Najpopularniejsze trzy lata dla mężczyzn to 25, 42 i 61, natomiast dla kobiet – 19, 33 i 37. Najgorszą renomę ma z pewnością 42. Przeczytanie tej liczby normalnie jako „czterdzieści dwa” (yon jū ni) nie przywołuje żadnych negatywnych skojarzeń, jednakże jeśli rozdzielimy cyfry, otrzymamy „cztery dwa”– shi ni. A „shini” (死に) oznacza po prostu śmierć.

Interesujące jednak jest to, że nieszczęście nie czyha na nas tylko w tym danym roku, ale także w pewnym stopniu rok wcześniej (前厄; maeyaku) oraz rok później (後厄; atoyaku). Przed nadejściem prawdziwego nieszczęścia w środkowym roku, zwanym hondoshi (本厄), musimy zachować szczególną ostrożność i wypatrywać wiele prawdopodobnych złych omenów. Natomiast po tym, jak już uda się nam przetrwać jakoś rok zguby, nie powinniśmy od razu dać się ponieść szaleństwu i nadal mieć gdzieś zakodowane, że jednak warto uważać. Żeby jednak nie odebrać człowiekowi całkowicie chęci do życia, ustalono też kilka lat, które w japońskiej kulturze są szczególnie celebrowane:

  • 七五三 (Shichi-go-san) -> „Siedem, Pięć, Trzy”

Istny rytuał przejścia dla dzieci w wieku lat trzech. Następnie dla chłopców w wieku 5 lat, a dla dziewczynek – 7. Dzieci ubiera się w przepiękne kimona i idzie razem do świątyni. Co roku świętuje się tę okazję 15. listopada.

  • 還暦 (Kanreki) -> 60 lat

61 według kazoedoshi. (Pamiętacie jak ważne są w tradycji azjatyckie 60-letnie cykle?)

  • 古希 (Koki) -> 70. urodziny.

Jeden z najwybitniejszych chińskich poetów, Dù Fǔ (杜甫), napisał w swoim utworze „Kręta Rzeka” (曲江; jap.: Kyokukō, chin.: qū jiāng), że „Zawsze było niesłychanie rzadkim, aby ludzie żyli do siedemdziesiątego roku życia”.

Jap.:    人生七十、古来稀なり (Jinsei Shichi-Jū, Korai Mare Nari)

Chin.: 人生七十古来稀 (Rén shēng qī shí gǔ lái xī)

  • 喜寿 (Kiju) -> 77. urodziny

喜び (yorokobi) to radość, a 寿 (kotobuki) oznacza „długie życie”. Czyli dopiero zdmuchując siedemdziesiąt siedem świeczek możemy poczuć satysfakcję i radość z tego, że przyszło nam żyć wystarczająco długo.

  • 傘寿 (Sanju) -> 80. urodziny

Na początku miałam sporą zagwozdkę, jak można powiązać parasol 傘 (kasa) i długie życie, ale moja wyobraźnia podsuwała mi coraz to bardziej absurdalne pomysły. W tym przypadku istota nie tkwi w znaczeniu kanji, lecz w ich kształcie. Uproszczony zapis znaku 傘 (którego nie stosuje się na co dzień, jeśli w ogóle) to 仐. Jeśli rozłożymy go na części pierwsze to otrzymamy 八 i 十, a 八十 (hachijū) to 80.

  • 米寿 (Beiju) -> 88. urodziny

Także w tym wypadku ważny jest kształt kanji, a nie jego znaczenie. Chyba, że ryż (kome) i długie życie są w jakiś sposób ze sobą magicznie powiązane? Rozłożywszy znak 米 na jego składowe, otrzymamy 八十八 (hachijū-hachi) – 88.

  • 卒寿 (Sotsuju) -> 90. urodziny

Uproszczony zapis 卒 to znak 卆, składający się z 九 i 十, co razem czytane jest jako „kyū„, czyli dziewięćdziesiąt.

  • 白寿 (Hakuju) -> 99. urodziny

„Białe długie życie”? Pierwsze o czym pomyślałam to o Gandalfie albo innym starcu z długą białą brodą, ale tu nie w tym rzecz. Jeśli dopiszemy jedną kreskę do kanji 白 (shiro), oznaczającego „biel”, otrzymamy 百 (hyaku), czyli „sto”.

  • 上寿 (Jōju) -> 100. urodziny

Nazwa ta wywodzi się z chińskiego tradycyjnego podziału życia na trzy okresy: kaju (下寿) do 60. roku życia, chūju (中寿) przypada w wieku lat 80., a powyżej setki zwie się on jōju. 

  • 茶寿 (Chaju) -> 108. urodziny

茶 (cha) oznacza herbatę, lecz jeśli spróbujemy rozłożyć to kanji tak jak powyżej na części pierwsze, to (trochę na upartego) można dostrzec dwa 十 oraz 八十八 – 10, 10 oraz 8, 10, 8. Dodawszy te dwie grupy do siebie otrzymamy: 20 + 88, a to daje 108. Nie powiem, fantastycznie byłoby dożyć takiego wieku i popijać sobie codziennie herbatkę, czyż nie?

Wygląda na to, że do następnej imprezy z okazji mojego wieku muszę jeszcze trochę poczekać. Po drodze czeka mnie jednak troszkę złej fortuny, więc jak zatem można uchronić się przed rychłą klęską? Po raz kolejny musimy wziąć udział w czymś, co Japończycy uwielbiają – czyli zakupić specjalny talizman omamori (o którym pisałam przy okazji noworocznej wizyty w świątyni). Wiele osób decyduje się nawet na egzorcyzm chroniący przed działaniem złych duchów – tak zwane yakubarai (厄払い). Jak zawsze już nazwa jest sama w sobie fascynująca, bo dosłownie oznacza „przeganianie zła”: 厄 (yaku) to zło, nieszczęście, tragedia, a czasownik 払う (harau) – przepędzać, przeganiać. Jednakże czasownik „harau” używany jest w tym kontekście bardzo rzadko, na co dzień oznacza on „płacić”. Czyli patrząc na to przez pryzmat drugiej definicji, aczkolwiek nie pasującej w tym kontekście, yakubarai oznaczałoby „płacenie złu”.

shiogama11 shiogama12

Zadowolona z faktu, że kolejna japońska tradycja wydaje się potwierdzać, iż ten rok będzie należał do wyjątkowo udanych, opuściłam świątynię Shiogama, ponieważ przyszedł najwyższy czas na kontynuowanie podróży. Miałam jeszcze dość czasu do odpłynięcia promu do Matsushimy, więc przeszłam się powolnym spacerkiem w stronę morza, gdzie przysiadłam sobie na słońcu i zajadając kanapkę, wdychałam przesiąknięte solą morskie powietrze. W Internecie pełno jest zdjęć tego miasteczka po tsunami i naprawdę nie mogę wyjść z podziwu, że udało im się tak sprawnie uprzątnąć zniszczenia. Może nieraz widać, że gdzieś nadal są prowadzone prace renowacyjne czy coś się buduje, ale gdybym nie wiedziała, że to przez tsunami z 11 marca 2011, pomyślałabym, iż po prostu ktoś tam coś remontuje i tyle.

shiogama15
shiogama14

© http://blogs.yahoo.co.jp/contact_sendai120decimal4/19587842.html

Zamknęłam oczy i ciesząc się promieniami marcowego słońca, totalnie zapomniałam o otaczającym mnie świecie i prawie spóźniłabym się na statek. Chociaż bliższe prawdzie byłoby nazwanie go stateczkiem. Po wejściu na pokład okazało się, że o dziwo nie jestem jedyną gaijinką, jak to z reguły bywa podczas moich podróży. Pierwsza myśl jaka pojawiła się w mojej głowie to „nareszcie”, ale szybko tego pożałowałam. Do tej pory nie mogę się nadziwić, jak bardzo głośni są przybysze z zagranicy. Zastanawiam się wtedy czy ja też jestem tak odbierana przez Japończyków? A może mieszkanie w Azji przez ponad pół roku jakoś wpłynęło na moje zachowanie?

Usiadłam przy oknie, postanawiając, że nikt ani nic nie uniemożliwi mi rozkoszować się pięknym morskim krajobrazem. Przewodniczka podeszła do mnie z lekko zakłopotaną miną, pewnie obawiając się, że będzie mi musiała tłumaczyć rzeczy na migi, ale po tym jak odpowiedziałam jej po japońsku, że nie musi się przejmować, bo jako tako sobie radzę w ich języku, wydała głośne westchnienie ulgi. Po czym zamiast tłumaczyć pozostałym osobom, co gdzie jak i dlaczego, przysiadła się do mnie i zagaiła rozmowę. Poza standardowymi pytaniami o to, co tu robię, zadała także sporo pytań a propos Polski i czym się różni od Japonii, za czym najbardziej tęsknię i tym podobne. Najbardziej zadziwiło ją, chyba na plus, że na pytanie czy chciałabym w przyszłości mieszkać w Japonii na stałe odpowiedziałam od razu „nie”. Po czym w

Wdałyśmy się w rozmowę na temat tego, że zdecydowana większość Japończyków podeszłaby do takiego pytania dyplomatycznie i chyba spodobała się jej moja bezpośredniość, bo potem w przerwach między opowiadaniem wszystkim o tym, co można zobaczyć za oknem, podchodziła do mnie jeszcze parę razy i rozmawiałyśmy sobie o różnych rzeczach. Najciekawsza wydała mi się jej opowieść o tym, jak to była na tym samym statku w momencie pamiętnego tsunami. Pamiętacie zapewne obrazy pokazywane wielokrotnie w telewizji? Wywracane statki, niesione na ogromnych kilkudziesięciometrowych falach i rozbijające się o budynki. Na szczęście w tym wypadku nie wyglądało to ponoć tak groźnie. Ponieważ Zatoka Matsushima pełna jest wysepek, w dużej mierze to one przyjęły uderzenie fali i tsunami, które dotarło do brzegu, było kilkakrotnie słabsze niż to, które zniszczyło doszczętnie miejscowości takie jak na przykład Minamisanriku (南三陸町), gdzie zaginęła lub straciła życie ponad połowa mieszkańców.

Statek opuszczający port Shiogama goniła cała banda groźnie wyglądających mew. Wiele osób karmiło je czy to rzucając przysmaki w powietrze, czy też w wersji dla odważnych, trzymając kawałek chrupka w dłoni. Dla mnie ta druga wersja wydała się wręcz masochistyczna, lecz może związane jest to z moja niechęcia do latających stworzeń. Na szczęście wszystkim dokarmiającym ptaki zabawa znudziła się po kilku minutach i wrócili na swoje miejsca w środku, co oznaczało, że mogłam spokojnie wyjść na zewnątrz i usiadłszy na rufie, podziwiać w spokoju widoki. A te bynajmniej warte były całego zachodu.

matsushima2

Nie umiem wyrażać słowami piękna, tak jak czynił to Bashō, ale właśnie siedząc na tym statku jego twórczość wydała mi się wyjątkowo bliska. Tak samo jak ja, mimo że kilkaset lat wcześniej, Bashō dotarł do Matsushimy łodzią z Shiogama, obserwując po drodze czar wysepek, którymi usiana jest cała zatoka. W Oku no hosomichi Bashō stwierdza:

松島は扶桑第一の好風にして、およそ洞庭1・西湖2を恥ぢず。

Matsushima – najpiękniejsze miejsce w całym kraju, niemalże nieustępujące pięknu jeziora Dotei czy Seiko.

Moje tłumaczenie jest bez wątpienia bardzo toporne, lecz nie udało mi się znaleźć polskiego tłumaczenia w wykonaniu kogoś z literackim talentem albo w ogóle kogokolwiek. Więc musicie wytrzymać, jakkolwiek by to nie bolało, z tą daleką od perfekcji wersją. Ale przynajmniej po raz pierwszy od bardzo dawna, jeśli w ogóle, przydały mi się te wycierpiane litrami łez i krwi lekcje z klasycznego japońskiego!

matsushima7matsushima3 matsushima4matsushima6matsushima5

Dotarłszy po prawie godzinie do Matsushimy, lekko oszołomiona zarówno przepięknymi widokami jak i kołysaniem pędzącej łódki, wyczłapałam się na pomost i udałam powolnym krokiem w stronę jednej z wysepek, na którą można było udać się po karmazynowym moście łączącym ją z lądem. Podziwiałam ten most z pokładu statku i muszę przyznać, że chyba nigdy czerwony kolor, tak dominujący w japońskich świątyniach, mi się nie znudzi. Po prostu nie ma takiej możliwości, bo jakże kontrast czerwieni i migających promieni słońca na powierzchni błękitnych wód oceanu może nie zachwycać?

matsushima8

matsushima9 matsushima10 matsushima11 matsushima12 matsushima13

Słynny most prowadzący na Fukuura-jima (福浦島, bo to o niej mowa, ma aż 252 metry, z czego człowiek nie do końca zdaje sobie sprawę, patrząc na niego z daleka. Na samej wysepce nie ma zbyt wiele, jednakże jest ona naturalnym parkiem botanicznym z wyznaczonymi ścieżkami do spacerowania. Między przeróżnymi drzewami, z których większość stanowią sosny, znajduje się także mała buddyjska świątynka Benten-dō (弁天堂), poświęcona bogini Benten (弁天), określana czasem także mianem Benzaiten (弁才天). Według japońskich przesądów nie powinno się odwiedzać świątyń Benten w towarzystwie ukochanej osoby, bo może to się skończyć końcem związku. Ale chyba nikt się tym specjalnie nie przejmował, bo widziałam kilka spacerujących par i nie wyglądali jakby mieli zaraz się rozstać. Ale kto wie co stało się po zejściu z wyspy?

matsushima14

matsushima16 matsushima17 matsushima19

Obejście wyspy zajęło mi około czterdzieści minut, podczas których głód dał mi się dość we znaki. Znalezienie miejsca do jedzenia nie nastarczało szczególnych trudności, bo już chwilę po zejściu z mostu podeszło do mnie kilka osób, próbując zachęcić do wyboru akurat ich restauracji. Większość z nich próbowała mnie przekonać argumentem, że mają w ofercie świeże kaki (硴) – ostrygi. Jakie było zdziwienie większości z nich, kiedy powiedziałam im, że nie jadam owoców morza ani ryb i czy mogą mi coś w związku z tym zaoferować. Na szczęście jedna kobieta przyjęła tą rzuconą przeze mnie rękawicę i podjęła wyzwanie. A trafiłam bardzo dobrze, bo już kilkanaście minut później siedziałam w zacisznej rodzinnej restauracyjce, zajadając się ciepłą zupa z warzywami i makaronem gryczanym soba. Nadal nie opanowałam sztuki japońskiego siorbania, ani nawet nie przyzwyczaiłam się do tego odgłosu, który tak często słyszę, gdy jem na mieście, więc mam jeszcze nad czym popracować.

matsushima15

Posiliwszy ciało, udałam się w kierunku przeciwnym do morza, w stronę słynnej na całą Japonię świątyni buddyzmu Zen – Zuiganji (瑞巌寺). Przy bramie dowiedziałam się jednak, że główny budynek jest remontowany i potrwa to do… 2018 roku. Wahałam się przez chwile, czy w takim razie kupować bilet i wchodzić na jej teren, lecz niezmiernie się cieszę, że podjęłam decyzje, żeby jednak zobaczyć to, co się da. Za bramą torii powitała mnie zapierająca dech w piersiach aleja cedrów. Po przejściu kilkunastu metrów czułam, że coś mnie ciągnie w stronę skał po prawej stronie, więc skręciłam w jedną z małych ścieżek i po chwili ujrzałam rząd jaskiń, których surowość i jakaś taka aura ascetyzmu odebrała mi mowę. Małe kamienne rzeźby, wykute w skale czy tez ustawione w jaskiniach, z reguły różniły się bardzo od wizerunków bóstw, które widuję często w świątyniach. Przez moment poczułam się wręcz, jakbym wylądowała gdzieś w kambodżańskiej dżungli bądź w Indiach, bo estetyce tychże rzeźb było bliżej do estetyki hinduistycznej.

zuiganji1zuiganji3zuiganji2

Jaskinie te używane były dawniej przez mnichów Zen do medytacji. Mimo że na temat medytacji Zen i medytacji w ogóle wiem niezbyt wiele (co nie zmienia faktu, że koncept ten mnie niezmiernie fascynuje i jeszcze kiedyś się w tej materii niewątpliwie podszkolę) to wydało mi się to od razu perfekcyjnym miejscem właśnie na modlitwę czy rozmyślanie. Taki totalny reset i odłączenie się od trosk zewnętrznego świata. Szkoda, że nie można wchodzić do tych jaskiń, bo sama z chęcią usiadłabym na jakimś głazie w jednej z nich i po prostu posiedziała tam chwilę, nie myśląc o tych wszystkich błahostkach, które zdają się stopniowo zaśmiecać mój umysł.

zuiganji5zuiganji4

Warto jednak zaznaczyć, że jaskinie te zostały wykute w skale przez człowieka i nie jest to bynajmniej kaprys natury. Oprócz medytacji, służą także jako miejsce pochówku prochów zmarłych. I to od dawna, bo historia świątyni sięga pierwszej połowy dziewiątego wieku. Na początku ery Heian słynny mnich buddyjski Ennin (圓仁), znany raczej pod swoim pośmiertnym imieniem Jikaku Daishi (慈覺大師), założył pierwszą świątynię na tym terenie, należącą do sekty Tendai (天台宗; Tendai-shū). Wywodzi się ona z chińskiej szkoły Mahāyāny, Tiāntái i została oficjalnie uznana w Japonii w 822 roku. Jako że sekta ta została zlikwidowana w Chinach. Niedługo potem z powodu prześladowań buddystów za czasów dynastii Tang, japoński odłam tej „Szkoły Sutry Lotosu” kontynuował jej dzieło. A jedną z takich osób był właśnie Ennin.

zuiganji6

Jak to w historii jednak bywa, taki stan rzeczy nie potrwał długo. W XIII wieku w Japonii zaczął przybierać na sile buddyzm Zen, który był mocno związany z duchem panującego wtedy porządku feudalnego. Dlatego też regent Hōjō Tokiyori (北条時頼) nakazał, aby świątynię przemianować na modłę Zen, tym samym zmieniając nazwę na Empuku-ji (圓福寺). Pod protektoratem szogunatu w Kamakurze świątynia rozkwitła. W późniejszym okresie, zwanym Muromachi (室町), została ona nawet oficjalnie uznana za jedną z dziesięciu najwspanialszych świątyni Zen. Jednakże jej pozycja zaczęła znacznie słabnąć, gdy Japonia pogrążyła się w wieloletniej i wyniszczającej wojnie domowej. W okresie takiego właśnie chaosu świątynię przejęła sekta Myoshin-ji (妙心寺), odłam buddyzmu Rinzai (臨済宗; Rinzai-shū), która sprawuje pieczę nad świątynią do dziś.

zuiganji7 zuiganji8

Na początku ery Edo świątynię w obecnej formie odbudował nikt inny jak sławetny „jednooki smok” – Date Masamune. Mimo że nie dane mi było zobaczyć głównego budynku świątyni, udało mi się zwiedzić jeden z innych, w których wystawione są tak zwane „tabliczki przodka” daimyō z rodu Date. Czym natomiast jest taka tabliczka? Po japońsku nazywa się je ihai (位牌), a po chińsku páiwèi (牌位) i jest to arcy istotny przedmiot w dalekowschodnim kulcie przodków. Na pierwszy rzut oka wygląda jak zwykła deseczka pokryta laką z napisami, lecz pełni ona niesłychanie ważną funkcję – to w niej zamieszkuje dusza zmarłego po odejściu z ziemskiego padołu, oczywiście po odprawieniu odpowiednich rytuałów.

Patrząc na pokryte złotem ściany i kunsztowne ozdoby, nie mogłam się pozbyć dręczącej mnie myśli, że to chyba nie o to chodzi i że o wiele bliższe człowiekowi są te świątynie, które ledwo co było widać przez malutkie okienka budynku. Jakkolwiek doceniam kunszt wykonania malowideł i rzeźb, lekko przytłoczona złotym blaskiem, szybko wyszłam na zewnątrz i udałam się raz jeszcze na spacer w cieniu wysokich cedrów, kierując się w stronę kolejnej znanej świątyni –  Entsū-in (円通院).

Należy ona do tej samej sekty i zbudowano ją przy ogromnej i przytłaczającej swą wspaniałością Zuigan-ji w celu uczczenia pamięci wnuka Date Masamune – Date Misumune. W przeciwieństwie do mauzoleum w Sendai, budowę tej świątyni zlecił ojciec Misumune i syn Masamune – Tadamune, który próbował sobie jakoś poradzić z bezkresną żałobą po stracie syna. Główny budynek, Daihitei (大悲亭), dosłownie „wielki smutny domek” pokryty jest strzechą. Na początku w ogóle nie zorientowałam się, że to właśnie ten niepozorny budynek jest sercem świątyni.

entsuin1

Niestety, mnisi chyba mają za dużo czasu (albo pieniędzy) i remontują wszystko co się tylko da, więc teraz także musiałam obejść się ze smakiem i popatrzeć jedynie z daleka, jak wygląda fachowe kładzenie strzechy na dach. Szczerze mówiąc, mało kto zwracał na ten budynek w ogóle uwagę, wszyscy kierowali się pod górę, w stronę o wiele mniejszej konstrukcji. Przyłączyłam się na chwile do grupki turystów, oprowadzanej przez japońskiego przewodnika i przysłuchałam się opowieści o Sankeiden (三慧殿), mauzoleum poświęconemu Date Mitsumune. Niezbyt interesowała mnie historia osiągnięć lorda, więc prędko moje myśli odpłynęły gdzieś indziej i powędrowałam po schodach do góry, aby przyjrzeć się mu bliżej. Od razu zdziwił mnie natłok bardzo europejskich symboli – róże, serca, szable, a nawet krzyż. Wspomniałam, pisząc o Sendai, o fascynacji całego klanu chrześcijaństwem, a nawet o próbie podjęcia relacji dyplomatycznych z papieżem, więc widok krzyża nie powinien mnie w Japonii dziwić. Mimo to pierwsza myśl, która pojawiła się w mojej głowie to to, że „coś tutaj chyba nie pasuje”.

entsuin2 entsuin3

Wychodząc ze świątyni, przystanęłam na chwilę przy karesansui (枯山水), „ogrodzie suchego krajobrazu”, który widziałam chyba w rzeczywistości po raz pierwszy. I nigdy nie pomyślałabym, że zagrabiony żwir może być tak piękny, ale jest w takiej surowej formie coś, co do mnie trafia. Nawet jeśli mając wybór, z pewnością wybrałabym prawdziwy szumiący strumyk, to w świątyni Zen, miejscu medytacji i prób odzyskania harmonii z samym sobą, jakoś ta wersja wydaje się bardziej odpowiednia, nie sądzicie?

entsuin4

Tym samym nadszedł czas na opuszczenie „wyspy sosen” i udanie się do Sendai, skąd wkrótce odjeżdżać miał mój shinkansen do Tokio. I mimo że wizja podroży ultra-komfortowym pociągiem kusiła, naprawdę niezbyt chciało mi się wracać do codzienności. Ale przez te pięć dni w tygodniu, kiedy siedzę przy biurku i wykonuję nieszczególnie fascynujące zadania, powtarzam sobie w kółko, że dzięki temu mogę w każdą wolną chwilę podróżować po kraju, który intryguje mnie od lat i nie ma zamiaru przestawać.

Na ten weekend nie mam zaplanowanego żadnego dalszego wypadu, ale jeśli pogoda się ustatkuje i przestanie lać tak, jakby bogowie chcieli ukarać naród japoński za jakieś straszne grzechy, może wybiorę się gdzieś w obrębie Tokio, które, przyznaję się bez bicia, trochę ostatnio zaniedbałam. Bo dojazd do pracy niespecjalnie się liczy jako poznawanie największej metropolii świata, nieprawdaż? Na szczęście już za tydzień los pobłogosławi mnie trzydniowym weekendem, który zapowiada się wspaniale. A dlaczego? Bo znowu będę w drodze. A dokąd? Zaglądajcie tutaj (albo na Facebookową stronę), to dowiecie się już niebawem.

Karolina

autor:

Cześć! Mam na imię Karolina. Jestem absolwentką japonistyki na Oxfordzie i piszę tutaj głównie o Azji Wschodniej. W wolnych chwilach czytam, gotuję wegańskie pyszności i próbuję wymyślić, jak choć trochę ulepszyć świat.

  1. wspaniała wycieczka i świetny wpis! pozdrawiam 🙂

  2. Pozdrawiamy i czytamy z wielkim zaciekawieniem

  3. http://heeeeman.deviantart.com/art/Ruin-88328506 przesyłam zdjęcie są to Starożytne jaskinie grobowe świątyni Zuiganji w Matsushima. Miyagi-ken, Japonia.
    Chciałabym się o tym miejscu jak najwięcej dowiedzieć .Mam pytanie byłaś tam? Ten obraz widziałam w swojej medytacji wielokrotnie i gdy zobaczyłam to zdjęcie bez podpisu długo szukałam tego miejsca na ziemii , byłabym wdzięczna za każdą informacje serdecznie pozdrawiam

    • Karolina

      Dzięki za komentarz! Świetne zdjęcie – tak, kojarzę podobne widoki z mojej wizyty w Zuiganji. W poście powyżej jest trochę zdjęć z mojej wizyty w tej świątyni. Powiedz mi proszę, co byś chciała o tym miejscu się dowiedzieć poza tym, co napisałam, to może uda Ci się pomóc 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *