Naruto (鳴門), czyli nadmorski raj dla pielgrzymów

Jednym z powodów, dla których tak lubię mieszkanie w Japonii są liczne święta narodowe, które bardzo rzadko związane są z historią czy religią, a często – z naturą. Tak też jest w przypadku 21 marca, kiedy to przypada równonoc wiosenna (春分の日 Shunbun no Hi) – w mniemaniu Japończyków wystarczający powód, żeby ogłosić ten dzień dniem wolnym od pracy. Mi to bynajmniej nie przeszkadza, bo trzydniowy weekend jest równoznaczny z wypadem poza Tokio! A czyż jest lepszy sposób na oderwanie się od rzeczywistości niż podróż samolotem na jedną z głównych wysp archipelagu japońskiego, która według większości Japończyków to istny koniec świata?

Zapraszam zatem do lektury pierwszego rozdziału opowieści o Shikoku (四国), wyspie lasów, gór i niezliczonych świątyń. Znana głównie z pielgrzymki Shikoku Henro (四国遍路), podczas której odwiedza się 88 buddyjskich świątyń oraz z festiwalu Awa Odori (阿波踊り) w prefekturze Tokushima. I mimo, że festiwal odbywa się dopiero w sierpniu, to właśnie w Tokushimie zaczęłam swoją przygodę na wyspie „czterech prowincji”.

Już pierwsze zdanie jednego z przewodników na temat Japonii stwierdza, że Shikoku to „najmniejsza i najsłabiej zaludniona z czterech głównych wysp Japonii”. Dlaczego jednak jej nazwa oznacza ‘cztery prowincje’? Otóż dawno, dawno temu ktoś podzielił wyspę na cztery prowincje i podział ten zachował się do dziś, lecz w formie prefektur:

Shikoku1 (© http://wikitravel.org/en/Shikoku)
  • Sanuki (讃岐) → Kagawa (香川)
  • Awa (阿波) → Tokushima (徳島)
  • Tosa (土佐) → Kōchi (高知)
  • Iyo (伊予) → Ehime (愛媛)

Mało który z moich japońskich znajomych kiedykolwiek miał okazję być na Shihoku, a większość z nich określa ją mianem „inaka”, czyli „wsi”. Chociaż przyzwyczaiłam się już do tego, że dla ludzi mieszkających w Tokio, wszystko to „inaka”. Nawet Sendai czy Kanazawa, mimo że każde z nich ma ponad milion mieszkańców. I potem następuje wielkie zdziwienie, jak pokazuję im zdjęcia, a tam centra handlowe ze sklepami wcale niegorszymi niż w stolicy, kilkupasmowe ulice i modne kawiarnie. A Tokushima, z ludnością troszkę przewyższająca 250 tyś. jest z pewnością 100% „inaka” w mniemaniu Japończyków.

Około 7 wieczorem, trochę ponad trzy godziny od wyjścia z pracy, wysiadłam z samolotu na lotnisku w Tokushimie. Tym razem w podróż udałam się z bardzo dobrą koleżanką i to w sporej mierze jej zawdzięczam to, że pobyt ten był dość wyjątkowy. Otóż zaopiekował się nami znajomy jej rodziny, który nie dość, że zaoferował nam kąt do spania za darmo, to jeszcze odebrał z lotniska i zawiózł nas w masę fascynujących miejsc. Nie byłybyśmy w stanie zobaczyć nawet połowę atrakcji, które dane nam było doświadczyć w Tokushimie, gdyby właśnie nie F-sensei.

Wytoczyłyśmy się lekko zielone z samolotu, bo pod koniec trzęsło nim tak, jakbyśmy wylądowali na trampolinie. Trzymałam się kurczliwie siedzenia z przodu i starałam głęboko oddychać, żeby nie skończyć jak dziecko przede mną, które zaprezentowało całemu światu zawartość swojego żołądka. A na koniec, w ramach istnego katharsis, pilot tak przywalił w pas, że naprawdę zastanawiałam się już czy nie sięgać po wymiętoszony papierowy woreczek. No ale jakoś przeżyłam i kilka minut później pakowałam już swoją torbę do auta, którym F-sensei miał nas zawieźć do miejsca naszego noclegu. I nie, nie mówię o jego domu. To byłoby dość do przewidzenia. Otóż dane nam było nocować na piętrze jego kliniki ortodontycznej. Tak, normalni ludzie sypiają w hotelach, a ja spałam zawinięta w cieplutki futon wśród setek dokumentów na temat pacjentów. A piętro niżej znajdowały się dziesiątki odlewów szczęk, dość traumatycznie wyglądających narzędzi i fotele, które choć wyglądały na wygodne, niespecjalnie zachęcały do odpoczynku. A raczej wywoływały jakiś niepokój, ale to może przez panujący w pomieszczeniu zapach gabinetu dentystycznego.

Modele gipsowych szczęk w gabinecie ortodonty w japońskim mieście Tokushima na wyspie ShikokuSzczerze mówiąc, spodziewałam się jakiejś małej klitki i spania na jakiejś starej kanapie, a w zamian dane nam było spać na najwygodniejszych futonach, na jakich kiedykolwiek miałam okazję położyć swoje cztery litery. Nie mówiąc już o wannie, w której spokojnie zmieściłyby się dwie osoby. A możliwość rozprostowania nóg w japońskiej wannie nie zdarza się często. Jeśli w ogóle. W hotelowych wannach, tudzież tych w zwykłych japońskich domach, można jako tako usiąść ze zgiętymi nogami, ale może wynika to z tego, ze mój rozmiar niekoniecznie pokrywa się z wymiarami przeciętnego Japończyka. Więc skorzystałam z okazji i nacieszyłam się istnym absurdem całej sytuacji – leżeć w wannie nad pomieszczeniem, gdzie wszystko, nawet ściany, pokryte były drobniutkim białym pyłem od tworzenia odlewów ludzkich szczęk. Godne Monthy Pythona!

Archiwum w gabinecie ortodontycznym w mieście Tokushima na japońskiej wyspie Shikoku

W nocy obudził mnie raz czy dwa dźwięk ciężkich kropel uderzających o dach, ale nie zmartwiło mnie to szczególnie, a wręcz przeciwnie – skojarzyło mi się to od razu z moim pokojem w domu, gdzie też nieraz przysłuchuję się deszczowi. Rano wstałam zadziwiająco wyspana i pełna energii. Wiedziałam, że do wieczora, kiedy to miałyśmy autobus na południe Shikoku, w planie jest dość sporo atrakcji, więc zebrałyśmy się szybko i po porannej herbacie, wypitej wśród narzędzi tortur, do kliniki wpadł nabuzowany niesamowicie pozytywną energią F-sensei, który w mgnieniu oka wziął nasze torby, spakował je do bagażnika i tak o to niczym mała „happy family” wyruszyliśmy kilka minut po 7 nad ranem w stronę morza.

Już od samego rana F-sensei sprawiał, że niesamowicie stęskniłam się za domem. Za takim istnym „rozpieszczaniem” i faktem, że nie musiałam się niczym przejmować, bo wszystko było zaplanowane. Jestem mega wdzięczna za to, że mogłam ten jeden dzień odetchnąć i nie musieć się zastanawiać jak i gdzie dojechać, wystarczyło tylko, że się zrelaksowałam i poświęciłam całą swoją energię na czerpanie garściami radości z tego dnia. A muszę przyznać, że był to dzień niesamowity! Udało mi się zobaczyć więcej w jeden dzień niż często podczas kilkudniowych wypadów. A dzień ten dopiero się zaczynał i to także w sposób wręcz idealny – od sycącego śniadania w hotelu. Zajadając się pieczonymi plackami ryżowymi, duszonym daikonem, przepysznym omletem i innymi przysmakami, spoglądałam sobie na wody Cieśniny Naruto (鳴門海峡 Naruto Kaikyō), która była naszym następnym celem.

Wegetariańskie śniadanie nieopodal Naruto - w roli głównej warzywa, ryż i tofu Widok z hotelu w Naruto, w którym zjedliśmy śniadanie

Główną atrakcją cieśniny Naruto, oprócz ogromnego wiszącego mostu o wdzięcznej nazwie Ōnaruto (大鳴門橋), gdzie „ō” (大) oznacza „wielki”, są znajdujące się w jego okolicy wiry morskie. Wiry Naruto (鳴門の渦潮 Naruto no Uzushio) spowodowane są pływami między Morzem Wewnętrznym a Pacyfikiem, a prąd tych wirów jest czwarty pod względem szybkości na świecie, po Saltstraumen i Moskenstraumen w Norwegii oraz wirze Old Sow w Kanadzie. Dlatego nie dziwi fakt, że miejsce to fascynowało Japończyków od dawna.

Wiry Naruto na tradycyjnym obrazku ukiyo-e (© Wikipedia)

Zanim jednak przejdziemy do opowieści, jak to wsiadłam na mały stateczek, który z zawrotną prędkością popędził w stronę dość przerażających wirów, chciałabym na chwilę zatrzymać się przy samej nazwie „Naruto”. Otóż słowo to odnosi się często do przedmiotów o spiralnym kształcie, takich jak miedzy innymi naruto-maki (鳴門巻き). Podejrzewam, że najpierw nazwano tak wiry, a potem ich kształt inspirował do nadawania tej nazwy na przykład jedzeniu. Otóż naruto-maki to typ kamaboko (蒲鉾) z różowym wzorem a la wir i taki plasterek kładzie się często, serwując na przykład miskę gorącej zupy z makaronem. Więcej na temat dość specyficznego tworu, jakim jest kamaboko, możecie przeczytać w poście o daniach noworocznych. W pierwszy dzień Nowego Roku zaserwowano mi tradycyjną zupę zōni (雑煮) właśnie z plasterkiem naruto-maki

Groźnie wyglądające morze z pokładu łódki w Naruto, niedaleko brzegu wyspy Shikoku

W niecałe dwie godziny po wyjściu z kliniki, stałam na pokładzie pędzącego stateczku, który był zadziwiająco pełny turystów. Po przeżyciach w samolocie poprzedniego dnia, średnio bawił mnie fakt, że tak trzęsło, ale chyba się już dość uodporniłam, a może ulgę przynosiło chłodne, świeże i przesiąknięte solą powietrze. W każdym razie, mimo dość miernej pogody, ciężkie chmury, z przenikającymi przez nie z trudem promieniami słońca, wyglądały w tej morskiej scenerii majestatycznie.

Most Ōnaruto, łączący wyspę Shikoku i Minami Awaji, jeden z największych mostów na świecie

Most Ōnaruto, łączący wyspę Shikoku i Minami Awaji, jeden z największych mostów na świecie

Most w Naruto widziany z pokładu łódki Wzburzone fale w pobliżu słynnych Wirów Naruto Morze nieopodal Wirów Naruto, a w tle górzyste Shikoku Most Ōnaruto od spodu - to właśnie pod nim występują Wiry Naruto

Wiry Naruto w akcji na Morzu Wewnętrznym

Wiry z bliska robią wrażenie, ale nie widać ich kształtu aż tak dobrze, jak zapewne z góry. Niestety nie dane mi było przejść sie mostem i spojrzeć na ten twór natury z odpowiedniej odległości, ale może następnym razem? Kto wie?

Most Ōnaruto i wiry Naruto widziane z lotu ptaka

© http://kindairikujyobu.blog89.fc2.com/blog-entry-136.html

Po jakiś trzydziestu minutach na wodzie, statek wrócił do przystani, a my udaliśmy się dalej na zwiedzanie miejscowości Naruto. Tym razem naszym celem były dwie świątynie, numer 1 i 2 na trasie osiemdziesięciu ośmiu świątyń wspomnianego na początku Shikoku Henro.

Trasa słynnej pielgrzymki Shikoku Henro na Shikoku

© http://www.wa-pedia.com/japan-guide/kobo_daishi_88_temples_circuit.shtml

Trasa pielgrzymki to prawie 1200 kilometrów, co zajmuje od miesiąca do dwóch. Oczywiście osób na tyle wytrwałych fizycznie i psychicznie jest naprawdę niewiele, ale podczas wizyty w pierwszej świątyni spotkałam dwóch o-henro-san, którzy wyglądali na tych, co podchodzą do sprawy bardzo poważnie. „Henro” to po japońsku pielgrzymka, przyrostek „o” to przedrostek grzecznościowi, a „san”, to „pan/pani”. Czyli o-henro-san to coś a la „szanowny pan pielgrzym”. Jak odróżnić jednak pielgrzyma od zwykłego gościa w świątyni? Najłatwiej po dość charakterystycznym stroju:

Tradycyjny strój pielgrzyma na Shikoku Henro, którego nazywa się o-henro-san (© http://www.88shikokuhenro.jp/supplies.html)

Przejdźmy jednak do stroju i akcesoriów, które ma przy sobie zazwyczaj o-henro-san (zacznijmy od góry):

Suge-kasa (すげ笠)

Stożkowaty słomiany kapelusz. Zazwyczaj napisane jest na nim sześć linijek kaligrafii:

Kapelusz pielgrzyma na Shikoku Henro, tak zwane suge-kasa

© http://junpai-center.shop-pro.jp/?pid=10569576

Najważniejszy element to litera sanskrytu यु (yu), która symbolizuje mnicha Kūkai (空海), znanego raczej pod swoim pośmiertnym imieniem – Kōbō-Daishi (弘法大師). Oprócz tego, odnoszą się one do postaci Buddy Maitrei, po japońsku Miroku Bosatsu (弥勒菩薩). Według nauk buddyjskich Maitreja będzie następcą Buddy Siakjamuniego i tym samym piątym buddą naszej epoki. Obecnie jednak „przebywa w niebiosach Tuszita w Wewnętrznej Świątyni Pałacu Siedmiu Klejnotów”.

Z tyłu kapelusza znajduje się napis dōgyō ninin (同行二人), co oznacza „dwójka podróżująca razem”. A ta druga osoba to w tym wypadku dusza Kōbō-Daishi’ego.

Pozostałe cztery linijki są następujące:

Sangai ni mayō ga yueni 迷故三界 Mimo że jesteśmy zagubieni w trzech światach,
Jippō kū o satoru ga yueni 悟故十方空 nie poznamy nigdy pustki dziesięciu kierunków.
Honrai tōzai nakereba 本来無東西 Na początku nie istniał Wschód ani Zachód,
Izuku nanboku ari ka 何処有南北 Więc gdzie znajduje sie Południe i Północ?

Wagesa (輪袈裟)

Fioletowy szal symbolizuje szatę mnicha i ukazuje oddanie Buddzie i jego naukom. Ponoć dawniej wiele świątyń zabraniało wstępu pielgrzymom właśnie bez wagesy i różańca. Początki wagesy sięgają stroju księcia Siakjamuniego, który to po uzyskaniu oświecenia zaczął być znany jako Budda. Według różnych przypowieści miał on na sobie ten sam zestaw ubrań przez sześć lat spędzonych na medytacji zanim osiągnął nirwanę. Dlatego też jego ubranie było podarte i pełne dziur. Ponoć szatę tą mnisi naprawiali później tak wiele razy, że ostał się z niej tylko cienki pas materiału – coś na kształt dzisiejszej wagesy.

oizuru (白衣), czasem czytane jako hakui, hakue lub byakue

白衣 to nic innego jak „białe ubranie”: biała krótka tunika oraz para białych spodni. W buddyzmie, jak zapewne wiecie, biel kojarzona jest ze śmiercią i żałobą. Ponoć dawniej znaczenie tego było dość dosłowne – wiele osób autentycznie umierało na trasie tej pielgrzymki. Teraz jest to po prostu symbol ofiarowania siebie całego Buddzie i oderwania od świata doczesnego.

kongō-zue (金剛杖)

Drewniana laska, która towarzyszy pielgrzymowi na całej trasie. Składa się z trzech głównych części – materiału, którym obłożony jest górny fragment przytwierdzonego do niego dzwonka oraz drewnianej reszty. Laska ta pełni funkcję istnego talizmanu, coś na kształt powszechnych o-mamori. Kongō-zue uważa się często za fizyczną manifestację mnicha Kōbō-Daishi i dlatego traktuje się ją z niebywałym szacunkiem. Na przykład, zatrzymując się na noc, powinno się umyć spód laski przed wejściem do pomieszczenia niczym ludzkie stopy. Przekraczając most nie można się na niej podpierać i trzeba ją przenieść w dłoni. Z reguły wyryta jest na niej inskrypcja Namu Daishi Henjō Kongō (南無大師遍照金剛), znana także jako Mantra Gohōgō. Ponownie związana jest ona z oddawaniem czci nie tylko Buddzie, ale właśnie Kōbō-Daishi’emu.

nenju (念珠) lub juzu (数珠)

Bodajże najważniejszy element całego wyposażenia pielgrzyma – różaniec. Ma on 108 koralików. Dlaczego 108? Znaczenie tej liczby tłumaczyłam jakiś czas temu. W każdym razie, należy trzymać go w lewej ręce, która symbolizuje Samsarę. Prawa dłoń natomiast to symbol nirwany i poprzez modlitwę z różańcem te dwa światy się zbliżają.

zuda-bukuro (ずだ袋)

Biały woreczek, w którym pielgrzym trzyma niezbędne rzeczy, takie jak mapa, drobne na ofiarę, sutry czy nōkyō-chō (納経帳) – książeczka, do której wbijane są pieczęci kolejnych odwiedzonych świątyń.

Sama idea pielgrzymki wydaje się dość wzniosła, lecz to nie przeszkodziło mnichom w świątyniach na trasie użyć tego jako maszynki do robienia pieniędzy. Na każdym kroku smykałka do zarabiania pieniędzy w świątyniach na terenie Japonii mnie zadziwia, chociaż nie powinno mnie to w ogóle już zastanawiać po wizycie w wielu ozłoconych do granic możliwości świątyniach w Europie. W każdym razie można przy każdej ze świątyń na trasie zakupić mniej lub bardziej profesjonalne części garderoby pielgrzyma. I nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie dość przerażający manekin ubrany w ten strój, który naprawdę jeszcze nie raz będzie mi się śnił po nocach.

Manekin prezentujący strój o-henro-san przed wejściem do świątyni w Naruto Kapelusze suge-kasa sprzedawane przed pierwszą świątynią na trasie Shikoku Henro w Naruto

Świątynia numer 1, miejsce, w którym da się wyczuć entuzjazm i gorliwość wyznawców (które zapewne w wielu przypadkach bledną wraz z dystansem) to Ryōzen-ji (霊山寺). Według przekazów założył ją słynny mnich Gyōki (行基) w VIII wieku z rozkazu cesarza Shōmu (聖武). Historycy sprzeczają się jednak na ten temat, bo Gyōki prawdopodobnie nigdy nie dotarł na Shikoku. Co nie przeszkadza oczywiście ponad trzydziestu świątyniom na terenie wyspy twierdzić, ze świętym przekonaniem, że zostały one zapoczątkowane właśnie przez niego. Jednakże niewiele po założeniu Ryōzen-ji odwiedził ją Kōbō Daishi i miał wizję, w której to Budda, Shaka Nyorai (如来), nauczał Sutrę Lotosu na Wzgórzu Sępów, które znajduje się w Indiach i w hindi znane jest jako Griddhraj Parvat (गृद्घराज पर्वत). Nazwa ta po japońsku to Ryōjusan (霊鷲山), na której to cześć postanowiono nazwać tę świątynię.

ryozenji3

 Niestety burzliwa historia klanowych konfliktów odcisnęła swoje piętno także na tej przepięknej świątyni. W XVI wieku została ona spalona przez daimyō prowincji Tosa, Chōsokabe Motochika (長宗我部元親). A następnie po raz kolejny w XIX wieku, kiedy to buddyzm był tępiony w ramach ruchów „modernizacyjnych” zainspirowanych Restauracją Meiji. W obecnej formie odbudowano ją dopiero w 1964 roku.

Dzwonnica na terenie świątyni Ryozen-ji w Naruto na wyspie Shikoku Rzeźby boddhisatwów w świątyni Ryozen-ji w Naruto na wyspie Shikoku Malutka figurka Jizo na terenie świątyni Ryozen-ji w Naruto na Shikoku Piękny strumyk w ogrodach przylegających do świątyni Ryozen-ji Lampiony w głównej hali modlitw w świątyni Ryozen-ji w Naruto

Druga świątynia na trasie pielgrzymki, którą odwiedziłam, to Gokuraku-ji (極楽寺), czyli „Świątynia  Czystej Krainy” albo po prostu „Świątynia Raju”. Także i ta świątynia chlubi się tym, że została założona przez słynnego mnicha Gyōkiego, lecz jest to prawdopodobnie dość dalekie od prawdy – wszystkie znaki na ziemi i niebie wskazują, że świątynia w tym miejscu powstała dopiero w XIII wieku, w okresie Kamakura.

Tradycyjny ogród w świątyni Gokuraku-ji w Naruto Kamienne zdobienia przy miejscu do rytualnego obmywania rąk przed wejściem do świątyni Gokuraku-ji Medytujący Budda z kamienia na terenie świątyni Gokuraku-ji w Naruto na wyspie Shikoku Główny ołtarz świątyni Gokuraku-ji w Naruto

Przy głównym budynku rośnie ponad tysiącletni cedr, znany jako Cedr Długiego Żywota – Chōmeisugi (長命杉). Podobno został zasadzony przez… zgadniecie kogo? Tak, i w tym maczał swe palce ponoć sam Kōbō Daishi. Dzisiaj drzewo to jest popularne głównie wśród kobiet w ciąży, ponieważ modlitwa przy nim ma ułatwić poród.

Hala do modlitw schowana w cieniu kilkusetletniego cedru - świątynia Gokuraku-ji w Naruto

Rzeźby na terenie świątyni Gokuraku-ji w Naruto Tabliczki upamiętniające ofiarę wiernych w wysokości 500 tys. jenów w świątyni Gokuraku-ji Tabliczki wokatywne ema w świątyni Gokuraku-ji Ofiarne kadzidła przed ołtarzem świątyni Gokuraku-ji Sznur do dzwonu przed ołtarzem w Gokuraku-ji

Dlatego też i sama świątynia stała sie częstym miejscem odwiedzin przez ciężarne kobiety, a na jej terenie można znaleźć wiele statuetek Jizō (地蔵), czczonego w Japonii jako patron noworodków, dzieci nienarodzonych, pielgrzymów i kobiet w ciąży. Co nie zmienia faktu, że niektóre z tych posążków, nadkruszone zębem czasu, wyglądały dość przerażająco, nie sądzicie?

Ubrany posążek Jizo z ofiarą w postaci jedzenia na terenie Gokuraku-ji Posążek jizo schowany w stercie liści w Gokuraku-ji Posążki Jizo, przed którymi modlą się kobiety po utracie dziecka

Ja też, tak jak większość odwiedzających świątynie na trasie Shikoku Henro, dałam się skusić i kupiłam sobie nōkyō-chō (納経帳) – książeczkę na pieczęcie otrzymywane w każdej odwiedzonej świątyni. Nie spodziewałam się jednak, że wpisy te będą takie piękne! Myślałam, że ktoś mi wbije jakąś pieczątkę i po sprawie, lecz nie mogłam się bardziej mylić! Niezmiernie się cieszę, iż zakupiłam nōkyō-chō, nawet jeśli mam tam tylko kilka wpisów, bo czyż nie są to małe dzieła sztuki?

Nokyo-cho - notatnik na wpisy z odwiedzonych świątyń na trasie Shinkoku Henro

Profesjonalny wpis w Nokyo-cho w Gokuraku-ji

Piękny wpis z wizyty w pierwszej świątyni na terenie pielgrzymki Shikoku Henro Wpis z Gokuraku-ji w moim nokyo-cho

I tak oto, po tych kilku pełnych wrażeń godzinach spędzonych w Naruto, przyszedł czas na powrót do Tokushimy i poznanie jej nie tylko z kulinarnej strony (co oczywiście jest niezwykle istotne), ale także z tej kulturalnej. Dlatego też w planie było nie tylko posilenie ciała, ale także ducha – przedstawienie tradycyjnego teatru lalek ningyō jōruri (人形浄瑠璃) oraz występ Awa Odori (阿波踊り), z którego Tokushima słynie na całą Japonię. Poza tym – próba tradycyjnego farbowania indygo, aizumi, przy której oczywiście nie obyło się bez śmiechu. Ale o reszcie tego wspaniałego dnia dowiecie się już niedługo. Na razie zostawiam Was na początku szlaku Shikoku Heiro. Też macie ochotę wybrać się dookoła wyspy? Bo mnie aspekt duchowy niekoniecznie pociąga, ale dwa miesiące powolnego podróżowania po przepięknym Shikoku już owszem. Jacyś chętni?

  1. Nie wiem, jak jest konkretnie w świątyniach, o których mowa w tekście, więc mój komentarz będzie raczej natury ogólnej. W Japonii jest obecnie bardzo niewiele świątyń, w których praktykowana jest prawdziwa Dharma Buddy. Większość niestety prezentuje pop-buddyzm dla turystów, z właściwą treścią nauk Buddy nie mający wiele wspólnego. Wielu japońskich „mnichów” tylko tak się nazywa, ale trudno tak naprawdę uznać ich za mnichów skoro nie przestrzegają reguł winaji, których powinien przestrzegać mnich. „Mnich” mający żonę i dzieci to jakieś nieporozumienie, a takich „mnichów” niestety w Japonii jest bardzo wielu. Jest też wielu „samozwańczych” mistrzów (roshich), tytuł roshiego od dawna nie wiąże się już z otrzymaniem przekazu Dharmy, jest tak tytułowany każdy kto stoi na czele odpowiednio dużej świątyni, często nawet ten tytuł bywa dziedziczny. W wielu krajach azjatyckich nauka Buddy uległa wypaczeniu (co zresztą sam Budda przewidział), ale największe wypaczenia są chyba właśnie w buddyzmie japońskim. Oczywiście są też prawdziwi nauczyciele i świątynie, w których się rzetelnie praktykuje, ale w tym natłoku „buddyjskich śmieci” trudno je znaleźć.

    Wbrew temu co by się mogło wydawać, „najczystsza” i najbardziej zbliżona do oryginału Dharma Buddy jest obecnie nauczana w ośrodkach buddyjskich na Zachodzie – w Europie czy w USA.

  2. Chyba najlepiej byłoby wynająć jakąś motorynkę do poruszania się pomiędzy miejscami. Świątynie świątyniami ale ten most dochodzący do postrzępionego lądu… ! Robi wrażenie!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *