Tokushima (徳島), czyli miasto w kolorze indygo

Spędziwszy intensywnie kilka godzin w nadmorskiej miejscowości Naruto (鳴門), nadszedł czas na stolicę prefektury, czyli Tokushimę. W planach nie było jednak szwendania się bez celu – mimo że Tokushima znajduje się na Shikoku, które w mniemaniu przeciętnego Japończyka jest końcem świata, ma naprawdę sporo do zaoferowania pod względem kulturalnym. Dlatego też po wizycie w dwóch pierwszych świątyniach na trasie Shikoku Henro przyszedł czas na wykorzystanie zdobytej tam pozytywnej energii.

Jedną z rzeczy, z których tradycyjnie znana jest Tokushima jest farbowanie indygo – ai-zome (藍染め). Wiele z wyrobów naprawdę zapiera dech w piersiach, ale co to za sztuka pójść i sobie po prostu kupić takie cudo? Okazało się, że istnieje możliwość spróbowania własnych sił w farbowaniu materiału indygo według tradycyjnych metod, dlatego też bez zastanowienia daliśmy się na to skusić.Kupiłyśmy razem z R. po bawełnianej chustce i przystąpiłyśmy do dzieła. Wydawało mi się, że to nie może być aż takie trudne, no bo co to za problem coś zafarbować, prawda? Proces ten wymaga kilkukrotnego zamaczania, wyżymania, płukania i suszenia, więc po 20 minutach miałam już trochę dosyć. Pomyślałam sobie, że gdybym miała tak robić całe życie, to chyba bym oszalała. Nie myślcie sobie jednak, że mi się nie podobało, wręcz przeciwnie! Uwielbiam tworzyć coś swojego, a z reguły robię to w formie przelewania słów na papier (a raczej wstukując je na klawiaturze). Dlatego też stworzenie czegoś swojego i namacalnego było niesamowicie pozytywną odmianą. Mimo że momentami dość nużącą.

Moje „dzieło” pozostawia zapewne wiele do życzenia, ale i tak jestem nim usatysfakcjonowana. Zwłaszcza, że od samego początku szło mi dość… opornie. Najpierw trzymając rękę ubraną w plastikową rękawiczkę i zatopioną w dość specyficznie „pachnącym” szlamie upuściłam chustkę, która pewnie do dziś gnije na dnie tego kotła. Oczywiście jak już ktoś ma sprawiać kłopoty, to musi to być gaijin. Pani, która tłumaczyła nam co i jak, mieszała w tym kotle kijem i mieszała, starając się znaleźć moją zgubę, ale się jej to nie udało. Z dość zrezygnowaną miną wyciągnęła z jakiejś szafki świeżą, dała mi ją i nawet nie kazała mi ponownie za nią płacić. Pewnie myślała, że po co, jak i tak zaraz ją utopię – ale nie tym razem!

Rzeźby przedstawiające tradycyjny wyrób indygo w muzeum w TokushimieKotły z indygo w muzeum w Tokushimie

Z czego robi się jednak indygo? Byłabym w stanie przysiąc, że z czegoś strasznego, bo pachniało to dość potwornie, a i konsystencja pozostawiała wiele do życzenia. Okazuje się jednak, że półproduktem jest niewinna roślinka z rodziny rdestowatych. Od okresu Kamakura uprawiana jest w basenie rzeki Yoshino (吉野), początkowo w regionie Mima-gun 美馬郡, a następnie także Oe-gun (麻植郡). Wraz z nadejściem ery Edo rola Tokushimy wzrosła i zaczęto uznawać ją za narodowego producenta ai-zome. Roślinkę tę po zerwaniu kroi się na drobne kawałki, a następnie poddaje procesowi fermentacji, otrzymując półprodukt zwany sukumo. Do niego dodaje się ług i otrzymuje tym samym coś o konsystencji mułu, do którego to wkłada się materiał i po czasie, pod wpływem procesu utlenienia, przyjmuje on mniej lub bardziej intensywny granatowy kolor (zależnie od tego, ile razy poddany był on temu procesowi).

Nasze dzieła pofarbowane indygo w muzeum

Własnoręcznie pofarbowana indygo chustka w Tokushimie

Po tym produktywnym zajęciu przyszedł czas na lunch – w końcu spędziłam ostatnie kilkanaście (dziesiąt?) minut pracując fizycznie! Nie powiem, miła odmiana od ciągłego siedzenia na czterech literach przed komputerem. Tokushima znana jest jako „kraina udonu”, bo dosłownie wszędzie można dostać miskę gorącej, pysznej zupy z grubym pszennym makaronem. Ja, z polecenia F-sensei, skusiłam się na wersję z jajkiem i wodorostem wakame. Oj, było warto.

Udon z jajkiem w malutkiej knajpce w Tokushima

Posiliwszy ciało, przyszedł czas na doznania natury duchowej. Z takim też zamiarem wyruszyliśmy w stronę teatru lalek ningyō jōruri (人形浄瑠璃), z którego Tokushima także słynie. Początki ningyō jōruri sięgają pierwszej połowy XVII wieku; teatr ten nie narodził się o dziwo ani w Kioto, ani w Tokio, lecz w kupieckiej Osace. W japońskim teatrze lalek występują trzy typy wykonawców: aktorzy-lalkarze zwani ningyo-zukai (人形遣い), tayū (太夫) czyli kantor-narrator oraz akompaniatorzy grający na shamisenie (三味線). Ningyō jōruri szybko stało się także popularne na położonej blisko Osaki wyspie Awaji (淡路), a z czasem stamtąd tradycja ta przybyła także do Tokushimy na Shikoku.

Jak już wspomniałam wyżej, Tokushima była ogromnym producentem indygo, dzięki któremu wiele lokalnych rodzin dorobiło się niemałej fortuny. A czy jest jakiś lepszy sposób na jej wydawanie niż zostanie mecenasem sztuki? Nawet mimo osłabienia mody na teatr lalek w Osace i Tokio, tradycja ta kwitła w Tokushimie – ponoć około roku 1880 w prefekturze było ponad 70 teatrów! Niestety razem z rozwojem technologii przyszedł także schyłek ningyō jōruri, ludzie woleli pójść do kina czy do bardziej „egzotycznego” teatru w stylu europejskim. Na szczęście po drugiej wojnie światowej, sentyment aby odrodzić japońską kulturę był naprawdę rozpowszechniony wśród Japończyków i od tamtej pory teatr staje się coraz popularniejszy. Bardzo mnie to cieszy, bo jest to coś całkowicie innego od przedstawień teatru lalek w wydaniu europejskim. I w ogóle nie kojarzy się on z rozrywką dla dzieci, a wręcz przeciwnie – trzeba choćby w ograniczonym stopniu rozumieć klasyczny japoński, bo inaczej recytowany tekst będzie wydawał się nam czarną magią w niezrozumiałym dla nas języku (tak jak przez sporą część przedstawienia jawiło się to mnie).

Akompaniament w teatrze lalek w Tokushima na wyspie Shikoku

Lalki różnią się rozmiarem w zależności od regionu, lecz te w Tokushimie należą do największych – dlatego każda z nich obsługiwana jest przez trzech ningyo-zukai. Najważniejszy z nich, określany mianem „głównego lalkarza”, omo-zukai (主遣い), odpowiada za korpus, głowę (zwaną kashira (頭)), a także za prawą rękę. Aktor pomocniczy, hidari-zukai (左遣い), obsługuje, jak sugeruje nazwa funkcji, lewą rękę, a trzeci z nich – ashi-zukai (足遣い)  rusza nogami lalki, czyli ashi (足). Co ciekawe, lalki damskie z reguły nie posiadają nóg, zamiast tego ubrane są one w długą szatę, której ruchy sugerują drobny krok kobiety. W życiu nie zgadłabym, że pod strojem lalki nie ma nóg i naprawdę nieźle się zdziwiłam, jak aktorzy zdradzili tą małą ciekawostkę po przedstawieniu.

Lalkarze i ich lalki w teatrze w mieście Tokushima na wyspie Shikoku

Najsłynniejszy twórca sztuk jōruri to bez wątpienia Chikamatsu Monzaemon (近松門左衛門), którego utwory stały się na tyle słynne, że powstały na jej bazie także sztuki kabuki, a nawet zostały one inspiracją dla filmów. Dzieło, które ugruntowało jego pozycję w kanonie to „Samobójstwo z miłości w Amijimie” (心中天網島; Shinjūten no Amijima), które miało swoją premierę w 1721 roku. Na pewno teraz, jak już mam choćby blade pojęcie o tym, jak w rzeczywistości wygląda japoński teatr lalek, chciałabym zobaczyć sztukę mistrza, ale to przy kolejnej okazji.

Piękny drewniany budynek w tradycyjnym stylu, w którym znajduje się teatr lalek w Tokushimie
© http://toyokachi.cocolog-nifty.com/life/2008/05/post_fabe.html

Podczas pobytu w Tokushimie udałam się na przedstawienie do teatru Awa Jurobe Yashiki (阿波十郎兵衛屋敷), pod tytułem „Keisei Awa no Naruto” (傾城阿波の鳴門). Napisane przez Chikamatsu Hanji (近松半二) bazuje w znacznym stopniu na sztuce mistrza Monzaemona o nazwie „Yūgiri Awa no Naruto” (夕霧阿波鳴渡). O czym jednak jest ta późniejsza wersja? Otóż jest to opowieść o miłości kurtyzany Yūgiri oraz syna kupca Fujiya Izaemon. Cała sztuka składa się z 10 części i w takiej formie po raz pierwszy została zaprezentowana na scenie teatru Takemoto-za w 1768 roku. Niestety teraz nie ma już możliwości zobaczenia sztuki w kompletnym wydaniu – na scenie z reguły wystawiana jest tylko jedna część, zatytułowana „Junreiuta-no-dan” (順礼歌の段).

W skrócie – sztuka ta opowiada historie Jūrobe (十郎兵) oraz jego żony Oyumi (お弓), którzy wyruszają do Osaki w poszukiwaniu skradzionego miecza swojego lorda Tamaki (玉木). Jūrobe zmienia swoje imię na Ginjūrō i dołącza do szajki złodziei, chcąc zdobyć ich zaufanie, aby dowiedzieć się, kto ukradł miecz jego pana. Do Oyumi, kiedy ta jest sama w domu i czeka na męża, przychodzi list z informacją, że ich gang został odkryty i że muszą uciekać. W tym momencie zaczęło się przedstawienie, które ja widziałam. Do drzwi domu modlącej się o bezpieczeństwo męża Oyumi puka młoda dziewczyna, odbywająca pielgrzymkę i prosi o trochę pieniędzy. Przy okazji zwierza się Oyumi, że przybyła do Osaki aż z Tokushimy w poszukiwaniu swoich rodziców. Oyumi, zapytawszy dziewczynę o imię jej rodziców, zdaje sobie sprawę, że stoi przed nią jej własna córka, Otsuru (お鶴). Nie chciała wtedy niczego bardziej niż przytulić swoje dziecko, ale wiedziała, że czyha na nią niebezpieczeństwo i nie chciała aby Otsuru była w to zamieszana. Nie pokazuje po sobie zatem, że poznała swoją córkę i odsyła ją. Otsuru prosi ją o nocleg, ale Oyumi jest nieubłagana i zamyka drzwi. Dziewczyna odchodzi nucąc melodię modlitwy i gdy słychać ją już nikle w oddali, matka wybucha płaczem, a następnie wybiega na zewnątrz w poszukiwaniu córki. I tak skończył się fragment, który widziałam w sobotę.

Przedstawienie teatru lalek w miasteczku Tokushima, które przez wielu uznawane jest za miejsce narodzin tej sztuki

Niezwykle istotne jest jednakże zakończenie, zatem je również wam przytoczę, mimo że sama też je tylko przeczytałam. W międzyczasie wędrująca Otsuru spotyka Jūrobe, który w ogóle nie zdaje sobie sprawy, że to jego córka. Prosi ją o pożyczkę pieniędzy, lecz Otsuru jest przerażona jego natarczywością i zaczyna krzyczeć. Jūrobe próbuje ją uciszyć, lecz jego starania idą na marne, więc rzuca się na nią i ja dusi, a Otsuru chwile później wydaje z siebie ostatnie tchnienie. Niedługo potem do domu wraca Oyumi, której nie udało się znaleźć córki i widząc Otsuru martwą na podłodze własnego mieszkania wybucha płaczem i tłumaczy mężowi, co właśnie zrobił. Scena kończy się tym, że postanawiają podpalić dom, w którym Jūrobe przez przypadek zabił własną córkę i uciekają przed swoimi prześladowcami.

Tak oto kończy się fragment sztuki, która od kilkuset lat wystawiana jest na deskach teatru w Tokushimie. Dane mi było zobaczyć tylko pierwszą część tej sceny, ale mam nadzieje, że przy okazji następnej wizyty w tym mieście może uda mi się zobaczyć także tę drugą, bardziej tragiczną. Muszę przyznać, że musiałam po przedstawieniu na spokojnie przeczytać ulotkę, aby dowiedzieć się dokładnie, o co w przedstawieniu chodziło, głownie z powodu i specyficznego japońskiego, a także trudnego do zrozumienia (przynajmniej dla mnie) sposobu narracji.

Jednakże muszę przyznać, że przedstawienie mi się bardzo podobało – i nawet nie tyle same umiejętności lalkarzy, ale także akompaniament na shamisenie, który ma w sobie coś specyficznego, wręcz magicznego. Może dlatego, że instrument ten wydaje z siebie dźwięki, do których nie jestem przyzwyczajona, całkowicie inne od instrumentów strunowych znanych w Europie. Jednak jakkolwiek ciekawe ningyō jōruri by nie było, przyszedł czas na doświadczenie czegoś nabuzowanego pozytywną energią, czegoś, z czego słynie Tokushima, a raz w roku, na Festiwal O-bon (お盆), zjeżdżają się właśnie z tego powodu do niej niewyobrażalne tłumy (ponad milion (!) osób) – Awa Odori (阿波踊り).

Awa Odori Kan w centrum Tokushimy, gdzie odbywają się pokazy tradycyjnego tańca Awa Odori, słynnego w całej Japonii
© Wikipedia

Budynek, w którym kilka razy dziennie odbywają się występy Awa Odori jest dość nowym nabytkiem, lecz pełni rolę nie tylko teatru, ale także informacji turystycznej czy miejsca sprzedaży lokalnych produktów i pamiątek. Awa Odori jest czymś, co trudno jest opisać słowami, więc najlepiej zobaczyć ten taniec samemu. I mimo że nie jestem w stanie was magicznie za pstryknięciem palców przetransportować do Tokushimy, mogę podzielić się z Wami zdobyczą XXI-wieku, czyli filmikiem z YouTube:

Skąd jednak ktoś wpadł na pomysł na tak specyficzną formę tańca? Otóż związany jest on głęboko z Festiwalem O-bon, japońskim odpowiednikiem naszego Święta Zmarłych, które ma miejsce co roku od 13 do 16 sierpnia. W tym czasie Japończycy odwiedzają groby swoich krewnych i składają na nich ofiary. Według wierzeń, w tym czasie duchy przodków wracają na ziemię, aby odwiedzić krewnych ze świata żywych. Wtedy właśnie w całej Japonii odbywają się przeróżne festiwale, w których centralną część stanowi taniec Bon-Odori. Wersja z Tokushimy jest jednak sławna w Japonii od dawna, na tyle, że zaczęła być nazywana Awa Odori, a nie po prostu Bon Odori. Początki Awa Odori sięgają ponoć nawet 1586 roku. Oczywiście istnieje sporo badaczy, którzy wątpią w tę konkretną datę, ale dość powiedzieć, że tradycja ta jest całkiem wiekowa, a taniec – zyskuje swą popularność z roku na rok.

Awa Odori w akcji - właśnie z tego tańca słynie na całą Japonię Tokushima! Awa Odori w akcji - właśnie z tego tańca słynie na całą Japonię Tokushima!

Atmosfera panująca podczas występu była niesamowicie pozytywna i pod koniec do współudziału zostali zaproszeni także widzowie. Jako jedyna gaijinka na scenie oczywiście nie powinnam była się spodziewać, że po dość koślawych wyczynach, na wspomnienie którego mam ochotę schować się ze wstydu, jeden z tancerzy założy mi na szyję czerwoną girlandę. Nieświadoma niczego, dalej sobie tańcowałam, lecz po chwili zorientowałam się, że wszyscy powoli schodzą ze sceny, a mnie poprosili o to, żebym na niej została. No czego innego można się było spodziewać w mieście, w którym nie widziałam żadnego nie-Azjaty od samego rana… Na szczęście oprócz mnie zostało także 3 Japończyków, tylko że z białymi girlandami. Staliśmy tak trochę z krzywymi uśmiechami, nie wiedząc o co chodzi, lecz okazało się, że dla „najlepszych tancerzy” przygotowane są małe upominki. Ja dostałam totalnie niepraktyczną chorągiew, która teraz wisi na mojej ścianie i przypomina mi o pobycie w Tokushimie. A także o tym, że nie mieściła mi się w torbie i musiałam targać ją ze sobą na pokład samolotu, wzbudzając zainteresowanie współpasażerów, a zwłaszcza tych poniżej kilku lat życia, dziwnym zwiniętym rulonikiem. W każdym razie, po minucie wstydu, kiedy to musiałam powiedzieć przez mikrofon kilka słów po japońsku, przyszedł koniec występu. Jestem pewna, że prowadzący to wszystko główny tancerz za nic w świecie nie przypuszczał, że umiem wydukać cokolwiek, bo jak się odezwałam, to zrobił takie ogromne oczy, że zastanawiałam się, kiedy wyskoczą mu z orbit. No kurcze, popsułam wszystkim rozrywkę nabijania się z gaijinow. Oh bywa. Potem kilka osób podeszło do mnie i zaczęło nawijać w kompletnie niezrozumiałym dla mnie dialekcie Awa, ale na szczęście uratowała mnie R. i F-sensei i wyszliśmy z sali.

Jako że do autobusu, który miał nas zawieźć do następnego celu mojego i R. pobytu na Shikoku zostało jeszcze sporo czasu, postanowiliśmy wjechać na piąte piętro budynku, skąd odjeżdżała kolejka linowa na szczyt góry Bizan (眉山). Usłyszawszy nazwę po raz pierwszy w ogóle nie zdałam sobie sprawy z jej istnego komizmu, lecz jak zobaczyłam kanji napisane na bilecie to trudno było mi stłumić chichot – 眉 to „mayu”, czyli brew – zatem „Bizan” w dosłownym tłumaczeniu to nic innego jak „Góra Brwi”. Wjazd na szczyt zajął tylko kilka minut i już moment po tym jak wysiadłam z tego dużego pudełka zachwyciła mnie panorama, nawet jeśli deszczowa i szara. Rozciągał się przede mną wspaniały widok na całą Tokushimę – dało się nawet zauważyć wyspę Awaji, przy której obserwowałam tego samego ranka przerażające morskie wiry. Kilka minut stałam tak po prostu, nie zastanawiając się nad niczym szczególnym i obserwowałam widoki. F-sensei zaczął powoli pokazywać i tłumaczyć nam, co gdzie się znajduje, gdzie jest klinika, w której nocowałyśmy, a gdzie on mieszka i tym podobne.

Kolejka linowa z budynku Awa Odori Kan na szczyt góry Bizan, skąd widać panoramę Tokushimy Deszczowa panorama Tokushimy widziana ze szczytu góry Bizan

Na samym szczycie znajduje się dość… interesujący budynek – birmańska pagoda, upamiętniająca ofiary drugiej wojny światowej. Nie mam zielonego pojęcia dlaczego na szczycie góry w Japonii znalazł się budynek, jakby go żywcem wyciąć z pocztówki z Myanmaru, no i trzeba przyznać, że zwraca na siebie uwagę swoja niezwykłością i tym, że po prostu pasuje tam jak pięść do oka. Ale Japończykom nie można nigdy było odmówić oryginalności. Oj, no bo czemu nie strzelić pagody birmańskiej na szczycie jednej z najsłynniejszych gór w regionie?

Po kilkunastu minutach, podczas których przemarzłam do szpiku kości, bo wiatr na szczycie hulał niemiłosiernie, postanowiliśmy zjechać na dół i powoli udać się w stronę dworca. Z jednej strony cieszyłam się, że już niedługo będę na przeciwległym końcu wyspy, w nowym miejscu, a z drugiej strony czułam, że z chęcią pobyłabym jeszcze w Tokushimie, zwłaszcza gdy dane mi było zobaczyć ją z takim wspaniałym przewodnikiem, jakim był F-sensei. Ale jak to mówią – wszystko co dobre szybko się kończy. Chociaż może to i dobrze, że podobało mi się na tyle, żeby chcieć tam zostać; nie ma w końcu nic gorszego niż znudzenie podczas podroży (ale mnie dopada ono i tak niesamowicie rzadko, jeśli w ogóle). Po przesympatycznej godzinie spędzonej w kawiarni niedaleko dworca, gdzie F-sensei zaprosił nas na „scone buffet”, przyszedł czas na pożegnanie. Jeśli kiedyś będę miała możliwość, chciałabym wrócić do Tokushimy, tym razem na festiwal O-bon. W tym roku raczej się to nie uda, bo będę wtedy w Korei, ale do Japonii będę zapewne wracać i to nie raz, więc Tokushima nadal zostaje na liście „miejsc do odwiedzenia” – tak łatwo jej z tej listy nie skreślę.

Panorama Tokushimy ze szczytu góry Bizan

Po chłodzie i słocie na północy przyszedł czas na nacieszenie się wiosną w położonym na południu Kōchi. O niesamowicie przyjaznej atmosferze tego miejsca, spacerze na plaży, zajadaniu się jedzeniem z tubylcami, którzy próbowali mnie nauczyć regionalnego dialektu i o smakowaniu ciastek w kształcie kapelusza – już niebawem. Mam nadzieję, że zaciekawiłam Was na tyle, abyście wyczekiwali posta o tym pozytywnie nabuzowanym miejscu. W międzyczasie zaglądajcie na Facebooka i na nowoutworzone konto na Instagramie, gdzie będę wrzucać na bieżąco różne zdjęcia, pokazujące moją japońską codzienność. Tym samym czas minie szybciej, a wszelkie komentarze i „lajki” motywują mnie do pisania więcej i lepiej i oczywiście do skrócenia czasu oczekiwania na kolejne moje wypociny jak tylko to możliwe.

2 comments on “Tokushima (徳島), czyli miasto w kolorze indygo

  1. Ale czad z tym indygo! W Indiach widziałam, jak farbują stemplami, ale chociaż się sama bawiłam w batiki, nigdy nie widziałam profesjonalnej farbiarni. Śliczne te tishatsu wyszły!

    Pozdrawiam!

    • Karolina

      Pobytu w Indiach zazdroszczę! Japonię udało mi się zwiedzić dość porządnie, ale nie miałam okazji jeszcze być w innych azjatyckich krajach. Mam nadzieję, że nie będę musiała na to długo czekać. Patrzę tak na Twojego bloga i w ramach odpoczynku od tematyki japońskiej zaraz zatopię się w lekturę właśnie o Indiach. Pozdrawiam!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *