Kōchi (高知) – wiosenna opowieść, cz. 1

Po dniu przepełnionym atrakcjami i wrażeniami wszelkiej maści przyszedł czas na totalny relaks z odrobiną zwiedzania w tle. W tym celu udałam się autobusem z położonej na północnowschodniej części Shikoku deszczowej Tokushimy do przepełnionego pozytywnie wiosenną atmosferą Kōchi na południowym krańcu wyspy. I mimo że w planach było „totalne zamulanie”, skończyło się jak zwykle – na zwiedzaniu przeróżnych zakątków miasta i próbowaniu wszelkich smakołyków, które miało ono do zaoferowania.

A trochę tego było. Gotowi na trzecią i niestety ostatnią część opowieści o wyspie, której mieszkańcy są niewyobrażalnie mili, jedzenie przepyszne, a i widoki zapierają dech w piersi? Jeśli jakimś cudem ominęliście rozdział pierwszy i drugi, to czas zaparzyć sobie kubek herbaty (najlepiej zielonej!) i nadrobić te straty, bo pobyt w Kōchi, choć tylko dwudniowy, nabuzował mnie pozytywną energią i postaram się choć jej małą częścią się z Wami podzielić.

Przejazd ekspresowym autobusem z Tokushimy do Kōchi był wyjątkowo przyjemny i mimo że trwał prawie trzy i pół godziny, zanim się zorientowałam już trzeba było wysiadać. Wysiadłszy na zewnątrz od razu poczułam różnicę w temperaturze i zdjęłam z siebie płaszcz, żeby się zbytnio nie ugotować. W Tokushimie było na tyle zimno, że włożyłam na siebie kilka koszulek i najgrubszy sweter, jaki ze sobą wzięłam, a teraz przyszedł czas na powolne obieranie warstw tej ubraniowej cebuli.

Przy samej stacji R. zauważyła mały drewniany budyneczek, który wyglądał na restaurację, więc od razu się tam udałyśmy, stwierdziwszy, że hańbą byłoby meldować się w hotelu z pustym żołądkiem. Z zewnątrz miejsce to wyglądało dość niepozornie, ale jego wnętrze mnie zdziwiło na tyle, że aż przystanęłam w progu z zapewne dość dziwnym wyrazem twarzy, bo kelnerka się mnie spytała czy się dobrze czuję. Otóż spodziewałyśmy się jakiejś małej zagraconej knajpki, serwującej ciepły udon, a weszłyśmy do naprawdę nowoczesnej restauracji z luksusowym posmakiem. Zanim zdecydowałyśmy się na stolik, postanowiłyśmy raz jeszcze upewnić się czy aby na pewno nie zbankrutujemy i to już kwadrans po przyjeździe do celu, co oznaczałoby przymieranie głodem przez kolejne dwa dni. Nic bardziej błędnego! Ceny przystępne, śliczne drewniane, lecz nowoczesne wnętrze, no żyć nie umierać. I pomyśleć, że w Tokio dla takiego posiłku (zwłaszcza kolacji) i to w takich warunkach musiałabym ostro odchudzić swój portfel, a tutaj najadłam się do syta za równowartość trzydziestu kilku złotych. Ludzie zawsze opowiadają, jak to pierwsze wrażenie jest kluczowe we wszystkim i chyba coś w tym jest, bo od tego momentu, kiedy stwierdziłam na głos ‘Wow, już kocham Kōchi’ do wyjazdu stamtąd moje podejście nie zmieniło się wcale. Ale jak mogłoby ulec zmianie, jeśli na początek pobytu zjadłam po raz pierwszy (czemu dopiero teraz?!) danie o nazwie nasu dengaku (茄子田楽), czyli pieczonego bakłażana w słodkim sosie miso, a do tego pikle tsukemono i sałatka z tofu. Bajka!

Zadowolona, bo szczerze mówiąc jestem dość prostym stworzeniem, które do pełni szczęścia potrzebuje dużo snu i dobrego jedzenia (no i oczywiście podróży), z uśmiechem na twarzy udałam się z R. w stronę hotelu. Oczywiście po raz kolejny klęłam w myślach na Google Maps i jego humory, co sprawiło, że musiałyśmy trochę kluczyć, bo i moja i R. komórka pokazywała naszą aktualną pozycję po drugiej stronie stacji. No ale po kilkunastominutowym spacerze dookoła stacji dotarłyśmy wreszcie do hotelu, który oczywiście był rzut kamieniem od dworca… I tutaj też było widać lekko inny standard jeśli chodzi o ilość przestrzeni przypadającej na człowieka. A było to dość łatwo porównać, bo dwa tygodnie wcześniej spędziłam noc w hotelu tej samej sieci w Sendai. Gdzie w Sendai pokój był miniaturowy, a w wannie ledwo dało się kucnąć, tutaj za niższą cenę (!) miałam nie dość, że wannę, w której mogłam się wylegiwać bez końca, to jeszcze kanapę i dwa fotele, nie mówiąc już o ogólnej swobodzie ruchów w pokoju. Aż się dziwię, że ludzie tak ciągną do Tokio, które owszem oferuje wiele, ale także dość sporym kosztem. Ja należę do osób, które nie lubią ciasnoty i mimo że uwielbiam tokijską energię, wystawy, koncerty i tym podobne, czasem (ostatnio coraz częściej) tęsknię za luksusem w postaci otwartej przestrzeni. Ale to tylko takie małe dygresyjne marudzenie z mojej strony.

Następnego ranka, po zadziwiająco ubogim śniadaniu, nie tylko w porównaniu do śniadania godnego króla dzień wcześniej w Naruto, ale także oceniając je jak najbardziej obiektywnie (bo onigiri z konbini plus jakieś pseudo-bułeczki raczej szaleństwem nie są), przyszedł czas na krótki tour de Kōchi. Podobnie jak w Sendai, kursował tu specjalny turystyczny bus, który zahaczał o wszystkie najważniejsze atrakcje, które nie dość, że były sporo od siebie oddalone, to jeszcze niespecjalnie można było do części z nich dotrzeć zwykłym transportem publicznym.

Autobus w Kochi z podobizną Sakamoto Ryoma

Naszym głównym celem był brzeg oceanu, a konkretnie plaża Katsura-hama, lecz w połowie drogi postanowiłyśmy wysiąść na górze Godaisan (五台山) i popodziwiać panoramę kolejnego miasta na Shikoku. I przy okazji porównać, jak bardzo, jeśli w ogóle, widok różni się od tego z „Góry Brwi” w Tokushimie. Zdrzemnąwszy się około godzinki w autobusie, wysiadłyśmy na przystanku na środku totalnej pustki i przez chwilę zastanawiałyśmy się czy aby na pewno znajdujemy się w dobrym miejscu. Nikt oprócz nas nie wysiadł tutaj, mimo że przewodnik opisywał widok z tej góry w samych superlatywach. No ale jako że znajdowałyśmy się faktycznie na jakimś szczycie (okazało się po chwili, że na dobrym), postanowiłyśmy się rozejrzeć i nacieszyć się panoramą okolicy. Po kilku minutach spaceru natrafiłyśmy na ogród, a w nim mały budynek, na którym znajdowała się platforma widokowa. I muszę przyznać, że po raz kolejny widok krajobrazu Shikoku mnie nie zawiódł. W oddali widać było plażę, która była naszym głównym celem, słońce prażyło, a w ogrodzie na dole kwitły przeróżne kwiaty – pąki zaczęły puszczać nawet ukochane przeze mnie (i całą Japonię) wiśnie.

Panorama Kochi widziana ze szczytu góry Godaisan

Piękna zatoka w Kochi widziana z góry Godaisan

W świetnym humorze zeszłyśmy po kilkunastu minutach wpatrywania się w krajobraz dookoła na dół, przy czym oczywiście nie omieszkałam przywalić swoją głową w sufit. Najwidoczniej nikt nie przemyślał, że klatki schodowej będzie używał ktoś ze wzrostem ponad 170cm. Ale to nie pierwszy i nie ostatni raz, kiedy moja głowa zaliczyła bliższe spotkanie z japońskim sufitem. Taki już urok mieszkania w tym kraju, w którym nierzadko czuję się jak Guliwer w krainie liliputów. Krzesła wąziutkie, biurko niskie, ubrania za małe, nawet zlewy są na tyle nisko, że muszę się schylać do nich aż mi nieraz tak łupnie coś w krzyżu albo szyi, że zastanawiam się czy już jestem w wieku, kiedy odgłos taki będzie równy lumbago. Chociaż może po prostu się starzeję. Albo japoński rytm życia przyspiesza ten proces, cholera jedna wie.

Powolnym spacerkiem, w pełnym słońcu, udałyśmy się wąska ścieżką w dół, podążając za lekko wytartym znakiem, pokazującym, że Chikurin-ji (竹林寺) znajduje się kilkaset metrów dalej. Świątynia ta to numer 31 na trasie Shinkoku Henro (四国遍路) i trzecia w naszej kolekcji. Nie wiem tylko, czy to pocieszające, czy też dołujące, że z 88 świątyń zostało nam jeszcze do obejrzenia 85. Ale to oznacza co najmniej 85 powodów, żeby wrócić na Shikoku i to jeszcze nie raz. A jak tak na to patrzę, to dziękuję niebiosom za to, że stworzyli taką tradycję, bo dzięki temu dane mi kiedyś będzie zobaczyć przeróżne zakątki tej niedocenianej wyspy. W końcu, jak powtarzam sobie, odkąd byłam małym brzdącem, „chcieć to móc”. I dość często się sprawdza, więc pozostaje mieć nadzieję, że będzie tak i tym razem.

Także w przypadku Chikurin-ji ktoś (ktokolwiek to był, to miał smykałkę do PR) wpadł na pomysł wypromowania teorii, że i tę świątynię założył mnich Gyōki, który, jak już wspomniałam w poprzednim poście, pewnie w życiu nie postawił swojej stopy na Shikoku. Jak było naprawdę nie wie nikt, lecz jedna z popularnych przypowieści mówi, że w 728 roku ówczesnemu cesarzowi Shōmu przyśnił się modlący na znajdującej się w Chinach świętej górze Wǔtái (po japońsku zwanej nota bene Godaisan) boddhisatva Mañjuśrī, w związku z czym zlecił on budowę świątyni przypominająca tę na kontynencie. Niecałe stulecie później, bo w pierwszych latach dziewiątego wieku, w okresie zwanym Daidō (大同) to nowe miejsce czci na japońskiej górze Godaisan odwiedził czczony w trakcie pielgrzymki Shikoku Henro Kōbō-Daishi (弘法大師) i oddał się tam ascezie. Tyle w ramach legend, lecz przejdźmy do faktów. Główny budynek świątyni nie jest aż tak wiekowy, bo pochodzi z początku okresu Muromachi (室町), trwającego od 1337 do 1573 roku.

Świątynia Chikurin-ji nieopodal Kochi na wyspie Shikoku Posążki boddhisatwów w Chokurin-ji w Kochi Główny budynek świątyni Chokurin-ji w Kochi

Tabliczki wokatywne ema w świątyni Chikurin-ji w Kochi
Lisy kitsune strzegące małego ołtarzyka na terenie świątyni Chikurin-ji w Kochi

Na terenie świątyni znajduje się także pagoda, podobna zresztą do tej w Miyajimie. Jak tak patrzę na budynki w podobnym stylu to już mnie nosi, żeby zwiedzić także Koreę i Chiny. Ale na wizytę w Korei muszę jeszcze poczekać kilka miesięcy. Już niedługo.

 

Opuściwszy główny dziedziniec świątyni, na którym rozbrzmiewały głosy mruczącej sutry, udałyśmy się w dół schodów, prowadzących do głównej bramy. Po drodze minęłyśmy kilka dość przerażających rzeźb, chroniących to święte miejsce.

Przerażająca rzeźba, chroniąca świątyni Chikurin-ji w Kochi Pomniki nieopodal wejścia do świątyni Chikurin-ji

Wizyta w jednej ze świątyń na słynnym szlaku pielgrzymkowym nie byłaby kompletna bez pieczątki w moim lśniąco nowym nōkyō-chō (納経帳), którym chwaliłam się ostatnio.

Wpis z kolejnej świątyni ze szlaku Shikoku Henro

Najbardziej zachwyciły mnie chyba kwitnące wiśnie. Nigdy nie zapomnę, jak zobaczyłam kwitnąca sakurę po raz pierwszy trzy lata temu i przez te kilkanaście dni, gdy można było podziwiać te piękne delikatne kwiatki, zrobiłam setki, jeśli nie tysiące, zdjęć. Teraz starałam się choć trochę opanować i zostawić istne wiśniowe szaleństwo na prawdziwe święto podziwiania tych kwiatów – hanami (花見).

Kwitnące wiśnie przy drewnianej bramie prowadzącej do świątyni Chikurin-ji Piękne kwiaty sakury na terenie Chikurin-ji w Kochi Ogromne kwiaty magnolii w Kochi na Shikoku

Krocząc wśród pięknie kwitnących drzew i krzewów, udałyśmy się powoli w stronę kolejnego przystanku „Retro Busu”, który miał nas zawieźć do ostatecznego celu tego mini-tour – położonej nad Pacyfikiem słynnej plaży Katsura-hama (桂浜). Katsura (桂) to gatunek drzewa, zwanego po polsku „grujecznik japoński”, ale nie mam zielonego pojęcia czy ktokolwiek w Polsce słyszał o czymś takim. Raczej wątpię. Hama to nic innego jak plaża, brzeg morza. Czyli nazwa oznacza plażę drzew katsura. Niestety, moja wiedza botaniczna jest dość mocno ograniczona, więc nie jestem w stanie ocenić czy ta nazwa ma jakiś sens, ale podejrzewam, że Japończycy nie nadaliby nazwy od nierosnącego w okolicy przypadkowego drzewa. Zatem przyjmijmy wersję, że dookoła rosły całe masy grujeczników, tylko ja po prostu jestem botanicznym analfabetą, bo dla mnie wyglądały jak… zwykłe drzewa.

Zanim jednak dane mi było leżeć na nagrzanym od słońca piasku i wsłuchiwać się w szum fal, wspięłam się na małe wzniesienie, na którym znajduje się pomnik bohatera narodowego Japończyków, dzięki staraniom którego doszło do Restauracji Meiji. Sakamoto Ryōma (坂本龍馬) urodził się w 1836 roku w Kōchi i gdyby ktoś nie miał pojęcia kim była ta postać przed przybyciem do tego miasta, bardzo szybko się dowie. Nie ma możliwości nie natrafić na prawie każdym kroku na plakat, pomnik, rysunek z podobizną Ryōmy, nie mówiąc już o wszelakiej maści restauracjach i sklepach, które w mniej czy bardziej kreatywny sposób zawarły jego imię w swojej nazwie. Nawet na turystycznym busiku (i w środku) znajdowała się masa rysunków przedstawiających Ryōmę. I to w kreskówkowej wersji. Zważając na fakt, że został on zamordowany przez swoich przeciwników, a większość życia poświęcił na polityczne zagrania, mające na celu doprowadzenie do upadku szogunatu, robienie z niego wersji „kawaii” może wydać się dziwne. Ale nie w Japonii. Tutaj wszystko może, a wręcz musi być „kawaii”, czyli urocze.

Pomnik Sakamoto Ryoma przy plaży Katsura-hama w Kochi

W dzień i w noc, nie ważne czy słońce, czy deszcz, brzegu prefektury Kōchi strzeże postawiony na ogromnym piedestale Sakamoto Ryōma. Jego najważniejszą zasługą było doprowadzenie do rozejmu, a potem bliskiej współpracy między dwoma potężnymi prowincjami, Satsuma (薩摩) i Chōshū (長州). To właśnie lordowie tych dwóch prowincji doprowadzili do ostatecznego upadku bakufu (幕府) i otworzenia się Japonii na model zachodni. Dlatego też w pobliżu pomnika znajduje się dość spore muzeum poświecone jego osobie, a także gwałtownym zmianom, które wprowadził w bieg.

Muzeum Sakamoto Ryoma w Kochi, tuż przy plaży Katsura-hama

Aby nie iść na plażę na głodnego, wylądowałyśmy w małej restauracji przy muzeum, w której specjalnością kuchni było ciasto z podobizną Ryōmy. Nie skusiłam się jednak na to dość przerażająco wyglądające ciastko (średnio bawiła mnie wizja krojenia czyjejś twarzy, nawet jak był to tylko profil usypany z kakao) zamiast tego wybrałyśmy tradycyjne japońskie zestawy – ja makaron udon i tempurę z warzyw, a R. danie, z którego słynie Kōchi, czyli katsuo-no-tataki (鰹のたたき), w tej wersji podane na ryżu. Ryba jest prawie surowa, jedynie z wierzchu jest lekko podpieczona. Ponoć było pyszne, ale jako że nie jadam ryb, to muszę wierzyć R. na słowo. A jej błoga mina, kiedy zajadała się rybą bonito (taki typ tuńczyka) wyrażała, jak brzmi hasło jednej z reklam, „więcej niż tysiąc słów”.

Katsuo-no-tataki - danie, z którego słynie Kochi Udon i tempura z warzyw

Z pełnymi brzuchami wyszłyśmy na zewnątrz i wyruszyłyśmy powolnym spacerem w stronę plaży z zamiarem powylegiwania się na piasku i nacieszenia miejscem, jakich niestety brak w okolicy Tokio. Bo mimo tego, że Tokio położone jest nad wodą, jeśli ktoś wpadnie na dość mało rozgarnięty pomysł udania się nad brzeg Zatoki Tokijskiej, nie powinien spodziewać się wiele więcej niż kilometrów betonu, jakby ciągnących się w nieskończoność. Ale nie w Kōchi, ostoi spokoju na południu Shikoku.

Czarny piasek na plaży Katsura-hama w Kochi Piękna plaża Katsura-hama w Kochi Wczesna wiosna na plaży Katsura-hama w Kochi

Woda była taka przejrzysta i o tak pięknym kolorze, że aż miałam ochotę do niej wskoczyć, mimo tego, że wiosna dopiero się zaczęła. Ale nawet gdybym znalazła w sobie coś z morsa, to z powodu silnych prądów kąpiel na plaży Katsura-hama jest zakazana…

Przepiękny ocean przy plaży Katsura-hama w Kochi

Przejrzysta woda w oceanie w Kochi

Z zamiarem podziwiania tego miejsca tak długo, jak to tylko możliwe, wspięłam się na jeden z klifów, na którym zbudowano malutką świątyńkę. Widok z góry był niesamowity, nie wspominając już o świeżej morskiej bryzie. Nie przeszkadzały mi nawet hasające między moimi nogami i drące się w niebogłosy dzieci! A to naprawdę cud, bo bynajmniej nie należę do osób cierpliwych.

Kamienny most prowadzący do małej świątynki na klifach przy Katsura-hama w Kochi

Mała świątynka na klifach przy plaży Katsura-hama w Kochi Ocean przy Katsura-hama w Kochi

Niestety, jak to mówią, wszystko co dobre szybko się kończy. Z chęcią spędziłabym pół dnia siedząc na plaży, ale szkoda byłoby nie zobaczyć innych rzeczy w Kōchi – w końcu przeleciałam z Tokio całkiem spory szmat drogi. Dlatego też, choć z trudem, wstałam z cieplusiego piasku i wróciłam busem do centrum miasta. A jako, że ta „podroż” trwała prawie godzinę, nie omieszkałam skorzystać z okazji i się zdrzemnąć. W końcu na co dzień słowo drzemka nie istnieje w moim słowniku. A powinno.

Przystanek, na którym wysiadłam znajduje się tuż przy słynnym miejscu spotkań w mieście – Harimaya Bashi (はりまや橋). Mostek ten, szczerze powiedziawszy, na zdjęciach wygląda o wiele bardziej imponująco, jednakże chyba nie chodziło o to, żeby był on piękny czy majestatyczny, ale właśnie, jak to komentowali wszyscy Japończycy dookoła – „kawaii”. Z miejscem tym, jak z wieloma w tym kraju, związana jest oczywiście legenda.

Most Harimaya Bashi w centrum Kochi

Otóż mnich buddyjski o imieniu Junshin (純信), z wyżej wspomnianej świątyni Chokurin-ji, zakochał się z wzajemnością w dziewczynie o imienia O-uma (お馬). Oczywiście było to wbrew wszelkim zasadom, lecz parze udawało się ukrywać swój związek przed innymi bardzo dlugo. Niestety, ktoś zobaczył Junshina kupującego spinkę do włosów w jednym ze sklepów niedaleko mostku i skrywana przed światem miłość Junshina i O-umy wyszła na światło dzienne. Ludzie zaczęli plotkować, mnicha odesłano do świątyni na drugim końcu kraju, a O-uma została sama jak palec i już nigdy nie zobaczyła swojego ukochanego. Żeby jakoś zapamiętać to czyste uczucie łączące tę dwójkę, postawiono im przy moście mały pomnik w stylu tradycyjnych lalek kokeshi.

Pomnik związany z legendą powstania Harimaya Bashi w Kochi

Okolica mostu Harimaya-bashi to głownie sklepy wszelkiej maści, od tych sprzedających pamiątki, poprzez piekarnie, księgarnie i sklepiki ze wszystkim i niczym. Po kilkunastu minutach spaceru po jednej z pobliskich arkad wyładowałyśmy w wąskiej alejce, na końcu której znajdowała się mała kawiarenka, urządzona w starym drewnianym budynku. Po raz kolejny Kōchi zaskoczyło mnie na gastronomiczny plus – miejsce to było nowoczesne, lecz z tradycyjna nutą, pełne światła i z mega pozytywną atmosferą. A do tego desery, które serwowali, najwidoczniej cieszyły się dość sporą popularnością, bo musiałyśmy chwilkę poczekać na wolny stolik. Ale jak już usiadłyśmy, miałyśmy problem co wybrać, bo najchętniej zamówiłabym pół menu. Poszłam więc za głosem serca i zamówiłam zenzai (ぜんざい) z zieloną herbatą, czyli anko na ciepło w formie przypominającej gęstą zupę. R. skusiła się za to na przesłodkie anmitsu (あんみつ) – deser z galaretki i owoców z lodami i niezastąpionego anko.

Słodkie anmitsu z lodami i owocami w małej knajpce w Kochi Zenzai o smaku zielonej herbaty z kluseczkami mochi w uroczej kawiarence w Kochi

Po takim naładowaniu akumulatorów aż nas nosiło, żeby przejść się na długi spacer. Jako że miałyśmy na liście jeszcze jedno miejsce do odhaczenia, wybór nie był trudny. Powolnym krokiem udałyśmy się zatem w stronę zamku, zaglądając po drodze do wielu malutkich sklepików, sprzedających drobiazgi i pamiątki. Pogoda była prześliczna i przez ciągnąca się w nieskończoność tokijską zimę zapomniałam o tym, jakie to przyjemne iść w samym lekkim swetrze i cieszyć się promieniami słońca. Mogłabym tak wędrować bez końca.

Spacer nieopodal zamku w Kochi

Ile można jednak rozpamiętywać przyjemne promienie słońca, zwłaszcza jak i Tokio powoli wdało się w jakieś boże łaski i gdzieniegdzie zza smogu przebijają się nieśmiało promyki. Chociaż nie powiem – w poniedziałek było naprawdę przepięknie. Aż nie wiem komu dziękować za to, że pogoda była taka wspaniała i to akurat tego dnia, kiedy postanowiłam wziąć wolne. Jeszcze jeden dzień siedzenia w biurze i chyba bym oszalała, więc moje telepatyczne narzekanie musiało zostać odebrane gdzieś tam na górze. Ale o wizycie w Kōchi-jō (高知城), gdzie przyszło mi (nareszcie!) nacieszyć się po raz pierwszy porządnie w tym roku wiosną, przeczytacie już wkrótce. Na razie niestety musicie uzbroić się w cierpliwość. Obiecuję jednak, że postaram się dokończyć tę opowieść jak najszybciej to tylko możliwe!

1 comment on “Kōchi (高知) – wiosenna opowieść, cz. 1

  1. Widoki – piękne! Nie mogę się doczekać drugiej części wpisu! 😉

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *