Mochi w całej gamie smaków na niedzielnym targu w Kochi

Kōchi (高知) – wiosenna opowieść, cz. 2

Co jest takiego specjalnego w zamku Kōchi, czego nie ma nigdzie indziej? W końcu pisałam już i o zamku w Matsumoto, i o tym w Hiroszimie i aż chciałoby się wątpić, że można jeszcze o jakże podobnych japońskich zamkach napisać coś nowego. Otóż zamek ten jest jedynym w Japonii, który zachował w stanie wręcz idealnym architekturę z okresu Edo.

Pierwsze zabudowania powstały na wzniesieniu zamkowym już w połowie XIV wieku i znane były jako Odakasa-jō (大高坂城), czyli dosłownie „zamek na bardzo wysokiej górze”. Podejrzewam jednak, że nie miał on wiele wspólnego ze współczesnym wyobrażeniem zamku; była to raczej fortyfikacja na kluczowym strategicznie wzniesieniu. Pierwsze budynki z prawdziwego zdarzenia zaczęły powstawać, kiedy to władze nad prowincją Tosa otrzymał Yamauchi Kazutoyo (山内一豊) w nagrodę za zasługi w słynnej bitwie pod Sekigaharą (1600).

Zamek w Kochi na wyspie Shikoku

Do takiego przedsięwzięcia Yamauchi nie zatrudnił byle kogo, bo słynnego w tamtych czasach budowniczego specjalizującego się w zamkach o imieniu Dodo Echizen (百々越前). Zakasał on od razu rękawy i nakazał zgromadzenie drewna i kamieni z pobliskich wiosek, lecz nie wiem czy przewidział, że konstrukcja zamku na wzniesieniu otoczonym przez rzeki nie będzie wcale taka prosta. Dlatego też zbudowanie całości zajęło sporo czasu – w międzyczasie Yamauchi Kazutoyo  został zastąpiony przez kolejnego lorda – Tadayoshiego. Niestety nie powinno was dziwić, że niedługo później, bo w 1727 większość zamku spłonęła i ocalała jedynie główna brama – Otemon. Starania, aby zamek odbudować, zostały podjęte błyskawicznie, lecz z powodu problemów finansowych trwało to ponad dwadzieścia lat. Niedługo potem nastąpił okres wielkich zmian – tak zwana Restauracja Meiji, zakończona obaleniem szogunatu – co oznaczało, że zamek wręcz z dnia na dzień przestał być siedzibą władzy, a stał się po prostu dość podniszczonym budynkiem na trudno dostępnym wzgórzu. Przez wiele lat zamek ten niszczał, mniej lub bardziej naturalnie i ocalał jedynie główny budynek i główna brama. Na szczęście centrum zamku, tak zwane honmaru (本丸), z główną wieżą tenshu (天守) zachowały się w nienaruszonym stanie i w formie, która jeszcze 150 lat temu była siedzibą lokalnej władzy.

Mały, aczkolwiek piękny, zamek w Kochi na wyspie Shikoku Otwarte wnętrze zamku w Kochi na wyspie ShikokuSam budynek głównej cytadeli oczywiście robił wrażenie, lecz mi najbardziej spodobał się otwarty niby salon – miejsce, w którym lord przyjmował gości. Niestety w ogrodzie, który zdawał się być jakby nieodłączna częścią tego pomieszczenia, nie było szczególnie bujnej roślinności, ale chcę wierzyć, że kilkaset lat temu był tam prześliczny japoński ogród, który lord podziwiał, popijając sobie z malutkiej czarki zieloną herbatę. Wychodzi też na to, że moje rozmyślania i podziwianie tego zakątka zamku nie były bezpodstawne – jest to jedyna taka sala, ocalała po dziś dzien. W wersji oryginalnej pomieszczenie to ponoć opływało w luksusy, lecz z powodu zawirowań historycznych z czasem wystrój uległ zubożeniu. Chociaż do mnie przemawia chyba i tak bardziej minimalizm niż przepych, więc może to i dobrze, że dane mi było zobaczyć tę salę akurat w takim wydaniu.

Panorama Kochi widziana z zamku Dziedziniec zamku w Kochi widziany z góry

Chętni, którym nie straszne było wspinanie się po niekończących się schodkach, mogli wdrapać się na najwyższy poziom wieży i stamtąd podziwiać panoramę Kōchi, tak jak kiedyś wypatrywali z niej wrogów najemnicy panującego daimyo. W ciepłym świetle popołudniowego słońca góry w oddali wyglądały naprawdę ślicznie. Chociaż ostatnio zauważam, że cokolwiek naturalne i zielone wydaje mi się automatycznie nie wiadomo jak wspaniale, więc najwidoczniej utraciłam obiektywne spojrzenie na świat. Ale trzeba przyznać, że widok tradycyjnych dachów kontrastujących z zielenią (i niestety także z betonowymi budynkami) jest niczego sobie. Po chwili zwróciłam uwagę także na detale, po tym jak spędziłam poprzednie 10 minut wypatrując ciekawych elementów panoramy i muszę przyznać, że zawsze podobała mi się japońska dbałość o szczegóły.

Piękne detale na dachu zamku w Kochi na wyspie ShikokuKarmieniem duszy nie pogardzę, i dobrze wiecie, że zwiedzanie nowych miejsc mnie kręci, lecz istotną częścią podroży jest dla mnie także jedzenie (czasem mam wrażenie, że może zbyt ważną?). A w Japonii każdy region, miasto, a nawet dzielnica szczyci się swoją specjalnością. Nikogo nie dziwi wyjazd na drugi koniec kraju, aby skosztować makaronu soba, który niespecjalnie się różni od tego w stolicy, czy też wyprawę metrem godzinę w jedną stronę, aby odwiedzić konkretną kawiarenkę, nawet jeśli trzeba postać w kolejce kilka godzin, żeby spróbować małe ciasteczko. Ja aż takiej obsesji na punkcie próbowania smakołyków i to w tej jedynej polecanej przez przewodnik, gazetę czy program telewizyjny nie mam, jednakże zawsze staram się w miarę możliwości jeść rzeczy, którymi zajadają się lokalni mieszkańcy. Dlatego też czy można by zakończyć dzień w tak przyjaznym mieście inaczej niż w ogromnej hali pełnej stoisk z jedzeniem, gdzie siedzi się wspólnie z obcymi sobie ludźmi przy dużych stołach? Odpowiedź jest oczywista– nie mogłam wymyślić bardziej idealnego miejsca na podsumowanie mojego pobytu w Kōchi niż Hirome-ichiba (ひろめ市場). Mimo że otworzono je dopiero w 1998 roku, wchodząc do środka ma się wrażenie jakby istniało ono od zawsze jako miejsce spotkań mieszkańców tego miasta. I oczywiście przybyszów z zewnątrz, takich jak ja i R.

Wejście na nocny targ w Kochi - Hirome Ichiba

Od momentu przejścia przez przezroczystą kotarę poczułam się trochę jakbym weszła do innego świata. Setki ludzi śmiejących się, jedzących, rozmawiających o przeróżnych rzeczach, hasające dzieci, odgłos stukających talerzy, wołań kelnerów i sprzedawców jedzenia. Taki mały bliskowschodni rozgardiasz na zapomnianej przez Tokijczyków wyspie. Dopiero wtedy poczułam tak naprawdę, że jestem w podroży, że znalazłam się wreszcie na „rynku” w tętniącym życiem sercu miasta.

Stoisko z jedzeniem na Hirome Ichiba, targu w Kochi Tłumy smakoszy w Hirome Ichiba w Kochi Tłumy ludzi na targu Hirome Ichiba w Kochi - tanio, smacznie i wesoło Menu w jednej z knajpek na Hirome Ichiba w Kochi

Niestety okazało się, że stoiska z rękodziełami i pamiątkami są zamknięte, ale szybko zapomniałam o tym małym problemie, bo zatopiłam się w zagraconych i zatłoczonych przejściach, przesiąkniętych zapachem jedzenia. I oczywiście po chwili miałam problem, gdzie podejść i spojrzeć na menu, gdzie podpytać, co oferują, stałam trochę taka osłupiała, nie wiedząc co zrobić. Na szczęście z pomocą przyszła R., która szybko zdecydowała się na kara-age, a następnie na smażony ryż z warzywami i jajkiem, więc poprosiłam ją, żeby poleciła mi coś z wegetariańskich opcji dostępnych w tym sklepiku. Wybór padł na tororo meshi, czyli ryż z tartym nagai imo (takie coś podobne do ziemniaka, lecz po starciu ma dość… specyficzną glutowatą konsystencję) i pieczony bakłażan. Nagai imo w takiej formie jadłam po raz pierwszy i muszę przyznać, że po wymieszaniu ze świeżo ugotowanym ryżem i sosem sojowym smakował naprawdę nieźle!

Kolacja w Hirome Ichiba - tofu i nagaimo Tłumy smakoszy w Hirome Ichiba w Kochi

Głównym celem Hirome-ichiba, oczywiście oprócz promowania pysznego jedzenia, jest zachęcanie do socjalizowania się i po wieczorze tam spędzonym muszę powiedzieć, że wyszło im to świetnie. Przysiadłyśmy się do rodziny z dwójką dzieci i ledwo zdążyłam usiąść, a już zaczęła się przyjemna, w ogóle nienatarczywa rozmowa. Nawet nie wiem kiedy, ale poczułam się w mgnieniu oka jakbyśmy znali się od dawna. Dzieci, początkowo przerażone, z czasem zaczęły żartować i częstować mnie cukierkami i bardzo chciały mieć z nami zdjęcie; rodzice tłumaczyli nam zawiłości dialektu Tosa, a my siedziałyśmy i próbowałyśmy się nacieszyć momentem, których brak w tokijskiej betonowej dżungli. Kiedy musiałyśmy już iść, żeby zdążyć na poranny autobus na lotnisko, żal w ich oczach nie był bynajmniej udawany. Aż szkoda było wychodzić i gdybyśmy mogły, to pewnie siedziałybyśmy tam do rana. Albo i dłużej.

W planach była jednak na tyle wczesna pobudka, aby zdążyć jeszcze na spokojnie przejść się na główną niedzielną atrakcję w Kōchi – Nichiyouichi (日曜市), czyli po prostu Niedzielny Rynek. Miejsce z atmosferą z jednej strony podobną do tej z poprzedniego wieczora w Hirome-ichiba – przyjazny gwar zachęcający do próbowania przeróżnych przysmaków, a z drugiej jakże inna. Kolacja w przyciemnionej zatłoczonej hali różni się w końcu i to znacznie od spokojnego spaceru wzdłuż ciągnących się na ponad kilometr stoiskami ze świeżymi warzywami, owocami, słodyczami, nie mówiąc już o wyrobach takich jak np.: noże. A to wszystko w promieniach porannego słońca i w dość zrelaksowanej atmosferze, w końcu nie oczekujmy od nikogo nie wiadomo jakiego poziomu energii o 7 rano w niedzielę.

Niedzielny targ w KochiŚwieże owoce i warzywa sprzedawane na niedzielnym targu w Kochi

Po kilku minutach patrzenia na te wszystkie dorodne warzywa oraz soczyste owoce, odpłynęłam trochę w świat fantazji, w której to mieszkam sobie w takim miejscu jak Kōchi i mogę co niedzielę przyjść na taki oto ryneczek i kupić świeże produkty od lokalnych sprzedawców, które nie dość, że wyglądają (i pachną!) sto razy lepiej niż te sprzedawane w tokijskich marketach, to do tego wszystkiego są jeszcze sporo tańsze. W Tokio te same owoce od razu zostałyby oznaczone jako „organiczne” i kosztowałyby jakąś astronomiczną cenę. Coś w stylu truskawek po 30 złotych za sztukę. I bynajmniej nie żartuję, zdjęcia takim gratkom w dziale z jedzeniem jednego z lepszej klasy domów handlowych w Shinjuku zrobiłam jakiś czas temu tutaj.

sundaymarket13 Najbardziej zatłoczone były jednak miejsca, gdzie sprzedawano gorące przysmaki takie jak grillowane niby-szaszłyki, tempurę z warzyw czy zupę soba. Nie obyłoby się jednak także bez świeżo przyrządzonych słodyczy, na które nikt mnie specjalnie nie musiał namawiać. Zwłaszcza jak były one robione na moich oczach – w tym przypadku ciastka z gorącym nadzieniem z owocu, z którego Kōchi jest znane – podobne do cytryny yuzu (柚子).

Japońskie słodycze z nadzieniem z owoców yuzu, smażone na oczach klientów w Kochi

Między budkami z całymi górami szpinaku, rzepy daikon (大根), marchewek tak świeżych, że bliżej im było do czerwieni niż do wyblakłego pomarańczowego koloru można było znaleźć także stoiska z tradycyjnymi słodyczami domowej roboty, na przykład daifuku (大福) czy dango w przeróżnych smakach. Mimo że nie były one gorące, jak to ciastko z yuzu, skusiłam się na pysznie wyglądające daifuku z nadzieniem z anko, a konkretnie wersję zabarwioną czymś na zielono, którą zachwalała R. Muszę przyznać, że po raz kolejny bezbłędnie trafiła w moje kubki smakowe. Albo to po prostu zasługa anko. Nie wiem czy miałam okazję spróbować cokolwiek z tą przepyszną pastą, co by mi nie zasmakowało. No ale może istnieje jakiś taki wyjątek, który potwierdza regułę?

Centrum Kochi, tuż obok niedzielnego targu

Po przejściu wzdłuż wszystkich stoisk w te i z powrotem, przyszedł niestety czas na pożegnanie się z Kōchi. Im bliżej było do dworca, tym szłyśmy coraz wolniej, każdy sprzedawany produkt, nawet jeśli widziany juz kilkakrotnie w ciągu ostatniej godziny nagle wydawał się najbardziej fascynującą rzeczą na świecie. Niestety, market ten nie ciągnął się w nieskończoność, więc nie wiedząc nawet do końca kiedy, znalazłyśmy się na głównej drodze, prowadzącej prosto na dworzec, skąd odjeżdżał niedługo autobus w stronę lotniska. Im bardziej zbliżałyśmy się do dworca, tym mniej miałyśmy ochotę na rozmowę. Bynajmniej nie dlatego, że byłyśmy w złym nastroju. Wręcz przeciwnie! Miałam wrażenie, że nic co powiem, nie podsumuje tych kilku wspaniałych dni spędzonych na Shikoku. Miałam ochotę wykrzyczeć, że nie chcę wracać, że było niesamowicie, że po co w ogóle ciśniemy się w tonącym w smogu Tokio, jeśli są ludzie, którzy mają czas na spokojną kolację, zakupy na otwartym powietrzu i długie spacery. Ale chyba w głowie R. trybiki działały w podobny sposób, bo też zamilkła nagle i jej wzrok wyrażał mieszankę zachwytu, smutku i głębokiego zamyślenia. Aby wyrwać się z takiego a la marazmu, weszłyśmy do jakiejś zatłoczonej piekarni po drodze i kupiłyśmy po wypieku, z którego według mojego przewodnika słynie Kōchi – boushi-pan (帽子パン), czyli kapeluszowego chleba. Nie przebił on smakiem przysmaków z marketu, lecz był takim ostatnim akcentem, zaliczeniem kolejnej rzeczy, którą wypada zrobić czy zjeść podczas pobytu w tym regionie. Zostawiłyśmy jednak słodkie kapelusiki na później, aby jeszcze jak najdłużej przedłużyć pobyt na Shikoku, nawet jeśli tylko w wymiarze duchowym.

Bōshi pan - "kapeluszowy chleb", czyli słynny przysmak z KōchiDwie godziny później, siedząc w samolocie i patrząc na coraz mniejsze i mniejsze budynki okolicy, a następnie znikające za chmurami wybrzeże i niebieskie wody oceanu, łamałam powolutku, kawałeczek po kawałeczku boushi-pan i nie mogłam odpędzić się od myśli, że doświadczyłam czegoś, co nie do końca potrafię opisać. Może nieraz po prostu nie da się ubrać w słowa niektórych myśli? Albo ja po prostu nie potrafię? Chciałabym jednak wierzyć, że choć trochę udało mi się przekazać, nawet jak w lekko kulejącej formie, że Japonia to nie tylko neony w Kabukichō, karaoke, sushi i gejsze, ale także, a może przede wszystkim, zwykli przemili ludzie, proste świeże jedzenie i piękna natura, niezepsuta jeszcze aż tak przez betonowe monstra. Jeszcze. Miejmy nadzieję, że to „jeszcze” potrwa jak najdłużej to tylko możliwe.

Wieloryb wyłaniający się z chodnika w centrum Kochi? A czemu nie?

Jeśli wszyscy ludzie mieszkający na Shikoku są tak niewyobrażalnie mili, jak Ci, których miałam okazję spotkać zarówno w Tokushimie jak i w Kōchi, to nie ma specjalnej potrzeby promowania regionu w formie jakichś przejaskrawionych ulotek czy reklam, bo jak już ktoś raz przyjedzie to wróci. I to nie raz. Ja na razie nie mam niestety kiedy wcisnąć w swój grafik kolejnej wizyty w te rejony, ale miejsce to zostało zakodowane i przy najbliższej okazji z pewnością tu wrócę. Zwłaszcza aby odpocząć od tokijskiego zgiełku, przepychania się łokciami w pociągu, smogu i niekończącego się betonu, betonu, betonu… Na szczęście nawet w Tokio istnieją „wyspy” zieleni, które zamieniają się w małe wersje „raju”, gdy zaczynają kwitnąć wiśnie. Do jednego z takich miejsc, Parku Yoyogi, wybrałam się w poniedziałek – tym razem zamiast na piasku, leżałam pod kwitnącymi gałęziami sakury. I stwierdziłam, że kurcze, ale mieszkanie w Japonii ma swoje pozytywne strony. I że kwitnące wiśnie nigdy mi się nie znudzą. Ale o tej mojej małej obsesji, którą dzielę z milionami Japończyków, już wkrótce.

0 comments on “Kōchi (高知) – wiosenna opowieść, cz. 2

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *