Kanamara Matsuri (かなまら祭り), czyli Festiwal Stalowego Fallusa

Kilkakrotnie pisałam już o rożnych festiwalach, w których tak lubują się Japończycy, ale dzisiejszy post może was trochę zaskoczyć – tym razem nie będzie o podziwianiu kwiatków czy też czerwieniących się liści. Festiwal Kanamara (かなまら祭り; Kanamara Matsuri) to w dosłownym tłumaczeniu „Festiwal Stalowego Fallusa”.

Wiem, że w Polsce skończyłoby się to wielkim skandalem, zbulwersowanymi wypowiedziami pełnymi dramatyzmu i w ogóle szerzeniem wizji bliskich końcu świata. Na szczęście Japończycy do spraw seksualnych i tych związanych z płodnością mają całkowicie odmienne podejście. Święto to nie ma na celu promowania „ideologii gender” tudzież innych dziwnych wymysłów, o których czytam na co dzień na polskich portalach informacyjnych, mimo że jestem taki szmat drogi od Polski; jego główny zamysł to po prostu modlitwa o płodność. Jeśli szokuje Was widok podobizn męskich fallusów, to możecie odpuścić sobie czytanie tego posta, ale myślę, że warto zobaczyć coś jakże innego od tego, do czego jesteśmy przyzwyczajeni w kraju, gdzie niestety rozmowy o seksualności człowieka sprowadzane są często przez niektórych polityków i osoby publiczne do gwałtu, grzechu i pozbawiania niewinności. Wejdźmy zatem do świata, gdzie ludzie potrafią się z ludzkiej seksualności cieszyć, a nie przed nią trwożyć, gdzie nikogo nie bulwersuje widok kilkumetrowej statuy penisa, gdzie można zajadać się ciasteczkami w kształcie męskiego fallusa i przy tym pozytywnie śmiać, i gdzie ludzie zamiast pogłębiać tabu, wybierają pozytywny sposób świętowania płodności i seksualności, przy okazji zbierając pieniądze na walkę z AIDS/HIV.

Tłumy na Festiwalu Kanamara w Kawasaki

Jednak nic w świecie nie jest idealne i także w tym wypadku pierwotny zamysł był dość rozbieżny z ostatecznym efektem. Po pierwsze, ledwo udało mi się dopchać na teren świątyni Wakamiya Hachiman-gū (若宮八幡宮), a konkretniej jej części – świątyni szintoistycznej Kanayama Jinja (金山神社), w której miał zacząć się festiwalowy pochód. Jak już udało mi się przebrnąć przez tłum ludzi, z czego sporą część stanowili cudzoziemcy, spędziłam z pół godziny ściśnięta jak sardynka w tłumie, przy którym poranny tłok w pociągu linii Yamanote to nic. I żałuję niezmiernie, że nie udało mi się doświadczyć tego festiwalu w sposób, w jaki zapewnie świętowali go Japończycy z okolicy jeszcze całkiem niedawno. Większość obecnych na festiwalu Japończyków podchodziła do tego całkiem poważnie albo po prostu ze zdrowym dystansem i bardzo mi się to podobało. Niestety, wiele osób z zagranicy bynajmniej nie dawała dobrego przykładu. Pomijając już kilka osób, które były pod wpływem i to przed południem, sprośne żarciki, komentowanie i to w bardzo chamskim wydaniu wyglądu Japonek bynajmniej nie wpływa pozytywnie na obraz cudzoziemców w Japonii, który i tak do najlepszych nie należy. Przepychanie się, aby zrobić sobie zdjęcie przy przenośnym ołtarzu mikoshi (神輿 lub 御輿), w którym umieszczono falliczną rzeźbę, w ogóle bez szacunku i świadomości, że to tak naprawdę teren świątyni, dziwne komentarze do osób, które sprzedawały słodycze w wiadomym kształcie, rzucane tylko dlatego, bo „przecież i tak nikt nie zrozumie” jakoś mnie zniesmaczyły. I nie było to spowodowane ani rzeźbionymi penisami z białej rzepy, ani lizakami w tym samym kształcie, ani nawet drewnianymi rzeźbami męskich przyrodzeń, lecz właśnie obscenicznym zachowaniem niektórych osób, z których większość, jeśli nie wszystkie, nie były Japończykami. Smutno mi było tylko, że pewnie sporo Japończyków, którzy przyszli na przykład pomodlić się o potomstwo, zapewne spostrzegało mnie także przez pryzmat właśnie takiego zachowania.

Procesja z omikoshi na Kanamara Matsuri

Świątynia, z której rusza procesja na Kanamara MatsuriTabliczki wokatywne ema wywieszone przez wiernych podczas festiwalu Kanamara

Tabliczki wokatywne ema z prośbą o potomstwo podczas festiwalu Kanamara

Tabliczka wokatywna ema z fallusem w roli głównej na Kanamara Matsuri

Wróćmy jednak do celu mojej wyprawy, nawet jeśli nie do końca spełniła ona moje oczekiwania. Nie pozwolę przecież zepsuć sobie dnia przez tłum lekko podchmielonych Europejczyków. Dlatego też, aczkolwiek opuściłam teren świątyni dość prędko, wizyta w niej zainspirowała mnie do zrozumienia, dlaczego ktoś wpadł na pomysł noszenia po mieście raz do roku ołtarzyka z ogromną rzeźbą fallusa. Czy to kolejna z tych „dziwnych” rzeczy w Japonii, które tak fascynują cudzoziemców? Nie chcę i nie lubię postrzegać Japonii w takich kategoriach. Nie po to tu mieszkam, żeby podsumować ten kraj jednym słowem – „dziwne”. Mimo tego, że w Internecie robią furorę zdjęcia przeróżnych Japońskich ubrań (na przykład gothic lolita czy ganguro), klipów wideo, anime, zabawek, gier, i wszystkiego co tak łatwo można określić jako „pokręcone”, „zwariowane” czy „nienormalne”. Dla mnie Japonia to coś więcej. To kraj, w którym przyszło mi mieszkać i do którego będę wracać w przyszłości przy każdej możliwej okazji. W związku z tym przeczuwałam, że festiwal ten to coś więcej niż tylko „dziwność”, która się tak świetnie w mediach sprzedaje. Że to nie coś jedynie dla zabawy, publiczności i rozgłosu, nawet jeśli ostatecznie przez większość jest tak traktowana. Jednakże żeby zrozumieć dlaczego raz do roku, w pierwszą niedzielę kwietnia, jedna ze świątyń w podtokijskim mieście Kawasaki zamienia się w największe zbiorowisko fallicznych podobizn w regionie, spójrzmy najpierw na samo miasto, jego położenie tuż obok stolicy i wynikająca z tego historię.

Gaijinka i kapłan w czapce w kształcie fallusa na Festiwalu KanamaraŚwieczki w kształcie fallusa sprzedawane podczas Festiwalu Kanamara

Hit na Kanamara Matsuri - lizaki w kształcie fallusa

Kawasaki (川崎), w prefekturze Kanagawa, było ostatnim przystankiem na słynnym szlaku Tōkaidō (東海道), prowadzącym z Kioto do Tokio i było to głównym motorem rozwoju tego miasta. Oprócz noclegu i posiłku, miasto to miało w ofercie także wiele innych rozrywek, z których z chęcią korzystali podróżnicy. Nie trzeba być znawcą historii Japonii, żeby odgadnąć, że chodzi o domy publiczne, wtedy znane eufemistycznie jako „herbaciarnie”. Świątynia Kanayama stała się z czasem jednym z miejsc, do którego uczęszczały kobiety wykonujące najstarszy zawód świata, aby pomodlić się o ustrzeżenie przed niechcianą ciążą czy też chorobami wenerycznymi. Wielu jednak takie racjonalne tłumaczenie, dlaczego w świątyni tej zaczęto modlić się o sprawy związane z płodnością i zdrowiem seksualnym, nie satysfakcjonuje, zatem na temat rzeźby penisa, czyli serca świątyńki, powstała także legenda. I to dość… interesująca.

Dawno temu, wcale nie tak daleko jeśli akurat mieszkasz w Tokio, żyła piękna córka karczmarza. Niestety, spodobała się złemu demonowi z ostrymi zębami. Demon zalecał się do dziewczyny, lecz ta nie robiła sobie nic z jego starań. Pewnego dnia demon dowiedział się, że dziewczyna jest zaręczona i ma wziąć ślub i to na dodatek następnego dnia! Zatem tej nocy demon zakradł się do jej domu i wczołgał się do jej łona. Nasza bohaterka, przerażona, lecz całkowicie bezradna, nie powiedziała o tym nikomu i ceremonia zaślubin przebiegła zgodnie z planem… Niestety podczas nocy poślubnej, kiedy jej mąż próbował spełnić swój małżeński obowiązek po raz pierwszy, zęby demona rach-ciach wgryzły się w niego i zrobiły z biedaka eunucha. Opowieść mówi także, że również następnego męża dziewczyny spotkał podobny los, chociaż szczegóły a propos tego jak wrobiono wioskowego głupca w poślubienie nie są nikomu znane.

Było jasne, że sytuacja nie mogła tak trwać bez końca, więc cała wieś spotkała się, aby omówić, można by rzec, kąśliwy problem. Po długich naradach, przyszła kolej kowala:

– Czemu nie? – zagaił – czemu by nie rozdziewiczyć dziewki stalowym fallusem?.

Metalowe narzędzie zostało starannie wykonane oraz przetestowane i gdy demon zorientował się, że odgryzł więcej niż mógł strawić, skomląc, wypełznął na zewnątrz i skulił w ciemnym kącie, aby zająć się swoimi połamanymi zębami. Kowal ożenił się z dziewczyna i wszyscy żyli długo i szczęśliwie… oczywiście poza demonem i dwoma eunuchami.

(Źródło: http://wikitravel.org/en/Kawasaki)

I tak oto w kwietniową niedzielę tłumy ludzi od lat zbierają się, aby przenieść ulicami Kawasaki statuę penisa, która ma zapewnić ludziom zdrowie i płodność. A wszystko przez, a może dzięki, demonowi, który wpadł na pomysł zamieszkania w waginie młodej dziewczyny. Nie tyle, że tam zamieszkał, to jeszcze brutalnie „odgryzał” męskości jej kochanków. No a ten, powiedzmy, że happy end w wydaniu japońskim zainspirował ludzi do stworzenia większego posągu męskości i czczenia go niczym kami. Nazywa się go w końcu Kanamara-sama, gdzie przyrostek „sama” oznacza ogromny szacunek, tak jak na przykład kami-sama, czyli coś niemalże jak „czcigodne bóstwo”. Na co dzień używa się też tego przyrostka wobec bardzo ważnych osobistości, tudzież w bardzo formalnych wypowiedziach. Dla przybyszów spoza Azji, zwłaszcza z przesiąkniętej kulturą o korzeniach chrześcijańskich Europy, gdzie seks jest nadal sporym tabu, takie obrazowanie męskiego przyrodzenia może nie zostać od razu zrozumiane. A nawet pewnie niektórych zbulwersuje. Ale spójrzcie na to z drugiej strony – do narodzin każdego na tym świecie jest ono potrzebne, więc może modlitwa o płodność nie zaszkodzi? Zresztą, czy ma to znaczenie czy obiekt kultu będzie miał formę penisa, zwierzęcia, człowieka czy też rośliny? W Japonii kami może zostać dosłownie wszystko, od kamieni, poprzez drzewa, zwierzęta czy całe góry, więc czemu też nie stalowy fallus? Mi tam to nie przeszkadza. Niestety wielu nie-Japończyków obecnych na festiwalu nie postrzegało tego w ten sposób – zamiast spojrzeć na to jak po prostu na wyobrażenie męskiego przyrodzenia, które uważane jest przez niektórych za coś świętego, rzucali żarty czy iluzje, których nawet szkoda cytować, bo może się człowiek naprawdę zdołować, wiedząc, że większość Japończyków wrzuca wszystkich gaijinów do jednego worka. A mi średnio widzi się postrzeganie przez taki pryzmat, no ale najwidoczniej większości to odpowiada…

Rzeźbienie fallusów w japońskiej rzodkwi podczas festiwalu Kanamara Fallusy wyrzeźbione w daikonie podczas Kanamara Matsuri Młode Japonki rzeźbią w daikonie fallusy z okazji Kanamara Matsuri

Szczerze mówiąc to dość zabawne, że coraz bardziej irytuje mnie zachowanie nie-Japończyków, bo w końcu też Japonką nie jestem. I nie mówię tutaj tylko o stereotypowych zagubionych turystach, przepychających się w metrze ze swoimi aparatami i plecakami, bo po co stać w kolejce, krzyczących do kelnerów o to, że chcą zapłacić i „czemu nikt nie wziął jeszcze moich pieniędzy, przecież położyłem je na rachunku”, nie wiedząc, że metr dalej przy wyjściu stoi kasa, gdzie trzeba, no niestety, ruszyć cztery litery, wstać i zapłacić. I nie, w Japonii bycie wspaniałomyślnym a la „reszty nie trzeba” (gdy reszta wynosi jakieś 10 jenów, czyli niecałe 30 groszy) nie jest mile widziane. Tak jak napiwki w ogóle. Ale tłumaczę sobie zawsze, że zachowania takie wynikają często z niewiedzy, a niekoniecznie z ignorancji z premedytacją. Ja też pewnie nie raz, nie dwa popełniłam jakieś ogromne faux pas, na myśl o którym zapewne jakimś Japończykom nadal jeżą się włosy na głowie, a nie zdziwiłoby mnie też jakbym stała się bohaterem jakiejś anegdoty o tym, jak „pewna gaijinka zrobiła to i to, no jesteście to sobie w stanie wyobrazić”? Denerwuje mnie jednak, a wręcz doprowadza do furii, zachowanie ludzi, którzy mieszkają tu od dłuższego czasu, często od lat, a mają, wybaczcie dobitne słownictwo, to głęboko w dupie, że to nie Kalifornia, Londyn czy Lyon i że w Japonii obowiązują inne standardy w wielu kwestiach. Nie każę nikomu ślepo podążać za, przecież często już przestarzałymi, japońskimi zwyczajami, ale to czego nauczyło mnie te kilka miesięcy mieszkania w Japonii, tak jak i kilka lat w Anglii, to trochę ogłady. I to, że jeśli korzystam z gościnności innego kraju to nie po to, żeby go zmieniać i oceniać, tylko żeby postarać się go zrozumieć i może w jakiś sposób zainspiruje to mnie do zmian w moim życiu na lepsze.

Obowiązkowe zdjęcie na drewnianej podobiźnie fallusa, mającej zapewnić płodność podczas Kanamara Matsuri Furoshiki z symbolem fallusa sprzedawane podczas Kanamara Matsuri Hit na Kanamara Matsuri - lizaki w fallicznych kształtach

I to by było chyba tyle jeśli chodzi o festiwal, który w Internecie robi niebywałą furorę, a w rzeczywistości, mimo że w jakiś tam sposób zadziwia, to raczej nie spełnia oczekiwań. Ale to może wina mojej klaustrofobicznej wręcz niechęci do tłumów. Z drugiej jednak strony jakoś radzę sobie dojeżdżając do pracy w formie zbliżonej do sardynki w puszcze, więc ścisk mi już nie jest straszny. Lekki niesmak, który pozostał, szybko wynagrodziłam sobie… jedzeniem. W końcu żyję w kraju miłośników jedzenia, smakowania nowych potraw, a im dłuższa kolejka, tym lepiej. Autentycznie – ostatnio próbowałam się dobić do miejsca, w którym jadłam jakiś czas temu przepyszne naleśniki (zdjęcie, które sprawi, że zaraz będziecie sprawdzać ceny lotów do Tokio znajdziecie tutaj), a tam… kolejka na jakieś 100-150 osób. Czas oczekiwania – około cztery godziny. Żeby zjeść naleśnika. Które serwują w Tokio chyba w każdej kawiarence czy restauracji, zwłaszcza odkąd nastąpił szał na wszystko co amerykańskie, a najlepiej to hawajskie. Ja za to zamiast wracać od razu do Tokio, wsiadłam w pociąg w przeciwną stronę i udałam się w stronę portowej Jokohamy, z zamiarem wizyty w restauracji specjalizującej się w daniach z tofu.

Ume no hana - restauracja w Jokohamie specjalizująca się w daniach z tofu Miseczka zielonej herbaty przed posiłkiem w Ume no Hana w Jokohamie Yuba gotowana w mleku sojowym - pierwsze danie w Ume no Hana, restauracji w Jokohamie

Mogłabym się tutaj rozpisywać na temat dań, których miałam okazję skosztować, ale w wielu przypadkach miałam blade pojęcie, co to w ogóle jest, poza faktem, że to coś z tofu, yuby (yuba (湯葉) – produkt z „kożucha” z mleka sojowego) albo z mleka sojowego. Skusiłam się nie tyle na jakąś konkretną pozycję w menu, bo i tak te nazwy nic mi nie mówiły, ale na cały zestaw malutkich dań. Dlatego też posiłek trwał nie trzydzieści minut, lecz ponad dwie godziny i niestety nie dałam rady zjeść wszystkiego, bo pod koniec można by mnie było wytaczać z restauracji jak piłeczkę.

Różne typy tofu w restauracji Ume no Hana w Jokohamie Ryż zawinięty w pyszną yubę w restauracji Ume no Hana w Jokohamie Tofu przyrządzane na oczach klientów w Ume no Hana w Jokohamie Pyszne smażone tofu z sosem na bazie miso w Ume no Hana

Oprócz samego jedzenia, które nie dość, że pieściło kubki smakowe, to jeszcze intrygowało nieznajomymi smakami i specyficzną momentami teksturą, niesamowite było też samo miejsce. Niby tradycyjnie japońskie, lecz jednocześnie nowoczesne. Restauracja znajdowała się na 29. piętrze i miałam nadzieję na podziwianie panoramy Jokohamy i okolic, jednakże nie do końca wyszło to zgodnie z planem. Po pierwsze, nie siedziałam przy oknie, ale nawet jak do niego podeszłam, to na zewnątrz, z powodu wichury i ulewy, widać było niewiele więcej niż fasadę pobliskiego budynku, tonącą w przenikliwie burej szarości. Ale brak widoku wynagradzało jedzenie, więc nie narzekam.

Drapacze chmur w Jokohamie

Miałam wielce idealny plan pójścia na długi spacer, aby trochę się poruszać po zjedzeniu większej ilości tofu niż przez ostatni chyba miesiąc, ale po kilku minutach walki z parasolką się poddałam. I po dniu-mozaice fallusów, tofu i deszczu, wsiadłam do bezpośredniego pociągu, który miał mnie powoli zawieźć w stronę Tokio. Mimo że dzień ten wyglądał trochę inaczej w moich wyobrażeniach – myślałam początkowo między innymi, że spędzę o wiele więcej czasu w Kawasaki, a nie planowałam wizyty w Jokohamie, po prostu tak jakoś wyszło – należał on z pewnością do udanych. No bo czemu miałabym dać tłumowi i chamskim cudzoziemcom z bardzo słabym poczuciem humoru zepsuć jakże rzadkie doświadczenie, jakim jest wizyta w świątyni, gdzie czci się stalowego penisa? W świątyni, na terenie której można było nie tylko kupić przysmaki w fallicznym kształcie, ale jeszcze je spokojnie skosztować. Dwa metry od ołtarza. I nikogo przy tym nie bulwersując.

Jak miło było postać tak chwilkę i popatrzeć na młodych chłopaków i dziewczyny, którzy przyszli na festiwal ze znajomymi, zajadali się słodyczami w wiadomym kształcie, bo taka tradycja i nie wyglądali ani na specjalnie zszokowanych ani zawstydzonych. Osobę jakkolwiek liberalną, lecz pochodzącą z kraju, gdzie pali się tęczę z kwiatów, bo przywodzi komuś na myśl jakieś wybujałe skojarzenia, widok taki może na początku zdziwić. Lecz po kilku minutach człowiek się z tym oswaja i zaczyna rozmyślać, że może niepotrzebnie aż tak nakładamy tabu na tematykę seksualności. W końcu do powstania każdego z nas potrzebne były właśnie narządy płciowe, o których wstyd mówić, a nie daj Boże, nauczać dzieci. Dlatego weźmy przykład z Japończyków i po prostu nie róbmy z tego wielkiego halo, a i życie będzie o wiele przyjemniejsze. Bo najstraszniejsze jest w końcu nieznane, nieprawdaż?

Jak myślicie, za ile lat uda się nam w Polsce zorganizować publiczne wydarzenie w dobrym smaku, nawiązujące do tematyki seksu i ludzkiej fizjologii? Bez przynoszenia na konferencje prasowe sztucznego penisa i wymachiwania nim przed kamerą, mówienia o „gender” jako zagrożeniu dla rodziny, fizycznej przemocy wobec tych, którzy myślą inaczej? Mam nadzieję, że za mojego życia. A nawet jeśli nie, to przynajmniej mam satysfakcję, że dane mi było choć raz doświadczyć pozytywnego podejścia do seksualności i to w świątecznym wydaniu, właśnie w Kawasaki. Nawet jeśli musiałam znaleźć się po to na drugim końcu świata.

1 comment on “Kanamara Matsuri (かなまら祭り), czyli Festiwal Stalowego Fallusa

  1. Jan Wojtyna

    Niestety opinia mieszkancow Japoni na temat gaijinow jest w wiekszosci zbudowana w oparciu o zachowanie amerylanskich zolnierzy i marynarzy ktorzy niestety zachowuja sie w wiekszosci jak bydlo wylegle ze stajni. Majac na mysli caloksztalt wydarzen powiedzmy z Okinawy ciezko im sie jednak dziwic. Kultura i zwyczaje w Japoni choc moze nieco rodem z zamerzchlej epoki sa tym co czyni Japonie unikalna.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *