Góra Fuji (富士山), czyli święta góra Japończyków

Ostatnio nie do końca wychodzi mi pisanie w porządku chronologicznym, ale w końcu nie jest to mój pamiętnik tylko zbiór zapisków na temat życia w krainie tajfunów, z dala od pierogów, maminego jabłecznika i świątecznego żurku. Wiśnie już przekwitły na dobre, ale cofnijmy się trochę w czasie i wyobraźmy sobie, że dopiero mają zacząć kwitnąć za kilka dni. Jak już uda się Wam przenieść te dwa tygodnie w czasie, postarajcie się jeszcze zostawić za sobą tokijski zgiełk i wybrać razem ze mną do małego uzdrowiskowego miasteczka Kawaguchiko (河口湖), leżącego nie dość, że nad przepięknym jeziorem, to jeszcze niedaleko zbocza świętej japońskiej góry – Fuji-san (富士山).

Czekałam na ten moment odkąd przyjechałam do Japonii. Żeby nareszcie w spokoju i z bliska zobaczyć górę, którą Japończycy zachwycają się od tysiącleci. Gdzieś nieraz w oddali majaczyła mi jej sylwetka, czy to z dachu mojego akademika, czy też ze szczytu góry Takao-san. Ale nigdy nie widziałam jej w całej okazałości. Szczerze mówiąc, nie przypuszczałam, że jest taka ogromna i wręcz majestatyczna. Wrażenie to podkreśla jej niemalże idealnie trójkątny kształt i fakt, że w pobliżu nie ma żadnych innych szczytów. Widok takiej góry, stojącej na pustkowiu, mógł robić na pierwszych mieszkańcach Japonii nie lada wrażenie i wcale się im nie dziwię, że uznali ją za świętą.

Do Kawaguchiko przybyłam wieczorem, więc nie miałam okazji zobaczyć Fuji poza migawkami z okna pociągu. Za to następnego dnia, wcześniej niżby wskazywała logika (w końcu była sobota), zerwałam się z łóżka niewiele po szóstej. Pewnie wielu z Was popuka się w głowę i stwierdzi, że od tego mieszkania w Japonii kompletnie mi odwaliło, ale powody były dwa. Po pierwsze, w japońskich tradycyjnych pensjonatach zwanych ryokan (旅館) normą jest serwowanie śniadania o siódmej czy ósmej rano, a jako że zamówiłam specjalną wersję wegetariańską, stwierdziłam, że zejdę na dół do jadalni jak najwcześniej, bo aż mnie korciło, co też takiego Japończycy wykombinowali. Po drugie – chciałam zjeść w spokoju i zdążyć na jeden z pierwszych rejsów po jeziorze o tej samej nazwie co miejscowość. Sama wizja pływania turystyczną łódką po jeziorze niespecjalnie mnie kusiła, ale miał się z niej (przynajmniej według przewodnika) rozciągać prześliczny widok na górę Fuji, więc stwierdziłam, że trzeba się tam wybrać, nawet jeśli atmosfera panująca tam będzie kiczowato-turystyczna. Wróćmy jednak do śniadania, na widok którego wyskoczyły mi oczy z orbit, a żołądek i kubki smakowe gdyby mogły, to śpiewałyby hymny pochwalne i to dwugłosem. Obsługa też była przesympatyczna i co chwilę podchodziła do stolika, aby a to dolać herbatki, a to spytać się czy chcemy więcej ryżu i czy na pewno wszystko smakuje. Super sprawa.

Wegetariańskie śniadanie w Kawaguchiko

Po takim jedzeniu aż chciało się wyjść na zewnątrz i nawdychać świeżego powietrza. Z przyjemnie nagrzanego ryokanu wyszłam na rześkie wiosenne powietrze i udałam się w stronę małego pomostu, z którego odpływał wspomniany wyżej statek. Stanęłam w kolejce przed automatem niczym z poprzedniej epoki i po kilku minutach, jakich potrzebowałam, żeby zrozumieć, który guzik nacisnąć, aby móc wsiąść na pokład, usłyszałam trzask i ze szpary wyskoczył bielutki bilecik, jakby świeżo wyjęty z krochmalu. Nie nacieszyłam sie nim zbyt długo, bo dosłownie chwilę później zabrał mi go kontroler. Life is brutal.

Turystyczny  statek na jeziorze Kawaguchiko

Nie przewidziałam jednak, że o miejsca siedzące na rufie rozegra się walka na łokcie, jakby chodziło o rozdawanie za darmo jakiś niewiadomych luksusów. Średnio widziało mi się współuczestnictwo w takiej rozrywce, zwłaszcza, że większość pasażerów to były dzieci albo emeryci. Plus oczywiście kilku turystów-gadżeciarzy, ale wizja oberwania jednym ze statywów bądź obiektywów także mało mnie bawiła. Dlatego przystanęłam przy barierce, nota bene zasłaniając sporej części siedzących pasażerów widok i patrzyłam na zostające powoli w dali ryokany nad brzegiem Kawaguchiko. I tak jak w przypadku kwiatów sakury, których piękna nie można do końca zrozumieć, widząc je tylko na zdjęciach, tak samo nie można pojąć majestatycznej wielkości Fuji, bazując tylko na oklepanych obrazkach z pocztówek czy katalogów podróży. A uwierzcie mi, że Fuji-san robi wrażenie. Zwłaszcza na tle tafli wody.

Ogromne Fuji widziane z jeziora Kawaguchiko

Zapierające dech w piersiach Fuji-san widziane z jeziora Kawaguchiko

Po kilkunastu minutach powolnego rejsu, podczas którego zapchałam zdjęciami góry Fuji większość pamięci w moim telefonie, ktoś wpadł na genialny pomysł dokończenia kursu w tempie wręcz ekspresowym. O mało co nie wylądowałam na jakimś dziecku, kiedy to statek zrobił nagły zwrot o 180 stopni. W ułamku sekundy przyjemna bryza zamieniła się w wicher, który prawie że nie urwał mi głowy. Na szczęście tym razem miałam szybszy refleks i zanim wszyscy zorientowali się, dosłownie w tym samym momencie, żeby się schować w zabudowanej części na pokładzie niżej, ja już siedziałam zrelaksowana na jednej z kanap, podziwiając w spokoju okoliczną naturę.

Zapierające dech w piersiach Fuji-san widziane z jeziora Kawaguchiko

Do miłośników podróży statkami wszelkiej maści jednak nie należę, więc te pół godziny na zadziwiająco ogromnym jeziorze były wystarczające. Zeszłam na ląd i od razu poczułam ulgę. Niestety z zabudowanego centrum Kawaguchiko nie było prawie w ogóle widać głównej atrakcji regionu, czyli góry Fuji. Dlatego postanowiłam obejrzeć ją ze szczytu pobliskiego wzniesienia, góry Tenjō (天上山; Tenjō-Yama). Po kilku minutach spaceru znalazłam się przy stacji kolejki linowej, prowadzącej na szczyt i widok mnie dość… zadziwił. Mianowicie poczułam się jakbym wchodziła do jakiegoś mini-zoo tudzież na plac zabaw, a niekoniecznie na stację kolejki linowej. Powitał mnie ogromny baner z napisem Kachi Kachi Ropeway (カチカチ山ロープウェイ), obok którego znajdowały się kreskówkowe podobizny królika i tanuki (狸)1, po polsku zwanego jenotem.

Brama wejściowa na kolejkę linową "Kachi kachi"

Oczywiście nie miałam bladego pojęcia o co chodzi, ale przyzwyczaiłam się już do tego, że w tym kraju wszystko musi być reklamowane za pomocą przeuroczych stworzonek, więc początkowo przeszłam obojętnie obok baneru i udałam się w stronę kas. Niestety nie byłam jedyną osobą, która wpadła na pomyśl wjechania na szczyt Góry Kachi-kachi i podziwiania stamtąd Fuji – ustawiłam się zatem grzecznie na końcu ogonka i czekałam aż kolejka zacznie się powoli przesuwać. Na ścianach powieszone były obrazki z podobizną dwóch zwierzaków i już po chwili zorientowałam się, że wybór ich nie był przypadkowy. Otóż z górą tą związana jest znana legenda, od której wzięła też swoją nazwę kolejka. Mam nadzieję, że zadowoli Was moje skromne tłumaczenie, bo nie udało mi się znaleźć jej w polskiej wersji językowej. Zatem, Proszę Państwa, oto historia „Trzeszczącej Góry”!

Dawno temu żył sobie starzec i jego żona. Uprawiał on w swoim ogródku warzywa, ale na polu zjawiał się często zły jenot1 i niszczył jego poletka. Zmęczony wizytami zwierzęcia i jego wyskokami, mężczyzna postanowił zastawić na niego pułapkę.

Pewnego dnia, nareszcie, udało się złapać jenota w pułapkę. Zwierzę zaczęło błagać starca „Przysięgam, że już nigdy nie zrobię nic złego!”, lecz mężczyzna nie wierzył mu nawet przez chwilę, związał go mocno sznurem i zaniósł do domu.

Wchodząc do domu, krzyknął do żony:

– Dzisiaj na kolację zjemy zupę z jenota!

I zawiesiwszy zwierzę na haku w kuchni, udał się ponownie na pole. W tym czasie żona zabrała się za przygotowanie posiłku, ubijając pszenice w kamiennym moździerzu. Jenot zaczął kwilić słabiutkim głosem:

– Proszę pani, ja naprawdę obiecuję, że już będę grzeczny! Proszę mnie odwiązać!

– Nie ma mowy – odrzekła staruszka.

Po jakimś czasie Jenot odezwał się ponownie:

– Musi być pani zmęczona, więc niech mnie pani odwiąże, a z chęcią pomogę. – zachęcał.

– Nie potrzebuję żadnej pomocy – odpowiedziała kobieta, ale z czasem słuchając ciągłych próśb ze strony zwierzęcia uległa jego namowom i go odwiązała.

Chwilę po tym jak Jenot został uwolniony, chwycił on tłuczek i uderzył nim kobietę z całej siły w głowę. Biedna staruszka upadła, wyzionąwszy w tym momencie ducha.

Starzec był tym zrozpaczony. Po jakimś czasie przyszedł do niego w odwiedziny zaprzyjaźniony królik. Zwierzę zmartwiło się bardzo na wieść o śmierci staruszki i rzekł do mężczyzny:

– Pomogę ci się zemścić za śmierć twojej żony!

Zatem następnego dnia Królik poszedł do Jenota i zaprosił go na spacer, zagadując:

– Panie Jenocie, pogoda dzisiaj jest prześliczna, może wybierzemy się razem na spacer w góry, aby uzbierać trochę chrustu?

Jenot zgodził się na tę propozycję i dwa zwierzaki wybrały się do lasu i uzbierały całą górę chrustu. Wracając do domu, z chrustem na plecach, usłyszeli nagle nieznajomy i złowieszczy trzeszczący dźwięk.

Jenot, który szedł przodem, odwrócił się do królika i zapytał:

– Panie Króliku, słyszał pan te trzaski? Co to może być? – zastanawiał się głośno jenot.

– Nie mam pojęcia – odpowiedział królik – Może to Trzask-ptak śpiewa na Trzask-górze?

Tak naprawdę był to odgłos krzesiwa, za pomocą którego Królik starał się podpalić chrust na plecach złego jenota.

Po chwili jenot zapytał ponownie:

– Panie Króliku, a słyszy pan ten dziwny ryk?

– Oj panie Jenocie – odrzekł królik – to tylko śpiew Ryk-ptaka.

Ogień na plecach jenota płonął coraz mocniej.

– Ał! Ała! – zaczął wrzeszczeć z bólu Jenot.

Następnego dnia, Królik przygotowywał pastę z soi, kiedy to przyszedł do niego mocno poparzony jenot,

– Wczoraj miałem naprawdę zły dzień – zagaił na powitanie poturbowany jenot.

– Oh czyżby – odpowiedział chłodno Królik – To doprawdy przykre. Mam jednak dobre lekarstwo na oparzenia – dodał, po czym nałożył świeżo przygotowaną pastę na plecy Jenota.

Jenot nie wiedział jednak, że do pasty Królik dodał świeżo zmielone ostre papryczki. Jak tylko Królik posmarował jego plecy pastą, ten zerwał się na nogi i uciekł z przerażającym krzykiem.

Minęło kilka dni. Królik budował drewnianą łódkę na plaży. Ponownie w odwiedziny zjawił się niezapowiedzianie Jenot.

– Panie Jenocie, wybieram się właśnie w morze, aby złowić trochę ryb, może chce się pan zabrać ze mną? – zagaił Królik.

Jenot odpowiedział bez zastanowienia:

– Oczywiście, z chęcią!

Królik zasugerował zatem, żeby zbudował sobie szybko łódź z błota i jenot zabrał się od razu do roboty. Skończywszy, każdy wsiadł w swoją łódkę – Królik do drewnianej, a Jenot do tej z błota – i wypłynęli powolutku w morze.

Im dalej płynęli w morze, tym łódka jenota kruszyła się coraz bardziej. Kiedy ten zorientował się, co się dzieje i zaczął krzyczeć z rozpaczy, było już za późno. Zaczął powoli tonąć razem z rozpadającą się błotną łódką.

Królik krzyknął do tonącego jenota:

– Ty podły Jenocie. Zasłużyłeś na to za zabicie biednej staruszki!

Po tym jak Jenot na zawsze zniknął pod powierzchnia wody, Królik odpłynął spokojnie w stronę brzegu, wypełniwszy obietnicę daną owdowiałemu starcowi.

Źródło: http://www3.nhk.or.jp/nhkworld/folktale/english/story32.html

Podobizny dwóch uroczych zwierzaków znajdowały się na górze dosłownie wszędzie. Poza zabawnymi figurkami, jakby żywcem wyjętymi z komiksu, które można było znaleźć w naprawdę dziwnych miejscach (między innymi na suficie korytarza prowadzącego do toalety), w małej świątynce na szczycie główne posążki były właśnie w kształcie królika.

Jenot i królik na... znaku przy wejściu do toalety

Plastikowa figura Jenota na suficie

Ponoć pogłaskanie w odpowiednim miejscu tych kamiennych króliczków ma przynieść szczęście, więc, mimo że wołałabym głaskać futrzaste żywe stworzonko, pogłaskałam także wersję z chłodnego kamienia. A nuż pomoże.

Królicza świątynka na "Trzeszczącej Górze"

Zadbawszy o pomyślną fortunę, udałam się do sklepu o nazwie Tanuki-chaya (Kawiarnia u Jenota), gdzie sprzedawano świeże, gorące i niebiańsko ciągnące się mitarashi dango (みたらし団子) – kluseczki z mąki ryżowej posmarowane słodkim sosem na bazie sosu sojowego. Detal w postaci podobizny góry Fuji, wytłoczony na kluseczkach sprawił, że (tylko przez chwilę) szkoda było mi je jeść, ale jak tylko wzięłam pierwszego gryza, siedząc sobie w spokoju na ławeczce i spoglądając na górę Fuji, nie mogłam sobie wyobrazić niczego bardziej wspaniałego. A do tego jeszcze kubek gorącej amazake (甘酒)2, czyli tradycyjnego napoju ze sfermentowanego ryżu z niską ilością alkoholu. Niebo w gębie. Nawet jeśli przyzwyczajenie się do konsystencji i charakterystycznego posmaku amazake trochę trwało, to razem ze słodyczą dango stanowiły idealne wręcz połączenie.

Kawiarnia u Jenota na Górze Kachikachi Mitarashi dango w przygotowaniu Mitarashi dango podane z amazake i zieloną herbatą

Mogłabym tak siedzieć bez końca, ale niestety czas nadal leciał bezlitośnie, a ja miałam zaplanowane jeszcze kilka rzeczy przed moim wyjazdem następnego dnia z tego spokojnego miasteczka. Nie odpuściłabym sobie jednak spaceru po prowadzącej jeszcze wyżej ścieżce, aby móc jeszcze choć trochę popatrzeć na symbol Japonii. Nie mówiąc już o samym fakcie, że byłam w lesie, co nie wiem czemu, ale wydało mi się takie… specjalne i wręcz niesamowite. Ah, co mieszkanie w wielkim mieście przez ponad pół roku robi z człowiekiem!

Ścieżka na Górze Kachikachi Ścieżka w lesie na Górze Kachikachi

Majestatyczna góra Fuji widziana z góry Kachikachi w Kawaguchiko

Wyłaniająca się zza drzew góra Fuji, widziana z góry Kachikachi Widok na Kawaguchiko Onsen

Królik strzegący Kawaguchiko na górze Kachikachi Wspaniała góra Fuji wśród chmur nad miasteczkiem Kawaguchiko

Po podziwianiu widoków zjechałam kolejką na dół, a następnie udałam się od razu w stronę miejsca, przed którym zgromadziły się istne tłumy, żeby zobaczyć o co chodzi tym razem. Okazało się, że to cukiernia sprzedająca ciastka w przeróżnych smakach i to w kształcie góry Fuji. Nie byłabym sobą, gdybym nie spróbowała jakiegoś – wybór padł na wersję z zieloną herbatą i fasolką azuki. Ciastko było smaczne, ale przegrałoby i to w przedbiegach, jeśli miałoby konkurować ze zjedzonym z pół godziny wcześniej dango. Co jak co, ale japońskie tradycyjne słodycze są nie dość, że o wiele smaczniejsze, to jeszcze zdrowsze. Dlatego nie mogę się nigdy nadziwić, dlaczego Japończycy tłoczą się przed piekarniami i cukierniami sprzedającymi różne maślane ciasteczka czy crossainty, bo nie dość, że i tak wersje sprzedawane w Japonii często nie mają wiele wspólnego z tym, co jada się w Europie, to naprawdę nie sięgają do pięt japońskim przysmakom. No ale może dla mnie po prostu kolejne ciastka czy biszkopty są już nudne, a wśród japońskich słodyczy zawsze znajdzie się coś, czego jeszcze nie próbowałam i dlatego to mnie tak ekscytuje? Cokolwiek by to nie było, to wiem, że muszę się nauczyć część z nich przyrządzać sama, bo po powrocie z Japonii będzie bez nich ciężko.

Ciasteczka w kształcie góry Fuji sprzedawane w Kawaguchiko

Wybiło południe, a ja uświadomiłam sobie, iż mimo tego, że jestem w Kawaguchiko od poprzedniego wieczoru, nie miałam specjalnie okazji przejść się wzdłuż jeziora. Owszem, napatrzyłam się na nie z okna mojego pokoju w ryokanie, a także z pokładu turystycznej łódki, lecz nie popodziwiałam go jeszcze w sposób najbardziej pospolity – z brzegu. Wyciągnęłam zatem z torebki zmiętą mapkę okolicy, którą wzięłam rano z recepcji. Spojrzałam na nią może na ułamek sekundy, po czym schowałam z powrotem – przecież o to chodziło w tym całym wypadzie, żeby odpocząć od ciągłego planowania i zastanawiania się, co zrobić i kiedy! Dlatego nie zastanawiając się szczególnie nad tym, co zrobię przez najbliższą godzinę czy dwie, udałam się wzdłuż jeziora, okrężna drogą w stronę centrum miasteczka.

Nie planowałam zachodzić do żadnych atrakcji po drodze, większość z nich po krótkiej lekturze ulotek rano wydała mi się wręcz oklepana i nudna, lecz skusiłam się i zaszłam do jednej z nich. Nazwa „Hala Ziół”, muszę przyznać, początkowo mnie odstraszyła, ale do wejścia do środka zachęcił mnie przyjemny, lekko lawendowy zapach. Nie zabawiłam tam specjalnie długo, ale powieszone pęczki świeżych ziół i kwiatów wydawały z siebie taki przyjemny zapach, że nie mogłam się powstrzymać, aby nie pochodzić wśród półek z przeróżnymi produktami na bazie ziół przez kilkanaście minut. Brakuje mi takich zapachów w miejskiej tokijskiej dżungli i aż miło było nacieszyć mój nos zapachem łąki wiosną.

Bukiety z suszonych kwiatów w "Hali Ziół" w Kawaguchiko Suszące się kwiaty i zioła w "Hali Ziół" w Kawaguchiko

Zapachy te, niektóre całkiem intensywne, pobudziły jednak mój apetyt i to na tyle, że sięgnęłam jednak do torebki z zamiarem znalezienia w jej otchłani mapki. Oczywiście potrwało to dłużej niż powinno, ale po kilku minutach, dzierżąc dzielnie plan Kawaguchiko w ręku, próbowałam znaleźć najlepszą drogę do restauracji, którą z całego serca polecała recepcjonistka. Usilnie chciałam spróbować przysmaku, którym chlubiła się prefektura Yamanashi i mimo, że sklepów, sklepików i restauracyjek sprzedających hōtō było w Kawaguchi pod dostatkiem, mnie interesował tylko jeden konkretny z nich. Jak tylko zobaczyłam zdjęcie tego miejsca na jednej z ulotek, wiedziałam, że muszę tam pójść – było ono tak futurystyczne, totalnie niepasujące do obrazu „tradycyjnej Japonii”, że po prostu musiałam się tam udać.

Futurystycznie zaprojektowana restauracja serwująca hoto Wejście do futurystycznie wyglądającej restauracji w Kawaguchiko Wnętrze restauracji serwującej hoto w Kawaguchiko

Czym jest jednak owo tajemnicze hōtō? Jest to wielka micha zupy (nie mam pojęcia, dlaczego aż tak ogromna, bo dałam radę zjeść może 1/3 porcji…) na bazie miso, z warzywami i ogromnymi kluskami a la udon. Mieszkańcy regionu nie uważają jednak tego makaronu za typ udon (makaronu pszennego), bo przygotowuje się go bardziej jak kluski niż jak makaron. W każdym razie, jak dla mnie to nie ma znaczenia, bo kluchy te były przepyszne.

Wróćmy jednak do samej nazwy, bo i na jej temat nie ma do końca konsensusu. Istnieje kilka teorii, dlaczego danie to nazywa się akurat tak a nie inaczej. Niektórzy twierdzą, że nazwa ma związek z hakutaku (餺飥), czyli określeniem na wyrobione już ciasto na udon. Słowo to po raz pierwszy pojawiło się w erze Nara (710-794) i w słownikach z tamtego czasu jego wymowa zapisana jest jako „hautau”, co pokazuje, że wymowa ta z japońskiej zaczęła powoli zmieniać się w tę bardziej chińską. Zresztą do dzisiaj, na przykład w prowincji Shianxi w Chinach wymowa wonton (餛飩) jest ponoć bliższa japońskiemu hōtō. Inni znawcy języka japońskiego nie zgadzają się z chińskimi korzeniami nie tylko receptury tego dania, ale także jego nazwy, sugerując, że mają one korzenie stricte japońskie.

Do tego klusko-makaronu, który gotowany jest razem z zupą, a nie osobno, oprócz bulionu miso, głównym elementem jest dynia kabocha (南瓜), która po rozgotowaniu się, zagęszcza całe danie. Oprócz tego dodawane są grzyby, cebula i kapusta. Zależnie od restauracji, dodatki mogą się oczywiście różnić i wiele miejsc oferuje także rozmaite wymyślne wersje. Jednakże „Hōtō Fudō”, w którym wylądowałam, miało w swoim menu całą jedną pozycję – po prostu hōtō. Podawane w żeliwnych kociołkach, które nakarmiłyby spokojnie całą rodzinę i to przez cały dzień. Albo i kilka. A do tego wszystkiego – jest to danie bez dodatku ryb czy mięsa. I jak tu nie kochać prefektury Yamanashi? Zwłaszcza, że gar taki kosztował niecałe 1000 jenów, za co w Tokio można coś zjeść, owszem, ale nie w takiej ilości i nie takiej jakości. Kolejny powód, że mieszkanie w „stolycy” i nieważne czy to Londyn, Tokio czy Warszawa, bywa nieraz przereklamowane.

Ogromna miska hōtō w restauracji w Kawaguchiko

Po zjedzeniu takiej ilości pysznego jedzenia, trzeba było rozchodzić choć część pochłoniętych łapczywie kalorii, a w takim miejscu spacer to przecież czysta przyjemność. Nie wiadomo kiedy zaczęło się powoli ściemniać, a ja, przeszedłszy dobrych kilka kilometrów, przysiadłam na ławeczce na drugim brzegu jeziora od tego, gdzie znajdował się mój ryokan i próbowałam nacieszyć me oczy widokiem, a duszę – atmosferą całego miejsca.

Bajecznie wyglądające jezioro w Kawaguchiko Fuji nad jeziorem Kawaguchiko o zmierzchu

Czyste niebo, rześkie powietrze, piękne widoki. Idealny weekend na zregenerowanie się. Oby było takich więcej. Po kolacji miałam zamiar przysiąść w pokoju i zrelaksować się totalnie z jakąś książką w jednej ręce, a z kubkiem gorącej zielonej herbaty w drugiej, ale coś mnie nosiło, żeby choć raz jeszcze spojrzeć na sylwetkę Góry Fuji. I sama już nie wiem, które jej wydanie podoba mi się najbardziej – czy to za dnia, to w lekko żółtawym świetle zachodzącego słońca, a może to po zachodzie, gdzie ledwo ledwo wyłania się z mroku jej ogrom?

Potężne Fuji-san o zmroku nad jeziorem Kawaguchiko

Wiele rzeczy można uznać w Japonii za przereklamowane, ale coś jednak jest w Górze Fuji takiego, co sprawia, że wybaczam wszystkim używanie jej do promocji Japonii na każdym kroku. Zanim ją zobaczyłam, wydawało mi się, że przecież jest tyle pięknych miejsc w Kraju Kwitnących Wiśni, dlaczego też wszyscy używają najbardziej oklepanego obrazu, czyli Fuji-san na tle kwitnących wiśni do promocji miejsca z tak bogatą kulturą i przyrodą? Cofam wszelką krytykę – nie wiem czy można znaleźć miejsce, które tak dobitnie oddaje atmosferę tego, czym jest Japonia. A może ja jeszcze nie znalazłam? Byłam przecież w wielu świątyniach i wiele z nich zrobiło na mnie przeogromne wrażenie, lecz to nie to samo.

Teraz sylwetka Fuji nie wydaje się być aż taka przerażająca na tle budynków tak, jak była zapewne kilkaset lat temu. Wyobraźcie sobie pierwszych mieszkańców archipelagu japońskiego, kiedy to za czasów bez smogu, górę tę było widać zapewne z naprawdę daleka. To ona była wspólnym punktem łączącym często zwaśnione rody. To ją uważano za serce Japonii. Aż szkoda, że teraz jej zbocze zostało dość znacznie zbezczeszczone. Zastanawiałam się nad wspinaczką na jej szczyt, ale po lekturze „W Azji” Tiziano Terzaniego może sobie odpuszczę. Chcę aby w mej pamięci pozostał obraz majestatycznej niezdobytej góry – a nie tłumu turystów, rzucających pod nogi śmieci na zboczu, które coraz bardziej zalewane jest betonem. A to nowa ścieżka, a to nowy sklepik, a to nowa kolejka czy droga. Pozostanę więc przy podziwianiu symbolu Japonii z daleka – z należnym temu świętemu miejscu szacunkiem.


1 Tanuki (狸) mają bardzo istotną pozycję w mitologii japońskiej i są bohaterami wielu legend czy bajek. Podobno potrafią zmieniać swój kształt i przybierać formę nie tylko innych zwierząt, ale także ludzi. Figurki tanuki mają przynieść szczęście – a ich głównym atrybutem są… ogromne jadra. Polska wikipedia opisuje zwięźle atrybuty mitologicznego tanuki, więc zachęcam do szybkiej lektury.

2 Amazake (甘酒) znaczy dosłownie „słodki alkohol”. Więcej o amazake możecie przeczytać między innymi tutaj

3 comments on “Góra Fuji (富士山), czyli święta góra Japończyków

  1. Naprawdę bardzo dobrze czyta się Twojego bloga i z niecierpliwością oczekuję nowych postów. Piszesz długo, wyczerpująco i z sercem. Dzięki Twoim opisom można poczuć atmosferę miejsca i smaki potraw.

    Czytałam kilka książek i blogów o Japonii, ale ten uważam za najlepszy i myślę, że śmiało mogłabyś napisać książkę, aby dotrzeć do szerszego grona odbiorców.

    Jeżeli wybiorę w przyszłości do Japonii, Twój blog będzie dla mnie wspaniałym przewodnikiem.

    • Wielkie dzięki za tak pozytywny komentarz, aż mi się ciepło na duszy zrobiło 🙂 Miło wiedzieć, że nie dość, że ktoś to czyta, to jeszcze mu się podoba. Motywacja stulecia!
      Napisanie w odległej przyszłości książki o podróżach to takie moje ukryte marzenie, a nuż może kiedyś się uda?

  2. To mamy ostatnio te same tematy na tapecie, bo ja też męczę Fuji-san, chociaż nasze spotkanie było właśnie w obecności owych turystów i betonu (śmieci na szczęście nie widziałam). Ale absolutnie nie żałuję, że wleźliśmy na szczyt.

    Za to z przyjemnością poczytałam u Ciebie o tych wszystkich miejscach u podnóży góry, bo my w Kawaguchiko byliśmy tylko przez chwilę. Ale jeszcze tam wrócę na dłużej! Pozdrawiam, Asia

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *