Klimatyczne tokijskie zakątki – Kagurazaka (神楽坂) i Ogrody Cesarskie

Uświadomiłam sobie ostatnio, że wiele czasu poświęcam na opisywanie dalszych wypraw – od Hiroszimy, poprzez Shikoku czy Sapporo, a coraz mniej skupiam się na przybliżaniu wam Tokio – miasta, w którym przecież mieszkam. Problem polega na tym, że z reguły, jak już mam czas wolny, to wolę z tej miejskiej pustyni wyjechać i odetchnąć świeżym powietrzem.

Nawet, jak już się zdarzy, że w weekend zostaję na miejscu, to zawsze wydaje mi się, że nie mam o czym ciekawym pisać, bo dni mijają na zwykłym odpoczynku, przeplecionym czasem spotkaniem ze znajomymi czy wyjściem na koncert. Dlatego wiele krótkich wypraw i spacerów pozostaje jedynie w mojej pamięci, a kilka zdjęć zrobionych na szybko ginie w otchłani ciągle zapełniającego się folderu na moim laptopie pod tytułem „Tokio”. Dlatego zanim wyjadę z japońskiej stolicy aby spróbować mieszkania w innej azjatyckiej metropolii, Seulu, postaram się Wam przybliżyć kilka z moich ulubionych miejsc w japońskiej stolicy, których często nie znajdziecie w przewodnikach. A także napisać trochę o tych niesamowicie popularnych wśród turystów, które przewodniki niestety często traktują po łebkach, opisując jedną czy dwie rzeczy, przy której potem całe wycieczki robią sobie zdjęcia, nie zastanawiając się nad tym, co właśnie oglądają.

Dzisiejszy wpis poświęcony zostanie w większości jednemu z moich ulubionych tokijskich zakątków – dzielnicy Kagurazaka (神楽坂). Mimo że oficjalnie jest ona częścią dzielnicy Shinjuku, a do kampusu Uniwersytetu Waseda, na który uczęszczałam od września do stycznia, jest jedynie kilkanaście minut spacerem, niewiele turystów ma świadomość, że taka perełka znajduje się tak blisko wiecznie zatłoczonego Shinjuku. W Kagurazace miałam okazję być jedynie kilka razy. Zapewne nie znalazłabym w ogóle tego miejsca, gdyby nie zabrała mnie kiedyś na lunch do jednej znajdujących się tam tradycyjnych japońskich restauracji koleżanka. Co jest jednak takiego wyjątkowego w tym miejscu? Otóż od razu rzuca się w oczy dość specyficzna atmosfera – eklektyczny mix drewnianych japońskich herbaciarni ukrytych wśród wąskich uliczek, małych sklepików a la „tysiąc drobiazgów” obok sklepów z luksusowymi tradycyjnymi wyrobami, a do tego dodajmy jeszcze całą masę francuskich kawiarenek i piekarni.

kagurazaka2

Kagurazaka zaczęła być uczęszczana przez samurajów i innych możnych już w okresie Edo, głównie z powodu bliskiego położenia wobec zamku szoguna i z czasem zaczęła być eufemistycznie znana jako „dzielnica herbaciarni”. Jakkolwiek dawniej oznaczało to w dużej mierze przybytki pokroju domów publicznych, tak dzisiaj Kagurazaka znana jest jako miejsce pełne luksusowych restauracji typu ryōtei (料亭), z których wiele do dziś przyjmuje tylko stałych klientów i nie ma nawet szans, żeby, ot tak, wejść sobie do jednej z nich z ulicy. O dziwo, do dziś dzień można ponoć w wąskich bocznych uliczkach wpaść nieraz na spieszącą na kolację gejszę. Nie powiem, bardzo mnie ten fakt zdziwił, bo myślałam, ze tradycja gejsz żywa jest jedynie w Kioto i w mniejszym stopniu w Kanazawie, a okazuje się, że może trzeba było w poszukiwaniu gejsz wybrać się kiedyś po zajęciach, najlepiej wieczorem. No cóż, nie ma co się zastanawiać, co by było gdyby, bo nawet, jakbym przyczaiła się w jakiejś wąskiej uliczce po zmroku, gwarancji na zobaczenie gejszy nie ma. Zwłaszcza, że w całej dzielnicy zostało ich niecałe trzydzieści, a w porównaniu z kilkuset, które kiedyś mieszkały w Kagurazace, to naprawdę niewiele.

kagurazaka1

Miałam ogromną ochotę na tradycyjne japońskie jedzenie, lecz nie na coś ciężkiego jak ogromna micha yakisoba czy okonomiyaki, ale na coś lekkiego i zdrowego. Nie musiałam się na szczęście długo zastanawiać, bo wybrałam się do tej samej malej restauracyjki, do której w mroźne styczniowe popołudnie zaprowadziła mnie R. Obawiałam się, ze nie znajdę jej, bo nie dość, ze dobrze nie pamiętałam nazwy, to jeszcze nie do końca byłam przekonana, iż cala ta próba nie skończy się tym, że się zgubie w labiryncie ciasnych uliczek i umrę z głodu. Na szczęście, udało się dotrzeć na miejsce i to bez specjalnych problemów! Gdybym nie wiedziała, ze w tym miejscu kryje się restauracja, to pewnie przeszłabym obok, totalnie nieświadoma tego, jak wiele tracę.

oishinbo4

Nie wspominając już o tym, że „Oishinbo” (おいしんぼ)1, bo tak to miejsce się zwie, serwuje przepyszne tradycyjne dania typu kaiseki (懐石) i to w tradycyjnych wnętrzach i wcale nie trzeba znać szefa Nissana, głowy lokalnej yakuzy tudzież szefa jakiejś partii żeby łaskawie dostać się na posiłek w jednej z luksusowych herbaciarni. I owszem, atmosfera jest o wiele bardziej na luzie, a herbatki nie polewa gejsza, ale to właśnie jest ta Japonia, która lubię. Autentyczna, niezżynająca żywcem z amerykańskich wzorców, robiąca to, w czym jest najlepsza. Bez tłoku, pospiechu i rażących oczy neonów. I aż cud, że takie miejsce można znaleźć w samym centrum Tokio i jeszcze przy okazji zapłacić za posiłek niewiele drożej niż w jednym z centrum handlowych czy restauracji sieciowych w Shibuya czy Shinjuku.

oishinbo1

Jak to w tradycyjnych japońskich restauracjach bywa – do wyboru było kilka zestawów dań, a każde z nich opisane jedynie w wykaligrafowanych kanji, których odszyfrowanie trochę mi zajęło. W mojej pamięci wybór jedzenia w „Oishinbo” przedstawiał się o wiele prościej, chociaż nic dziwnego – w końcu byłam wtedy tu z Japonką, która od razu powiedziała mi, co jest wegetariańskie, a co nie, a jak tu zamienię to na to, to wtedy też będzie w porządku, itp. Tym razem jednak rola przewodnika przypadła mnie, więc z pomocą słownika w telefonie i podpytując co chwile niesamowicie cierpliwego kelnera, udało mi się wreszcie dowiedzieć, co każdy zestaw oferuje. Ja zdecydowałam się na ten o nazwie Hana (華), którego bazę stanowiła miska donburi meshi (丼飯), czyli nic innego jak miska ryżu z jakimś tam dodatkiem (tym razem były to smażone w cieście warzywa). Do tego zupa miso, pikle i rozpływające się w ustach świeżutkie tofu, plus mini deser w formie warabi mochi (わらび餅). Magia.

oishinbo2

Przy okazji, patrząc na znikające w ekspresowym tempie jedzenie moich towarzyszy, przypomniało mi się, czym zajadałam się przy poprzedniej wizycie – zestaw z tempurą z warzyw (wrzucili także krewetkę, którą oddałam koleżance), plus świeży makaron gryczany soba.

oishinbo3

Po posiłku aż rozpierało mnie, żeby sobie pospacerować, a w Kagurazace toż to sama przyjemność. Wróciłam zatem z labiryntu wąskich uliczek, w których czuć jeszcze lekki powiew starego Edo, na pełną pozytywnej energii główną ulicę i za pierwszy cel obrałam sobie jedno z miejsc orientacyjnych w dzielnicy – świątynię Zenkoku-ji (善國寺) ze swoją pełną przepychu Bramą Bishamonten (毘沙門天), zbudowaną w iście chińskim stylu. Świątynia ta założona została w 1595 roku i należy do dziś do sekty Nichiren (日蓮). Niestety, jak zapewne wiecie, Tokio zostało prawie doszczętnie zniszczone podczas amerykańskich nalotów w 1945 roku i ucierpiała w nich także Kagurazaka. Jednakże mimo tego, że Zenkoku-ji zniknęła prawie całkowicie z powierzchni ziemi, została odbudowana już sześć lat później (!).

bishamonten2

Główną atrakcją jest jednak brama, która od lat jest miejscem spotkań w Kagurazace. Tokijskie stacje metra mają nierzadko wręcz niezliczoną liczbę wyjść, a i tylko w jednej dzielnicy znajduje się kilka stacji metra różnych linii, więc funkcję punktu orientacyjnego pełni właśnie brama Bishamonten. Co jednak oznacza ta dość tajemniczo brzmiąca nazwa? Nie jest to żaden poetycki twór, lecz nazwa buddyjskiego bóstwa, jednego z tak zwanych Czterech Niebiańskich Królów – Wajśrawany (वैश्रवण). W tradycji japońskiej jest on przedstawiany w zbroi, w jednej ręce trzymając włócznię, a w drugiej złotą pagodę. Uznawany za jednego z „siedmiu bogów szczęścia” – shichi-fukujin (七福神)2. Prawie jak „Siedmiu Samurajów” Akiry Kurosawy.

bishamonten1

Zenkoku-ji ze swoją misternie zdobioną bramą zachwyci chyba każdego, lecz kolejna świątynia, którą odwiedziłam, wzbudza do tej pory sporo kontrowersji. I nie tylko dlatego, że zbudowana jest w nowoczesnym stylu, ale może przede wszystkim ponieważ jest ona na swój sposób nowym spojrzeniem na miejsce kultu – na jej terenie znajduje się między innymi kawiarnia. Tym samym bliżej temu miejscu do kompleksu mieszkalno-sakralnego niż jedynie stricte świątyni. Akagi jinja (赤城神社), bo tak się ona nazywa, zaprojektował słynny architekt Kenga Kumo (隈研吾). Już z dala widać jak bardzo różni się ona od Zenkoku-ji – bliżej jej do skandynawskiego minimalizmu niż do pełnej przepychu i zdobień bramy Bishamonten.

akagijinja1akagijinja2

Szczerze mówiąc – Akagi-jinja zrobiła na mnie niesamowicie pozytywne wrażenie. Miejsce kultu, w którym nie czuje się przytłoczona wszechobecnym złotem i skarbami, gdzie aż strach cokolwiek dotknąć, bo nie daj Boże coś jeszcze się zepsuje albo mnie wsadzą do więzienia za niszczenie skarbów narodowych. Nawet strzegące świątyni komainu (狛犬) wyrzeźbione zostały w minimalistycznej konwencji! Podobiznę tych wręcz robo-podobnych komainu można było znaleźć także na tabliczkach wokatywnych ema.

Nowoczesne komainu w Akagi Jinja w tokijskiej dzielnicy Kagurazaka

Jak widzicie, w krainie tajfunów kontrastów zawsze pod dostatkiem. Wiem, że powtarzam to wręcz na każdym kroku, lecz naprawdę jest to aspekt Japonii, który chyba nigdy nie przestanie mnie fascynować. Bo nie jest to zgrzyt stylów, wręcz przeciwnie, kontrast stał się w jakiejś mierze definicją „japońskości”. Im bardziej Japonia brnie w stronę nowoczesności, tym bardziej ludzie zaczynają fascynować się także Japonią sprzed wieków. Dzień zaczęłam od tradycyjnego posiłku, potem wylądowałam w nowoczesnej świątyni szintoistycznej, w której przez chwilę poczułam się jak w Ikei, więc przyszedł czas na powrót do „korzeni”. A czy jest na to lepszy sposób niż deser na bazie anko w małej tradycyjnej kawiarence? Zwłaszcza takiej prowadzonej przez ponad 80-letnią przeuroczą babcię, która od momentu przekroczenia przez nas progu do momentu wyjścia zagadywała nas o wszystkim i o niczym, sprawiając, że w mgnieniu oka poczuliśmy się jakbyśmy znaleźli się u niej w domu?

Wnętrze kawiarenki Hana w Kagurazaka

Ze świecą szukać takich miejsc w Tokio, dlatego też atmosfera panująca w „Hana” (花)3 jest po prostu niepowtarzalny. Nie wiem czy jestem w stanie opisać słowami jak bardzo wyjątkowe jest to miejsce. Nie był to mój pierwszy raz w tej mini-kawiarence, specjalizującej się w deserach z anko, lecz za każdym razem właścicielka i jej energia nie przestają mnie zachwycać. Posiedziałabym tam chwilę dłużej i autentycznie skończyłoby się na tym, że przygarnęłaby mnie ona jako swoja wnuczkę i karmiła od rana do wieczora japońskimi pysznościami. Nie żeby mi to przeszkadzało. Za każdym razem (a była to moja trzecia wizyta) poświęca ona danej osobie całą swoją uwagę, zawsze przyniesie a to jakiś owoc, a to doda coś więcej do deseru gratis, ot tak od serca. Jedynie za pierwszym razem udało mi się na spokojnie z nią porozmawiać i wysłuchać historii jej życia w Tokio. I do tej pory nie mogę wyjść z podziwu, że 84-letnia kobieta, mimo różnych problemów zdrowotnych, sama prowadzi sklep, sprząta go, gotuje dania. podaje je i do tego robi to wszystko z uśmiechem na twarzy. Podejrzewam, że gdyby ktoś kazał jej przejść na emeryturę, to by go wyśmiała. „Hana” to w końcu jej królestwo – gdzie może zawsze się do kogoś przysiąść, porozmawiać, a jeszcze do tego uszczęśliwić codziennie trochę osób pysznym jedzeniem. I tym samym poprawić nie tylko sobie, ale także nieznajomym humor. Na cały dzień. Albo i dłużej.

Menu z wyborem różnych przysmaków na bazie anko w Hana

Ja skusiłam się na tak zwane inaka shiruko (田舎しるこ) z tsubuan – jednym z typów anko, o którym szerzej pisałam przy okazji wpisu o tej „japońskiej ambrozji”. Czym jest jednak (o)shiruko, znane czasem także jako zenzai? Jest to coś a la zupa z gorącego i gęstego anko, z wrzuconym do niej przypieczonym, ciągnącym się mochi. Uwierzcie mi, że nie da się słowami opisać tego, jakie to jest pyszne. Anko uwielbiam w każdej postaci, ale wersja na gorąco razem ze świeżymi kluskami ryżowymi przebija wszystkie inne wersje.

Inaka Zenzai w Hana

Niestety wszystko co dobre szybko się kończy i tak też było z miseczką mojego anko-specjału. Pogoda sprzyjała (aż zanadto, bo skończyło się to pierwszym w tym roku poparzeniem słonecznym…), więc wybrałam się do jednego z najsłynniejszych ogrodów tokijskich – Koishikawa Kōrakuen (小石川後楽園,). W Tokio mieszkam od września, a w Kagurazace i jej okolicach też byłam już kilkakrotnie, nigdy jakoś nie udało mi się tam dotrzeć, mimo że to tak naprawdę “rzut beretem”. Dlatego też, zachęcona świecącym słońcem, stwierdziłam, że trzeba wreszcie wybrać się do jednego z “Top 10” miejsc według wielu przewodników.

Nie wiem czy to po prostu moja wielka tęsknota za zielenią i naturą w jakiejkolwiek formie sprawia, że cieszę się prawie jak dziecko, gdy wchodzę do nawet malutkiego parku czy ogrodu i nie jestem w stanie już oceniać go obiektywnie, czy też faktycznie Koishikawa Kōrakuen jest miejscem wyjątkowym. Szczerze mówiąc, najpierw zaintrygowała mnie jego nazwa – „Koishikawa” (小石川) to w dosłownym tłumaczeniu „rzeka małych kamieni”. Natomiast „Kōraku” (後楽) to „cieszyć się po” – 後 (ato) to „po” (mówimy o następstwie w czasie), a 楽む (tanoshimu) to czasownik oznaczający „cieszyć się, bawić się”. Ponoć nazwę tę zaczerpnięto z chińskiego tekstu „Gakuyōrō-ki” (岳陽楼記) autorstwa konfucjańskiego filozofa Fan Zhongyana (范仲淹), a konkretniej jednego zdania o „potrzebie tych, którzy są u władzy, martwienia się o pozostaniu przy niej najpierw, a cieszeniu się nią potem”.

Ogród znany jest najbardziej oczywiście z kwitnących wiśni, które ja podziwiałam kilka tygodni wcześniej w innym tokijskim parku – Yoyogi, a także z czerwieniących się liści klonu. Poza tym sporą jego część zajmują kwitnące irysy, ale na nie też było za wcześnie. Mimo braku szczególnych kwiatów, przeszłam się na przyjemny spacer po parku, planując już aby zobaczyć go kiedyś w takim przepięknym jesiennym wydaniu:

Koishikawa Korakuen w Tokio(© http://info.japantimes.co.jp/weekend_scene)

Aż trudno uwierzyć, że Koishikawa Kōrakuen cieszy tokijczyków swoim pięknem już od 1629, kiedy to jego budowę zlecił pochodzący z Mito lord Yorifusa. Jednakże ukończony został on dopiero podczas panowania jego następcy – Mitsukuni. Ogród jest silnie wzorowany nie tylko na estetyce chińskiej; widać to na przykładzie mostu „Pełni Księżyca” (円月橋; Engetsu-kyō), lecz także na słynnych miejscach w Chinach, uznawanych za wzór naturalnego piękna – mowa tu głównie o Jeziorze Zachodnim, o którym wspominałam już między innymi, opisując ogród Shukkei-en (縮景園) w Hiroszimie.

Piękny most w ogrodach Koishikawa Korakuen w Tokio (© http://www.entzinger.nl/jorg/Japan/Photos/PhotoPost3.shtml)

Jako że pogoda była przepiękna po raz pierwszy od kilku tygodni, trzeba było skorzystać z okazji i rozruszać zastałe od siedzenia całymi dniami w biurze kości. Stwierdziłam zatem, że udam się w stronę ogrodów okalających Pałac Cesarski, znajdującego się w samym sercu tokijskiej metropolii. Po japońsku określana jest ona mianem nie „pałacu”, lecz po prostu „rezydencji cesarza” – 皇居 (Kōkyo). W mieście, gdzie za metr kwadratowy ziemi płaci się iście horrendalne kwoty, posiadanie na własność prawie 350 hektarów zieleni jest niewyobrażalnym i wręcz bezcennym bogactwem.

Ogrody Cesarskie widziane z lotu ptaka(© http://bluestyle.livedoor.biz/archives/52083956.html)

Na teren zabudowań, gdzie mieszka cesarz, zwykły śmiertelnik nie ma szansy wejść (z wyjątkiem dwóch dni w roku – urodzin cesarza oraz z okazji Nowego Roku, kiedy to cesarz wraz z rodziną pozdrawia ludzi z oszklonego balkonu), ale zamaist tego można przejść się po ogromnym ogrodzie, a także zajrzeć przy okazji do muzeum, gdzie co chwilę wystawiane są jakieś cuda z cesarskiej kolekcji. Tym razem można było podziwiać kolekcję porcelany – muszę się jednak przyznać, że mało kręciła mnie wizja siedzenia w klimatyzowanym pomieszczeniu i patrzenia na dziesiątki talerzyków, salaterek i innych miseczek. Zwłaszcza przy bezchmurnej (i prawie że bezsmogowej) pogodzie!

Ogrody Cesarskie w Tokio Ogrody Cesarskie w TokioOgrody Cesarskie w Tokio Kamienny most w Ogrodach Cesarskich w Tokio

Kōkyo Higashi Gyoen (皇居東御苑), czyli Wschodnie Ogrody Cesarskie, to idealne miejsce na ucieczkę od tokijskiego pędu – zwłaszcza, że tuż obok znajduje się ogromny dworzec tokijski z otaczającą go dzielnicą biznesową, pełną sięgających nieba wieżowców należących do przeróżnych banków i innych wszelkiej maści korporacji. Jeśli już zapracowany Tokijczyk znajdzie jakimś cudem kilka wolnych chwil, może wybrać się do pobliskiej dzielnicy luksusu o nazwie Ginza (銀座). Kontrastów nigdy za wiele – jedna z ostatnich ostoi tradycji w Japonii otoczona supernowoczesnymi drapaczami chmur. Dlatego aż miło było patrzeć na to, że choć trochę mieszkańców tego miasta zdecydowało się na leniwy spacer po ogrodach, a nie na festiwal konsumpcji i szalone kupowanie. Nie raz widziałam i nie tylko w  w okolicy Ginzy filigranowe Japonki uginające się wręcz od toreb wypełnionych po brzegi rzeczami z luksusowych butików i domów towarowych. Czasami mam nawet wrażenie, że zakupy stają się powoli japońskim sportem narodowym – kto kupi więcej, lepiej, szybciej.

Staw w Ogrodach Cesarskich w Tokio

Nie planowałam jednak rozpisywać się na temat japońskiego konsumpcjonizmu, bo na to pewnie przyjdzie jeszcze czas. Wróćmy zatem do ogrodu cesarskiego, pełnego kwitnących azalii w najrozmaitszych odcieniach czerwieni i różu. A do tego przepiękne glicynie, które nieśmiale zaczęły rozwijać swoje blado-fioletowe kwiatki. Nie wiem czy jest sens starać się to wszystko opisać słowami. Zachęcam do spojrzenia na zdjęcia poniżej i zrozumiecie dlaczego spędziłam w naprawdę rozległych cesarskich ogrodach dobrą godzinę czy dwie. Zaliczając tym samym więcej ruchu na świeżym powietrzu niż przez dwa tygodnie razem wzięte.

Różowe azalie w Ogrodach Cesarskichimperialgardens2Kolorowe krzewy azalii w Ogrodach Cesarskich w TokioBiało-fioletowe akacje w Ogrodach Cesarskich w TokioEksplozja różu - azalie w Ogrodach Cesarskich w Tokio

Po niebywałej dawce różu, fioletu i czerwieni na tle jakże soczystej zieleni przyszedł jednak czas na powrót do normalności – starej dobrej tokijskiej szarości. Co by jednak nie mówić, okolice dworca tokijskiego mają także charakterystyczną atmosferę, kompletnie inną od tej panującej w Shinjuku czy Shibuya. Panuje tam jednak porządek, który mi odpowiada i gdybym miała szukać kiedyś stałego zatrudnienia w Tokio, to mogłabym pracować właśnie tam – gdzie mimo tego, że gdzie nie spojrzeć otaczają cię drapacze chmur, wszystko jest niebywale czyste i zadbane, nie wpada się co chwilę na chmary turystów, pijanych salarymanów czy też dyskretnie wychodzące z malutkich love hoteli pary. Można by wręcz rzec, że okolice Hibiya i Ginza są na swój sposób światowe – mogłaby to być równie dobrze dzielnica biznesowa w Londynie, Nowym Jorku czy Singapurze.

Nowoczesne budynki w dzielnicy Hibiya niedaleko Ogrodów Cesarskich Drapacze chmur w Hibiya nieopodal Ogrodów Cesarskich Drapacze chmur w Hibiya nieopodal Ogrodów Cesarskich

Pewnie ktoś z Was pomyśli, że jaki jest sens mieszkania na drugim końcu świata i zachwycania się czymś tak na swój sposób „nijakim”. Ale dla osoby, która na co dzień przesiada się na dworcu Ikebukuro (razem z prawie 3 milionami Tokijczyków) i wysiada w Shibuya, dzielnicy znanej głównie z rozrywki, pobyt w miejscu pozbawionym elementów kojarzących się z nowoczesną i „cool” Japonią jest nieraz jak powiew świeżego powietrza. Z reguły jednak jak mam jakiś dzień wolny, to wolę spędzić go gubiąc się w uliczkach dzielnic, które nie zostały jeszcze zatrute plagą turystyki, rozrywki czy biznesu – a takim miejscem jest właśnie Kagurazaka. Mimo że można spotkać tam na ulicy cudzoziemców, większość z nich to po prostu mieszkańcy, tworzący charakterystyczny klimat tego miejsca. Miejsca, gdzie można spędzić godzinę na słuchaniu opowieści kobiety, która od urodzenia mieszka w Tokio, przeżyła wojnę i przez całe życie prowadzi kawiarenkę, serwując pyszności z anko w roli głównej i zagadując klientów. I nie ważne z jakiego skrawka ziemi do niej przybyli – zawsze zostaną ugoszczeni jakby byli rodziną. Gdzie można za naprawdę małe pieniądze (w przeliczeniu na polskie – 30 złotych) zjeść tradycyjny japoński posiłek z najświeższych produktów, siedząc na matach tatami i popijając smakołyki litrami gorącej herbaty z brązowego ryżu. I nacieszyć się do cna właśnie tą Japonią, którą kocham, nawet jeśli jest to czasem dość trudna miłość.


1 おいしんぼ (Oishinbo), zapisywane czasem także jako 美味しんぼ oznacza „smakosz”. Genialna nazwa dla tego magicznego miejsca!

2 Więcej o Siedmiu Bogach Szczęścia przeczytacie w skrócie na niezastąpionej Wikipedii lub w „Mitologii japońskiej” Jolanty Tubielewicz. Niestety książka ta znajduje się w domu na półce, więc musze się na razie ratować wujkiem Google.

3 Tak, kawiarnia ta zwie się tak samo jak zestaw, który zjadłam w „Oishinbo”. Mimo że czytane są jednakowo jako „hana” i znaczą to samo, czyli „kwiat”, zapisane są za pomocą dwóch różnych znaków: 華 oraz 花. Warto zwrócić jednak uwagę, że 華 ma także inne znaczenia – między innymi „piękno, splendor’”; kanji tego używa się również często określając różne rzeczy związane z Chinami (np. chūka ryori (中華料理) – „chińska kuchnia”).

3 comments on “Klimatyczne tokijskie zakątki – Kagurazaka (神楽坂) i Ogrody Cesarskie

  1. Właśnie tam mieszkałam, kiedy pierwszy raz przyjechałam do Japonii – przy Cesarskich Ogrodach, przy stacji Takebashi. Uwielbiam tę cześć Tokio i uwielbiam tę atmosferę – dokładnie taką, jak ją określiłaś: nowoczesność + spokój + porządek.

    Ale okolice Uniwersytetu Waseda znam tylko z opisów Murakamiego. Muszę się tam zapuścić, przy kolejnej wizycie w Tokio (która na pewno nastąpi – nie mam wątpliwości) 🙂

    Piękny tekst.

    Pozdrawiam, Asia

  2. Dominika

    Znowu tak ładnie wszystko opisane, my oh my! Zdjęcia takie super, wow.

  3. odpłynęłam… 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *