Asakusa (浅草) – coś więcej niż tylko „Brama Grzmotów”

Kilka dni temu pisałam o miejscach w Tokio, w których można odpocząć od nierzadko szalonego tempa życia, które mnie nieraz doprowadza na skraj wykończenia, a Japończyków niespecjalnie rusza. Może to kwestia przyzwyczajenia albo innego nastawienia, lecz ja do normalnego funkcjonowania potrzebuję choćby skrawka zieleni i kilku chwil ciszy.

Według niektórych są to „marzenia ściętej głowy”, ale ja jestem osobą (czasem nazbyt) upartą, więc nawet jak mam sporo rzeczy do załatwienia to i tak na liście priorytetów na samej górze wyląduje spacer w jakimś cichym (albo chociaż spokojniejszym od Shibuya) zakątku miasta – a takim miejscem jest między innymi ukochana przeze mnie, a na szczęście niespecjalnie popularna wśród nie tylko turystów, ale także tokijską młodzież, Kagurazaka (神楽坂). Takich spokojnych zakątków jest zapewne w Tokio pod dostatkiem, ale o większości z nich wiedzą nierzadko jedynie lokalni mieszkańcy. Co tylko motywuje mnie do odkrywania tych „białych plam” na mapie atrakcji sugerowanych przez przeróżne przewodniki turystyczne. Jakkolwiek miejsca takie są często doprawdy wyjątkowe, od czasu do czasu, gdy mam w sobie dość sił, by przeciskać się wśród tłumu turystów ze statywami, krzyczących przewodników z chorągiewkami i przekrzykujących ich sprzedawców chińskiej tandety, wybieram się także z wizytą do miejsc, które wypada odwiedzić, będąc w Tokio. I właśnie o jednej z takich atrakcji, mimo że zatłoczonej do granic możliwości, lecz nadal zachwycającej swą architekturą, chcę Wam dzisiaj opowiedzieć.

Dzielnica Asakusa (浅草), położona nad brzegiem rzeki Sumida (隅田川; Sumida-gawa), to istna mekka dla turystów. Mowa konkretniej o jednej z położonej tam świątyń, Sensō-ji (浅草寺), do której swoje pierwsze kroki kieruje chyba każdy nowy przybysz w stolicy, zwłaszcza jeśli na jej zwiedzanie ma przewidziany dzień czy dwa, a od samego rana do nocy wozi go po tokijskich ulicach klimatyzowany autokar. Myślałam, że przechytrzę organizatorów wycieczek i przybędę do Asakusy przed zalewem tłumów w klapkach (zestaw sandały + skarpety też jest niestety dość popularny), więc zebrałam się wcześnie rano, aby przybyć na miejsce około ósmej. Jakież było moje zdziwienie, kiedy już wychodząc ze stacji musiałam przeciskać się przez tłum, a gdy doszłam do głównej bramy, zobaczyłam całe gromady ludzi, robiących sobie na jej tle zdjęcia.

Kiedy z trudem przepchałam się jakoś do Kaminari-mon (雷門), czyli „Bramy Grzmotów”, próbowałam, jak wszyscy wokół, zrobić jej zdjęcie , ale skończyło się to tylko na zdeptaniu, bardziej bliskiemu zmiażdżeniu, mojej stopy, i dość silnym szturchnięciu przez jakiegoś turystę, który był ode mnie ze trzy razy większy, czego rezultatem było nieomalże upuszczenie komórki na betonowy chodnik. A jako, że chcę powiedzieć o niej małe co nie co, musicie mi wybaczyć, że posłużę się zdjęciem z otchłani Internetu, bo jedyne co udało mi się ująć w kadrze to głowy turystów z migającą jakąś tam czerwienią drewnianej budowli w tle.

asakusa14 (© Wikipedia)

Kaminari-mon to pierwsza z bram prowadząca do głównego budynku świątyni i początek alejki ze sklepikami oferującymi wszelkiej maści pamiątki, wyroby tradycyjne, no i oczywiście też przysmaki, przede wszystkim w słodkiej wersji. Po lewej stronie wejścia strzeże Raijin (雷神), szintoistyczny bóg błyskawic, grzmotów i burzy. Z reguły przedstawiany jest w parze z bogiem wiatru, Fūjin (風神) i tak też jest w tym wypadku. Niestety ktoś wpadł na pomysł wstawienia tych dość przerażających posągów za siatki i wszelkie próby zrobienia zdjęcia kończyły się totalną klapą… Właśnie od tych dwóch bóstw brama bierze swoją oficjalną nazwę, która umieszczona jest na drugiej stronie ogromnego lampionu – Fūraijin-mon (風雷神門). Lampion ten jest dość wyjątkowy, ma 4 metry wysokości, prawie 3.5 metra w obwodzie i waży 670 kg (!). Jest to tak zwany chōchin (提灯), typ lampionu wykonany z bambusa i obłożony papierem.

Omijając slalomem turystów, których niespecjalnie interesowało podejście bliżej do bramy, bo przecież nie prezentowałoby się to tak pięknie na zdjęciu, podeszłam bliżej i stanęłam pod wielkim zdobiącym ją lampionem, aby popodziwiać wyryty na niej wzór smoka. Mało kto specjalnie się nim przejął, bo widocznie trudno strzelić sobie „słit focię” z takiej perspektywy, dlatego mogłam w spokoju popatrzeć na kunszt wykonania tej płaskorzeźby, nawet jak przez to znalazłam się w kadrze pewnie z setką turystów, a pewnie przy okazji na kilkudziesięciu zdjęciach wrzuconych online. Trudno się mówi.

asakusa6

Po przejściu przez bramę od razu uderzył mnie zgiełk słynnej uliczki Nakamise-dōri (仲見世通り), długiej na prawie 250 metrów. Większość ze znajdującej się na niej sklepików sprzedaje totalny turystyczny kicz a la plastikowe wachlarze, sztuczne peruki czy pałeczki made in China. Jednakże można znaleźć także kilka sklepów specjalizujących się w tradycyjnych wyrobach świetnej jakości, lecz niestety cena w nich powala z nóg. Mnie najbardziej interesowały małe budki z przysmakami i żeby jakoś znieść przeciskanie się przez tłumy, posiliłam się po drodze przepysznym dango i małym ciasteczkiem z nadzieniem z… chyba nie muszę już nawet pisać z czym, ale zrobię to dla nowych czytelników, którzy może zawitali w krainie tajfunów – tak, z anko. Od razu, jak ręką odjął, przestał mnie ten tłum aż tak irytować i udałam się powolnym krokiem w stronę bramy Hōzō-mon (宝蔵門) – „Bramy Skarbów”.

asakusa1

Nazwa „Bramy Skarbów” nie jest bynajmniej przypadkowa – na jej drugim piętrze przechowywane jest wiele z drogocennych sutr. Jakkolwiek w przypadku Kaminari-mon tekst na lampionie to po prostu nazwa bramy, tak w przypadku Hōzō-mon jest to nazwa Kobunachō (小舟町), dzielnicy w tokijskim dystrykcie Chūō-ku. Dlaczego ktoś umieściłby w tak ważnym miejscu nazwę miejsca, o której mało kto słyszał? W 2003 roku, w ramach uroczystości związanych z 400-rocznicą okresu Edo mieszkańcy Kobunachō ofiarowali świątyni 5 milionów jenów (w przeliczeniu jakieś 150 tysięcy złotych), a świątynia w ramach wdzięczności umieściła tę nazwę na lampionie. Ciekawa jestem ilu turystów ma świadomość, że robi sobie zdjęcie na tle nazwy, która nie reprezentuje wcale nic górnolotnego i poetyckiego, tylko po prostu nazwę miejsca w Tokio, znaczącego dosłownie „dystrykt małych łódek”.

asakusa2 asakusa5

Tym samym dochodzimy do głównego budynku świątyni, która przez wielu uważana jest za najważniejsze miejsce kultu buddyjskiego w Tokio. Historia Sensō-ji sięga pierwszej połowy VII wieku i jak to w Japonii bywa z jej początkami powiązana jest legenda. Według jednego ze zgromadzonych przeze mnie przewodników historia ta przedstawia się następująco:

 „W 628 roku dwaj rybacy wyłowili z rzeki Sumida mały złoty posążek Kannon, buddyjskiej bogini miłosierdzia. Ich pan wzniósł kaplicę Kannon, a w 645 roku święty mąż Shokai wybudował świątynię ku czci bogini.”

„Japonia – Przewodnik Wiedzy i Życia”, Warszawa 2009

Świątynia ta jest zatem najstarszą świątynią w Tokio – ma prawie 1400 lat. Główny budynek, znany często jako Kannon-dō, czyli „Sala Kannon”, który można podziwiać dzisiaj, został wybudowany dopiero w 1958 roku, ponieważ świątynia została prawie całkowicie zrównana z ziemią podczas amerykańskich nalotów w 1945 roku. Mimo, że udało się jej przetrwać między innymi ogromne trzęsienie ziemi z 1923 roku, niestety nie miała szans z niszczycielską mocą bomb. Tak samo położona obok pięciokondygnacyjna pagoda, która wygląda, jakby strzegła tego miejsca od wieków, ma tak naprawdę dopiero 40 lat.

asakusa3

Pamiętacie może jak przy okazji wizyty w świątyni Zenkō-ji (善光寺) w Nagano wspomniałam o tym, że posążek Buddy, dzięki któremu miejsce to uznawane jest za jedno z najważniejszych celów pielgrzymek japońskich buddystów, jest ukryty na dobre nie tylko przed zwiedzającymi, ale nawet przed mieszkającymi na terenie świątyni mnichami? Podobnie jest w przypadku świątyni w Asakusie – wspomniany wyżej posążek Kannon nie jest wystawiany na widok publiczny. Wykonano jednak jego kopię, którą można zobaczyć raz do roku, 13. grudnia, ale czy oryginał nadal istnieje naprawdę, wie pewnie tylko mnich przełożony. Grunt, że ludzie tłumnie szturmują to miejsce, bez względu na to, czy to dzień powszedni czy wolny od pracy.

asakusa7 asakusa8

W sali głównej moją uwagę oprócz standardowego ołtarza zwróciły jednak malowidła – tak jak to z aniołami i lotosami, namalowane przez Dōmoto Inshō (堂本印象). Zwiedzając Sensō-ji po raz pierwszy, a było to dobre trzy lata temu, byłam przekonana, że malowidła, którymi ozdobiony jest sufit w głównej nawie, mają z kilkaset lat i stałam pod nimi zachwycona. Jakież było moje zdziwienie, gdy doczytałam gdzieś później, że namalowane zostały one w latach 50. … XX wieku.

asakusa9Zdaję sobie sprawę, że o świątyni tej można by pisać i pisać, ale chyba nie o to chodzi, żebym Wam tu teraz zrobiła wykład z historii i sztuki. Myślę, że kiedyś na pewno jeszcze tam wrócę, więc może wtedy dodam jeszcze jakieś inne przemyślenia czy spostrzeżenia na temat nie tylko tych samych budynków, ale także wielu innych zakątków ukrytych na terenie świątyni, która jest przeogromna. Ja nie nadaję się zbytnio do przebywania w tłumie, więc po kilku chwilach w Kannon-dō wyszłam z Sensō-ji boczną bramą, zwaną Niten-mon (二天門) i udałam się z misją znalezienia małej świątynki, o której zobaczyłam krótką wzmiankę w Internecie. Mowa mianowicie o miejscu poświęconemu maneki-neko (招き猫), czyli „zapraszającemu kotu”, którego figurki co chwilę spotyka się w japońskich sklepach czy restauracjach, a mają one zachęcić do wizyty nie tylko gości, ale także zapewnić właścicielowi napływ wszelkiej fortuny, zwłaszcza tej materialnej.

Po kilkunastu minutach spaceru po dziwnie wyludnionych ulicach Asakusy, dotarłam na miejsce. Już minutę po tym, jak wyszłam z terenu Sensō-ji można było spokojnie odetchnąć i się zrelaksować, a dobre 10 minut później miałam wrażenie, jakbym znalazła się w opuszczonym mieście, a nie w dzielnicy, która jest opiewana w każdym przewodniku. Zawsze zapominam jednak, że jakkolwiek by mnie zazwyczaj nie nosiło, żeby zwiedzić jeśli tylko to możliwe każdy zakątek danego miejsca, ludzi albo niezbyt to interesuje albo po prostu nie mają na to czasu w swoim napiętym grafiku zwiedzania. Sensō-ji nie da się w żaden sposób przegapić. Wysiadłszy z metra pierwsze co człowiek widzi to znaki kierujące do świątyni, a nawet gdyby komuś przypadkiem zdarzyło się użyć złego wyjścia, to wystarczy, że podąży za tłumem i za chwilę znajdzie się przy Kaminari-mon. W przypadku malutkiej Imado-jinja (今戸神社) jest całkowicie inaczej. Prawie przegapiłam do niej wejście, bo brama torii wykonana z szarego betonu nie zwraca tak uwagi jak bijąca po oczach swą jaskrawą czerwienią „Brama Grzmotów”.

asakusa10

Maneki-neko, którego podobiznę można znaleźć nie tylko przed wejściem do świątyni, ale także na tabliczkach ema czy na ołtarzu przedstawione zostało na terenie Imado-jinja głównie w parze, co ma zapewnić głównie szczęście w miłości i małżeństwie. Takie maneki-neko określane jest często mianem enmusubi (縁結び), czyli talizmanu, który ma zapewnić dobre zamążpójście (tak samo jak w przypadku omamori, o których pisałam tuż po Nowym Roku). Dlaczego jednak figurka kota z podniesioną łapką jest aż tak popularna, że można je znaleźć nawet w świątyniach? Oczywiście nie są one bóstwami i pewnie w sporej mierze jest to chwyt bardziej marketingowy, który ma zachęcić ludzi do wizyty; akurat ta świątynia poświęcona jest parze szintoistycznych pra-bóstw – Izanagi i Izanami. No ale nie zaszkodzi przecież zainspirować się parą, która stworzyła według japońskiej mitologii nie tylko świat, ale także cały boski panteon i … stworzyć parę kotów machających uroczo prawą łapką. Ah ta Japonia!

asakusa11 asakusa12

Wróćmy jednak do tego, czym tak naprawdę są te urocze figurki, które można w Japonii (i nie tylko) spotkać dosłownie na każdym kroku. Zacznijmy od nazwy – neko (猫) to po prostu kot, a maneki (招き) wywodzi się od czasownika maneku (招く), znaczącego „zapraszać, zawołać, zachęcać”. Nie do końca wiadomo kiedy zaczęto tworzyć podobizny „zapraszającego kota”, ale podejrzewa się, że było to jakoś w drugiej połowie XIX wieku, czyli całkiem niedawno. Oczywiście do tej pory nie został rozwiązany spór, czy pierwsze maneki-neko powstały w Osace czy w Tokio i zapewne nigdy się tego nie dowiemy. Rywalizacja między Osaką i Tokio przypomina mi tę między Warszawą i Krakowem i na jakąkolwiek tradycję czy danie nie spojrzeć, z reguły zawsze oba te miejsca pretendują do bycia „tym pierwszym”. W każdym razie, nie ma jednego wzoru maneki-neko, nieraz ma on podniesioną lewą łapkę, a nieraz prawą. Istnieje wiele teorii na temat, która wersja jest lepsza i co oznacza, niektórzy twierdzą na przykład, że kot z podniesioną lewą łapą zaprasza klientów, a ten z prawą zapewnia szczęście i bogactwo, ale pewnie jest równie wielu, którzy uważają na odwrót. Dlatego nie ma to specjalnego znaczenia.

Asakusa15
© http://luckymanekineko.wordpress.com

asakusa13

Poszukując informacji na temat świątyni, natrafiłam na filmik promocyjny wyprodukowany kilka dobre lat temu, który rozśmieszył mnie do łez. Wiem, że jego jakość pozostawia wiele do życzenia, ale jeśli macie chwilę to spójrzcie na niego, bo w pigułce ukazuje dystans, za który tak uwielbiam ten kraj. Wyobraźcie sobie tylko, że jakiś kościół w Polsce ma swoją „theme song”. Kosmos.

Nie zdziwiłoby mnie w ogóle, gdyby taka pioseneczka autentycznie zachęciła Japończyków nie tylko do wizyty w świątyni, ale także do kupna jednego z wielu talizmanów czy którąś z figurek. Ja zachęcona przez niewyobrażalnie sympatyczną miko (巫女) skusiłam się na figurkę enmusubi oraz małą przeuroczą figurkę żółtego maneki-neko z dwoma łapkami w górze, który ma niby zapewnić mi szczęście. A nawet jak nie, to gromada trzech kotków wygląda przesympatycznie i poprawia mi humor, więc nawet to już sprawia, że było warto je kupić.

asakusa16

Po zapewnieniu sobie szczęścia, bogactwa i czegokolwiek tylko moja dusza zapragnie, nadszedł czas na lunch. Tym razem w formie sushi, ja jadłam oczywiście te z przeróżnymi warzywami, takimi jak ogórek, tykwa czy łopian. Z napełnionym brzuchem zakupy na pobliskiej Kappabashi-dōri (合羽橋通り) były o wiele łatwiejsze. Ulica ta znana jest przede wszystkim ze sklepów oferujących wszelkiej maści naczynia, noże, miseczki, czajniczki i wszystko z kuchennych przyborów czego sobie dusza zapragnie. Mnie najbardziej zaintrygowało jednak kilka sklepów, które w swym asortymencie miały jedynie… plastikowe modele jedzenia. Tak, dobrze przeczytaliście. Nie wiem czy wiecie, ale sporo restauracji w Japonii wystawia przed wejściem modele jedzenia, które są w menu, żeby można było zobaczyć jak dania wyglądają w „rzeczywistości”. Najlepsze jest to, że one naprawdę są tak później podawane – nie jest to tak jak nieraz miałam okazję tego doświadczyć w restauracjach w Polsce, ale także w innych krajach europejskich, że menu to jedno, a jedzenia na stole to całkowicie inna historia. Nigdy nie zastanawiałam się nad tym, że sklepy te muszą się jednak gdzieś w te modele zaopatrywać, a tu między sklepami z garnkami napotkałam kilka sklepików oferujących dosłownie każde jedzenie, jakie mogłabym sobie wymyślić i to w wersji plastikowej.

kappabashi1

Kupić można w tych sklepach było autentycznie wszystko. Od całych misek zup czy spaghetti, poprzez plastikowe steki, ryby, owoce i warzywa, a nawet desery. Oprócz realistycznych modeli, które interesują bardziej sklepy niż turystów można było też dostać całą gamę wszelkiego typu breloczków i innych bajerów z plastikowym jedzeniem. Prawie skusiłam się na plastikowy model dorayaki, czyli dwóch naleśników z anko między nimi, ale co chwilę kupuję w Japonii jakiś breloczek tudzież inny taki dodatek, bo są takie „kawaii„, iż stwierdziłam, że może na chwilę się wstrzymam. Co nie przeszkodziło mi w spędzeniu naprawdę sporo czasu w kilku sklepach z plastikowym jedzeniem, podziwiając nie tylko kunszt wykonania, bo wiele z modeli wyglądało wręcz przerażająco autentycznie, ale także kreatywność Japończyków. Zresztą, zobaczcie sami!

Takim o to pysznie plastikowym akcentem zakończyłam swoje zwiedzanie Asakusy. Nie ulega wątpliwości, że Sensō-ji jest jedną ze świątyń, którą po prostu trzeba zwiedzić, nawet mimo wykańczającego psychicznie tłumu turystów. Owszem, jestem z reguły fanką miejsc mniej popularnych i tych, o których rzadko, jeśli w ogóle, wspomina się w przewodnikach. Jednakże od czasu do czasu warto zobaczyć także te mega-modne miejsca, nawet jeśli są one w sporej mierze jedynie rekonstrukcją. Spotkałam się z opiniami, że to coś całkowicie innego, że po co komu betonowe rekonstrukcje, że przecież to nie to samo co oryginalne wersje z drewna, że nie mają już tej samej atmosfery, itp. Zgodzę się po części, że Japończycy wpadli w istne szaleństwo odbudowywania zniszczeń po wojnie i nie mam pojęcia w jakim stopniu budowle te faktycznie przypominają te sprzed drugiej wojny światowej. Z drugiej strony, nawet jeśli większość budynków w Sensō-ji pochodzi z drugiej połowy dwudziestego wieku, to od tamtego czasu miejsce to nabrało specyficznej gwarnej atmosfery, której nie byłoby, gdyby postawiono tam po prostu jakiś blok czy supermarket.

Poza słynnymi miejscami jak Sensō-ji , na które nikt nie żałuje pieniędzy i starań, są w Asakusie także inne zakątki, takie jak Imado-jinja, gdzie miałam okazję spotkać bodajże najsympatyczniejszą osobę do tej pory w Tokio. A mieszkam w nim już przecież od września. Dla znudzonych tradycyjnym aspektem Japonii, czy to w wydaniu buddyjskim, jak w Sensō-ji czy też szintoistycznym w świątynce poświęconej maneki-neko, można zawsze przejść się na spacer na pobliską Kappabashi-dōri, a tym, którzy lubią dużo spacerować, mogę także polecić wyprawę do pobliskiego Ueno (上野), o którym pisałam kilka miesięcy temu. I doświadczyć przy okazji tej mniej znanej i autentycznej części Tokio – tak zwane shitamachi – które turyści niestety z reguły omijają. Zresztą, co tu daleko szukać, nawet w Asakusie, skręciwszy w jakąś boczną uliczkę nietrudno było poczuć całkowicie inny klimat, wejść do świata, gdzie funkcjonują zwykli Tokijczycy, gdzie ludzie siedzą godzinami w tanich restauracyjkach i zajadają się ciepłą michą makaronu, a dzieci latają po ulicach kopiąc piłkę. Jeśli kiedykolwiek będziecie mieli okazję odwiedzić Asakusę, zachęcam do odkrycia takich zakamarków – nie będziecie żałować. Zresztą czy kiedykolwiek jest czego żałować w podróżowaniu i poznawaniu nowych miejsc?

0 comments on “Asakusa (浅草) – coś więcej niż tylko „Brama Grzmotów”

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *