Kamakura (鎌倉) – szlakiem filozofii zen, cz. 1

Są takie miejsca, w których już chwilę po przybyciu człowiek ma wrażenie, że jest tu od dawna. I że gdyby miał taką możliwość, to mógłby tam zostać na o wiele dłużej. W Japonii podróżowałam już całkiem sporo, ale niewiele z odwiedzonych miast czy miasteczek spodobało mi się na tyle, żebym mogła stwierdzić, że tak naprawdę to nie przeszkadzałoby mi gdybym mieszkała tam na stałe. Tak jednak było w przypadku położonej nad oceanem Kamakury, przesiąkniętej historyczną atmosferą. Mimo że miałam okazję odwiedzić ją dopiero po raz drugi i za każdym razem był to tylko jednodniowy wypad, mam nadzieję, że uda mi się spędzić tam kiedyś choć kilka dni, żeby nacieszyć się tym wyjątkowym miejscem.

Co jest w Kamakurze takiego, że zaczynam od razu od peanów na jego cześć? Dzisiaj miasteczko znane jest głównie jako cel weekendowych wypadów Japończyków, którzy chcą się wyrwać z tokijskiej betonowej dżungli i nawdychać się trochę świeżego i słonawego powietrza. A na dodatek spędzić choćby kilka godzin pośród prześlicznych zabytków, zajadając się świeżymi warzywami i rybami, z których słynie okolica. Nawet przy okazji wizyty w tokijskich restauracjach, często widziałam napisy w menu chwalące się, że dania przygotowywane są z „najświeższych warzyw prosto z Kamakury“, jakby to było definicją istnego luksusu i najlepszej jakości.

Kamakura (鎌倉) zapisała się także na kartach japońskiej historii jako siedziba pierwszego szogunatu. Pod koniec XII wieku, w wyniku konfliktu między klanami, władzę w sporym stopniu trzymał w garści Minamoto no Yoritomo (源頼朝), który utworzył alternatywny wobec dworu w Kioto rząd w Kamakurze i obwołał się szogunem. To właśnie w tym okresie, zwanym Okresem Kamakura (鎌倉時代; Kamakura-jidai), zaczęła powstawać kultura feudalna, z której narodziła się z czasem klasa samurajów. Mimo że sam okres trwał dość krótko, bo jedynie do 1333 roku, a władza szoguna wcale nie obejmowała całej Japonii, okres ten wywarł spory wpływ na kulturę całego kraju. W jakim sensie? Otóż szogunat niebywale promował rozwój buddyzmu, czego skutkiem była gwałtowna popularyzacja buddyzmu zen (禅).

Do dziś Kamakura znana jest właśnie z przepięknych świątyń zen, do których, nie ważne czy słońce czy deszcz, walą tłumy nie tylko turystów, zwykłych wiernych, ale także ludzi, którzy szukają cichego zakątka na przemyślenie jakichś życiowych spraw. Wiele świątyń oferuje możliwość spotkań i medytacji, kluczowej do praktykowania zen. Nie mam żadnego doświadczenia z medytacją, ale aż mnie kusi, żeby kiedyś wybrać się do którejś ze świątyń w Kamakurze na kilkudniowe odosobnienie z medytacją. Może trzeba się kiedyś na coś takiego zdecydować?

W Kamakurze znajduje się “Pięć Wielkich Świątyń zen” i podczas mojej jedynie jednodniowej wizyty udało mi się dość dokładnie zwiedzić dwie z nich. Oprócz tego oczywiście wstąpiłam do kilku innych świątyń, które mimo że nie należą do słynnego kanonu świątyń zen, nadal są celem wielu wycieczek i na pewno zasłużenie – każda świątynia, którą miałam okazję zobaczyć tego dnia miała swoją specyficzną atmosferę.

Chciałabym móc także przekazać w słowach atmosferę panującą na uliczkach Kamakury, pełnych kawiarenek, sklepików z rękodziełami, stoisk oferujących przepyszne lody o smaku zielonej herbaty… Niestety albo brak mi odpowiednich umiejętności, albo po prostu nie da się tego opisać. Bo jak przekazać fakt, że czułam się tam komfortowo? Mogłabym wam pokazać kilka losowych zdjęć głównej ulicy miasta czy też wnętrz sklepików, ale w żadnym stopniu nie odda to panującej tam atmosfery. Zatem zapomnijmy na razie o codzienności w wydaniu a la Kamakura i wróćmy do tych kilku niesamowitych świątyń, które ukryte wśród roztaczających kuszący aromat drzew, są genialnym sposobem na ucieczkę od codzienności.

engakuji7

Po spędzeniu jakiejś godziny mniej czy bardziej wisząc wśród posępnych i przysypiających salarymanów w linii Shōnan-Shinjuku (湘南新宿ライン) dotarłam do stacji Kita-Kamakura, czyli Kamakura Północna, gdzie wyczłapałam się z wagonu niebywale zadowolona nie tylko dlatego, że przyjechałam do Kamakury, ale także dlatego, że mogłam wreszcie rozprostować swoje kości. Nie miałam szczegółowego planu zwiedzania, lecz zapamiętałam sobie kilka nazw świątyń, do których warto było według przewodnika zajrzeć, więc stwierdziłam, że jeśli napotkam je po drodze, to do nich wstąpię, a jak nie, to zawsze znajdzie się kilka innych równie ciekawych miejsc. Jakież było moje zdziwienie, kiedy jakąś minutę po wyjściu z dworca napotkałam ogromny znak kierujący w stronę jednej ze świątyń z mojej listy – Engaku-ji (円覚寺). Skręciłam zatem w boczną dróżkę, wspięłam się po schodkach do góry i … napełniłam płuca świeżym powietrzem o intensywnie leśnym zapachu. Bez zastanowienia zapłaciłam kilkaset jenów za wejście na teren świątyni i zgłębiłam się w gąszcz soczyście zielonych drzew. Po chwili musiałam sobie jednak przypomnieć, że nie jestem po prostu w lesie i że warto byłoby jednak skupić się także na historycznych akcentach wokół mnie. Zeszłam zatem trochę na ziemię i nie zapominając oczywiście o pięknie otoczenia, zaczęłam podziwiać zabudowania świątynne.

engakuji1 engakuji2

Aż wstyd się przyznać, ale moja wiedza na temat buddyzmu zen jest dość ograniczona. Jednak chwilę po wejściu na teren świątyni w try miga uświadomiłam sobie dlaczego ludzie chcieliby tutaj przyjeżdżać i medytować – piękne ogrody, wszechogarniająca cisza, przerywana jedynie szumem wody czy chrzęstem drobnych kamyczków pod czyimiś butami. Początki Engaku-ji sięgają 1282 roku, kiedy to jej budowę zlecił Hōjō Tokimune (北条時宗), ówczesny regent, sprawujący władzę w imieniu szoguna. Decyzja ta nie była bynajmniej przypadkowa, kilka lat wcześniej udało się mu odeprzeć dwa najazdy Mongołów. Owszem, w sporej mierze zawdzięcza on to pomocy tajfunu, który szybko nazwano boskim wiatrem – kamikaze (神風). Świątynia ta miała upamiętnić zmarłych po obu stronach konfliktu a także stać się centrum rozpowszechniającym filozofię zen. Cel ten udało się mu osiągnąć, Engaku-ji do dziś jest ważnym ośrodkiem zazen (座禅), czyli medytacji zen, a na jej terenie znajduje się jedna z najważniejszych w Japonii szkół tej „sztuki”. Wiele z budynków na terenie świątyni zostało na przestrzeni wieków strawione przez pożary, lecz największe szkody wyrządziło ogromne trzęsienie ziemi z 1923 roku, często określane mianem Wielkiego Trzęsienia Kantō (関東大震災; Kantō dai-shinsai). Wtedy to, w ułamku sekundy, w gruzach legła ponad połowa z czterdziestu budynków. Na szczęście dość szybko zabrano się za odbudowę i postarano się przy tym o zachowanie tradycyjnego układu świątyni zen.

Już chwilę po wejściu na teren Engaku-ji człowiek sam nie wie na co ma zwracać uwagę, bo zachwyca wszystko – piękno natury, wszechogarniająca cisza, no i oczywiście zachwycające swym kunsztem drewniane budynki. Jednym z tych, które najbardziej pozostały w mojej pamięci jest brama Sanmon (山門), zbudowana w 1783 roku bez użycia ani jednego gwoździa. Zwieńczona została ona kaligrafią, której autorstwo przypisywane jest nikomu innemu jak cesarzowi Fushimi (伏見), panującemu na przełomie dwunastego i trzynastego wieku.

engakuji10 (© http://www.flickr.com/photos/tokyoviews/5623008652/)

Mogłabym się tu rozpisywać na temat każdego z kilkudziesięciu budynków na terenie świątyni, ale chyba nie o to chodzi. Zresztą – zaraz po przejściu przez bramę Sanmon zamiast podążyć za tłumem turystów skręciłam w jakąś boczną ścieżynkę i wybrałam się na poszukiwanie spokojnego zakątka na porozmyślanie. Może nie była to medytacja godna określenia jej mianem zen, ale z pewnością dało to niezłego kopniaka mojej psychice i rozruszało zastałe od pracy w biurze od rana do wieczora szare komórki.

engakuji3 engakuji4

Engaku-ji zapisało się na kartach historii Japonii nie tylko jako kluczowe dla rozwoju zen, ale także jako miejsce inspirujące najwybitniejszych japońskich pisarzy. To tutaj rozgrywa się akcja jednej z najsłynniejszych powieści autorstwa noblisty Yasunari Kawabaty, pod tytułem „Tysiąc żurawi” (千羽鶴, Senba-zuru). Także na terenie Engaku-ji zatrzymał się na kilkanaście dni Natsume Sōseki (夏目漱石), aby praktyktować zazen, a swój pobyt opisał następnie w wydanych w 1910 roku „Wrotach” (門; Mon). Zresztą, nie powinno nikogo dziwić, że takie otoczenie może zainspirować nawet najwybitniejszych artystów, czyż nie? engakuji5 engakuji6

Muszę się od razu przyznać, że nie udało mi się zwiedzić całego terenu świątyni. Wynikało to trochę z lenistwa, trochę z braku czasu, lecz chyba przede wszystkim z tego, że jest on naprawdę przeogromny. Gdybym chciała zobaczyć każdy z budynków czy grobów na jej terenie, które z pewnością są tego warte, zajęło by mi to cały dzień. Dobrze, że uświadomiłam to sobie przed rozpoczęciem porządnego zwiedzania świątyni po spojrzeniu na mapkę wiszącą na ogromnej tablicy przy kasach, bo inaczej skończyłoby się to na błądzeniu po jej terenie przez pół dnia, szukaniu wyjścia i zastanawianiu się czy coś jeszcze miałam zobaczyć.

engakuji9Kolejną świątynią, którą koniecznie chciałam zobaczyć była oddalona o kilkanaście minut spokojnego spaceru, Meigetsu-in (明月院). Zanim w ogóle dotarłam na teren świątyni, z każdą chwilą stawałam się coraz bardziej zauroczona Kamakurą. Widziałam w Japonii wiele miejsc, ale bardzo rzadko, jeśli w ogóle, pojawia się w mojej głowie myśl, że „fajnie byłoby tu mieszkać”. Ale idąc tak wąską uliczką, wzdłuż której płynął wartki strumyk, a co jakiś można było zobaczyć ukrytą wśród drzew kawiarenkę, zachęcającą do odwiedzenia wizją świeżutkich warabi mochi i zielonej herbaty, taki pomysł nie wydawał się zły. A po dłuższej chwili początkowo zwykła zachcianka zaczęła powoli formować się w coś na kształt marzenia. Nie musiałoby to oczywiście być konkretnie to miejsce, nawet niekoniecznie Kamakura, ale gdzieś, gdzie można wyjść do ogrodu i nie słyszeć pociągów, samochodów i innych odgłosów miasta.

meigetsuin1

Ostatecznie dałam się skusić nawoływaniu uśmiechniętej od ucha do ucha pani sprzedającej warabi mochi i mimo że nie byłam głodna, spróbowałam troszkę tego specyficznego lekko słodkiego przysmaku – takie niby żelki obtoczone mąką sojową. I nawet mimo tego, że nie kupiłam żadnego z nich, pani wcisnęła mi jeszcze jedno na drogę. A ja nie miałam zamiaru się buntować!

Wejście do Meigetsu-in jest dość dobrze ukryte, ale po przekroczeniu małej bramy od razu ma się poczucie, że znalazło się w miejscu wyjątkowym. Na tyle, że człowiek lekko otumaniony patrzy dookoła, a niekoniecznie pod nogi. Skończyło się to prawie potknięciem się o kamienną figurę zająca, spoglądającego na nurt strumienia, ale na szczęście udało mi się tego uniknąć i razem z nim przystanęłam na chwilę, żeby delektować się otaczającym mnie pięknem. I niewyobrażalnym wręcz spokojem.

meigetsuin2

Z jakiej racji jednak na terenie świątyni można znaleźć podobiznę królika? Otóż „Meigetsu” oznacza między innymi „jasny księżyc”, a z nim utożsamiany jest w folklorze japońskim właśnie królik. W ramach przypomnienia dla tych, którzy nie pamiętają  dlaczego Japończycy wypatrują na powierzchni księżyca podobizny właśnie tego uroczego zwierzaczka, polecam przeczytanie posta na temat tsukimi (月見), czyli podziwiania księżyca po japońsku.

meigetsuin3

Meigetsu-in została założona w 1160 roku i należy do sekty buddyzmu zen o nazwie Rinzai (臨済), tak samo zresztą jak Engaku-ji. Budowę jej zlecił niejaki Uesugi Norikata (上杉憲方) aby uczcić pamięć swojego ojca, poległego podczas wojny domowej, do której doprowadził konflikt między dwoma zwaśnionymi klanami – Taira i Minamoto. Początkowo świątynia ta była tylko skromnym dodatkiem do o wiele większej świątyni Zenkō-ji (禅興寺), lecz ta ostatnia została zamknięta podczas politycznych zawirowań związanych z Restauracją Meiji w drugiej połowie XIX wieku. Na szczęście oszczędzono Meigetsu-in i można spacerować po jej terenie do dziś, za co jestem niebywale wdzięczna.

Szkoda tylko, że nie udało mi się zobaczyć ogrodów Meigetsu-in, kiedy to kwitną w nim setki, jeśli nie tysiące krzewów hortensji. Nota bene świątynia ta nazywana jest często właśnie „Świątynią Hortensji” – 紫陽花寺 (Ajisai-dera). I mimo tego, że jest to ponoć dość współczesny dodatek, z pewnością dodaje temu miejscu bonusowych punktów i jeśli kiedyś będę miała okazję wybrać się do Kamakury w czerwcu to postaram się także wpaść do Meigetsu-in.

meigetsuin4 meigetsuin6

Moją szczególną uwagę zwróciło jednak okrągłe okno w głównym budynku świątyni, przez które można podziwiać prześliczny ogród. Tak stałam sobie i patrzyłam przez to okno i muszę przyznać, że, nie mam pojęcia czemu, ale spoglądanie na obraz dopracowanej do perfekcji natury, wycięty w idealny okrąg jakoś koił moją duszę. Może dlatego, że wydawało się, jakby krajobraz ten był niczym nie z tej ziemi? A może spowodowane jest to moją fascynacją japońską estetyką i cechującą ją prostotą?

meigetsuin7

meigetsuin5

Mnie zauroczył także malutki budynek pokryty strzechą – tak zwane Kaizan-dō (開山堂), poświęcone założycielowi świątyni. W środku znajdują się także tabliczki upamiętniające głównych kapłanów.

meigetsuin8

meigetsuin9

A na koniec, jakby tego wszechobecnego i przytłaczającego momentami piękna natury było mi mało, wylądowałam na ścieżce wiodącej przez bambusowy las. Znalazła się nawet i ławeczka, na której przysiadłam aby ochłonąć. Jak sobie pomyślę, że spędziłam dobre kilkanaście minut siedząc w lesie… z dużej trawy to aż chce mi się śmiać. Człowiek jak sobie to tylko uświadomi, zaczyna się czuć trochę jak mrówka, tudzież inne malutkie stworzonko, nieświadome ogromu otaczającego go świata. Albo świadome na tyle, że jedyne co pozostaje to ogromny szacunek do natury. I może właśnie o taki efekt twórcom krajobrazu w świątyni chodziło?

Engaku-ji uznawane jest za numer dwa na liście pięciu wielkich świątyń zen, ale nie byłabym sobą, gdybym nie zawitała także do tej numero uno. Kenchō-ji (建長寺) oprócz bycia najważniejszą, jest także najstarsza. Zbudowana została z rozkazu cesarza Go-Fukakusa (後深草) w 1253 roku, piątym roku ery Kenchō. I to właśnie od niej bierze ona swą nazwę.

Brama wejściowa do Kenchō-ji (建長寺) wygląda wręcz identycznie do tej z Engaku-ji, więc przez moment poczułam się nieźle skonfundowana. Czy przypadkiem nie wylądowałam z powrotem w Engaku-ji? Ale tamta brama stała trochę w innej okolicy… I chyba wyglądała ciut inaczej? Ale czy aby na pewno? Spojrzałam jednak na bilet a tam czarno na białym, że witamy w Kenchō-ji (建長寺), a po chwili zobaczyłam także, że i złoty napis na bramie jak byk twierdzi, że znajduję się w najważniejszej świątyni zen.

engakuji8

Tę bramę Sanmon zbudowano w 1754 z donacji mieszkańców regionu Kantō (関東). Ponoć według legendy tanuki (o tych niezwykle ważnych dla japońskiego folkloru stworzeniach pisałam niedawno tutaj) zamienił się w mnicha i pomógł w uzbieraniu potrzebnej kwoty, dlatego też dzisiaj bramę tą często nazywa się Tanuki-mon (狸門) – „Bramą Jenota”.

kenchoji2 kenchoji3

Podczas tych kilku miesięcy w Japonii widziałam już doprawdy całą rzeszę posągów Buddy, ale widok Śakjamuniego w wydaniu poszczącym nadal należy do ogromnej rzadkości. Z tego co pamiętam do tej pory widziałam podobne oblicze Buddy jedynie raz, na początku mojej przygody w krainie tajfunów, w Kawagoe (川越). Wpatrzona ze zdziwieniem na pochodzący z Pakistanu posążek prawie zupełnie przeoczyłam ustawiony w małej wnęce z tyłu posążek bogini miłosierdzia Kannon (観音). Próbując dowiedzieć się o tych figurach nieco więcej doczytałam w ulotce, że budynek Hattō (法堂), zbudowany w 1814 roku jest największą buddyjską budowlą drewnianą we wschodniej Azji. Wydaje się, że mnisi z Kenchō-ji na każdym kroku nie omieszkają przypomnieć światu, że to ich świątynia jest tą najwspanialszą, najważniejszą i największą. Jak to powiadają – „grunt to dobry PR”.

kenchoji4

Teren świątyni był naprawdę rozległy, a ogrody ukryte pomiędzy ogromnymi budynkami świątyń dawały chwilę wytchnienia od turystów, których liczba z godziny na godzinę rosła w zastraszającym tempie. Ja jednak już z daleka zauważyłam blask bijący od pokrytej złotem bramy i od razu udałam się w jej stronę. Nie wiem czemu, ale początkowo wydawała mi się, jakby ktoś ją żywcem wyjął z pełnego przepychu mauzoleum w Nikkō czy też w Sendai i coś mi tu nie pasowało. Byłam w końcu w najważniejszej świątyni zen w okolicy, a nie w miejscu, na które nie szczędzono grosza, aby upamiętnić jednego z lordów – powtarzałam sobie, trochę zdezorientowana. Bo może już mi się w głowie coś zaczęło mieszać, a zważając na fakt, że nigdy specjalistką od architektury i sztuki nie byłam, może faktycznie przyszedł czas na przerwę.

kenchoji5 kenchoji6 kenchoji7

Bijąca po oczach swym bogactwem karamon (唐門) jest dość nowym nabytkiem w świątyni, bo przywieziono ją do Kamakury dopiero w 1647 roku, czyli dobre 400 lat po jej założeniu. Nie jest to jednak zwykła brama, gdyż otwierano ją jedynie dla konwojów cesarskich. No cóż, najwidoczniej każda okazja jest dobra aby poobnosić się swoim bogactwem i statusem, nawet jak człowiek znajdzie się w miejscu totalnie do tego niestosownym. A jakoś nie jestem sobie w stanie wyobrazić miejsca mniej odpowiedniego do tego niż świątyni zen, gdzie ludzie zjeżdżali z całego kraju i zresztą nadal to czynią aby zatopić się w medytacji.

Rozmyślając tak nad sensem różnych mniej i bardziej górnolotnych idei, opuściłam teren świątyni i udałam się w stronę centrum Kamakury. Nie muszę pewnie już wspominać, że głównym celem tego spaceru było znalezienie czegoś pysznego do jedzenia, ale nie obawiałam się o to specjalnie, bo wiedziałam, że czego jak czego, ale pysznego i świeżego jedzenia w Kamakurze jest pod dostatkiem. Zanim jednak dotarłam do niesamowicie klimatycznej restauracji, ukrytej w wąskiej uliczce, dosłownie rzut kamieniem od brzegu oceanu, spędziłam dobrą godzinę podziwiając asortyment przeróżnych sklepików po drodze, oferujących ręcznie robioną biżuterię, słodycze, przyprawy czy też ceramikę. Z reguły taka gama rzeczy, które nie miały nic wspólnego z turystycznym kiczem niezmiernie by mnie uszczęśliwiła, ale wybór był tak duży, że w pewnym momencie poczułam, że już mi się to wszystko zaczyna w głowie mieszać. I że albo zaraz wydam kupę kasy, kupując wszystko co mi wpadnie w ręce, albo nie kupię nic, bo podjęcie decyzji wydawało się w wielu przypadkach wręcz niemożliwe. Przyznam, że byłam bardzo bliska wybrania pierwszej opcji, ale udało mi się jakoś oprzeć pokusie i postanowiłam najpierw doświadczyć uczty w wydaniu a la Kamakura. Ale o restauracji w urokliwym historycznym budynku znanej w całym regionie ze swojego wyśmienitego ręcznie robionego makaronu gryczanego soba, o spacerze z pełnym brzuchem nad brzegiem Pacyfiku, a także o wizycie u Wielkiego Buddy i o zajadaniu się świeżo pieczonymi na terenie świątyni mitarashi dango, spoglądając na panoramę tego magicznego miasteczka przeczytacie już wkrótce!

0 comments on “Kamakura (鎌倉) – szlakiem filozofii zen, cz. 1

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *