Kamakura (鎌倉) – szlakiem filozofii zen, cz. 2

W pierwszym tygodniu maja nosiło mnie po Japonii co nie miara, ale niestety powoli uświadamiam sobie, że daleko mi do superwoman i że spisanie tego wszystkiego trochę potrwa. Ale ma to także swoje pozytywne strony – wrażenia z odwiedzonych miejsc układają się w mojej głowie powolutku, a ja mogę do nich na spokojnie wracać i przeżywać te co fajniejsze chwile po raz kolejny. Nie należę bynajmniej do osób cierpliwych i najchętniej opowiedziałabym Wam o wszystkim teraz i zaraz, ale inspirując się trochę motywem przewodnim poprzedniego wpisu, będę trochę bardziej „zen” i mam nadzieję, że i Wy z chęcią wrócicie jeszcze na chwilę do Kamakury, bo jest o czym pisać.

Tak na zachętę zacznę tym razem od jedzenia, w końcu ostatnim razem wątek urwał się w tym kulminacyjnym momencie, zaraz przed lunchem. Okrucieństwo niczym z najbardziej oklepanych seriali, kiedy to w najważniejszym momencie wyskakuje napis „to be continued”. Jeśli jesteście głodni, to marsz do kuchni po jakąś kanapkę, bo kuszenie głodnego zdjęciami pysznego jedzenia to niemalże forma tortury. A nie o to w końcu w tajfunowej krainie chodzi.

Jak wiecie, w Kamakurze spędziłam tylko jeden dzień, więc chciałam go wykorzystać jak najlepiej. Z reguły jestem fanką improwizacji i tak jak nie sprawdzałam specjalnie, co zwiedzić, bo wiedziałam, że piękne świątynie można napotkać na każdym kroku, tak też postanowiłam znaleźć jakieś miejsce, gdzie mogłabym zjeść coś naprawdę nieziemsko pysznego, a najlepiej jeśli byłoby ono polecane przez Japończyków. W końcu jest to naród, który ma niemałą obsesję na punkcie jedzenia i jeśli tylko wspomnę komuś o wypadzie za miasto, to pierwsze pytanie, które zawsze pada to „Zjadłaś coś dobrego?”. W przypadku, gdy osoba ta ma w miarę pojęcie, z czego znany jest dany region czy miasto, pytanie brzmi „Próbowałaś może X? Pycha, prawda?”. Nikt nie spytał się mnie nigdy o to czy widziałam jakąś świątynię, czy poszłam na wystawę lub do zoo. Bez wyjątku pytana jestem zawsze o to, czy spróbowałam specjału danego miejsca. Dlatego też wypytałam kilku znajomych z czym kojarzy się im Kamakura i prawie wszyscy odpowiedzieli, że ze świeżym makaronem soba. I z rybami. Nie jadam ryb, więc wybór padł na michę makaronu gryczanego. Ledwo co zapamiętałam sobie, że w Kamakurze trzeba będzie spróbować tego przysmaku, już znajoma z pracy dodała, że najważniejsze jest, żeby był ręcznie robiony na miejscu.

– Ale skąd będę wiedzieć, że jest akurat robiony na miejscu i to ręcznie? – głowiłam się, ale niepotrzebnie, bo zaraz jedna z pracujących w moim biurze kobiet, która jadła lunch przy tym samym stole zawołała inną, której teściowie mieszkali w Kamakurze.

– Słuchaj, Karolina-san wybiera się do Kamakury i pytała się co tam można zjeść. Zaproponowałam sobę, ale tam mają tyle dobrych miejsc, że sama nie wiem co polecić – A, B, a może C? Chociaż w D też serwują pyszną, choć tną ją w trochę grubsze paski? Co o tym sądzisz?

Momentami prędkość rozmowy przybierała takie tempo, że gubiłam się totalnie, ale jako że mowa była o jedzeniu, starałam się jakoś skupić i wynieść coś z tej rozmowy.

– Jeśli soba to tylko Matsubara-an! – rzekła kobieta, wręcz oburzona, że można w ogóle brać pod uwagę inne restauracje. Mimo że wpadłam na nią może raz czy dwa w drodze do windy, nie miałam bladego pojęcia jak się nazywała.

Zatem padł werdykt, a ja od razu po zjedzeniu lunchu w moim biurowcu, wyjęłam z torby komórkę, żeby przed końcem przerwy sprawdzić, co i jak. Znalazłam stronę bez problemu, zapisałam adres i kilka dni później, klucząc trochę wśród ciasnych uliczek Kamakury, dotarłam wreszcie na miejsce, które przez ten czas zdążyło w mojej głowie urosnąć do rangi niemalże legendy. Ale chyba zasłużenie, bo nigdy jeszcze nie jadłam michy tak pysznej soby. I nawet mimo tego, że porcja była ogromna i z reguły poddałabym się w połowie, nie bacząc na rozsądek (ani na rozmiar mojego żołądka) zjadłam ją do ostatniej niteczki makaronu, a bulion wypiłam także do ostatniej kropelki. Może nie licząc tych, które wylądowały na stole w drodze z miski do moich ust, ale nawet kilka miesięcy mieszkania w Azji nie czyni z człowieka automatycznie mistrza pałeczek!

kamakura4

Zanim jednak dane mi było zasmakować się w kreacji kucharzy z Matsubara-an (松原庵), musiałam trochę na tę przyjemność poczekać. Wspominałam już nie raz, że Japończycy uwielbiają kolejki, zwłaszcza do restauracji i kawiarenek i w tym przypadku także nie było inaczej. Rozważałam nawet zarezerwowanie jakiegoś stolika, ale nie lubię podróżowania z planem co do godziny, bo mnie to tylko stresuje. Na szczęście pogoda była przepiękna, więc kiedy powiedziano nam, że musimy poczekać ze trzydzieści czy czterdzieści minut na jednej z ławeczek skąpanych w słońcu, nikt z nas nie protestował. A nawet przyjemnie było wygrzać się i zgłodnieć jeszcze bardziej przed smakowaniem takich pyszności.

Ucieszyłam się niezmiernie, że posadzono nas na tarasie, bo mogłam wreszcie nacieszyć się świeżym powietrzem, którego miałam ogromne braki, pracując w klimatyzowanym biurowcu od rana do wieczora. Słoneczko świeciło, ptaszki ćwierkały, w oddali słychać było cichy szum oceanu, a w powietrzu unosił się zapach świeżo podawanego jedzenia.

kamakura3Zapach, który z czasem zaczął wręcz sadystycznie kusić, bo im dłużej czekałam na jedzenie, tym bardziej miałam ochotę wstać i podkraść trochę świeżutkiej tempury ze stolika obok. Na szczęście kelnerka była przesympatyczna i co chwilę dolewała mi do czarki zielonej herbaty z prażonym brązowym ryżem, tak zwanej genmaicha (玄米茶). I pomyśleć że trzy lata temu, kiedy nareszcie dane było mi odwiedzić krainę tajfunów po raz pierwszy, herbata zielona wydawała mi się wręcz ohydna. Ach te błędy młodości!

Po kilkunastu minutach męki me zostały w końcu ukrócone i przede mną na stoliku pojawiła się parująca miska makaronu gryczanego z talerzem świeżo przyrządzonej i gorącej tempury z warzyw. Nie będę się tu specjalnie rozpisywać nad tym daniem, bo było ono nieskomplikowane. Ale właśnie proste dania z reguły są najpyszniejsze. I co by nie mówić – makaron przyrządzony był wybornie (z czasem stałą się wielką fanką soby, którą zajadałam się przez kilka dni np. w Naruko)

kamakura2

Jedzenie zniknęło w czeluściach mojego żołądka w zatrważającym tempie, które zadziwiło przez chwilę nawet mnie. No ale nic dziwnego – w końcu co to za frajda zajadać się zimną zupą! A przynajmniej tak próbowałam sobie jakoś racjonalizować moje obżarstwo. Jednak jakby na to nie patrzeć – może objętościowo było tego całkiem sporo, ale na pewno był to posiłek zdrowy i niezbyt obfitujący w kalorie. Dlatego też mimo że wciągnęłam michę zupy, nie czułam się w ogóle ociężała i ospała, wręcz przeciwnie – miałam masę energii, żeby kontynuować zatracanie się w niesamowitej atmosferze tego miasteczka. Wyczyściwszy naczynia do czysta, podążyłam zatem, tym razem nie za zapachem, lecz za dźwiękiem oceanu i po chwili wylądowałam na plaży.

kamakura5

Nie należę do wielkich fanów wylegiwania się na plaży ani nawet morskich kąpieli, ale spacer nad brzegiem morza, zwłaszcza wiosną i jesienią jest czymś, co uwielbiam. Planowałam przejść się nawet spory kawałek wśród oceanu, ale niestety wiatr szalał w najlepsze i skończyło się jedynie na krótkim przycupnięciu na piasku i wsłuchiwaniu się w rytmiczny dźwięk fal. Taka medytacja w polskim wydaniu. Może do medytacji zen jej daleko, ale od czegoś trzeba zacząć, prawda?

Jak już jesteśmy przy medytacji zen, to podążmy tym wątkiem i wróćmy do pięknych buddyjskich świątyń, których w Kamakurze jest cała masa. Na koniec zostawiłam sobie dwa strasznie popularne miejsca, bo musiałam się do tłumów turystów mentalnie przygotować. Im bardziej zbliżałam się do najbardziej obleganego przez turystów miejsc, tym Kamakura stopniowo traciła swój urok, bo na uliczkach zamiast małych kawiarenek zaczęło pojawiać się coraz więcej budek sprzedających chińską tandetę. Wydawałoby mi się, że nawet głupi nie kupiłby plastikowej figurki Buddy, ale po kilku minutach spaceru wzdłuż sklepów z pamiątkami uświadomiłam sobie, że przeciętnemu turyście można wcisnąć naprawdę wszystko. Przyspieszyłam zatem kroku, bo chciałam ujrzeć wreszcie symbol Kamakury – Wielkiego Buddę, znanego też jako daibutsu (大仏).

daibutsu1

Świątynia Kōtoku-in (高徳院) jest głównie znana dzięki ogromnemu posągowi Buddy, znajdującemu się na jej terenie. Według źródeł historycznych, posąg powstał najprawdopodobniej już w 1252 roku, a przedtem stała na tym miejscu potężna rzeźba z drewna, która została zniszczona w 1948 w czasie burzy. Słynna nie tylko w Japonii, ale na całym świecie podobizna Buddy wykonana została z brązu i jest drugą co do wielkości rzeźbą Buddy z brązu w Japonii – ustępuje jedynie daibutsu ze świątyni Todai-ji w Narze. W wersji pierwotnej posąg pokryty był złotem, ponoć do dziś w okolicach nieproporcjonalnie wielkich uszu można znaleźć nikłe ślady złota. Ja tego nie widziałam, ale zaufam znawcom w tej materii. Główny budynek świątyni, w którym to stał daibutsu został zniszczony podczas burzy (pewnie jakiś złośliwy tajfun) w 1334 roku i odbudowano go niedługo potem. 35 lat później znowu uległ on zniszczeniu w podobny sposób. I znowu go zbudowano od początku. Ale kiedy pod koniec XV wieku świątynię zmiotło z powierzchni ziemi ogromne tsunami, widocznie uznano, że to syzyfowa praca i od tego czasu Budda stoi na świeżym powietrzu.

daibutsu2

Co ciekawe, posąg ten jest pusty w środku i za symboliczną opłatą w wysokości 30 jenów (około 90 groszy) można wejść do środka. Słońce smaliło niemiłosiernie, więc i w środku Buddy (czy nie brzmi to trochę jak z Monty Pythona?) panował skwar jak w saunie. Najbardziej zadziwiło mnie chyba to, że w posągu znajduje się otwór, przez który wpadało światło dzienne. A Budda, który z zewnątrz wygląda na skupionego i spokojnego, wewnątrz jest pełen żaru. Autentycznie prawie sobie poparzyłam rękę, kiedy to stwierdziłam, że dotknę Buddy od środka, bo wydało mi się to tak surrealistyczne, że po prostu nie mogłam się powstrzymać. Zwłaszcza patrząc na otwór, który jest jego głową.

daibutsu3

IMG_2374

Główną (i tak naprawdę jedyną) atrakcją świątyni jest właśnie daibutsu, dlatego nie miałam zamiaru siedzieć tam bez końca, zwłaszcza, że na teren Kōtoku-in przybywało coraz więcej i więcej turystów. Każdy chciał mieć oczywiście słit focię na tle Buddy, co dość utrudniało wydostanie się ze świątyni bez wylądowania w kadrze. Mam jednak już w tym dość wprawy, więc poszło to dość sprawnie. W programie rzeczy, które musiałam zobaczyć przed wyjazdem z Kamakury była jeszcze jedna świątynia, położona kilkanaście minut powolnym spacerkiem z Kōtoku-in. Kupiłam po drodze lody o smaku zielonej herbaty i z taką oto zachętą w ręku udałam się w stronę ostatecznego celu mojej wycieczki.

Hase-dera (長谷寺) to jedna z najsłynniejszych świątyń buddyjskich w regionie i o dziwo nie jest to świątynia zen. Należy ona do sekty Jōdo-shū (浄土宗), której nazwę można przetłumaczyć jako „Sekta Czystej Ziemi” i znana jest głównie z posągu bogini miłosierdzia Kannon. Wykonany z drewna kamforowego i pokryty złotem ściąga do Hase-dera całe masy pielgrzymów, no i oczywiście turystów. Jak to w Japonii bywa z powstaniem tego posągu związana jest legenda, podobnie jak w przypadku podobizny Buddy z Sensō-ji w tokijskiej dzielnicy Asakusa, o której pisałam niedawno. Otóż według legendy jest to jeden z dwóch posągów wykonanych w 721 roku przez mnicha o imieniu Tokudō (徳道). Drzewo kamforowe było ponoć tak ogromne, że postanowił on wyrzeźbić z niego dwa posągi. Jedno umieszczono w świątyni Hase-dera w Narze, znajdującej się w tamtych czasach w Prowincji Yamato (大和), a drugą wrzucono do morza, aby odnalazła miejsce, z którym połączyłaby ją karmiczną więź. 15 lat później posąg został znaleziony przez rybaków na plaży Nagai, na półwyspie Miura. Niedługo potem przeniesiono go do Kamakury, gdzie wybudowano świątynię aby ją uczcić. I tak oto, w pierwszej połowie VIII wieku powstała wersja Hase-dera w wydaniu a la Kamakura.

hasedera1 (© http://www.hasedera.jp/01_hasedera/01)

Jednak zanim wspięłam się po dość stromych schodach aby dotrzeć do głównego budynku, w którym znajduje się złota podobizna Kannon, zwiedziłam położone na dole ogrody i grotę zwaną benten-kutsu (弁天), poświęconą bogini Benten (弁天) (o której to napisałam kilka słów przy okazji wizyty na wyspie Matsushima). Zrobiła ona na mnie niemałe wrażenie, zwłaszcza małe zakamarki wypełnione setkami maleńkich figurek. Mimo klaustrofobii i nieodpartej chęci wyjścia z tej jaskini już w chwilę po wejściu w jej czeluści, podświetlone wątłym płomieniem świeczek posążki były widokiem iście magicznym.

Hase-dera w Kamakurze
© http://www.pbase.com/bmcmorrow/image/83246125

Po drodze na szczyt wzniesienia, na którym znajduje się główna świątynia znajduje się ołtarz poświęcony Jizō (地蔵), boddhisatwie znanym także jako Ksitigarbha (przeczytajcie też koniecznie o „Pocącym się Jizō!” z Kōya-san!). Jest on patronem noworodków, dzieci nienarodzonych, ale także pielgrzymów i kobiet w ciąży. Małe figurki postanowione są przez rodziców opłakujących stratę nienarodzonego dziecka, czy to przy porodzie, w wyniku poronienia czy aborcji. Figurki te zabierane są przez mnichów raz do roku, aby dać miejsce na te nowe. Ponoć od drugiej wojny światowej ustawiono tam ponad pięćdziesiąt tysięcy figurek (!).

hasedera3 hasedera4 hasedera5

Kiedy już udało mi się wejść na górę, nawet bez specjalnej zadyszki, udałam się od razu w stronę stoiska sprzedającego mitarashi dango. Posiliwszy się tym japońskim przysmakiem podziwiałam panoramę Kamakury, a zwłaszcza położony w oddali ocean.

hasedera6 hasedera7 hasedera9

Tak patrząc na panoramę Kamakury, zagryzając dango stwierdziłam, że był to naprawdę mega pozytywny dzień. I naprawdę tego było mi trzeba. Aż trudno uwierzyć, że takie miejsca znajdują się dosłownie rzut kamieniem od Tokio. Szczerze mówiąc, żałuję że nie przyjechałam tu wcześniej, zwłaszcza gdy męczyła mnie zimowa chandra. Kierując się w stronę wyjścia napotkałam przy schodach uśmiechnięty posążek, który tylko utwierdził mnie w przekonaniu, że jak to mówią: „life is good”.

hasedera10

A najlepsze w tym wszystkim było to, że ten dzień w Kamakurze był także początkiem dłuższego urlopu z okazji tak zwanego Złotego Tygodnia. A jak wiecie jak mam tylko choć trochę wolnego, od razu mnie gdzieś nosi. I tak też było tym razem i jeśli śledzicie moje konto na Instagramie, pewnie możecie ze zdjęć i ich podpisów zgadnąć, nawet jeśli tylko częściowo, gdzie spędziłam pierwsze mini-wakacje w tym roku. A były z pewnością zasłużone.

Nie zdawałam sobie nigdy sprawy, że siedzenie przed komputerem od rana do wieczora może być czynnością aż tak męczącą – w końcu nikt nie każe mi kopać rowów a jedynie wklepywać rzeczy do komputera. Byłam w sporym błędzie, ale na szczęście te kilka dni z dala od Tokio sprawiły, że problemy i wszelkiej maści narzekanie zostawiłam w stolicy. A ja, wolna od zmartwień, uśmiechnięta od ucha do ucha jak ten posążek w Hase-dera, zapakowałam swoje manatki i wyruszyłam najpierw do Hakone, gdzie postanowiłam w „głuszy” niedaleko góry Fuji spędzić swoje urodziny. Wszakże nie ma lepszego prezentu niż dzień spędzony z dala od cywilizacji, zwłaszcza w lekko rozpadającym się drewnianym ryokanie, gdzie posiłki złożone z kilkunastu małych dań serwowane są w pokoju, a wieczorem, po dniu spędzonym na chodzeniu po okolicy, można wymoczyć swoje cztery litery w (przerażająco) gorących źródłach. A to dopiero początek mojego urlopu i związanego z nim wrażeń! Podróże – lek na wszelkie dolegliwości? W moim przypadku na pewno.

1 comment on “Kamakura (鎌倉) – szlakiem filozofii zen, cz. 2

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *