Hakone (箱根), czyli urodzinowe lenistwo

Po jednodniowym wypadzie do Kamakury i naładowaniu pozytywną energią swoich akumulatorów przyszedł czas na dzień, który wyczekuję z niecierpliwością co roku – moje urodziny. Skłamałabym, twierdząc, że w ogóle nie interesują mnie prezenty, bo kto ich nie lubi? Ale tym razem ważniejsze było dla mnie to, że mogłam spędzić je nie dość, że w kraju, który ma w moim sercu specjalne miejsce, to jeszcze z niesamowicie ważnymi ludźmi, którzy odkąd byłam małym brzdącem wspierali moje podróżnicze ciągotki – moimi rodzicami.

Wizyta rodziców i wspólne podróżowanie przez ponad tydzień to najlepszy prezent, jaki mogłam sobie wymarzyć! Zwłaszcza, że nareszcie mogłam im pokazać, dlaczego ten kraj mnie tak bardzo fascynuje. I dlaczego mnie po tym świecie tak nosi. I dlaczego nie ma dla mnie chyba nadziei, że z tej nieodpartej potrzeby podróży zostanę kiedykolwiek wyleczona. Podejrzewam, że nie są oni tym zbytnio zdziwieni, w końcu już na początku podstawówki pochłonęłam bodajże wszystkie książki podróżnicze dla młodzieży dostępne w pobliskiej bibliotece, a „Przygody Tomka“ zostały przeczytane więcej razy niż przewidywałaby norma. Filmy podróżnicze, prenumerata National Geographic i czytanie artykułów o zakątkach w Andach, historii Aborygenów tudzież o sekwojach w British Columbia. Planowanie rodzinnych wycieczek, wysyłanie maili łamaną angielszczyzną do centrów informacyjnych w małych miasteczkach, organizowanie skoroszytów z wszelkimi ulotkami i mapkami. Filmy podróżnicze. Słuchanie opowieści taty o jeżdżeniu autostopem po totalnym odludziu na Węgrzech czy w Rumuni. W liceum pochłanianie książek Kapuścińskiego, „Historii Japonii“ Jolanty Tubielewicz i wydawanie całego kieszonkowego na książki, głównie reportaże i wszelkie powieści japońskich autorów, które tylko wpadły mi w ręce.

Cześć, jestem Karolina, właśnie skończyłam 23 lata i jestem niepoprawną podróżoholiczką.

Długo głowiłam się gdzie chciałabym spędzić ten dzień. 3 lata temu, przy okazji pierwszego pobytu w Japonii, mieszkałam u japońskiej rodziny w Osace i urodziny spędziłam sama, co było niesamowicie dołującym doświadczeniem. Fakt faktem, wciągnęłam ciastko na kształt eklera, wypełnione toną nieludzko słodkiego anko i bitą śmietaną, siedząc na ławce przy małej rzeczce, ale i tak zamiast mega uśmiechu na twarzy, męczył mnie raczej melancholijny nastrój. Dlatego też jak rodzice obwieścili, że wpadają do mnie na urodziny i „nie ma bata“, żebym spędziła je sama, wpadłam w wir planowania. O losie, co zobaczyć, gdzie pójść, co zjeść, żeby jak najlepiej wykorzystać ten czas. Asakusa? Zaliczona. Kamakura? Zobaczona. Meiji Jingū? Zakupy w Shinjuku? Wszystko jest. Ale to tyle w ramach przytokijskich atrakcji, nadszedł czas na podróż do korzeni, do miejsca, które jest sercem japońskiej kultury. Ale zanim wsiedliśmy do kosmicznego shinkansena, który w niecałe 2,5 godziny zawiózł nas do starej japońskiej stolicy, Kioto, zatrzymaliśmy się w mieścince, która od wieków słynie jako miejsce zdrowotnych wypadów Tokijczyków. Takie pięknie położone w górach miasteczko-sanatorium – Hakone (箱根).

Zarezerwowałam w Internecie tradycyjny japoński hotelik, lekko rozpadający się ryokan, który jakoś od razu wpadł mi w oko. Nie powiem, cena była troszkę zaporowa, ale stwierdziłam, że pal licho, raz w roku ma się urodziny, a dzień z domowym jedzeniem, chodzeniem po ryokanie w yukatach i moczeniu się w gorących źródłach na pewno się przyda. I nie tylko mnie. Napisałam przy okazji na podany na stronie internetowej ryokanu adres e-mail z zapytaniem czy byłaby możliwość przygotowania posiłku wegetariańskiego (tutaj długie tłumaczenie, co to oznacza). Przy okazji wypadu do Kawaguchiko także kontaktowałam się z ryokanem, ale nie wykazali oni entuzjazmu. Owszem, przygotowali posiłek w wersji wege, który był doprawdy smaczny, ale miałam wrażenie, że tylko narobiłam im kłopotu. Tutaj natomiast było całkowicie odwrotnie. Już następnego dnia dostałam maila, że nie ma sprawy, z chęcią przygotują dla mnie, czego tylko moja dusza zapragnie, i jeśli mam jakieś alergie albo jest coś innego, czego nie mogę jeść, to proszę dać znać. Czekamy już z utęsknieniem i do zobaczenia wkrótce. I mimo, że mail ten otrzymałam spokojnie z miesiąc przed wyjazdem, nie mogłam się już tego wyjazdu doczekać. Nareszcie jednak nadszedł ten dzień i po obfitym śniadaniu jeszcze w stolicy, zapakowaliśmy się do pociągu o wdzięcznej nazwie „Romance Car“ i wyruszyliśmy razem z tłumem Tokijczyków w stronę góry Fuji.

Po półtorej godziny wylądowaliśmy w pokrytym mgłą Hakone i jakoś nikt nie był specjalnie zafascynowany wizją ciągnięcia walizek pod górę, więc w ramach urodzinowej atmosfery stwierdziliśmy, że będziemy „burżujami“ i podjedziemy pod ryokan taksówką. Na szczęście nie był on daleko, a taksówkarz także nie był sadystą obdzierającym przybyszy spoza Kraju Kwitnących Wiśni z ostatnich oszczędności. I tak o to wylądowaliśmy kilka minut później przed wejściem do Fukuzumirō (福住楼).

fukuzumi1

Jeśli kiedykolwiek wyobrażaliście sobie tradycyjny japoński hotelik, cały drewniany, z przesuwanymi papierowymi ścianami, położonym nad szumiącym rwącym górskim strumieniem, to właśnie jak namalowany – Fukuzumirō. Odpowiednio ciemny i zagracony, pachnący starością, właśnie takie miejsce sobie wymarzyłam. Od razu przypomniało mi się jak zaczytywałam się “W pochwale cienia” Jun’ichirō Tanizakiego (谷崎潤一郎), gdzie wychwala on pod niebiosa takie tradycyjne japońskie domy i kontrastuje je z tymi wiecznie oświetlonymi jarzeniówkami, sterylnymi mieszkaniami w Europie czy w Ameryce. Normalnie jakbym weszła do świata, który wydawał mi się, że nie istnieje, a jednak gdzieś jeszcze trwa, równolegle do neonowego szaleństwa w metropoliach.

fukuzumi2 fukuzumi3
fukuzumi6

fukuzumi7Jako że przybyliśmy do Hakone z samego rana, nie mogliśmy jeszcze skorzystać z pokoju, który był „w trakcie przygotowań”. Dlatego też zostawiliśmy bagaże pod opieką przesympatycznego pana z recepcji i udaliśmy się na mały tour de Hakone. I co z tego, że padało co chwilę, grunt, że nastroje dopisywały! Spojrzałam na mapkę i zadowolona z siebie, że stacja kolejki, która miała nas zabrać na górę, jest tak blisko, wyszłam z hotelu, myśląc, że zaraz usiądę sobie w wagoniku i odpocznę. Byłam w nie lada błędzie. Po pierwsze, stacja w linii prostej może i znajdowała się kilkaset metrów od ryokanu, ale trzeba było ostro zasuwać pod górkę i to po ultra-wąskiej ścieżynce. I zaliczyć po drodze Bóg wie ile schodów. A po drugie, niestety nie tylko my korzystaliśmy z dnia wolnego, w końcu w Japonii 29. kwietnia to święto narodowe, tak zwany Dzień Shōwa (昭和の日; Shōwa no Hi), czyli urodziny poprzedniego cesarza, którego my znamy jako Hirohito, lecz Japończycy zawsze używają jedynie jego pośmiertnego imienia – Shōwa.

Po podejściu pod całkiem sporą górę, co zajęło nam dobre kilkanaście minut, dotarliśmy do „stacji” kolejki, jeśli w ogóle stacją można by ją nazwać. Owszem, w ziemię wbita była tabliczka z nazwą miejsca i rozkładem jazdy, ale poza tym w okolicy nie było nic. Zatem przycupnęliśmy na lekko rozpadającej się ławce i czekaliśmy na kolejkę. Nie przypuszczałam jednak, że oprócz nas na pomysł wjechania wyżej wpadnie bodajże pół Japonii. Wcisnęłam się ledwo do nieludzko zatłoczonego wagoniku, przy którym nawet tłok o godzinie ósmej rano w linii Yamanote to nic i totalnie się wyłączyłam. Nie dało się ani rozmawiać, ani nawet ruszyć, a przez pogodę niewiele było nawet na zewnątrz widać. Żeby dojechać do celu, musieliśmy się dwa razy przesiąść i na szczęście z każdą przesiadką liczba osób chcących jechać w tę niezbyt zachęcającą pogodę malała i to w tempie dość ekspresowym. Zatem jakoś po godzinie jechania różnymi kolejkami, które z każda przesiadką coraz mniej przypominały pociąg a coraz bardziej wyciąg narciarski, znaleźliśmy się u celu – w Ōwakudani (大涌谷)

owakudani4

Nazwa nie jest bynajmniej przypadkowa – w dosłownym tłumaczeniu oznacza „Dolinę Wielkiego Wrzenia”. Pomysł na takie a nie inne ochrzczenie tego miejsca staje się jasny już podczas jazdy kolejką, w końcu z dala widać wielkie obłoki siarki i dość kosmiczny krajobraz. Myślę, że gdyby ktoś wywiózł mnie tam  w środku nocy, a nad ranem wmówił mi, że właśnie jestem na Księżycu to byłabym skłonna w to uwierzyć. Miejsce tak nieprzyjazne do życia… że uczyniono z tego nie lada atrakcję turystyczną i do miejsca przesiąkniętego drażniącym zapachem siarki ciągną istne tłumy.

owakudani1 owakudani2 owakudani3

Główną atrakcją Ōwakudani poza krajobrazem jak nie z tej Ziemi są gotowane w tych buchających z otchłani ziemi jajka, które pokrywają się czarną niby sadzą. Kuro-tamago (黒卵), czyli „czarne jajka” sprzedawane są dosłownie na każdym kroku (podobnie jak w Asahidake na Hokkaidō) . Wydawałoby się, że co takiego można zaoferować turyście w takim miejscu oprócz samego widoku, a tu proszę, potrzeba matką wynalazku. Przy okazji ktoś wpadł na to, aby rozprzestrzenić plotkę jakoby zjedzenie takiego jajka miało wydłużyć życie o siedem lat. Więc ludzie tłoczą się i kupują te jajka, w paczkach po pięć czy dziesięć i zajadają się nimi jakby to był nie wiadomo jaki rarytas. Ja nie dość, że byłam najedzona, to jeszcze jakoś średnio chciałam wcinać czarne jajka, tłocząc się przy jakiejś skleconej na szybko budzie z tłumem turystów. Ale oprócz klasycznych jajek można było dostać przeróżne „rarytasy” nimi zainspirowane, na przykład czekoladki z migdałami w kształcie jajek. A jakby komuś tego było mało, może zawsze zainwestować w maskotkę Hello Kitty z napisem „czarne jajko”. Co kto lubi.

owakudani5

Jak to w Japonii często bywa, większość ludzi spotkanych w „Dolinie Wielkiego Wrzenia” byli częścią zorganizowanych wycieczek. Zdziwiło mnie i to bardzo, że wpadliśmy tam nawet na wycieczkę z Polski, z panią przewodniczką dumnie niosącą na przedzie flagę z nazwą biura turystycznego jakby właśnie wnosiła sztandar na szkolny apel i nadającą jak najęta przez mikrofonik. Chociaż muszę przyznać, że mieli niezłe tempo, my ledwo zdążyliśmy zrobić kilka zdjęć i przejść się pod górę, a Ci już zdążyli przejść całą trasę, zjeść jajka i wracali do autokaru. Ale zanim wyjechali, każdy, po kolei, zrobił sobie zdjęcie przed betonowym czarnym jajem. Czyżby był to jakiś magiczny „foto spot”, o którym nie wiem? Chyba że obkupienie się we wszystko z motywem czarnego jajka jakoś wzmacnia długowieczne działanie kuro-tamago?

Ōwakudani to z pewnością miejsce warte odwiedzenia, ale ile też można siedzieć tam i oglądać góry wypluwające z siebie siarkowe opary. Dlatego też po dostatecznym nacieszeniu się miejscem, co pomogło też jeszcze bardziej docenić okolicę, w której znajdował się nasz ryokan, wsiedliśmy do następnej kolejki, aby zjechać w dół, na brzeg jeziora Ashi (芦ノ湖; Ashi-no-ko). W planie był spacer po okolicy, ale średnio widział nam się spacer w taki deszcz. Po krótkim namyśle zdecydowaliśmy się na rejs dość kiczowatym stateczkiem w stronę Moto-Hakone. Mieliśmy nadzieję na podziwianie z jego pokładu majestatycznego oblicza góry Fuji, na którą miałam już okazję napatrzeć się w Kawaguchiko, ale od drugiej strony. Niestety, pogoda się na nas uwzięła, jakby na złość starając się popsuć moje świętowanie, więc nici z podziwiania Fuji. Ale muszę przyznać, że „Jezioro Szuwar”, bo tak też jego nazwa jest tłumaczona, zrobiło na mnie wrażenie także w tym zamglonym i zachmurzonym wydaniu. Zwłaszcza wyłaniająca się z mgły malutka brama torii świątyni Hakone-jinja (箱根神社), która była naszym głównym celem w Moto-Hakone.

hakonejinja2 hakonejinja3

Według świątynnej tradycji, Hakone jinja powstała w 757 roku. Początkowo została założona na górze Komagatake (駒ヶ岳), lecz z czasem została przeniesiona na brzeg jeziora Ashi. W 1590 roku została ona spalona przez siły w Toyotomi Hideyoshiego przy okazji oblężenia Odawary (小田原), na szczęście niedługo potem, Tokugawa Ieyasu, pierwszy szogun z rodu Tokugawa poczuł się do winy i nie dość, że ze swoich środków odbudował świątynię, to jeszcze dał jej 200 koku1 (石) ryżu.

hakonejinja5

Hakone-jinja położona jest w gęstym lesie, który nadaje temu miejscu dość specyficzną, lekko mroczną atmosferę, zwłaszcza, gdy zasnute jest mgłą, a z nieba co kilkanaście minut spada lekki przelotny deszcz. Już sama droga prowadząca do głównych zabudowań świątyni wprawiła mnie w dość melancholijny nastrój; spacerowanie wśród niebywale ogromnych cedrów, które wydawały się zahaczać swoimi gałęziami o sklepienie nieba to naprawdę świetny sposób na oderwanie się od rzeczywistości.

hakonejinja1 hakonejinja7

Główny budynek świątyni był wielokrotnie trawiony przez pożary, zatem nie powinno nikogo dziwić, że teraźniejszy budynek ma niecałe 100 lat. Został on zbudowany w 1936 roku w stylu zwanym gongen-zukuri (権現造), o którym pisałam już jakiś czas temu czy to przy okazji wizyty w Sendai, czy też wspominając o świątyni Konnō Hachimangū niedaleko mojej pracy. W Hakone-jinja czci się trzy bóstwa: Ninigi-no-Mikoto (瓊瓊杵尊), wnuka Amaterasu, Bogini Słońca; Konohanasakuya-hime (木花之開耶姫), żon´ Ninigiego oraz Hoori-no-Mikoto (火遠理命), ich najmłodszego syna.

hakonejinja8 Hakone jinja

Nie tylko sama świątynia, ale także okolica naprawdę robiły wrażenie, więc postanowiliśmy nacieszyć się tym miejscem jeszcze trochę i pospacerować po okolicy. Niedaleko wejścia do świątyni znaleźliśmy małą niby-kawiarenkę, niby-jadalnię, gdzie można było kupić świeżo robione mochi z różnymi dodatkami. Skusiliśmy się na talerz rozmaitości, a do tego, jak to z reguły w Japonii bywa, otrzymaliśmy darmową zieloną herbatę.

Patrząc od góry:

  • oroshi-mochi (おろし餅)- z tartą białą rzodkwią daikon
  • nori-mochi (海苔餅)- ze sprasowanym arkuszem wodorostu nori
  • goma-mochi (胡麻餅) – z czarnym sezamem i solą
  • kinako-mochi (きな粉餅) – z prażoną mąką sojową
  • anko-mochi (餡子餅) – z pastą tsubu-an

Ja oczywiście zjadłam w trybie natychmiastowym kluskę z anko i przyznam szczerze, że była nieziemsko pyszna. Reszta też niczego sobie, chociaż ta z tartą rzodkwią w sosie sojowym średnio mi zapasowała. Ale kinako-mochi, które od razu skojarzyło mi się z zajadaniem warabi-mochi w Kamakurze także było niczego sobie. Taka forma urodzinowego ciasta, która mi odpowiada i to bardzo. Siedzę sobie w drewnianej kawiarence, zajadam anko, popijam świeżo zaparzoną zieloną herbatą a do tego wszystkiego w tle szum deszczu. Lepiej nie mogłam sobie tego wymarzyć.

Po takiej o to zachęcie do celebrowania, przyszedł czas na świętowanie właściwe i powrót do ryokanu na kolację. Niezmiernie ciekawa byłam, co też mi takiego tam wymyślą. Spodziewałam się, że będzie to dobre, bo trudno jest zepsuć dania zrobione z warzyw, ale nie miałam zielonego pojęcia, że daniom tym będzie bliżej do restauracji z gwiazdką Michelin (albo kilkoma) niż do zwykłego domowego gotowania.

Wegańskie sushi w tradycyjnym ryokanie Sashimi Różne japońskie grzyby: shiitake, enoki

Kolację podano w pokoju, a dania przynosiła co chwilę pani ubrana w piękną yukatę, czyli dzienne kimono. Nie dość, że same dania były niebywale pyszne, to jeszcze ich prezentacja na talerzu plus aranżacja wszystkich dań na stole była po prostu niesamowicie dopracowana w najmniejszych szczegółach. Dostaliśmy nawet menu z opisanymi wszystkimi daniami, zapisane zostały nazwy nawet drobniutkich dodatków i ozdób, ale mniej istotne od tego co to było jest to, że był to wieczór wręcz magiczny.

Tradycyjne japońskie jedzenie Tradycyjne japońskie jedzenie Wegański deser z matcha

Pyszne jedzenie, podawane po kolei na małych talerzykach, co sprawiło że kolacja trwała kilka dobrych godzin nie mogłaby się jednak odbyć bez butelki lokalnej sake. Samo w sobie sake niespecjalnie mi w smaku odpowiada, ale w połączeniu z japońskim jedzeniem zaczyna smakować wybornie. I nie wiem czy to kwestia okazji, miejsca czy jedzenia, ale wieczór ten na długo, jeśli nie na zawsze, zapisze się w mojej pamięci jako coś niebywałego i wyjątkowego.

fukuzumi11

Po kolacji, po której ledwo mogłam chodzić, bo tak byłam najedzona, wybrałam się do onsenu, znajdującego się na dole ryokanu. Była to moja pierwsza wizyta w tradycyjnej japońskiej łaźni, więc przez chwilę nie miałam pojęcia co ze sobą począć, lecz na szczęście na ścianach znajdowały się obrazki, co trzeba zrobić po kolei żeby nie popełnić żadnego okropnego faux pas. Zatem rozebrałam się do rosołu, wyszorowałam ciało przed wejściem do „basenu” z gorącą wodą i… prawie straciłam stopę, wkładając ją w ten nieludzki ukrop. Podpatrzyłam jednak, że ludzie najpierw polewają się powoli tym prawie wrzątkiem, zanim się w nim zanurzą, więc przykucnęłam przy wodzie, wzięłam do ręki coś na wzór chochli i próbowałam jakoś się do tego przyzwyczaić. Po kilku minutach udało mi się zanurzyć w wodzie, ale wytrzymałam tam może pięć minut. Jednakże po wytarciu się i włożeniu na czerwone od temperatury ciało świeżej bawełnianej yukaty poczułam się niesamowicie odświeżona i zrelaksowana. Myślę, że obsługa ryokanu jakoś to podejrzewała, bo po powrocie do pokoju na stoliku czekały trzy yu-mochi (湯もち), zawinięte w liście bambusa i świeżo zaparzona herbatka.

Yumochi - tradycyjna japońska przekąska

fukuzumi17 fukuzumi16

I tak o to minęły moje urodziny – niby deszczowo, ale jednak na swój sposób magicznie. Samo Hakone jest może jak dla mnie zbyt turystyczne, ale wszelkie jakieś niedociągnięcia zostały wynagrodzone i to po stokroć tym relaksującym wieczorem w ryokanie spędzonym z rodzicami, smakując z malutkich talerzyków coraz to nowych przysmaków i popijając to wszystko pyszną urodzinową sake. Totalny błogostan osiągnęłam jednak po kąpieli w gorących źródłach i potem, siedząc w świeżutkiej yukacie i zajadając słodkie mochi. Do tego w tle szum rwącego strumienia, który znajdował się tuż za oknem i poczułam się prawie jakbym osiągnęła nirwanę. Totalny relaks. Zero stresu. Osiągnęłam stan, który wydawał mi się nieosiągalny, tak jakby życie w Tokio totalnie wyssało ze mnie możliwość wyłączenia się na chwilę i cieszenia chwilą. A w Hakone udało mi się przełączyć na tryb „carpe diem”. I to jest najlepszy prezent, jaki mogłabym sobie kiedykolwiek wymyślić. Dzień spędzony na świeżym powietrzu, nieziemsko pyszna kolacja, gorące źródła, a potem porządny sen w mięciutkim futonie, wspomagany szumem wody. Mogę bez wahania powiedzieć, że dzień ten był faktycznie „happy birthday”. Co za genialny początek „złotego tygodnia”!


1 – koku, dawna japońska miara objętości; ilość ryżu, która miała starczyć na wykarmienie jednej osoby przez jeden rok. W przybliżeniu, jeden metr sześcienny to 3,6 koku.

Karolina

autor:

Cześć! Mam na imię Karolina. Jestem absolwentką japonistyki na Oxfordzie i piszę tutaj głównie o Azji Wschodniej. W wolnych chwilach czytam, gotuję wegańskie pyszności i próbuję wymyślić, jak choć trochę ulepszyć świat.

  1. cudowne urodziny! wszystkiego najlepszego 🙂

  2. Cześć Karolina. Super opis!
    Mam pytanko. Jedziemy w maju do Japonii z 9-cio miesięcznym niemowlakiem. W Tokio będziemy 6 dni w ciągu których planujemy (w ramach odpoczynku od miasta) 1, 2 lub 3 wycieczki jednodniowe. Nikko, Kawaguchiko i właśnie Hakone. Które miejsce (Hakone czy Kawaguchiko) byś poleciła na wyjazd z wózkiem? Z tego co piszesz i co wyczytałam w Lonley Planecie to żeby się dostać do jeziora w Hakone trzeba wziąć gondolę, która jest zatłoczona, myślisz ze damy radę z wózkiem czy raczej się umęczymy i będziemy mieli dość całej wycieczki? 😉

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *