Gion (祇園) i Higashiyama (東山), czyli posmak Japonii sprzed wieków

Pierwszy dzień z dodatkową wiosną na karku zaczął się w sposób iście magiczny. Jak już wiecie, urodziny spędziłam w wyjątkowym miejscu i z wyjątkowymi ludźmi, w Hakone. Tak jak w Tokio cierpiałam na bezsenność, tutaj po raz pierwszy udało mi się porządnie wyspać. Świeże powietrze, ciągły szum strumienia, czyściutki futon – pierwsza od kilku tygodni noc spędzona poza zagraconym pokojem w akademiku okazała się mieć na mnie wręcz zbawienny wpływ. Nie będę się tu rozpływać nad zaserwowanym nam śniadaniem, bo byłyby to istne tortury. Zatem przewińmy trochę ten film do przodu – kończymy śniadanie, wsiadamy w shinkansen, a niecałe dwie i pół godziny później lądujemy w dawnej stolicy Japonii – Kioto (京都).

W Kioto byłam ostatni raz trzy lata temu, a nawet wtedy nie miałam specjalnie okazji go porządnie zwiedzić. Mimo że mieszkałam wtedy niedaleko, bo w Osace, ciągle miałam coś do załatwienia w związku z uczelnią i jeśli już udało mi się znaleźć jakiś weekend, to nosiło mnie do… Tokio. Jednakże chcąc pokazać rodzicom Japonię, a zwłaszcza jej tradycyjny i historyczny charakter, nie sposób było nie wylądować choć na kilka dni w jej dawnej stolicy. Miałam niemały problem, próbując się zdecydować na to co zobaczyć i gdzie pójść, bo „lista rzeczy, które musisz zobaczyć w Kioto” zawiera tyle pozycji, że ledwo starczyłoby na to życia. Albo i dwóch. Jakiś czas wcześniej przeczytałam o występach maiko (舞子) w dzielnicy gejsz, Gion (祇園) i okazało się, że akurat ostatni dzień występów przypada na nasz przyjazd. Dlatego po zostawieniu bagażu na dworcu, wsiedliśmy od razu w metro i udaliśmy się do jednego z ostatnich miejsc, gdzie kultura gejsz jest jeszcze kultywowana.

gion1

gion3

Gion budzi się dopiero po zmierzchu, ale to i tak nie przeszkadza turystom zalewać tej dzielnicy przez cały dzień. Po dotarciu na miejsce i kupieniu biletów, okazało się, że mamy jeszcze z pół godziny do występu (który był nota bene w ogóle ostatnim występem całego festiwalu trwającego miesiąc), więc wypuściliśmy się na szybki spacer po wąskich uliczkach, wśród pięknych drewnianych domów herbacianych. Większość restauracji i kawiarenek była zamknięta, bo otwierają się one dopiero późnym wieczorem. Zresztą nawet gdy są one otwarte, mało kogo stać na zjedzenie w nich czegokolwiek. Nie można sobie do nich wejść ot tak i zamówić herbatki, większość z nic oferuje wielodaniowe kolacje w stylu kaiseki. Na szczęście przy głównej ulicy na obrzeżach Gion, zwanej Shijō-dōri (四条通) znaleźliśmy sklepik z zieloną herbatą i wszelkiej maści słodyczami w tym smaku. Z daleka było widać niesamowicie długą kolejkę prowadzącą do tego miejsca, więc od razu stwierdziłam, że muszą być te przysmaki nieziemsko smaczne, bo nikt nie czeka na zwykły deser kilka godzin w kolejce w nieludzkim skwarze. Okazało się, że Tsujiri (都路里), bo tak się zwało to miejsce, oferuje także lody na wynos, więc ja i mama bez wielkiego namysłu skusiłyśmy się na dwa największe lody w ofercie.

gion2

Nie będzie hiperbolą stwierdzenie, że były to najlepsze lody, jakie kiedykolwiek jadłam w życiu. Myślę, że mogłyby z nimi konkurować jedynie lody kręcone, które można dostać latem nad morzem, ale jest to po prostu inna klasa. Skończywszy swojego loda nie miałam pojęcia co ze sobą zrobić. Z chęcią pobiegłabym po drugi, ale wróciliśmy już pod teatr, zaraz trzeba było wchodzić na Miyako Odori (都をどり). Na moje szczęście mama nie dość, że jadła wolniej, to jeszcze tak wczuła się w rozkoszowanie deserem o smaku matcha (抹茶), że spowolnił się jej refleks i udało mi się „ukraść” resztkę.

Czekam na występ #maiko - tak zwane "miyako odori" (都をどり). Nareszcie w #Kyoto! #japan #japonia #geisha #kioto #dance #日本 #京都

A post shared by W krainie tajfunów | Karolina (@wkrainietajfunow) on

W teatrze podczas występu nie można było robić zdjęć, więc postarajcie się uruchomić swą wyobraźnię. Sam występ był chyba dla cudzoziemca dość trudno zrozumiały i przyznam się tutaj bez bicia, że momentami nie łapałam już o co chodzi. Kwestie były śpiewane, a raczej recytowane, nie dość, że w klasycznym japońskim to jeszcze w naprawdę specyficznym stylu. Na szczęście w XXI wieku nawet mimo zakazu robienia zdjęć i filmowania istnieje możliwość posmakowania występu, nawet jeśli w ograniczonym stopniu. Zatem zanim przejdę do opisania historii tego festiwalu, polecam obejrzenie krótkiego filmiku pokazującego urywki z tegorocznego występu.

Początki tańca Miyako Odori sięgają roku 1872, kiedy to po Restauracji Meiji przeniesiono stolicę z Kioto do Tokio, zwanego wtedy Edo. Burmistrz miasta Nobuatsu Nagatani razem z jego zastępcą Masanao Makimura postanowili zorganizować w mieście coś, co przyciągnęłoby choć trochę uwagi do miasta, które jeszcze chwilkę temu było sercem Kraju Wschodzącego Słońca. Poprosili oni o zorganizowanie występów przedstawiciela Gion, Jirouemona Sugiurę, który razem z mistrzami z pobliskich szkół tańca opracował wyjątkowe przedstawienie, bazowane na tańcu „Kamenoko Odori” (亀の子踊り) z Ise Furuichi (伊勢古市). Taniec ten był prototypem współczesnego Miyako Odori, które mimo że troszkę różni się od oryginalnej wersji, nadal zachwyca swym kunsztem. I nie mówię tutaj tylko o choreografii, ale także o akompaniamencie shamisenu, śpiewie, kunsztownych kimonach i niesamowitej scenografii. Od 1873 roku, co wiosnę, Miyako Odori staje się jednym z najważniejszych wydarzeń w Kioto, a teatr Kaburenjō (歌舞練場) zamienia się w miejsce spotkań elity, miłośników gejsz, tradycyjnej japońskiej kultury, ale także zwykłych mieszkańców i zagubionych turystów. Mieszanka trochę wybuchowa, ale jak najbardziej odpowiada mi ten ferment ludzi wszelkich sfer, zainteresowań, w różnym wieku, przeróżnych zawodów.

gion4 (© http://www.miyako-odori.jp/kaburenjyo)

Po przedstawieniu nikt z nas nie miał nastroju na powrót do rzeczywistości, czyli do normalnego codziennego Kioto, w którym ludzie spieszą do domu z pracy, samochody trąbią, a ze sklepów słychać nawoływania sprzedawców. Wobec tego zamiast do centrum, udaliśmy się w przeciwną stronę ku ciasnym uliczkom pełnych sklepików, a konkretniej do dzielnicy Higashiyama, która w dużym stopniu zachowała atmosferę dawnej Japonii. Jak wiecie, Kioto oszczędzono bombardowań podczas drugiej wojny światowej, tak jak miało to miejsce w Tokio, nie wspominając już o zrównanej z ziemią Hiroszimie i Nagasaki, dlatego też do dziś ostało się kilka uliczek czy  nawet całych dzielnic, które zachowały swój dawny klimat. Oczywiście wykorzystywane jest to głównie w celach turystycznych, ale i ja dałam się porwać komercyjnej machinie i wtopiłam się w tłum zajadający się lodami w przeróżnych smakach, wydający pieniądze na mniej czy bardziej kiczowate pamiątki i robiący masę zdjęć.

Zachwycona architekturą napotykanych kawiarenek i zagraconymi wnętrzami małych sklepików prawie minęłabym wejście do świątyni Kōdai-ji (高台寺). Coś mi jednak zaczęło w głowie świtać, że chyba jest to miejsce warte odwiedzenia, dlatego też zamiast skręcić w prawo i udać się kolejną wąską uliczką, wijącą się pod górę, poszłam w drugą stronę i weszłam na teren świątyni. Pamiętacie jeszcze mój opis kilku świątyń zen w Kamakurze? Otóż Kōdai-ji także jest świątynią buddyzmu zen i należy do sekty Rinzai. Jak na normy japońskie, a zwłaszcza te w Kioto, jest ona dość młoda – budowa zlecona została w 1606 roku, aby uczcić pamięć jednej z najważniejszych postaci w japońskiej historii – Toyotomi Hideyoshiego. Pomysłodawczynią była jego żona Nene (ねね), która po śmierci męża została mniszką i przybrała imię Kōdai-in (高台院). Jak widzicie świątynia wzięła swą nazwę od niej; zresztą warto tutaj podkreślić, że to właśnie tam Nene spędziła swoje ostatnie dni.

kodaiji1kodaiji4kodaiji5kodaiji3

 

kodaiji6

Mi najbardziej spodobał się chyba malutki domek do parzenia herbaty, zwany Ihōan (遺芳庵). Aż szkoda, że nie można było wejść do środka i poczuć się trochę jak samuraj, który musiał przed wejściem zostawić swoją zbroję i broń, bo inaczej nie byłoby szansy, żeby nie dość, że wszedł do środka, to jeszcze się tam zmieścił. Nie był to jednak przypadek ani błąd japońskich architektów – samurajowie czy lordowie właśnie popijając herbatkę załatwiali wszelkie istotne politycznie (i finansowe) sprawy. A zostawiając przed wejściem większość swojego przybytku, przystępowali do rozmowy na równi, jak partnerzy. No i nie było ryzyka, że któregoś z nich poniosą nerwy i pokroi tego drugiego na kawałki.

kodaiji2

Kōdai-ji słynie ze swoich pięknych ogrodów, które niby wyglądają jakby nikt specjalnie ich nie doglądał, ale sama widziałam kilku ogrodników strzygących krzaczki z dokładnością do milimetra. Pochodziliśmy chwilkę po terenie świątyni, podziwiając tę kontrolowaną przez człowieka naturę i nagle, o dziwo, wylądowaliśmy na wąskiej ścieżynce prowadzącej przez bambusowy lasek. Nie wiem czemu, ale zawsze od razu poprawia mi się humor, jak sobie pomyślę, że oto znalazłam się w lesie z trawy (to samo cieszyło mnie zresztą w Arashiyamie czy koreańskim Gwangju)! Zadziwiły mnie nieziemsko pędy bambusa, które wyłaniały się z ziemi niczym macki ogromnej ośmiornicy.

kodaiji7 kodaiji8

Chociaż najbardziej zapamiętałam chyba dwie kamienne smocze głowy, które leżały sobie na trawie przy wyjściu z bambusowego zagajnika. Nie mam pojęcia czy są one elementem dekoracji ogrodu tudzież czy kiedyś pełniły jakąś inną funkcję, lecz wyglądały naprawdę jak nie z tego świata. Trochę jakby ich całe ogromne cielsko zakopane było pod ziemią, a wystawały tylko głowy.

kodaiji9

Takim oto akcentem zakończyłam wizytę w Kōdaiji i chwilę później znów dałam się ponieść ludzkiej fali, prowadzącej mnie wyżej i wyżej wąskimi uliczkami dystryktu Higashiyama. Według przewodnika spacer ten powinien zająć mi spokojnym krokiem jakieś kilkanaście minut, lecz zajęło mi to dobrze ponad godzinę. Co chwilę przystawałam, żeby zobaczyć jakie to przysmaki pichci starszy pan w jednym ze sklepików, czemu do tej knajpki jest aż taka kolejka i na zastanawianiu się czy by nie skusić się na coś z anko. Oczywiście chwilę później znalazłam jakieś miejsce sprzedające bułeczki na parze w stylu chińskim, przypominające zhīmabāo (芝麻包), które miałam okazję skosztować kilka miesięcy wcześniej w Jokohamie. Ta wersja była jednak z zieloną herbatą i smakowała wybornie. Na tyle, że zdążyłam zjeść całą gorącą (a raczej parzącą) bułkę zanim zorientowałam się, że nie zrobiłam jej zdjęcia. Ale jako że nie ma dowodu, to wmawiam sobie, że kalorie z niej się nie liczą. I że w takim razie można bezkarnie skusić się zaraz na jakiegoś loda, co też uczyniłam niedługo potem.

higashiyama1 higashiyama2 higashiyama3

Spacer ten miał jednak linię mety, do której dążyliśmy nie tylko my, ale także setki innych turystów, chodzących, pozornie bez celu, po dystrykcie Higashiyama. Mowa o znajdującej się na zboczu góry Otowa (音羽山) świątyni Kiyomizu-dera (清水寺). Powstała ona w 778 roku, kilkanaście lat zanim Kioto zostało stolicą Japonii, czyli jest bardzo, ale to bardzo stara. Niestety zdecydowana większość budynków, które można dzisiaj na jej terenie podziwiać, nie pochodzą z ósmego wieku, bo na przestrzeni stuleci zostały strawione przez liczne pożary. Spora część obecnych budynków pochodzi z wczesnego okresu Edo, kiedy to gruntowną renowację Kiyomizu-dera zlecił szogun Tokugawa Iemitsu (徳川家光).

Plan Kiyomizu-dera w Kioto

© http://www.kiyomizudera.or.jp/lang/01.html

Świątynia zapiera dech w piersiach nie tylko swoim ogromem, ale także położeniem na zalesionym zboczu. Na jej teren prowadzi przepiękna brama Niōmon (仁王門) w niebywale intensywnym kolorze. Nie jest to jednak nazwa jedynie tej konkretnej bramy, lecz każdej, która prowadzi do świątyni buddyjskiej i strzeżona jest przez dwóch strażników zwanych właśnie Niō. Ta zbudowana została w XV wieku, a dziesięć lat temu poddano ją gruntownej renowacji, dzięki czemu mogłam podziwiać ją w tym dopracowanym w każdym, nawet najmniejszym szczególe, wydaniu.

kiyomizudera3

 

kiyomizudera4

Największe wrażenie wywarł na mnie bodajże główny budynek, opierający się na 139 ogromnych filarach wykonanych z brzostownicy, zwanej po japońsku keyaki (槻). Podłogę za to skonstruowano z ponad czterystu desek cedrowych. A wszystko to bez użycia nawet jednego gwoździa. Po przeczytaniu tej informacji w ulotce przez chwilę poczułam się dość niepewnie, stojąc wśród dziesiątek turystów na takiej a la werandzie. Ale chwilkę później wybuchnęłam śmiechem – jestem w końcu w Japonii. Ten budynek stoi tu od setek lat. Co jak co, ale Japończycy wiedzą jak porządnie budować. I jak sami zobaczycie na zdjęciach, wychodzi im to z reguły rewelacyjnie. Chociaż pewnie przekonaliście się już o tym, oglądając zdjęcia niezliczonych pałaców czy świątyń, o których wciąż opowiadam.

kiyomizudera7

Jednak, tak całkiem na poważnie – widok tego majestatycznego budynku z panoramą Kioto w tle zapiera dech w piersi, czyż nie? Zwłaszcza kiedy niebo chyli się ku zachodowi i wszystko spowite jest lekko żółtawo-czerwonawą poświatą. (Kliknijcie na zdjęcie, żeby zobaczyć je w całej okazałości!)

kiyomizudera2

Nazwa świątyni oznacza dosłownie „Świątynię Czystej Wody” i wydaje mi się, że nie jest ona bynajmniej przypadkowa. Kiyomizu-dera została zbudowana przy pięknym, aczkolwiek malutkim wodospadzie, który nazywa się tak samo jak góra – Otowa. Mimo, że znajduje się on kawałek od głównego budynku, gromadzą się przy nim tłumy. Wodospad został obudowany i podzielony na trzy strumienie, a napicie się z każdego z nich ma przynieść szczęście w innej materii. Jeden z nich ma zapewnić długie życie, drugi zdrowie, a trzeci wiedzę. Aż chciałoby się wypić ze wszystkich trzech, nieprawdaż? Niestety nie ma tak łatwo. Wypicie wody z wodospadu Otowa nie zadziała, jeśli będziemy zachłanni i wypijemy ze wszystkich trzech.

kiyomizudera6 (© http://japanappleteacher.blogspot.com/2012/06/kyoto-city-of-romanceand-temples-and.html)

Czytając co nie co na temat świątyni, moją szczególną uwagę zwrócił jeden wątek. Mianowicie w języku japońskim istnieje powiedzenie „skoczyć ze sceny w Kiyomizu” – w oryginale brzmi to „Kiyomizu-no butai-kara tobioriru” (清水の舞台から飛び降りる). Wyrażenie to jest jednak związkiem frazeologicznym, który znaczy „zdecydować się na ryzykowny krok” (po angielsku „to take the plunge”). Otóż ponoć dawno temu, a konkretniej w okresie Edo, istniała tradycja, że jeśli przeżyłoby się skok ze sceny (a pamiętajmy, że jest ona wysoka na jakieś 13 metrów), to automatycznie zostanie spełnione najskrytsze marzenie tego szaleńca. Wydawałoby się, iż nikt nie jest na tyle nienormalny, żeby skakać na łeb, na szyję, z nadzieją, że a nuż marzenie się spełni. Okazuje się jednak, że ludzka głupota nie zna granic – w okresie Edo zarejestrowano 234 skoki, i o dziwo 85% z szaleńców przeżyła. Chociaż śmiem twierdzić, że wielu z nich nie do końca w całości, no ale może komuś jakoś wielokrotne złamania w epoce, kiedy średnio sobie radzono z takimi obrażeniami dała do myślenia.

kiyomizudera5

Niestety, nie udało mi się doświadczyć piękna Kiyomizu-dera w całej okazałości, bo spora jej część jest właśnie w trakcie renowacji, która ma potrwać jeszcze pięć lat. Ale pochodziłam sobie spokojnie na jej terenie do zamknięcia świątyni dla turystów; musieli mnie z niej prawie wyganiać. Niemniej jednak nie ma tego złego co by na dobre nie wyszło – mogłam przejść się raz jeszcze wąskimi krętymi uliczkami dystryktu Higashiyama (東山), czyli „Wschodniej Góry” i tym razem nie przepychać się przez tłum turystów, ani nie tracić czasu w niezliczonych sklepikach z pamiątkami. Jak to w takich miejscach bywa sklepy były naprawdę przeróżne, a te, w których coś mi się podobało, to były głównie specjalistyczne małe galerie sprzedające na przykład ręcznie wyrabianą ceramikę w naprawdę gigantycznych cenach. Jedni kupią telewizor a inni kubeczek z porcelany, chociaż trzeba przyznać, że coraz bardziej się do japońskiej, często niesamowicie skromnej, estetyki przekonuję. A popatrzeć na takie cuda przecież nikt nie zabroni!

higashiyama4

Schodząc ze zbocza góry wąskimi uliczkami Higashiyamy wracaliśmy krok po kroku do normalności, do zwykłego Kioto. Aby jednak nie przeżyć czegoś na kształt szoku kulturowego po kilku godzinach spędzonych w tak pięknym otoczeniu, stwierdziliśmy, że kiedy tylko będzie to możliwe, zamiast głównej drogi, wybierzemy jakąś boczną uliczkę.

higashiyama5

I tak oto, spoglądając raz na jakiś czas na mapę w moim telefonie, szliśmy powoli takim niby zygzakiem w stronę hotelu. Po drodze zaliczyliśmy smaczną kolację z tofu i warzywami w roli głównej, i kontynuowaliśmy delektowanie się pobytem w dawnej stolicy Japonii, mojej krainy tajfunów. Na dodatek to dopiero pierwszy dzień pobytu w Kioto, a tak naprawdę pół, bo przecież spacer po Gion zaczęliśmy dopiero po południu. Wskoczyliśmy od razu na głęboką wodę, udając się do miejsc, które w największym stopniu zachowały swój historyczny i tym samym na swój sposób magiczny posmak Japonii, o której w głębi marzy każdy miłośnik Kraju Kwitnącej Wiśni (i nie tylko). I mimo, że tamta Japonia już nie istnieje, można właśnie w takich miejscach jak Higashiyama czy Gion choć na chwilę dać się ponieść tej iluzji, że jednak to wszystko nadal tak wygląda.

W jakimś stopniu przecież tak jest, nawet jeśli napędzane jest to w sporej mierze przez biznes turystyczny. Ale chcę wierzyć, że są tutaj nadal ludzie, którzy chcą kultywować swoją niesamowitą kulturę i nie podążać ślepo za schematami z Europy czy z Ameryki. Makdonaldyzacja świata postępuje w zastraszającym tempie, ale może uda się ocalić choćby kilka takich miejsc, gdzie można napić się zielonej herbaty w jednej z wielu rodzinnych kawiarenek, a nie w Starbucksie, zjeść ciasteczko z jednego ze stoisk, gdzie można kupić na przykład świeżutkie taiyaki, a kolację zjeść w małej drewnianej knajpce, przesączonej zapachami przyrządzanego właśnie jedzenia. Miejmy nadzieję, że Higashiyama czy Gion będą nadal, nieważne czy za kilka miesięcy czy za kilkadziesiąt lat, świecić przykładem, tak jak czynią to dziś. I że jeśli odwiedzę te miejsca, nawet w dalekiej przyszłości, nadal będę mogła zjeść loda o smaku zielonej herbaty w sklepiku prowadzonym przez tą samą rodzinę od pokoleń. Nawet jeśli będzie to tylko iluzja, to chcę móc raz na jakiś czas jej posmakować. Bo nie da się tego przyrównać do niczego innego.

  1. Ciesze się bo byłam w Kyoto 🙂 i odwiedzałam te miejsca. Lody są tez w Osace 🙂 natomiast z Kyoto jeśli chodzi o jedzenie tęsknie za otabe.

    • Karolina

      Lody o smaku matcha można dostać chyba w całej Japonii, ale jakoś wyjątkowo smakowały mi te w Kioto, zwłaszcza podczas spaceru po Gion. A otabe też jest przepyszne, popróbowałam różnych wersji w sklepikach dookoła Kiyomizudera i aż trudno się potem było zdecydować, które kupić jako pamiątkę dla znajomych 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *