Kinkaku-ji (金閣寺) i Kōtō-in (高桐院), czyli dwa oblicza piękna

W poprzednim poście zabrałam was w mini-podróż w czasie i na spacer po klimatycznych alejkach dzielnicy gejsz Gion (祇園) i dystryktu Higashiyama (東山), lecz wreszcie przyszedł czas na „zaliczenie” kilku atrakcji, które po prostu trzeba zobaczyć, będąc w Kioto – między innymi słynnej Kinkaku-ji. Niestety, większość miejsc wartych odwiedzenia znajduje się na obrzeżach miasta i trzeba spędzić sporo czasu w zatłoczonych, aczkolwiek na swój sposób przytulnych, miejskich autobusach czy też w metrze, jeżdżąc z jednego końca Kioto na drugi.

Gdy chodziłam dzień wcześniej po Gion pogoda była trochę w kratkę, ale to i tak nie przeszkodziło w tym, aby moje ramiona czy dekolt przybrały groźnie czerwony kolor. Dlatego też na początku nie wiedziałam czy się cieszyć czy płakać, że z rana lało jak z cebra, mimo że prognoza pogody obiecywała słońce. Zjadłszy pyszne śniadanie w hotelu, na którym oferowano, jak na japońskie standardy, wyjątkowo dużo warzyw i owoców, udaliśmy się, walcząc z latającymi we wszystkie strony i nieposłusznymi parasolkami, przez niezłą nawałnicę w stronę przystanku autobusowego.

Po kilkunastu minutach kulenia się pod małą wiatą z grupką zmarzniętych turystów wsiedliśmy do autobusu, który miał nas zawieźć pod jedną z najsłynniejszych świątyń nie tylko w Kioto, ale także w całej Japonii – Kinkaku-ji (金閣寺), czyli „Świątynię Złotego Pawilonu”. Mimo że jej oficjalna nazwa to Rokuon-ji (鹿苑寺), co można dosłownie przetłumaczyć jako „Świątynia w Ogrodzie Jeleni”, wątpię, że ktokolwiek, nawet mieszkańcy Kioto, nazywają ją inaczej niż właśnie Kinkaku-ji. Dlatego też i ja ulegnę temu zwyczajowi i aczkolwiek oryginalna nazwa też ma swój niebywały urok, pozostanę przy tej popularniejszej.
kinkaku2 kinkaku3
Nie jest ona bynajmniej tak stara jak Kiyomizu-dera (清水寺), którą odwiedziłam dzień wcześniej, bo jej historia zaczyna się dopiero pod koniec XIV wieku. To właśnie wtedy szogun Yoshimitsu Ashikaga (足利義満) odkupił ten teren, znany wtedy jako Kitayama-dai (北山第; „Północna Góra”), od potężnego klanu Saionji (西園寺). Jego syn, Yoshimochi Ashikaga (足利義持) przekształcił Kitayamę w świątynię zen związaną ze szkołą Rinzai (臨済), a wszystko to zgodnie z testamentem ojca. Niestety, ledwo świątynia została zbudowana, a już została zrównana z ziemią podczas zawieruchy jaką była wojna domowa, określana często mianem Wojny Ōnin. Wybuchła ona w 1467 roku i trwała dziesięć lat, a jej skutkiem był upadek szogunatu Ashikaga i początek stuletniego okresu ciągłych międzyklanowych konfliktów wyniszczających kraj – okresu Sengoku (戦国時代; sengoku-jidai). Jest jednak w tej historii element pozytywny – ocalał słynny złoty pawilon i dlatego też z czasem coraz więcej osób zaczęło nazywać całą świątynię, czyli Rokuon-ji, „Świątynią Złotego Pawilonu”.
kinkaku4

Na szczęście historia Kinkaku-ji nie kończy się w XV wieku, bo jakaś dobra dusza postanowiła ją odbudować. Zrekonstruowana po wojnie Ōnin świątynia rozwijała się przez kilkaset lat, przetrwała przeróżne konflikty, klęski naturalne i wojny i wydawałoby się, że nic nie jest jej już w stanie w jakikolwiek stanie zaszkodzić. Nikt nie przewidział jednak, że zniszczenie może być spowodowane nie tylko niekontrolowanymi wydarzeniami, wykraczającymi poza pojęcie i możliwości pojedynczego człowieka, ale może być także zapoczątkowane właśnie przez jednostkę. Dlatego też zdziwienie całej Japonii było przeogromne, kiedy to w 1950 roku, jeden z mnichów postanowił spalić Złoty Pawilon, a następnie podjął próbę odebrania sobie życia na wzgórzu nieopodal. Hayashi Yōken, bo tak mu było na imię, przeżył i został niedługo potem skazany na siedem lat więzienia. Nie odbył on jednak całej kary i został wypuszczony na wolność w 1955 roku, gdyż uznano go za chorego psychicznie. Zmarł kilka miesięcy później, w 1956 roku.

Spalona Kinkaku-ji

(© Wikipedia)

To właśnie to wydarzenie stało się inspiracją dla jednej z najbardziej znanych współczesnych powieści japońskich – „Świątyni Złotego Pawilonu” (po polsku wydanej jako „Złoty Pawilon”) autorstwa Mishimy Yukio (三島由紀夫). Główny bohater to Mizoguchi (溝口), 22-letni mnich, zafascynowany od dziecka Złotym Pawilonem, który był dla niego ucieleśnieniem idealnego piękna. Nie mam zamiaru tutaj zdradzać wam wszystkich szczegółów i tym samym odebrać przyjemność czytania tego fascynującego dzieła, lecz chciałabym jedynie pobieżnie przedstawić wam główny wątek, bo a nuż zaciekawi on kogoś z Was do sięgnięcia po tę książkę przy najbliższej okazji. Jest to historia upadku i degeneracji, często w literaturze tego okresu określanej mianem daraku (堕落). Mizoguchi zaniedbuje studia, popada w ogromne długi, wydając sporą część pieniędzy w domach rozkoszy. Wydarzenia w jego życiu zasiewają w jego umyśle pomysł o spaleniu pawilonu i z czasem myśl ta przeradza się w obsesję. Postanawia on podpalić świętość, jaką od lat był dla niego Złoty Pawilon, aby się jakoś od niej wyzwolić; uwolnić raz na zawsze od tego ideału, do którego nikt nigdy nie będzie w stanie dosięgnąć. Niestety, podpaliwszy już budynek, próbuje się dostać do środka, gdzie planował połknąć arszenik i spłonąć razem z nim, lecz drzwi są zaryglowane. Zrezygnowany, wybiega z niej i biegnie na wzgórze Hidari-Daimonji (左大文字山), gdzie siada i zadziwiająco spokojny, zapala papierosa, wpatrzony w trawiony przez płomienie Złoty Pawilon.

Nie wiem w jakim stopniu historia ta zbliżona jest do prawdziwej wersji wydarzeń, ale podejrzewam, że jest w niej sporo prawdy. Mishima odwiedził ponoć nawet winnego w więzieniu, aby dowiedzieć się jak najwięcej szczegółów z jego życia. Twórczość Mishimy często porusza wątki piękna, a także, a może przede wszystkim, niszczenia go. Są to historie upadku, ale także odkrywania siebie. Mishima Yukio to w końcu postać niesamowicie barwna, pasjonat kodeksu samurajów bushidō (武士道), znany bardziej chyba ze swojej śmierci niż literackiej twórczości. 25 listopada 1970 dostał się wraz z kilkoma członkami założonego przez niego stowarzyszenia na teren bazy dowództwa piechoty japońskich Sił Samoobrony i zabarykadował się w gabinecie razem z generałem. Następnie wyszedł na balkon i wygłosił płomienne przemówienie do zebranych żołnierzy, wzywając do powrotu do przedwojennych tradycji, głównie poprzez przywrócenie cesarzowi boskiego statusu. Jego nawoływania do zamachu stanu zostały jednak nie dość że zignorowane to jeszcze zagłuszone przez wojskowe helikoptery. Sfrustrowany i zrezygnowany Mishima popełnił przy pomocy swoich uczniów seppuku (切腹) – rytualne samobójstwo. Przez wielu wydarzenie to uważane jest za jedną z najbardziej dramatycznych chwil w japońskiej historii nowożytnej. Jak dla mnie był to desperacki krok, wołanie o powrót do korzeni, bunt przeciwko wszechogarniającej amerykanizacji. Niekoniecznie podzielam jego fascynację kodem bushidō, ale rozumiem frustrację niewyobrażalnie szybkimi zmianami, które sprawiły, że nie tylko on czuł się zagubionym w tym nowym porządku.

mishima1 (© http://www.14085.info/post/35715157852/the-lure-of-yukio-mishima-a-short-biography)

Nie udało mi się przeczytać jeszcze wielu z jego dzieł, ale jeśli chcecie choć trochę posmakować czegoś słodko-gorzkiego i zrozumieć w jakimś stopniu japońskie podejście do piękna, ale także zdać sobie sprawę, jaki ogromny wpływ wywarła na Japończykach druga wojna światowa, to z całym sercem polecam Mishimę. Z pewnością jego książki nie są dla każdego, wielu mogą się nawet nie podobać, ale ja śmiem twierdzić, że jest on jednym z najwybitniejszych japońskich pisarzy. Nawet jeśli jego twórczość jest często trudna, to daje do myślenia, a to cenię sobie w książkach najbardziej.

Wróćmy jednak do Złotego Pawilonu, który odbudowano niedługo po pamiętnych wydarzeniach z 1950 roku. Zastanawia Was może dlaczego pawilon pokryty jest złotem, a nie srebrem? Albo czemu nie jest po prostu drewniany, co przecież też ma swój urok? Otóż poza kryjącą się za tym filozofią, jakoby złoto miało oczyszczać z wszelkich negatywnych myśli, zwłaszcza o śmierci, okres Muromachi (室町), w którym powstał pawilon znany jest z braku umiaru. Sam pawilon bezspornie zachwyca i od razu zwraca na siebie uwagę, ale jestem zdania, że dopiero w połączeniu z przepięknym okalającym go ogrodem, a zwłaszcza, gdy jego sylwetka odbija się w wodzie stawu, Złoty Pawilon sięga ideału piękna.

Spacerując po ogrodzie i oglądając Złoty Pawilon z każdej strony, człowiek wpada w stan bliski medytacji. Mogłabym tak stać bez końca i wpatrywać się w odbicie Kinkaku-ji w stawie Kyōko-chi (鏡湖池), którego nazwa nota bene oznacza „Lustrzany Staw”. Typ ogrodu, pomijając już przeróżne idee stojące za projektem, zwie się „Ogrodem do Przechadzek”  (回遊式庭園 kaiyū-shiki-teien). Nazwa jak dla mnie niesamowicie trafna, bo tutaj nie chodzi o to, żeby usiąść gdzieś na tarasie i kontemplować krajobraz, tylko właśnie o to, żeby chodzić po wijących się dookoła stawu ścieżkach i coraz bardziej popadać w zachwyt. Im dłużej patrzyłam na tę kunsztowną złotą budowlę, tym coraz bardziej byłam jednocześnie niebywale zachwycona, że tam jestem, a obok tej rozpierającej mnie radości pojawiło się szybko także trochę melancholijne uczucie, które nachodzi nas, gdy patrzymy na coś niebywale pięknego. Uczucie w pewnym stopniu nieswoje i niekomfortowe, to fakt, lecz z czasem przybierające formę niby medytacji. Chyba rozumiem dlaczego tysiące turystów zalewają codziennie teren Kinkaku-ji i robią jej miliony zdjęć. Nie dziwi mnie w ogóle, że odwiedzi ją każda wycieczka, nawet jeśli na pobyt w Kioto przewidziane jest tylko kilka godzin. Jest to chyba jedna z tych rzeczy, które po prostu trzeba zobaczyć. I każdy powinien ją mieć na swojej „bucket list” – liście rzeczy do zrobienia przed śmiercią.

kinkaku5

kinkaku6

kinkaku8kinkaku7 kinkaku9I tak oto po zaskakująco długim spacerze, który zdawał się trwać dosłownie kilka minut, przeszliśmy całą trasę, prowadzącą przez ogród. Mogłabym tak iść spokojnym krokiem bez końca, ale Kinkaku-ji nie jest jedynym wartym odwiedzenia miejscem w Kioto, które jest w stanie co chwilę zaskoczyć jakąś świątynką schowaną tam, gdzie żaden turysta by się jej nie spodziewał. Tak też było w przypadku kilku świątyń-córek, znajdujących się teoretycznie pod skrzydłami świątyni Daitoku-ji (大徳寺), lecz w sporym stopniu funkcjonujących jako osobne miejsca kultu. Mimo że to właśnie Daitoku-ji była następnym celem naszego „Tour de Kioto”, cieszę się niezmiernie, że coś mnie tknęło, żeby zajrzeć także do kilku pomniejszych świątynek po drodze. Największe wrażenie zrobiła na mnie chyba maleńka Kōtō-in (高桐院) ze swoim małym ogródkiem i prowadzącym do niej bambusowym gajem.

kotoin2 kotoin3 kotoin4Niesamowicie podobało mi się to, że zwiedzanie zaczynało się w głównym budynku świątyni, przed wejściem do której trzeba było zostawić buty. Po spędzeniu masy czasu na wpatrywanie się w złotą fasadę Kinkaku-ji, wizyta w małej drewnianej świątynce, znajdującej się w środku bambusowego lasku była tym, czego potrzebowałam. Zero turystów, cisza, spokój. Aż chciało się usiąść na niby-tarasie i pomedytować. Tak też zresztą uczyniłam – może nie nazwałabym tego medytacją, lecz po prostu cieszeniem się z bycia w danym miejscu i czasie z tego, że się jest i do tego w tak pięknym otoczeniu.

kotoin5

kotoin7Kōtō-in została założona w 1601 roku przez słynnego wojskowego dowódcę Hosokawę Tadaokiego (細川忠興) jako świątynia rodzinna. Mimo że jego żona była chrześcijanką, co było bardzo nietypowe w tych czasach, nie mówiąc już o tym, że nielegalne, Hosokawa poświęcił końcówkę swojego życia na pogłębianie swojej wiedzy na temat buddyzmu zen. Oprócz tego znalazł on także czas na medytację w innej formie, szkoląc się w ceremonii parzenia herbaty u słynnego mistrza Sen no Rikyū (千利休). Dlatego też nie powinno dziwić, że na terenie Kōtō-in znajduje się nie jeden, a dwa domki do parzenia herbaty, zwane Shōkō-ken (松向軒) oraz Hōrai (鳳来).

kotoin6

Spędziwszy sporo czasu po prostu siedząc w soczyście zielonym ogrodzie bardzo łatwo stracić łączność z rzeczywistością. Medytacja wydawała mi się zawsze czymś niesamowicie trudnym, lecz wyłączenie się, choć na chwilę, w miejscu takim jak Kōtō-in nie dość, że nie jest trudne, to jeszcze całkiem przyjemne. Nie chcę sobie nawet wyobrażać, ile straciłabym wrażeń, gdybym nie wróciła się te kilka kroków i nie stwierdziła spontanicznie: „A chodźmy do tej świątynki, mimo że nie mam pojęcia co to za jedna.” Po wyjściu z niej, znaleźliśmy się raz jeszcze na przepięknej ścieżce, która ponoć zachwyca najbardziej zasypana czerwonymi liśćmi klonu. Mimo że nie było mi zobaczyć jej w tym idealnym wydaniu, uważam, że atmosfera tego miejsca była niebywała. Cisza, spokój, szum drzew. Zapachy natury. I ta bijąca po oczach zieleń.

kotoin8Aż trudno uwierzyć, że jednego dnia, i to przed południem, udało mi się być w dwóch tak pięknych miejscach. Obie świątynie kuszą swymi ogrodami i budynkami, lecz robią to całkowicie inaczej. Kinkaku-ji zniewala swoim kunsztownym bogactwem, a złota elewacja dosłownie razi po oczach, odbijając promienie wiosennego słońca. Można ją podziwiać z każdej strony i z każdą chwilą człowiek zaczyna wątpić czy to co widzi przed oczyma istnieje naprawdę, jest to tak nierealny wręcz widok. Kōtō-in natomiast daje odetchnąć, schowana w bocznej uliczce; uchowała się przed tłumami turystów, gotowych ją zdeptać. Nie słychać tu nawoływań przewodników, pstrykania aparatów, nikt nie oślepia lampą błyskową ani nie rozpycha się łokciami, aby zrobić sobie zdjęcie.

Gdybym miała wybrać, gdzie chciałabym spędzić trochę wolnego czasu, bez zastanowienia udałabym się do Kōtō-in, lecz gdyby dane było mi zobaczyć tylko jedno z tych miejsc, nie miałabym wyboru i musiała skusić się pełnemu przepychu Złotemu Pawilonowi. Jest w nim coś takiego, że można stać i patrzeć się na niego bez końca. Na odbijające się w wodzie i migoczące oblicze. Aż z czasem człowiek uświadamia sobie, że piękno to zaczyna mieć nad nim władzę, tak jak miało to miejsce u bohatera powieści Mishimy. Ale może dobrze, że patrzyłam na nią kilkanaście minut a nie kilka lat. Kto wie, co by mi wtedy przyszło do głowy? Mam nadzieję, że niekoniecznie zniszczenie tego piękna nie z tej ziemi.

2 comments on “Kinkaku-ji (金閣寺) i Kōtō-in (高桐院), czyli dwa oblicza piękna

  1. aj, do Kōtō-in jesienią na pewno zajrzę! poprzednio spóźniłam się dosłownie o kilka minut i pocałowałam klamkę 🙁

    • Karolina

      Nie wiem, kiedy następnym razem będę w Kioto jesienią, ale zapisałam sobie ponową wizytę w Kōtō-in na liście rzeczy do zrobienia. W tym roku się niestety nie uda, ale myślę, że świątynka nigdzie przez kilka lat nie ucieknie 😛 A przynajmniej mam taką nadzieję!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *