Fushimi Inari Taisha (伏見稲荷大社), czyli spacer pośród tysięcy bram torii

W Kioto nie brakuje miejsc „naj” pod każdym możliwym względem. Wystarczy tylko otworzyć pierwszy lepszy przewodnik, a już dowiadujemy się, że co krok w dawnej stolicy Japonii coś jest najstarsze czy największe, a oprócz tego drugie tyle miejsc jest powszechnie uznawanych za najpiękniejsze. Dlatego niesłychanie łatwo się w tym wszystkim pogubić, bo wychodzi na to, że każda świątynia jest najwspanialsza i jedyna w swoim rodzaju. Zatem jak tu zdecydować, gdzie się wybrać, jeśli po spędzeniu kilku minut w Internecie lista zapisanych na skrawku papieru „miejsc, które trzeba zobaczyć” rośnie w zastraszającym tempie?

Spotkałam się często z opinią, że nawet gdyby zamieszkać tu na lata, nie dałoby się zobaczyć wszystkich wartych odwiedzenia świątynek, nie mówiąc już o zwykłych uroczych zakątkach, starych budynkach, kawiarenkach czy tradycyjnych ryokanach. Rozumiecie zatem, że wybranie tylko kilku pozycji na czas mojego pobytu w Kioto było istną „mission impossible”. Będąc tu dopiero półtora dnia, zdążyłam już zobaczyć przepiękną Kiyomizu-dera, zapierającą swym przepychem Kinkaku-ji i mnóstwo mniejszych i urokliwych świątynek, takich jak należąca do Daitoku-ji Kōtō-in. A to był nadal dopiero początek na mojej liście! Nieco sfrustrowana niemocą wyboru postanowiłam, że najpierw wypadałoby się pożywić, a następnie już nie na głodnego postarać się podjąć jakąś (mniej czy bardziej) demokratyczną decyzję co do kolejnej świątyni do zobaczenia tego dnia.

Przynajmniej podjęcie decyzji a propos lunchu nie było trudne – wybór padł na małą uroczo wyglądającą knajpkę serwującą robiony ręcznie makaron. Kilka dni wcześniej miałam okazję skosztować w Kamakurze także wyrabianego w podobny sposób makaronu gryczanego soba, więc bez większego namysłu uznałam, że czas skosztować także drugiego króla makaronu w Japonii – pszennego udon. Tsunamichi (綱道), bo tak ta restauracyjka się nazywa, to naprawdę malutka knajpka ukryta w bocznej uliczce niedaleko stacji metra Kitaōji (北大路). Od razu po wejściu do środka wiedziałam, że znalazłam się w niesamowitym miejscu – lada z niskimi stolikami dla kilku gości, a w środku, na tyłach, dwa niskie stoliki na macie tatami. I tyle. Wszystko przygotowywane było przez szefa kuchni i jego żonę. Miałam problem ze zdecydowaniem się, bo większość pozycji była bez mięsa, a japońska codzienność odzwyczaiła mnie od takiego wyboru. Ostatecznie wybrałam danie polecane gorąco przez kucharza, który był zarówno właścicielem, i usiadłam przy ladzie aby poobserwować jak przyrządzone zostanie moje Miso Nikomi Udon (みそ煮込みうどん), czyli makaron duszony w sosie miso z warzywami.

tsunamichi2 tsunamichi3

Wszystko zostało podane w ogromnej żeliwnej misie, w której jeszcze wszystko się gotowało, gdy kilkanaście minut później pani przyniosła mi danie do stolika. Patrząc na wielki gar z jeszcze gotującą się w nim zupą zastanawiałam się, jakim cudem dam radę to zjeść. I automatycznie zaczęłam się martwić, że sprawię niebywałą przykrość przesympatycznym właścicielom tej restauracyjki, jeśli zostawię sporą część jedzenia. Zresztą w japońskiej kulturze zostawianie resztek jedzenia uznawane jest za niebywale niegrzeczne – mowa tutaj o filozofii mottainai, o której pisałam kilka miesięcy temu. Ale na szczęście nie musiałam się zbytnio przejmować, bo nie wiem jakim cudem, czy to ta zupa była tak pyszna, czy ja tak głodna, czy może kucharz posiadł jakieś magiczne i wręcz czarnoksięskie zdolności, ale kilkanaście minut później cała zawartość tego wielkiego gara znalazła się w moim żołądku.

tsunamichi1

I, jak ręką odjął, wybór kolejnego miejsca do zwiedzenia stał się wręcz banalny. Wiedziałam, że cała nasza trójka (ja i rodzice) ważymy po kilo czy dwa więcej po wlaniu w siebie wielkich wiader jedzenia, jakkolwiek pyszne by ono nie było. Dlatego też bez dłuższego namysłu za cel obraliśmy sobie największą (tak a propos „naj”) świątynię inari w Japonii – Fushimi Inari Taisha (伏見稲荷大社). Byłam w niej trzy lata temu i pamiętam, że trzeba było się nieźle nachodzić po górach, żeby ją zobaczyć, więc wydała się mi idealnym celem, aby się trochę rozruszać. Nie wspomniałam jednak rodzicom, iż trasa wiedzie przez góry, że trzeba po drodze zaliczać dziesiątki jeśli nie setki schodów i że pewnie skończy się to wypluciem płuc gdzieś po drodze. Ale czego nie robi się dla tego jedynego w całym wszechświecie uczucia przechodzenia przez tysiące czerwonych bram torii!

O Inari wspominałam już wielokrotnie, ale jako że ma być mowa o nie byle jakiej świątynce, lecz tej największej i w ogóle „naj” w każdym calu, pozwólcie że przytoczę wszelkie informacje na temat kultu inari ponownie. Otóż Inari jest jednym z najważniejszych szintoistycznych bóstw, który przedstawiany jest zarówno jako istota żeńska i męska, a często także jako androgeniczna. Inari to patron wielu rzeczy – ryżu, herbaty, sake, płodności, ale także ogólnie pojętego rolnictwa i przemysłu. No i oczywiście lisów, zwanych po japońsku kitsune (狐). To właśnie te stworzonka są jego wysłannikami i z tego powodu ich podobizny zdobią wiele szintoistycznych świątyń na terenie Kraju Kwitnącej Wiśni.

Jak już pisałam przy okazji wizyty w Matsumoto (松本): „kitsune mają bardzo ważne miejsce w japońskiej mitologii, na tyle, że w wielu świątyniach czczone są nawet na równi z bóstwami kami. Przypisywane są im często magiczne umiejętności, na przykład przybierania ludzkiej formy.” Nie należy jednak mylić kitsune, które są jedynie wysłannikami boskimi, z bóstwem Inari. Jest to dość częsty błąd, nawet wśród Japończyków. Nie do końca wiadomo kiedy zaczęto czcić to kami; wielu uczonych twierdzi, że związane jest to blisko z powstaniem Fushimi Inari. Niektórzy jednak są zdania, że kult Inari sięga nawet V wieku, ale jak było naprawdę chyba się nigdy nie dowiemy.

Dlaczego jednak Inari uważa się za patrona ryżu, co w kulturze japońskiej automatycznie czyni go jednym z najważniejszych bóstw? Otóż nie do końca wiadomo czy najpierw zaczęto czcić jakieś nieokreślone kami i powiązano go z modlitwami o ryż, czy też najpierw nadano mu nazwę, a potem w związku z nią zdecydowano, że wszelkie prośby o plony ryżu będa wznoszone do tego konkretnego bóstwa. Sama nazwa oznacza dosłownie „niosący ryż” tudzież „ładunek ryżu”: ine (稲) to ryż, a ni (荷) to bagaż. Skąd jednak po połączeniu tych dwóch znaków wzięło się „inari”? Według większości badaczy nazwa bóstwa wywodzi się od słowa ine-nari 稲成り, oznaczającego „uprawę ryżu”.

Kult Inari rozpowszechniła właśnie świątynia Fushimi Inari, która nie dość że zachwyca samą sobą, to imponować musi także fakt, że podlegają jej… ponad 32 tysiące mniejszych i większych świątyń poświęconych Inari rozsianych po całym archipelagu japońskim. Jej początki sięgają 711 roku, kiedy to na zboczu góry Inariyama w południowo-zachodnim Kioto zaczęto stawiać pierwsze świątynne zabudowania. Jednakże ledwo ją ukończono, a już słynny mnich Kūkai (空海), znany często także pod swoim pośmiertnym imieniem Kōbō-Daishi (弘法大師) (o którym wspominałam tutaj, pisząc o szlaku pielgrzymkowym na Shikoku), zarządził wszem i wobec, że miejsce to mu nie odpowiada i całą świątynię należy przenieść niżej. I tak oto od 816 roku Fushimi Inari znajduje się tam, gdzie można ją dziś podziwiać. Jednakże dopiero w 1499 roku zaczęto stawiać porządne budowle i świątynia na przestrzeni wieków powoli nabierała swojego niebywałego charakteru.

fushimiinari1 fushimiinari2 fushimiinari3

Wejścia na teren świątyni strzeże brama rōmon (楼門), podarowana  w 1589 przez Toyotomi Hideyoshiego, a tuż za nią mieści się główny budynek Fushimi Inari. Podejrzewam, że wielu turystów kończy jej zwiedzanie właśnie na wizycie przy głównym kompleksie świątynnym, gdzie można kupić sobie omikuji czy przeróżne omamori, chroniące przed wszelkiej maści chorobami i nieszczęściami talizmanami. Jej urok jednak zaczyna się dopiero o wiele dalej, kiedy to podąży się wąską ścieżką w górę, aby przejść się wśród tysięcy mniejszych i większych, lecz jednakowo intensywnie czerwonych bram torii.

fushimiinari4 fushimiinari5

Cała trasa wynosi ponad 4 kilometry i z reguły zajmuje od dwóch do trzech godzin. Nie przewidziałam jednak, że na początku maja w Kioto poczuję się jakby mnie ktoś smażył żywcem na patelni i że co kilkanaście minut będę musiała desperacko szukać jakiegoś automatu z piciem. Nie wiem czy to mój brak formy czy faktycznie pogoda była nie do zniesienia, ale chyba nie byłam jedyną osobą, dla której spacer po terenie Fushimi Inari był niczym piekielny maraton – na trasie spotkałam wielu turystów zawracających z trasy i to już po kilku minutach lub leżących na ławeczkach i polewających się wodą, a także masę ludzi, którzy siedzieli w cieniu, nie do końca wiedząc, co ze sobą zrobić. Na szczęście od czasu do czasu słońce chowało się za jedną z niewielu chmur, wędrujących po nieboskłonie, a i trasa, im dalej, tym prowadziła przez coraz gęstszy las.

fushimiinari6

Po kilku minutach wspinania się po schodach i przechodzenia przez coraz liczniejsze bramy torii, doszliśmy do rozwidlenia z dwoma ścieżkami zabudowanymi czerwonymi bramami do granic możliwości. Ten początkowy odcinek szlaku prowadzącego dalej w góry nazywa się Senbon Torii (千本鳥居), czyli „tysiąc bram torii„.

fushimiinari10

Co ciekawe, każda z tych bram została ufundowana przez konkretną osobę czy firmę, której imię lub nazwa wyryte są z tyłu bramy. Po lewej stronie uwieczniono nazwę fundatora, a po prawej – datę, w której postawiono daną torii. Na trasie widziałam nawet plakat z wypisanymi cenami, najmniejsza i zarazem najtańsza to jeśli dobrze pamiętam koszt około 400,000 jenów, natomiast a największe bramy to wydatek rzędu miliona jenów.

fushimiinari11

Nie wiem czemu, ale idąc ścieżką wytyczoną przez setki torii, czułam się nawet nie do końca jakbym znalazła się w innym świecie, ale trochę jakbym została zawieszona między światem realnym i światem marzeń i fantazji. Z dr ugiej strony nie powinno to aż tak dziwić – w końcu brama torii symbolizuje przejście ze strefy profanum do sacrum, jest granicą świata ludzi i tego, kierowanego przez kami.

Obraz senbon torii był we mnie zakodowany już od dawna. Pamiętam jak w gimnazjum czytałam książkę, a potem oglądałam film „Wyznania Gejszy”, co raz bardziej zafascynowana japońską estetyką i kulturą. I mimo że teraz byłabym w stanie wytknąć zapewne wiele nieścisłości w filmie, nie wspominając nawet o takich pomysłach reżysera jak obsadzenie w głównej roli chińskiej aktorki, kilka scen mniej czy bardziej utkwiło w mojej pamięci. Tak jak ta, gdzie Sayuri, główna bohaterka, biegnie wśród bram Fushimi Inari. Kojarzycie tą scenę?

fushimiinari8(© http://ppinjapan.blogspot.com/2013/06/going-solo-in-kyoto-part-2-reliving.html)

Nie wiem jakich znajomości musieli użyć producenci tego filmu aby nakręcić scenę w całkowicie pustym „tunelu”, bo z reguły pełno w nim turystów, wiernych i amatorów fotografii, którzy próbują swych sił, robiąc setki, jeśli nie tysiące, ujęć tego miejsca. Ale przez kilka chwil nawet i ja miałam odrobinę szczęścia i udało mi się pstryknąć zdjęcie bez niepotrzebnych statystów w kadrze.

fushimiinari9

Na szlaku co kilkanaście minut znajdują się mini-świątynki, a obok nich z reguły także kawiarenki, gdzie można odetchnąć i nacieszyć się chodzeniem po zalesionych i klimatycznych wzgórzach w Kioto. Niesamowicie podobały mi się te przystanki, z kamiennymi lisami kitsune (狐), czyli wysłannikami bóstwa Inari, oraz malutkimi drewnianymi bramami torii, które można było kupić nieopodal i złożyć w ofierze.

Po ponad godzinie wspinaczki dotarliśmy na szczyt i przez moment miałam wrażenie, że jedynie my wyglądamy, jakbyśmy przebiegli właśnie maraton. Albo zdobyli Mount Everest. Nie mam pojęcia, czy większość Japończyków, którzy siedzieli spokojnie na ławeczkach i zajadali przygotowane wcześniej bentō albo modlili się w małej pobliskiej świątynce była w o wiele lepszej formie czy też odpoczywali tu już dobre kilka godzin, ciesząc się atmosferą tego miejsca.

fushimiinari23

Ja także usiadłam na jednej z ławeczek z uśmiechem na twarzy wywołanym satysfakcją, że przeżyło się wspinaczkę w takim skwarze. Zastąpionym jednakże chwilę później lekkim przerażeniem, uświadomiwszy sobie, że jakoś trzeba stamtąd przecież wrócić! I nie ważne czy się zawróci, czy też pójdzie dalej, dystans jest w miarę podobny, a nikt niestety człowieka z trasy na plecach nie zniesie. A nie powiem – taka opcja byłaby niezwykle kusząca. Ale obiecałam sobie, że jeśli przeżyję w tym zaduchu, z którego słynne jest Kioto, całą rundkę po Fushimi Inari, nagrodzę się jakimiś pysznymi lodami, najlepiej o smaku zielonej herbaty, jak te, którymi zajadałam się dzień wcześniej w Gion.

fushimiinari12

Po kilkunastominutowym odpoczynku, podczas którego udało mi się jako tako przywrócić normalną akcję serca i wypić w międzyczasie chyba połowę butelek z wodą, jaką sprzedawali w miniaturowym sklepiku, przyszedł czas na kontynuowanie marszu. Na szczęście większość turystów poddała się i postanowiła zawrócić, więc mogliśmy w spokoju delektować się widokami, krążyć pośród malutkich ołtarzyków na szlaku i cieszyć się niepowtarzalnym klimatem tej świątyni – jeśli tak można nazwać kilkukilometrowy szlak wijący się po zboczach całkiem sporej góry.

fushimiinari13 fushimiinari14

#torii #japan #japonia #awesome #travelling #podróże #shrine #kyoto #kioto #japan #japonia #京都 #日本

A post shared by W krainie tajfunów | Karolina (@wkrainietajfunow) on

Niesamowite wrażenie zrobiły na mnie niezliczone wręcz ołtarzyki z miniaturowymi figurkami lisimi wysłanników boga Inari. Na początku przystawałam przy nich i spędzałam przy każdej dobre kilka minut, nawet nie tyle, żeby odpocząć, ale żeby nacieszyć oczy tą fascynującą zbieraniną posążków i małych drewnianych torii. Przy niektórych płonęły także ofiarne świeczki, nadając temu miejscu trochę mrocznej atmosfery.

fushimiinari15

fushimiinari17

Zadziwiła mnie też, i to znacznie, fontanna w kształcie groźnie wyglądającego kitsune, służąca także za tak zwane temizuya (手水や) – miejsce, w którym należy umyć ręce i usta przed wejściem do szintoistycznej świątyni. fushimiinari18 fushimiinari19 fushimiinari20 fushimiinari21 fushimiinari22

#kitsune #inari #kyoto #kioto #japan #japonia #podróże #travelling #京都 #日本

A post shared by W krainie tajfunów | Karolina (@wkrainietajfunow) on

Po kilku godzinach od wkroczenia na teren tej zapierającej dech w piersi świątyni ukończyliśmy całą trasę i przeszliśmy po drodze przez tysiące bram torii. Senbon torii jest miejscem, które po prostu trzeba zobaczyć, a najlepiej jeśli nie trzeba się przy tym przepychać przez tłum turystów. Myślę, że było ich tu nawet więcej niż zwykle – w końcu „złoty tydzień” to dla wielu Japończyków jedyne w całym roku porządne wakacje, a Kioto jest zawsze niesamowitym miejscem do odwiedzenia, jeśli nie ma się czasu, pieniędzy albo nawet i ochoty na dalsze wojaże. Mimo że większość mieszkańców Kraju Kwitnącej Wiśni, jeśli może, wyjeżdża w tym czasie na przykład na Hawaje czy Fidżi, spotkałam na swojej drodze także wielu turystów właśnie z Japonii. Zawsze odbieram to niesamowicie pozytywnie, że Japończycy chcą lepiej poznawać swój kraj i z chęcią go zwiedzają, zajadając się przy okazji lokalnymi specjałami i przywożąc potem dla rodziny, znajomych czy współpracowników całe pudła wypełnione smakołykami, z których znany jest dany region. Patrząc na tłumy Japończyków zwiedzających Kioto, pomyślałam sobie, że szkoda, iż w Polsce mało kto, jeśli ma dłuższy urlop i możliwość wyjazdu za granicę, wybierze pobyt w Polsce. I uświadomiłam sobie, że i ja często tak robię. Może przyszedł najwyższy czas, żeby nieraz wyjechać na odkrywanie także swojego kraju, tak jak to z radością robią rok w rok miliony Japończyków u siebie?

Zmęczona, lecz niebywale zadowolona i usatysfakcjonowana, opuściłam teren Fushimi Inari Taisha, wracając do rzeczywistości. Do nawołujących sklepikarzy, jeżdżących pociągów, samochodów i autobusów. Nie miałam specjalnej ochoty na buszowanie po sklepikach z pamiątkami i skupiłam się na znalezieniu miejsca z pysznymi lodami, które ostatecznie wynagrodziłyby dzielną wspinaczkę w nieludzkim skwarze. Niedaleko stacji napotkałam mały sklepik sprzedający lody z mleka sojowego! Nie pomyślałabym, że kilka minut wolnym spacerkiem od przepięknej bramy rōmon będzie można kupić wegańskie smakołyki. Weganką (jeszcze?) nie jestem, ale zawsze miło widzieć, że Japonia staje się coraz przyjaźniejsza dla ludzi, którzy jedzą troszkę inaczej.

fushimiinari25

Moją uwagę, bardziej niż to, że lody wykonane one z mleka sojowego, a nie krowiego, zwrócił jednak fakt, że były one tak gęste, że można je było trzymać do góry nogami, bez strachu, że zaraz cały lód zaliczy bliższe spotkanie z chodnikiem. Właściwość ta została mi dumnie zaprezentowana przez sprzedawcę, który wyglądał na niebywale usatysfakcjonowanego swoim patentem. Okazuje się, że jest to spowodowane właśnie tym, że wyprodukowane są one z mleka sojowego domowej roboty, które ma bardzo dużo białka i tym samym lody są o wiele sztywniejsze. A przy tym także nieziemsko pyszne!

Czy trzeba czegoś więcej do szczęścia? Satysfakcja, jaką się ma po wysiłku fizycznym; spokój duszy po kilkugodzinnym spacerze po magicznym wręcz szlaku, zawieszonym między dwoma światami; płuca dotlenione do granic możliwości świeżym tlenem, którego tak mi brakowało w Tokio… A do tego wszystkiego pyszne lody domowej roboty, w dwóch smakach – zielonej herbaty matcha i (sojowo) mlecznym. I pomyśleć, że był to kolejny już dzień przesiąkniętymi wspaniałymi wrażeniami i doznaniami zarówno dla ciała jak i dla ducha. Rano złudnie oczyszczający deszcz, który jak to w Japonii bywa, wcale nie przyniósł ukojenia od skwarnej pogody, a wręcz przeciwnie, zrobił z Kioto jedną wielką saunę. Potem spacer po kuszącej swym przepychem Kinkaku-ji i uspokojenie tego zachwytu w niebywale zielonym i aż momentami nazbyt cichym ogrodzie na terenie Kōtō-in. W międzyczasie udało się zaspokoić także te potrzeby bardziej przyziemne, zajadając się pyszną michą gorących (a nawet parzących) grubych, pszennych klusek udon. I wydawałoby się, że to aż nazbyt wrażeń jak na jeden dzień, ale nie w Kioto! Fushimi Inari, jak sami widzieliście, jest miejscem nie z tej ziemi. Trochę jak w innym świecie, trochę jak w zaświatach. Coś, czego trzeba doświadczyć. A to bynajmniej nie koniec dopieszczania zmysłów w dawnej stolicy Japonii! O kolejnym niesamowitym miejscu w tym mieście przesiąkniętym historią i pięknem przeczytacie już niebawem. Na razie jednak zostawiam was sam na sam na górskim szlaku wśród tysięcy bram torii.

Karolina

autor:

Cześć! Mam na imię Karolina. Jestem absolwentką japonistyki na Oxfordzie i piszę tutaj głównie o Azji Wschodniej. W wolnych chwilach czytam, gotuję wegańskie pyszności i próbuję wymyślić, jak choć trochę ulepszyć świat.

  1. te bramy wyglądają magicznie!

  2. Piękne zdjęcia! Polecam wizytę w Fushimi Inari nocą, kiedy nie ma tłumów turystów (właściwie to nie ma żywej duszy… no może poza kotami 😉 i na pewno nie jest tak gorąco 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *