Arashiyama (嵐山), czyli oaza spokoju na „Górze Burz”

Przyszedł czas na zakończenie sagi o Kioto i na rozstanie się na najbliższy czas z tym niesamowitym miastem. Na ostatni dzień pobytu w dawnej stolicy Japonii zaplanowałam wizytę w dystrykcie na jej obrzeżach, który jest miejscem na weekendowe wypady okolicznych mieszkańców. I wcale mnie to nie dziwi – Arashiyama (嵐山), czyli „Góra Burzy”, oferuje jedyną w swoim rodzaju ucieczkę od miejskiego zgiełku i codziennej rutyny.

Już chwilę po wyjściu z zatłoczonego dworca dało się poczuć, że to już nie miasto, lecz coś bliższe przedmieściom czy nawet małemu uroczemu miasteczku. Fakt faktem, że co chwilę, nawet wcześnie rano, po ulicach kursowały turystyczne autobusy, a i z pociągu wysypały się całe tłumy ludzi. Większość z pasażerów pociągu, którym przyjechaliśmy do Arashiyamy, to nie byli turyści, lecz zwykłe rodziny z dziećmi, chcące zabrać swoje pociechy na spacer na świeżym powietrzu, zakochane pary, szukające romantycznego miejsca na randkę czy też grupki starszych osób, planujące rozruch na wzgórzach góry Arashiyama.

Po kilku minutach spaceru dotarliśmy do schodów prowadzących do świątyni Hōrin-ji (法輪寺). Zaprawieni już do wchodzenia po niezliczonej ilości stopni po górskiej a la wspinaczce poprzedniego dnia w Fushimi Inari, dziarskim krokiem udaliśmy się ku wejściu do świątyni.

tenryuji1

Znana jest ona także jako Chifuku-san (智福山) i należy do sekty buddyjskiej Shingon (真言). Powstała w podobnym czasie co Kiyomizudera i Fushimi Inari – na początku VIII wieku, a konkretnie w 713 roku. Początkowo założyciel, czyli mnich Gyōki (行基), nazwał ją Kadonoi-dera (葛井寺), lecz w 829 inny słynny mnich, Dōshō (道昭) złożył w świątynnym relikwiarzu posąg boddhisatvy Kokūzō (虚空蔵), zmieniając przy okazji nazwę świątyni. Nie jest to bynajmniej byle jaka świątynka – ze względu na swoje położenie i wiek, wspominana jest wielokrotnie w słynnych dziełach, takich jak powstała w XII wieku antologia „Konjaku-monogatari” (今昔物語; „Opowieści o rzeczach dawnych”), epopeja o konflikcie między rodami Taira i Minamoto, czyli „Heike Monogatari” (平家物語) czy też dziennik z XI wieku pod tytułem „Makura no sōshi” (枕草子, „Zeszyty spod wezgłowia).

tenryuji3 tenryuji2

W związku ze swą pozycją, Hōrin-ji jest jednym z najpopularniejszych miejsc na Jūsan Mairi (十三参り), czyli ceremonię dla wszystkich dzieci, które ukończyły trzynaście lat. Nam też udało się podejrzeć część z tych rytuałów i spotkanie całej rodziny, skupionej wokół ubranej w przepiękne bladoróżowe kimono dziewczynki. Nie chciałam jednak przeszkadzać im w tak ważnej dla nich chwili, dlatego też nie mam dla Was żadnych zdjęć. Dlaczego jednak to ta świątynia, a nie jedna z wielu znajdujących się w okolicy jest wybierana tak często jako miejsce do tej ceremonii? Otóż wszystko to jest zasługą patrona, Kokūzō, do którego modląc się, możemy zapewnić sobie mądrość. Ponoć po wyjściu ze świątyni, jeśli dziecko zwróci się ponownie w jej stronę, zanim dojdzie do mostu Togetsu-kyō (渡月) nad rzeką Katsura-gawa (桂川), zostanie obdarzone niebywałą mądrością. Może też powinnam była odwiedzić taką świątynię te dziesięć lat temu – a nuż zostałabym pobłogosławiona i miała aż nadmiar mądrości. A tej przecież nigdy za wiele!

tenryuji6 tenryuji4 tenryuji5

Jednakże, ile można spacerować powoli i delektować się ciszą i spokojem, będąc w tak pięknych górach? Po kilkunastominutowej terapii tlenowej przyszedł najwyższy czas na wyruszenie na jakiś szlak i rozruszanie lekkich zakwasów, którymi to skończyła się wizyta w Fushimi Inari. Kilka minut od świątyni znajdowała się stroma ścieżka, znikająca gdzieś w górze, więc podążyliśmy za nią. Okazało się, że prowadzi do Parku Małp Iwatayama (嵐山モンキーパーク), w którym mieszka około 170 makaków japońskich, hasających wśród turystów. A ja, pamiętając sylwestrową wizytę w podobnym parku w prefekturze Nagano, znanym jako „Dolina Piekieł” (地獄谷; Jigokudani), chciałam raz jeszcze zobaczyć te interesujące zwierzaki, tym razem w letnim wydaniu.

iwatayama1

Tak jak, wspinając się po śliskich ścieżynkach w Jigokudani i uważając na każdym kroku by nie wylądować w przepaści, marzłam przeraźliwie i nie mogłam doczekać się końca, tak tutaj padałam powoli z wycieńczenia przez nieludzką spiekotę i nie mogłam się doczekać, kiedy to wejdę na górę i napiję się czegoś zimnego. I jakkolwiek sama trasa może nie porywała swoim pięknem albo ja stałam się nieczuła na doznania natury estetycznej, panorama okolicy z góry wynagradzała wszystkie trudy!

iwatayama6

Małpki także wyglądały na znudzone i dość zmęczone, czy to pstrykającymi im tysiące zdjęć turystami czy też pogodą, więc większość z nich wylegiwała się gdzieś bez ruchu w cieniu drzew lub znudzone wygrzewały się na słońcu.

iwatayama2

Jedyną motywacją aby wstać i ruszyć się na kilka metrów była wizja zdobycia smakołyku. Można było kupić torebkę małpich przysmaków w budyneczku na szczycie i karmić naszych dalekich kuzynów przez kratę, ale jakoś niezbyt spodobał mi się ten pomysł. Zresztą i tak większość turystów zapewne kupuje całą tonę tych przysmaków i karmi te stworzenia, które nie wyglądały jakby im pożywienia brakowało.

iwatayama3

Dlatego też po chwilce odpoczynku w klimatyzowanym pomieszczeniu, udałam się na zewnątrz aby popodziwiać widoki. I zabawy młodych małpek, które jako jedyne zdawały się nie przejmować powietrzem jak w saunie i hasały w najlepsze.

iwatayama4 iwatayama7

iwatayama5

Ich energia mi się chyba udzieliła, bo schodząc w dół byłam w o wiele lepszym nastroju i nie mogłam się już wręcz doczekać reszty pobytu w Arashiyamie. Zwłaszcza wizyty w małych sklepikach i kawiarenkach po drugiej stronie mostu, gdzie sprzedawane są wszelkie typu tradycyjne japońskie wyroby, ale też smakołyki. Nie byłabym sobą, gdybym od uśmiechniętego od ucha do ucha dziadka nie kupiła czegoś słodkiego. Spytałam się zatem, co poleca najbardziej i ten bez wahania wskazał na ichigo daifuku (イチゴ大福) – mochi z anko w środku, a do tego pyszna soczysta i bijąca aż swą czerwienią po oczach truskawka. Sekundę później rozkoszowałam się już słodyczą anko zmieszaną ze smakiem świeżej truskawki i uświadomiłam sobie, że znowu nie zrobiłam zdjęcia. I już znalazłam dobrą wymówkę, aby kupić drugie dango. Tym razem jednak powstrzymałam się na ułamek sekundy, tylko tyle, ile było potrzebne do pstryknięcia jednej fotki i już kontynuowałam spacer, zajadając się smakołykiem, tym razem o wiele wolniej, delektując się każdym mini-kęsem.

Nawet nie wiem kiedy znaleźliśmy się przed bramą prowadzącą do jednej z najważniejszych świątyń zen w Kioto – Tenryū-ji (天龍寺), której nazwę można by przetłumaczyć dosłownie jako „Świątynię Niebiańskiego Smoka”. Należy ona do sekty buddyjskiej Rinzai, a konkretniej odłamu zwanego Tenryū. Stąd też i nazwa tego miejsca. Jak to z japońskimi miejscami kultu bywa, niezwykle istotne jest, kto je założył. Zawsze mnie to dziwi, bo zwiedzając kościoły w Europie jakoś mało kto wspomina o tym, kim był pierwszy mnich czy ksiądz, który w nich nauczał. Dla Japończyków jest to jednak niezwykle ważne, może pozwala im na poczucie pewnego rodzaju łączności i patrząc na spis wszystkich kierujących daną świątynią mnichów łatwiej jest im poczuć jakieś uniżenie i cześć wobec tego miejsca? Budowę Tenryū-ji  zlecił pierwszy szogun z klanu Ashikaga – Ashikaga Takauji (足利尊氏), a pierwszym naczelnym kapłanem został Musō Soseki (夢窓疎石), bodajże najsłynniejszy buddyjski mnich swoich czasów. Obsadzenie w takiej roli jednego z najważniejszych, jeśli nie kluczowego dla całej historii japońskiego buddyzmu, myśliciela i propagatora zen pokazuje jak istotną rolę pełniła ta świątynia już od samego początku.

tenryuji7 tenryuji8

tenryuji14

Musō Soseki oprócz zajmowania się filozofią, zaprojektował także wiele słynnych ogrodów zen. Tak było też w przypadku ogrodu Tenryū-ji, którego centralną część zajmuje staw Sōgen (曹源池; Sōgenchi). Jak to w japońskich ogrodach bywa, wygląda on w wielu miejscach tak naturalnie, że można by uwierzyć w to, że utrzymanie go nie wymaga zbyt wiele zachodu. Jednakże jeśli przystanie się choć na chwilę i popatrzy na rośliny z bliska, widać ile serca włożone jest to, aby ogród wyglądał tak pięknie. Dlatego też, mimo że jest on ogromny i obejście go zajmuje co najmniej kilkanaście minut, przeszliśmy się wszystkimi ścieżkami kilkakrotnie, ciesząc nasz wzrok.

tenryuji9 tenryuji10 tenryuji13

Kiedy już zobaczyliśmy chyba nawet najmniejszą ścieżynkę na terenie ogrodu należącego do świątyni, wyszliśmy boczną bramą i znaleźliśmy się od razu w miejscu, z którego Arashiyama jest najbardziej znana – w niewyobrażalnie pięknym bambusowym gaju. Aczkolwiek byłoby tam o wiele bardziej klimatycznie, gdybyśmy znaleźli się tam sami albo najlepiej w okolicy wschodu czy zachodu słońca. Powolnym krokiem udaliśmy się w głąb ścieżki wytyczonej przez ogromne bambusy, niczym mrówki wśród źdźbeł trawy.

#arashiyama #kyoto #bamboo #bambus #kioto #japan #japonia #travel #awesome #nature #嵐山 #日本 #京都 #podróże

A post shared by W krainie tajfunów | Karolina (@wkrainietajfunow) on

tenryuji11

Na szczęście nie tylko mnie nachodziły takie myśli, bo było tam zadziwiająco cicho. Owszem, co chwilę ktoś robił zdjęcie sobie czy laskowi, ale nie było słychać tego zgiełku, tak typowego dla turystycznych miejsc, a który potrafi nieraz wwiercić się w mózg. Każdy wlókł się powolutku, prawie tip-topkami, podziwiając lekko kiwające się na wietrze soczyście zielone bambusy. I wsłuchując się w leciutkie skrzypienie, które z siebie wydawały, pochylając się kilka centymetrów to w jedną, to w drugą stronę.

Po spacerze w takim miejscu nie do końca wiadomo co powiedzieć. Na każdym kroku Kioto nie omieszkało nas zaskoczyć i zachwycić. A to historyczną atmosferą, a to kunsztownym wykończeniem świątyń, a teraz doszła do tego zapierająca dech w piersiach natura. Grzechem do tej listy byłoby nie dodać tradycyjnego japońskiego jedzenia, z którego przecież dawna stolica Japonii jest znana na cały kraj. Wracając powoli w stronę stacji, zatrzymaliśmy się po drodze w małej zagraconej restauracyjce z prześlicznym oszklonym ni to tarasem, ni to zimowym ogrodem.

Mi trafił się zestaw z yubą w roli głównej. Yuba (湯葉) jest dość nietypowym produktem wśród jakże powszechnych w Japonii produktów z soi – jest to kożuch, który wytrąca się podczas gotowania mleka sojowego w celu uformowania tofu. Ostatnio miałam okazję spróbować kilku dań z tym przysmakiem w Jokohamie, w restauracji specjalizującej się w daniach z tofu. Nie do końca wiem, jakie danie dostałam tym razem, lecz było to coś na kształt a la omletu z yuby w sosie sojowym z małymi grzybkami shimeji (占地). Do tego dodatkowa miseczka z tofu, jakbym jeszcze miała ochotę na sojowe przysmaki, makaron soba z odrobiną zielonej herbaty z tak zwanym onsen tamago (温泉卵), czyli niby jajkiem po benedyktyńsku. A na koniec oczywiście jeszcze miseczka ryżu, którą wciągnęłam ze smakiem. Danie pyszne, sycące i do tego całkowicie wegetariańskie. No i jak tu nie kochać Japonii?

Zestaw z makaronem #udon, #tofu i micha ryżu z #yuba 🍱 #pycha #jedzenie #yummy #japanese #food #vegetarian #japan #japonia #kyoto #kioto

A post shared by W krainie tajfunów | Karolina (@wkrainietajfunow) on

Z takimi oto smakołykami w moim, rozpieszczonym przez pobyt w Japonii, żołądku, udaliśmy się w stronę dworca i wróciliśmy do centrum Kioto. To był koniec zwiedzania tego niesamowitego miasta, ale jeszcze nie koniec pobytu – reszta dnia upłynęła na zakupach, podjadaniu niezliczonych próbek jedzenia na targach ze świeżym jedzeniem i spacerowaniu wieczorem po uliczkach Ponto-chō (先斗町). Po raz drugi przeszliśmy mostem Togetsu-kyō i patrząc na przejrzyste wody rzeki, musieliśmy się pożegnać na najbliższy czas z Arashiyamą.

arashiyama1 arashiyama2

Przed opuszczeniem regionu Kansai i powrotem do Tokio w planie była jeszcze wizyta w Narze i Osace, dwóch jakże różnych od siebie miastach. Nara to miasto przesiąknięte do dna historią, w której, tak jak w Kioto, na każdym kroku można napotkać jakąś starą świątynię, pochodzić po górach i zgubić się w labiryncie wąskich uliczek pełnych malutkich sklepików sprzedających tradycyjne wyroby. Osaka natomiast to ogromna metropolia, w której świątyń czy zabytków ze świecą szukać. Jedynym miejscem, nadającym się do turystycznego zwiedzania, jest rekonstrukcja zamku, gdzie i my także się udaliśmy. A potem spędziliśmy ostatni wieczór w Kansai wśród głośnych tłocznych uliczek, gdzie od rana do wieczora zbierają się tłumy, aby się zabawić i dobrze zjeść. Kolejny dzień kontrastów – od niebywale starych świątyń w Narze do ultra nowoczesnych uliczek w Dōtonbori (道頓堀) i zakupach w niemającymi nic wspólnego z tradycją sklepami. Ale o ostatnim dniu mojego urlopu, spędzonym w tak różnorodny i niezwykle ciekawy sposób, napiszę wkrótce!

Karolina

autor:

Cześć! Mam na imię Karolina. Jestem absolwentką japonistyki na Oxfordzie i piszę tutaj głównie o Azji Wschodniej. W wolnych chwilach czytam, gotuję wegańskie pyszności i próbuję wymyślić, jak choć trochę ulepszyć świat.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *