Nara (奈良), czyli tam, gdzie sarny kłaniają się Buddzie

Jak to mówią: „wszystko co dobre szybko się kończy“. I tak też było z moim wypadem do regionu Kansai, którego większość upłynęła na poznawaniu tajemnic Kioto. Nie byłabym jednak sobą, gdybym nie spędziła choć dnia w innym mieście, a jako że ten region jest tak naprawdę kolebką japońskiej historii i kultury, wybór do najłatwiejszych bynajmniej nie należał.

Kusiło mnie częściowo, by jeszcze zgłębić się w nieodkryte przez nas uliczki dawnej stolicy Japonii i zwiedzić kolejne świątynie, które według przewodnika po prostu trzeba było zobaczyć. Problem z Kioto polega jednakże na tym, że tam jest zawsze coś coś jeszcze do zwiedzenia i można by równie dobrze odpuścić sobie wszelkie inne japońskie atrakcje i zaszyć się tam, niczym jakiś pustelnik. Ale nie o to przecież chodzi. Dlatego też wcześnie rano, wcześniej niż podpowiadałby to rozsądek, zjedliśmy śniadanie i wsiedliśmy do pociągu, który miał nas zawieźć do pierwszej stolicy cesarstwa japońskiego – Nary.

Nara (奈良), aczkolwiek przez wieki pełniła rolę ośrodka religijno-kulturowego, nie nacieszyła się zbyt długo rolą najważniejszego miasta w dopiero co formującym się państwie. Co by jednak nie mówić, te kilkadziesiąt lat (710-784) były czasem gwałtownego rozwoju pod bodajże każdym względem – wprowadzono w życie prawo bazowane na tym obowiązującym w Chinach dynastii Tang, wprowadzono w życie przeróżne reformy i promowano rozwój buddyzmu, który dopiero raczkował w Japonii. Spisano również historię powstania rodziny cesarskiej, ściśle związaną z utworzeniem Japonii przez bogów. Pokazanie ludziom na papierze, np. w Kojiki (古事記) czy Nihon Shoki (日本書紀), że ich władca jest tak naprawdę bogiem, uzasadniało, dlaczego to ten klan, a nie inny, miałaby rządzić tym krajem.

Cesarz Shōmu (聖武), rządzący od 724 do 749 roku, wspierał rozwój buddyzmu i mimo że teoretycznie cesarz stał jedynie na czele kultu shintō, ktoś mądry stwierdził, że nie zaszkodziłoby także zastosować podobnego patentu do coraz bardziej rozpowszechniającego się buddyzmu. Dlatego też cesarz ogłosił się „Strażnikiem Trzech Skarbów” buddyzmu: Buddy, buddyjskiej doktryny i buddyjskiej społeczności. Aby ostatecznie scementować swą nową funkcję, zlecił on budowę ogromnej świątyni Tōdai-ji (東大寺), w której umieszczony został kilkunastometrowy posąg Buddy z brązu. Nawet współcześnie świątynia ta robi ogromne wrażenie, więc wyobraźcie sobie jaki zachwyt musiała wywoływać trzynaście wieków temu! Do dziś nie rozwiązano natomiast jednej z bardziej kluczowych kwestii, a mianowicie skąd się w ogóle wzięła nazwa tego miasta. Istnieje wiele hipotez, lecz większość z nich w jakiś sposób związana jest z ideą „niziny” czy „płaskiego terenu”.

Jedna z nich odnosi się do jednego z najstarszych tekstów w japońskiej historii, Nihon Shoki, w którym to napisano, że nazwa Nara pochodzi od czasownika narasu (平す), oznaczającego „spłaszczać”, „wyrównywać”. Inni twierdzą, że nazwa ta wywodzi się od dębu – nara (楢). Istnieje także teoria, że jest to zapożyczenie z koreańskiego – nara (나라) – znaczącego w tym języku „państwo’, a przecież Nara to kolebka japońskiej państwowości. Jednakże jakkolwiek słowo to istnieje we współczesnym koreańskim, nie ma żadnych lingwistycznych dowodów, że używane było ono około VII wieku. Pewnie nigdy nie dowiemy się, dlaczego miasto to nazywa się tak, a nie inaczej, ale i tak nie przeszkodzi to kolejnym pokoleniom lingwistów i historyków zgłębiać tego problemu.

Plan Nary wzorowany był na stolicy Chin dynastii Tang (唐) – Chang’an (長安), która przez wieki służyła różnym chińskim dynastiom za stolicę ich kraju. Nazwa „Chang’an” oznacza „Wieczysty Pokój” i była ona w użyciu przez kilkanaście stuleci, aż do dynastii Ming (明), kiedy to zmieniono ją na Xi’an (西安), czyli „Zachodnią Stolicę”, jak znana jest do dziś. Chang’an, przez wieki było uważane za miasto idealne, dlatego nie powinno nikogo dziwić, że formująca się dynastia cesarska w Japonii właśnie to miasto wzięła sobie za model. Niewiele, jeśli cokolwiek, ostało się z pierwotnego planu miasta w Narze, ale nie oznacza to, że nie ma w nim nadal zakątków, które zapierają dech w piersiach. Jednym z takich miejsc jest wspomniana wyżej świątynia Tōdai-ji – „Wielka Wschodnia Świątynia”. Znana jest ona głównie z ogromnego posągu Buddy Wajroczany, po japońsku zwanego Dainichi Nyorai (大日如来), który jest nota bene największym posągiem tego buddy wykonanym z brązu na świecie. Zanim jednak doszłam do tej głównej atrakcji miasta, musiałam przecisnąć się przez tłumy turystów i… saren. Niesamowicie podobało mi się to, że na głównej alei, prowadzącej do bramy świątyni, ustawione były liczne stoiska z przeróżnymi przysmakami, także te, sprzedające przysmaki dla  naszych mniejszych przyjaciół, głównie tak zwane shika senbei (鹿煎餅), czyli „sarnie krakersy”. nara1

Zaczynamy zwiedzanie Nary 🙂 #nara #deer #shika #sarna #animal #japan #japonia #日本 #奈良 #travel #cute

A post shared by W krainie tajfunów | Karolina (@wkrainietajfunow) on

Przed wejściem do świątyni Tōdai-ji (#東大寺) #nara #deer #shika #awesome #travel #animal #sarna #cute #japan #japonia #日本 #奈良

A post shared by W krainie tajfunów | Karolina (@wkrainietajfunow) on

Sarny, aczkolwiek wyglądają dość uroczo na zdjęciach, miały w sobie także coś lekko przerażającego. Nie dość, że były namolne, to niektórym źle z oczu patrzyło, zwłaszcza, gdy zauważyły, że nie dałam się skusić na kupno sarnich przysmaków i robię im zdjęcia bez należnej zapłaty. Zatem po zrobieniu kilku fotek, udałam się niby slalomem w stronę głównej bramy Nandaimon (南大門).  todaiji1 todaiji2 Główny budynek Tōdai-ji, zwany Salą Wielkiego Buddy (大仏殿; Daibutsuden) nie dość, że mieści największego Buddę z brązu na świecie, to jeszcze sam w sobie był do niedawna największym drewnianym budynkiem na całej planecie. A konkretniej do 1998 roku, kiedy to ukończono budowę stadionu Ōdate Jukai Dome (大館樹海ドーム)O dziwo, kiedyś był on sporo większy, po zniszczeniach spowodowanych kilkoma pożarami, budynek zrekonstruowano w XVII wieku, w skali 2/3 wobec oryginału. Aż trudno uwierzyć, że da się zbudować większy budynek i to z drewna, ale w Japonii wszystko jest możliwe. Współczesne Daibutsuzen ma 57 metrów długości i aż 50 metrów szerokości! todaiji3 todaiji4 todaiji6 Głównym celem turystów, jak i pielgrzymów, jest posąg Wielkiego Buddy – Daibutsu (大仏). Nie wiem czemu, ale o wiele większe wrażenie zrobił na mnie chyba Budda w Kamakurze – może dlatego, że stał na zewnątrz i wyglądał jak z nie z tego świata na tle błękitu nieba. Natomiast w Budda w Tōdai-ji schowany jest w półmroku, trudno go także obejrzeć w całej okazałości, bo co chwilę widok zasłaniają jakieś filary. todaiji7 Dla zainteresowanych, poniżej podaję wymiary Wielkiego Buddy:

  • Wysokość: 14.98 m
  • Głowa: 5.33 m
  • Oczy: 1.02 m
  • Nos: 0.5 m
  • Uszy: 2.54 m

A do tego warto dodać, że waży on ponad 500 ton! Aż nie chcę się nawet zastanawiać jaką panikę musiało spowodować odpadnięcie tej ogromnej głowy w 855 roku. Niby dawno temu, ale wyobraźcie sobie, że jesteście w świątyni, a nagle od korpusu Buddy odpada głowa ważąca zapewne dobre 100 ton. Co ciekawe, ponoć do ukończenia posągu Buddy w 751 roku zużyto kilkuroczny zapas brązu w całym kraju, doprowadzając młode państwo na skraj bankructwa. No ale czego nie robi się dla prestiżu! W hali znajduje się także kilka innych interesujących elementów, na przykład tajemnicza ogromna dłoń z brązu, która wygląda na dość realistyczny model lewej dłoni Daibutsu, a także posąg Kōmoku-ten, czyli Virūpākṣy, jednego z Czterech Niebiańskich Królów (四天王; Shitennō). todaiji8 todaiji9 Po zwiedzeniu Tōdai-ji przyszedł czas na chwilowe uwolnienie się od poważnej atmosfery zamyślenia i szeptanych buddyjskich sutr, więc udaliśmy się wąską kamienną ścieżką w stronę najważniejszej świątyni szintoistycznej w Narze – Kasuga Taisha (春日大社). Okazało się jednak, że po drodze znajdują się także inne zabudowania należące do Tōdai-ji, mimo że dość od niej oddalone. Większość turystów zalicza zapewne jedynie halę z ogromnym Buddą i nie ma czasu ani ochoty na chodzenie po okolicznym lesie, zwłaszcza że wymaga to wejścia po dość sporej ilości schodów. Dla nas jednak i tak było to po drodze, więc zahaczyliśmy o Nigatsu-dō (二月堂) aby popodziwiać panoramę całego terenu tej jakże ogromnej świątyni. nigatsudo1 nigatsudo2 nigatsudo3 Nigatsu-dō położone jest na wschodnim zboczu góry Wakakusa (若草) i mimo że teoretycznie jest ona częścią Tōdai-ji, cieszy się dość sporą autonomią. Założona została w 752 roku przez mnicha o imieniu Satenada, lecz stała się znana dopiero kilka lat później, kiedy to inny mnich, Jitchū (実忠), zapoczątkował obrządek zwany Shuni-e (修二会), który ma wiernym pomóc okazać skruchę za popełnione grzechy przy jednoczesnym czczeniu oblicza Kannon. nigatsudo6 nigatsudo4 nigatsudo5 Wreszcie udało mi się wyjść z terenu tej jakże ogromnej świątyni tylko po to, aby udać się w stronę kolejnego niezwykle istotnego miejsca kultu w pierwszej stolicy Kraju Kwitnącej Wiśni – Kasuga Taisha. Zbudowana w 768 roku, była świątynią jednego z najpotężniejszych klanów w ówczesnej Japonii – rodziny Fujiwara (藤原) (tak samo zresztą jak ta na Haguro-san!) Zanim jednak doszliśmy do niej, skusiliśmy się po drodze na wizytę w malutkiej chatce, sprzedającej tradycyjne japońskie słodycze. Ta niby kawiarenka, pokryta strzechą, wyglądała jakby stała tu od wieków i nie zdziwiłoby mnie gdyby tak faktycznie było.

Kawiarenka po drodze do Kasuga Taisha (#春日大社) #japan #japonia #nara #奈良 #travel #podróże #awesome #日本

A post shared by W krainie tajfunów | Karolina (@wkrainietajfunow) on

Mizuya-chaya (水谷茶屋), znajduje się nad strumykiem, zaraz przy przepięknym czerwonym mostku, nieopodal wejścia do Kasuga Taisha. Nie mogłam się oprzeć, aby tam nie przysiąść na chwilę, zwłaszcza, kiedy zobaczyłam, że w ofercie są lody matcha z anko (a wszystko z anko smakuje sto razy lepiej, serio!). A to wszystko posypane prażoną mąką sojową kinako. Niebo w gębie.

Jedzenie takich przysmaków w takim otoczeniu to niesamowite wręcz przeżycie; można na chwilę przystanąć, oderwać się od rzeczywistości, nie dać ponieść się turystycznemu wariactwu i manii zwiedzania wszystkiego i to jak najszybciej. Siedzieliśmy sobie zatem, zajadając świeżymi lodami dobrej roboty, popijając to wszystko herbatą genmaicha (玄米茶) i patrzyliśmy na strumień śpieszących się turystów, którzy nawet nie mieli czasu na zatrzymanie się, chyba że tylko na chwilkę, aby zrobić temu miejscu zdjęcie i nie westchnąć, że „ale pięknie, fajnie byłoby kiedyś się w takim miejscu zatrzymać”. A my zamiast gdybać, po prostu to zrobiliśmy. nara2 Zjadłszy ten deser bez wątpienia godny nawet cesarza, weszliśmy na teren świątyni przez znajdującą się nieopodal bramę od strony północnej. Styl Kasuga Taisha jest na tyle charakterystyczny i wyjątkowy, że był on inspiracją przy budowie wielu innych świątyń w Japonii – nazywa się go nawet kasuga-zukuri (春日造), czyli „styl Kasuga”. Myślę, że nie ma sensu zbytnio tłumaczyć na czym on polega, wystarczy, że spojrzycie na zdjęcia i w mig pojmiecie o czym mowa. Pomijając wygląd budynków, Kasuga Taisha znana jest… ze swoich lampionów i kwiatów glicynii. Niezmiernie podoba mi się fakt, że na terenie świątyni zasadzono niesamowitą ilość tej rośliny, która może pochwalić się pięknymi fioletowymi kiściami kwiatów. Główną przyczyną tego wyboru była japońska nazwa glicynii, czyli fuji (藤). Tak samo jak pierwsza część nazwiska tej rodziny, która zbudowała to miejsce. Szkoda, że i ja nie mogę się pochwalić rodowym kwiatem – zwłaszcza tak ślicznym! Najbardziej zachwyciły mnie chyba kwiaty wijące się po starym i ogromnym drzewie, w życiu nie widziałam glicynii aż tak bujnie rozrośniętej. Po prostu magia. kasugataisha1 kasugataisha2 kasugataisha3 Ile jednak można zachwycać się kwiatami, ignorując przy tym dość perfidnie cel wyprawy, czyli świątynię? Odpowiedź brzmi: dużo. Kasuga Taisha znana jest nie tylko z kamiennych lampionów, ustawionych wzdłuż drogi prowadzącej do niej, ale także z setek, jeśli nie tysięcy, kunsztownie wykonanych lampionów, które zdobią większość budynków. Aż miło patrzeć. kasugataisha8 kasugataisha9 kasugataisha7

kasugataisha11

Tak jak w przypadku świątyń w Ise, Kasuga Taisha była przebudowywana co dwadzieścia lat. Zwyczaj ten został jednak porzucony pod koniec ery Edo z przyczyn mi bliżej nieznanych. Ale podejrzewam, że ktoś uznał, iż jest to dość spore marnotrawstwo, co zapewne nie mija się z prawdą. Mimo, że przez kilkaset lat, świątynię przebudowywano cyklicznie co dwie dekady, zachowała ona swój specyficzny charakter z ery Heian. Czerwone drewniane budynki opatulone tysiącami kwiatów glicynii wyglądają trochę bajecznie, nie sądzicie? kasugataisha10

Wyszedłszy z terenu świątyni od razu wpadliśmy w sidła głodnych i trochę natarczywych saren, które próbowały wyniuchać czy aby przypadkiem nie chowamy przed nimi jakiś przysmaków. Tak jakby każdy przechodzący obok musiał koniecznie mieć wypchaną kieszeń shika senbei tudzież czymkolwiek, co mogłyby schrupać te stworzenia.

nara3 nara4

Nie widać tego niestety na zdjęciach, a jakoś nie wpadłam na to, żeby nakręcić filmik (nauczka na przyszłość!), lecz sarny te posiadały dość specyficzną umiejętność – mianowicie odkłaniały się, jeśli się im ukłoniło. Spędziłam więc kilka minut, zginając się w pół raz co raz i patrząc jak te pluszowe stworzenia także się mi kłaniają i to nawet z gracją!nara5

Sarny kręciły się wśród kamiennych lampionów, które zdobiły brzeg drogi prowadzącej do Kasuga Taisha. My jednak schodziliśmy w dół, w przeciwną stronę niż napływająca masa podekscytowanych turystów i równie zainteresowanych całym zajściem zwierzaków.

nara7 nara6

Tak trochę na złość sarnom, które patrzyły na każdy mój gest, kupiłam na jednym ze stoisk po drodze na dworzec przepyszne świeże taiyaki z nadzieniem z anko i… słodkiego ziemniaka. No i co tu dużo mówić – pyszne jak zwykle!

nara8

Tym oto słodkim akcentem zakończyłam swój pobyt w Narze, mieście Wielkiego Buddy, namolnych i wygłodniałych saren, lecz także pięknej natury i przepełnionej historią atmosfery. Był to dopiero mój drugi raz w Narze i mimo że odwiedziłam Tōdai-ji trzy lata temu, nie miałam czasu na spokojny spacer po jej terenie i wszystko wyszło dość pobieżnie. Dlatego cieszę się niezmiernie, że tym razem udało mi się nadrobić zaległości, nawet jeśli w limitowanym zakresie, bo Nara jest naprawdę miejscem, które trzeba zobaczyć.

Nie wiem czy da się powiedzieć, które miasto jest ładniejsze i bardziej godne odwiedzin – Kioto czy Nara, ponieważ są one mimo wielu podobieństw dość inne. Zatem rozwiązanie jest tylko jedno, trzeba odwiedzić je oba! W Kioto spędziłam tym razem o wiele więcej czasu niż w Narze, dlatego następnym razem trzeba będzie te proporcje odwrócić i spędzić trochę czasu w mieście saren po prostu na smakowaniu go, spacerowaniu pośród ciasnych uliczek pełnych sklepików z ceramiką, zajadaniu się przysmakami w małych rodzinnych restauracyjkach…. Niestety nie udało się mi nacieszyć Narą tym razem – ale może bez względu na to, ile czasu bym tu spędziła, zawsze byłoby to za mało? Z żalem, bo chciałoby się spędzić w tym mieście co najmniej cały dzień albo i dłużej, wsiedliśmy do pociągu do kolejnego miasta w regionie Kansai wartego uwagi – do Osaki (大阪). O wizycie w tym nowoczesnym mieście, zwiedzaniu zamku i wieczorze spędzonym na relaksie z przepysznym okonomiyaki w roli głównej dowiecie się już niebawem.

Karolina

autor:

Cześć! Mam na imię Karolina. Jestem absolwentką japonistyki na Oxfordzie i piszę tutaj głównie o Azji Wschodniej. W wolnych chwilach czytam, gotuję wegańskie pyszności i próbuję wymyślić, jak choć trochę ulepszyć świat.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *