Osaka (大阪), czyli pyszne pożegnanie z Japonią

Nacieszywszy się atmosferą panującą w Narze, przyszedł czas na zmiany i na posmakowanie Japonii współczesnej, Japonii neonów, dobrego jedzenia i niezliczonej ilości sklepów. A czy istnieje lepsze do tego miejsce w regionie Kansai niż świątynia konsumpcjonizmu – Osaka?

Różni się ona znacznie od Nary czy Kioto. Nie jest to w żadnym wypadku miasto świątyń, nie czuć tutaj na ulicach historycznego nastroju. W końcu to miasto od dawna stricte kupieckie i widać to na każdym kroku nawet dziś. Miałam okazję trzy lata temu mieszkać przez prawie cztery miesiące na przedmieściach Osaki u japońskiej rodziny, dlatego też całkiem dobrze ją znam. A przynajmniej tak mi się wtedy wydawało. Może niekoniecznie korciło mnie te kilka lat temu aż tak, aby zwiedzać wszystko, co się tylko da, bo też mój poziom języka japońskiego był w dużej mierze przeszkodą. Lecz kiedy tylko miałam chwilkę wolnego, udawałam się w stronę centrum na zakupy, koncert czy po prostu spotkać się ze znajomymi. W końcu jest to miasto głównie handlowe i znane w Japonii jako miejsce, gdzie można dobrze się zabawić no i oczywiście zjeść. Dlatego też nie widziałam zbytniego sensu jechania tam z rodzicami na cały dzień, bo rano nie ma tam wiele do zrobienia. Natomiast wieczorem uliczki dzielnic Shinsaibashi (心斎橋) i Namba (難波) tętnią życiem, więc to tam postanowiliśmy klasycznym daniem z Osaki przypieczętować nasze „wielkie japońskie wakacje“.  Zanim jednak wylądowaliśmy w tej strefie niekończącej się rozrywki, udaliśmy się najpierw aby zobaczyć rekonstrukcję zamku, bodajże jedynego zabytku, którym może się pochwalić to miasto.

osaka1osaka3Ōsaka-jō (大阪城) to bez wątpienia jeden z zamków, które odegrały ogromną rolę w japońskiej historii. Jego budowa została w końcu zlecona przez Toyotomi Hideyoshiego, który chciał mieć zamek w każdym aspekcie wspanialszy od tego należącego do Ody Nobunagi w Azuchi. Budowę zaczęto w 1583 i ukończono kilkanaście lat później w 1597 roku. Niestety, Toyotomi nie nacieszył się tą wspaniałą budowlą zbyt długo – umarł niedługo potem. Zamek był świadkiem konfliktu, który doprowadził do powstania szogunatu klanu Tokugawa i mimo że syn Hideyoshiego, Toyotomi Hideyori, buntował się przeciw Tokugawom dzielnie, po kilku podejściach ze strony przeciwnika stracił zamek. Mimo że był to budynek jak na swoje czasy wręcz niesamowity, już w 1660 roku uległ on poważnym zniszczeniom, kiedy to piorun uderzył w magazyn z prochem… Odbudowano go, ale tylko po to aby pięć lat później główny budynek został ofiarą kolejnego pioruna i doszczętnie spłonął. Szogunat zebrał należną kwotę do remontu dopiero prawie 200 lat później, lecz ledwo udało się im go odbudować, a zamek zniszczono podczas chaosu i powszechnego buntu panującego przy okazji Restauracji Meiji wobec wszystkiego związanego z szogunatem. W 1928 roku burmistrz miasta zebrał publicznie należną kwotę i odbudowano zamek… który został kompletnie zrównany z ziemią podczas nalotów w 1945 roku. Wersja zamku, którą można podziwiać dzisiaj ma niecałe dwadzieścia lat i jest całkowicie wykonana z betonu. Dlatego nie ma w ogóle takiej atmosfery jak zamek na przykład w Matsumoto (松本), który wykonany jest w całości z drewna i nadal zachowane zostały oryginalne wnętrza. Tutaj nie ma co specjalnie podziwiać – muzeum w środku niestety nie zachwyca i jedyne, co można zrobić, to pstryknąć zdjęcie z odległości i wyobrazić sobie, jakie wrażenie musiał ten zamek robić kilkaset lat temu, kiedy był siedzibą jednego z najpotężniejszych lordów tamtych czasów.

osaka2W tym nieludzkim skwarze, bo kto wpadł na to, aby na początku maja było ponad 30 stopni, postanowiliśmy postawić na totalne wyluzowanie i całkowity odpoczynek od wszystkiego, co może kojarzyć się z historią, tradycją czy religią. Dlatego też po spacerze na dość rozległym terenie okalającym zamek, udaliśmy się w stronę Shinsaibashi, z zamiarem zrobienia zakupów i zjedzenia okonomiyaki (お好み焼き) – dania, które po prostu trzeba spróbować, będąc w Osace. Okonomiyaki to danie, które każdemu na myśl przywodzi właśnie to miasto. Niby nie ma w nim niczego wymyślnego – ot taki placko-omlet z warzywami i często także z mięsem czy owocami morza. Jednak chyba w większości kuchni świata to właśnie najprostsze dania stają się tymi nie tylko najpopularniejszymi, ale także uwielbianymi zarówno przez lokalnych mieszkańców, jak i przybyszów z zagranicy. Jeśli spytałabym przypadkowego przechodnia w jakimkolwiek japońskim mieście o to, z czym kojarzy się im region Kansai, jestem pewna, że w większości przypadków odpowiedź brzmiałaby po prostu „okonomiyaki“.  Nie można temu daniu nic zarzucić, jest niezwykle sycące, a do tego niezbyt skomplikowane, z reguły tanie i szybkie do zrobienia. Spełnia ono chyba wszystkie warunki, aby zostało pokochane przez tłumy.

Spędziwszy kilka godzin na zakupach w jednej z najdłuższych arkad zakupowych na świecie, prowadzącej od Stacji Shinsaibashi przez ponad 600 m do dworca w Nambie, przyszedł czas na spróbowanie tego przysmaku, w jednej z małych knajpek specjalizujących się w okonomiyakach. Przed wyjazdem do Osaki spytałam się koleżanki z pracy, która pochodzi stąd czy byłaby mi w stanie polecić jakąś konkretną knajpkę. Podała mi kilka nazw, a ja później sprawdziłam je w Internecie, by wybrać tą, której lokalizacja byłaby dla nas najbardziej odpowiednia. Okazało się, że ta, na którą się zdecydowałam, to także najstarsza restauracja w regionie serwująca to danie. O tym, że jest to miejsce warte odwiedzenia świadczyła całkiem spora kolejka przed malutkim wejściem. Po kilku miesiącach mieszkania w tym kraju w ogóle mnie to nie zdziwiło, więc stanęliśmy grzecznie w ogonku, zastanawiając się w międzyczasie na co by się tu zdecydować. Ja nie miałam zbyt wielu opcji, usatysfakcjonowałby mnie jakikolwiek placek z górą warzyw.

osaka5
(© http://jaymoylovesfood.files.wordpress.com)

Niby wszystkie pozycje w menu miały w składzie mięso, ale obsługa Mizuno, bo tak zwała się ta restauracyjka, była na tyle miła, że obiecała, iż bez problemu przygotuje mi wersję wegetariańską. Chociaż przez chwilę na twarzy kelnera pojawiło się nie lada zdziwienie, no bo jak to ktoś chciałby okonomiyaki bez mięsa i owoców morza. W ich mniemaniu to pewnie tak jakbym zjadła rosół bez kurczaka (też zaliczone) tudzież pizzę bez sera (także). Ale ja zawsze lubiłam wyzwania, a do tego jestem na tyle uparta, aby nie przejmować się przeszkodami. Nawet jeśli mój japoński w wielu aspektach jeszcze kuleje, to rozmowy w restauracjach na temat tego czy wybrane przeze mnie danie ma mięso, wywar rybny tudzież czy dałoby radę przygotować je bez tych dodatków mam opanowane wręcz do perfekcji. A i moi japońscy znajomi także pomagają mi na każdym kroku, podpowiadając czy mogę zjeść to czy tamto albo odszyfrowując skład jakiś przekąsek, jeśli nie umiałam niektórych kanji przeczytać. Podróżując z rodzicami nie miałam jednak u swego boku żadnego rodowitego Japończyka, który byłby moim przewodnikiem po meandrach japońskiej kuchni. Był to dla mnie ostateczny egzamin z radzenia sobie w tym kraju i zdałam go chyba całkiem dobrze!osaka5Wróćmy jednak do okonomiyaków, bo to one były chyba najbardziej pozytywnym akcentem pobytu w Osaki i istną wisienką na torcie, jeśli chodzi o cały pobyt w Kansai. Nie wiem czy pamiętacie, ale miałam już okazję skosztować ten smakołyk w Hiroszimie, różniący się jednak w kilku aspektach. Po pierwsze, w Hiroszimie osobno smaży się placuszki, a osobno nadzienie, które następnie wkłada się między te dwa placki i przysmaża razem. Natomiast w Osace wszystko miesza się od razu i nie dodaje się do okonomiyaki makaronu, jak to mają w zwyczaju robić mieszkańcy Hiroszimy. Zastanawiałam się nawet, która opcja mi bardziej odpowiada czy ta bardziej sycąca z makaronem soba, którą zajadałam się kilka miesięcy temu czy też ta delikatniejsza wypełniona warzywami i grzybami, którą podano mi w Osace. To trochę tak jakby ktoś musiał wybrać, które ze swoich dzieci kocha najbardziej. Po prostu się nie da. I nie, nie jest to odpowiedź dyplomatyczna, autentycznie są one na tyle inne, lecz jednocześnie tak do siebie podobne, że wybranie jednej z nich jest rzeczą niemożliwą. Istnieją tylko dwie grupy mieszkańców w całej Japonii, które taką decyzję są w stanie podjąć – mieszkańcy Osaki i Hiroszimy. A że nie należę do żadnej z nich, mogę bezkarnie zajadać się każdą wersją okonomiyaki bez posądzenia o zdradę!

I tak oto, nawet nie wiadomo kiedy, przyszedł czas na wyjazd z Osaki i powrót do hotelu w Kioto, po to żeby wypocząć przed podróżą z powrotem do Tokio następnego ranka. A podróże pociągami dalekobieżnymi, zwłaszcza jeśli mówimy o superekspresach shinkansen (新幹線) to sama przyjemność. Wszystko przebiega w niesamowitym porządku, po wejściu na dworzec od razu widać, z którego peronu odjeżdża dany pociąg, następnie, już na peronie, bez problemu można znaleźć miejsce, gdzie zatrzyma się konkretny wagon. Ustawiliśmy się grzecznie w kolejce, uformowanej wzdłuż namalowanej jaskrawą farbą na betonie linii i kilka minut później mogliśmy już podziwiać sylwetkę pociągu niczym z filmów sci-fi, wjeżdżającego cichutko na dworzec. Zapakowaliśmy się do środka, usiedliśmy na wyznaczonych miejscach i… każdy z nas już zaczynał tęsknić za Kioto, mimo że jeszcze siedzieliśmy w pociągu na dworcu w tym mieście. Ale nim zdążyłam się usadowić, pociąg ruszył, nabierając z każdą sekundą prędkości, aż, nie wiadomo kiedy, zabudowania Kioto zniknęły, zlewając się z górami w jedną wielką smugę za oknem.

Po drodze jednak udało mi się ujrzeć przez chwilę majestatyczne oblicze Fuji, którego nie udało się nam zobaczyć w deszczowym Hakone, a zdążyłam się za nim stęsknić od wizyty w Kawaguchiko. Niesamowite zakończenie tego wypadu – widok, który został wryty w moją świadomość chyba na zawsze.

Po powrocie do Tokio nie wydarzyło się już nic szczególnego. Albo nic godnego aż takiej uwagi. Bo jak tu porównać codzienne życie do tego, czego doświadczyłam przez te kilkanaście dni na przełomie kwietnia i maja? Praca, załatwianie różnych spraw, zwykła szara codzienność. A potem przyszedł czas na pakowanie i zakończenie japońskiego rozdziału mych przygód w tym roku. Wiele się od września wydarzyło. Studiowałam przez kilka miesięcy na Uniwersytecie Waseda, pracowałam w japońskiej korporacji w tętniącej życiem dzielnicy Shibuya, a w wolnym czasie nosiło mnie po Japonii. Hiroszima, Shikoku, Sendai, Nagano – wyjątkowych miejsc, w których miałam okazję pobyć przez ten czas było wiele, ale nadal czuję, że nie wystarczająco dużo. Dlatego też nie jest to w żadnym wypadku zakończenie, lecz mała przerwa od Kraju Kwitnącej Wiśni! Mimo że będzie to ostatni post o Japonii przez najbliższy czas – już za kilka dni kraina tajfunów przeniesie się trochę na zachód, do Seulu, aby zacząć nowy rozdział azjatyckich przygód. Nie mam zamiaru siedzieć tam bezczynnie, pierwsze dwa tygodnie mojego pierwszego pobytu w Korei spędzę na intensywnym podróżowaniu w tę i we w tę po tym fascynującym kraju.

Zanim wrócę do Europy na ostatni rok studiów, przez prawie dwa miesiące będę się uczyć języka koreańskiego w Seulu, który wydaje się miejscem pełnym niesamowicie pozytywnej energii. W międzyczasie planuję być w Japonii, a i miejsc, w których byłam, lecz nie miałam o nich okazji napisać, nadal jest sporo. Na moim komputerze rośnie liczba notatek, zapisywanych stron, zdjęć i skanów, więc nie martwcie się niepotrzebnie – o Japonii nadal będę pisać, ale na najbliższe dwa miesiące zejdzie on na trochę na dalszy plan. Tak w ramach małego detoksu. Przyszedł czas na zanurzenie się w niemniej bogatej kulturze i na poznanie kolejnego kraju od poszewki. Zapewne nie będzie brakować przeróżnych faux pas, językowych potknięć (bo na razie umiem nie wiele więcej niż „dzień dobry” i „dziękuję”), lecz też pewnie zadziwiających sytuacji, zwyczajów i miejsc. Czuję nieodpartą potrzebę doznania czegoś nowego, nawet jeśli będzie to początkowo oznaczało błądzenie jak we mgle. Nie mogę się doczekać! A Wy?

Chciałabym Wam wszystkim podziękować za wspieranie mnie w opisywaniu mojego pobytu w Japonii, kraju, który od lat ma w moim sercu specjalne miejsce. Pozostaje mi mieć tylko nadzieję, że równie bardzo zainteresuje Was rozdział o przygodach w Korei. Podobnie jak dla Was, jest to dla mnie spora niewiadoma, ale czyż nie lepiej stawić temu czoła razem? Wkrótce zamieszkam w Seulu i tym samym rozpocznie się nowy rozdział mojego pobytu w krainie tajfunów. Aż cisną mi się na usta słowa, którymi żegnali mnie koledzy w pracy Otsukaresama deshita. (お疲れ様でした) Wyrażenie niesamowicie japońskie i zarazem prawie niemożliwe do przetłumaczenia. Dosłowne znaczy „to była bardzo wyczerpująca praca”, lecz oznacza to bardziej coś na kształt „Dobra robota“. Używa się go jako podziękowanie za ciężką pracę, zwłaszcza wobec osoby, która wychodzi z pracy przed nami. Dlatego też dziękuję Wam, zwłaszcza tym, którzy czytają bloga od samego początku, za wsparcie, czytanie często dość długich postów i za tyle miłych słów.

Od września napisałam ponad sześćdziesiąt postów, pokazałam Wam ponad tysiąc zdjęć. Dostałam masę niesamowicie sympatycznych maili i wiadomości, często od ludzi, których w ogóle nie znałam, lecz dzięki temu blogowi miałam okazję bliżej poznać. Ponad 200 „lajków” na Facebooku, kilkadziesiąt osób obserwujących tajfunowe zdjęcia na Instagramie, czytelnicy z przeróżnych państw, ciepłe komentarze od innych blogerów, którzy inspirują mnie jeszcze bardziej, by podróżować dalej, więcej, lepiej. Wsparcie od rodziny, pytania o to, o czym będę pisać tym razem i kiedy będzie nowy post. Pomoc, kiedy brakowało inspiracji, mimo że chęci było zawsze pod dostatkiem. Coś niesamowitego. Wielkie dzięki Wam wszystkim! Arigatō gozaimasu (ありがとうございます)!

4 comments on “Osaka (大阪), czyli pyszne pożegnanie z Japonią

  1. Korci mnie ta Japonia, trzeba się koniecznie wybrać 🙂 Pozdrawiam!

  2. Katy Love

    Fajnie się czytało! Dzięki, Karolina. Już nie możemy się doczekać Twoich reportarzy z Seulu.

    Dobrych wiatrów!

    K i W

  3. Aleksandra

    Świetny blog. Choć twoje wpisy są długie , chętnie je czytam 🙂 Teraz wybierasz się do Korei ? Interesowały mnie tylko wiadomości o Japonii, ale na pewno zerknę, co tam tworzysz 😉 A nusz znowu coś mnie zaciekawi 😛

    • Wielkie dzięki! Od tygodnia jestem już w Korei i na razie jest tyle nowego, że nawet nie wiem od czego zacząć pisanie! Już niedługo zaczną pojawiać się wpisy i zachęcam do czytania, nawet jeśli nie będzie o Japonii! Jestem pierwszy raz w tym kraju, a na razie na każdym kroku zaskakuje mnie na plus, więc może i Ciebie zaciekawi ~ przynajmniej mam taką nadzieję 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *