Gyeongju (경주), czyli początek koreańskiej przygody

안녕하세요 (Annyeonghaseyo)! Witajcie w Korei! Niby jestem w tym kraju od kilku dni, ale podekscytowana wszystkim dookoła niewiele zarejestrowałam z pierwszych dni spędzonych w Seulu. Ludzie mówiący w języku, którego prawie nie rozumiem, slogany z nazwami sklepów, hoteli, restauracji w mało oczytanym alfabecie. Reklamy zachwalające nieznane mi produkty. Inne jedzenie, nowe zapachy, nieodkryte jeszcze smaki.

Niby w wielu aspektach podobnie do Japonii, w końcu Kraj Kwitnącej Wiśni znajduje się godzinę lotu stąd, lecz w wielu kwestiach jakże odmiennie. Dlatego fascynuje nawet najprostsza czynność: dogadanie się w restauracji, że chciałabym pibimbab bez mięsa albo że poprosiłabym jeszcze wody urasta do rangi nie wiadomo jakiego osiągnięcia. Komunikowanie się mieszanką losowych słów i pełnych ekspresji gestów powoduje satysfakcję na cały dzień. Do kursu językowego, na który przyjechałam tutaj na prawie dwa miesiące, jeszcze niemal tydzień, więc do tego czasu zaplanowałam naprędce mini wyprawę po Korei. Początkowo czułam się dość zagubiona, przeglądając przewodnik, bo wszystko wydawało się warte zobaczenia i z chęcią spędziłabym co najmniej kilka miesięcy podróżując po tym kraju. W końcu, jak już pewnie wiecie, nigdy nie potrafiłam zbyt długo usiedzieć na miejscu.

Mimo że od „Złotego Tygodnia”, spędzonego w regionie Kansai, minął już ponad miesiąc, nie miałam od tamtego czasu okazji nigdzie wyjechać. Stęskniona za historyczną atmosferą Kioto i Nary, za pierwszy cel mojej inauguracyjnej koreańskiej wycieczki obrałam dawną stolicę królestwa Silla – Gyeongju (경주 / 慶州)1. Przez kilka dni spędzonych w Seulu, które upłynęły głównie na rozpakowywaniu się i wędrowaniem bez większego celu, ułożyłam w głowie ambitną listę rzeczy do zwiedzenia w Gyeongju.

Nie przewidziałam jednak, że plany te mogą zostać pokrzyżowane przez kapryśną azjatycką porę deszczową, która wbrew jakimkolwiek prognozom pogody, postanowiła zalać okolicę miasta tonami wody, zamieniając chodniki w płynące strumienie, a ścieżki w błotne potoki. W chwilach, kiedy deszcz ustawał albo słabł na tyle, że można było bez strachu o utonięcie wyjść na zewnątrz, udało mi się jednak zobaczyć dwie atrakcje, nawet jeśli ryzykowałam brodzenie po kolana w wodzie. Na szczęście udało mi się uniknąć takiego scenariusza – może Korea zlitowała się nad nowym przybyszem na te kilka chwil?

W Japonii odwiedziłam dziesiątki, jeśli nie setki buddyjskich świątyń, lecz żadna z nich nie przypominała choć minimalnie stylu, w jakim została wybudowana Bulguk-sa (불국사 / 佛國寺), arcydzieło złotego wieku sztuki buddyjskiej Królestwa Silla. Według archiwów świątyni, pierwsze zabudowania powstały już w 528 roku, lecz świątynia w formie, w jakiej możemy podziwiać ją dziś, pochodzi dopiero z połowy VIII wieku. Oczywiście na przestrzeni wieków była ona wielokrotnie poddawana renowacji i zapewne dobudowywano bądź zmieniano jej zarys, jednakże robiono to cały czas w oryginalnym stylu. „Świątynia Krainy Buddy”, bo to oznacza jej nazwa, jest niezwykle ważnym miejscem kultu dla buddystów w Korei – jest to główna siedziba szkoły buddyzmu Jogye (조계), której założenia w sporej mierze pokrywają się z japońskim zen. Już wchodząc na teren świątyni czuje się, że estetyka koreańska różni się, i to znacznie, od tej w Japonii. Niby miałam okazję być w pełnych przepychu świątyniach, takie jak mauzoleum w Sendai (仙台), ale nie mówimy tutaj o złotych zdobieniach, lecz o feerii barw, motywach kwiatów, a wszystko to wykonane z niebywałym smakiem. bulguksa2Po kilkunastu metrach od głównego wejścia przechodzę obok stawu wyglądającego pięknie nawet przy zacinającym deszczu. Kilka kroków później, za kamiennym mostkiem, z szarości wyłania się kolejna konstrukcja, tym razem jest to „Brama Niebiańskich Królów”. bulguksa3 bulguksa4 bulguksa5 Nazwa nie jest bynajmniej przypadkowa – bramy strzeże nie kto inny, jak ustawieni w środku Czterej Niebiańscy Królowie.

Deszcz pada, ale ja twardo idę dalej. Powtarzam sobie, że na pewno będzie to tego warte, najwyżej zmoknę, przecież nie jestem z cukru. W głowie pojawiają się jednak wątpliwości, ale szybko ulatują, bo kilka minut później stoję przed ogromnymi schodami prowadzącymi do świątyni i czuję, że warto było brnąć przez deszcz, ubabrać się błotem po kostki i w ogóle wygrzebać się z łóżka w taką pogodę, żeby zobaczyć to miejsce. Jak każda osoba podróżująca po świecie korzystam z przewodników, lecz zawsze irytuje mnie to, że według nich prawie każda atrakcja jest równie warta uwagi, co ta opisana stronę wcześniej.

Potem człowiek popada w stres, bo jak tu zwiedzić te co najmniej kilkanaście świątyń w takim na przykład Kioto i to najlepiej w dzień czy dwa? Dlatego do peanów na cześć Bulguksy podchodziłam z małym dystansem: nie wiem czemu, ale nie byłam w stanie uwierzyć, że jakaś świątynia buddyjska będzie mnie w stanie zadziwić. Jakoś w ogóle zapomniałam, że to przecież inny kraj, z kulturą nota bene starszą od tej japońskiej – to z Chin właśnie przez Koreę do Japonii przybył buddyzm, alfabet, prawo i wiele innych wynalazków. Stojąc tak przed schodami, prowadzącymi po Moście Niebieskiej Chmury (청운교,靑雲橋; Cheongungyo) i Moście Białej Chmury (백운교,百雲橋; Baegungyo) do głównego budynku świątyni, trochę odebrało mi mowę. Może dlatego, że pierwszy raz widziałam budowlę w takim stylu… stylu, który w Korei zapewne mało kogo dziwi.

Świątynia Bulguk-sa

bulguksa9 bulguksa11
Aż chciałoby się przejść schodami i wejść na główny dziedziniec wejściem położonym na przeciw hali daeungjeon (대웅전, 大雄殿) ze złotym posągiem Buddy Siakjamuniego. Niestety, jako że schody te zostały wpisane na listę skarbów narodowych, na dziedziniec świątyni trzeba wejść bocznym wejściem. Kroczę więc za tłumem przemoczonych turystów (z okrzyków wnioskuję, że większość z nich to Chińczycy) w stronę wejścia, nie wiedząc do końca, czego się spodziewać. Oczy z każdym krokiem robią się coraz większe, szczęką prawie szoruję po zabłoconej ziemi, totalnie zauroczona czymś nowym – „nareszcie!” – zdaje się krzyczeć mój mózg.

bulguksa12

bulguksa13
Zanim jednak skierowałam swe kroki ku głównej hali, cofnęłam się kawałek, aby popatrzeć na schody z góry i postarać się jakoś objąć ogrom tej świątyni. Stojąc tak pod daszkiem, patrzę na znudzonych turystów i zadaję sobie to samo pytanie, które przewija się w mej głowie od miesięcy – po co tu przyjeżdżali, jeśli siedzą i przysypiają pod drzewem, nie wchodząc nawet do świątyni, bo wystarczy im samo zdjęcie z zewnątrz. Grunt żeby mieć ładne nowe zdjęcie profilowe na Facebooka, a jak pada i jest szaro-buro i fryzura nie taka, to po co się męczyć…


Zastanawiam się w międzyczasie jak musieli się czuć dawniej wierni, wchodzący do jakże ogromnego kompleksu pięknymi schodami o poetyckiej nazwie, przechodząc obok kamiennej stupy, aby dojść do odbijającego blask słońca posągu i się przed nim pomodlić.Na szczęście nawet teraz znalazło się kilka osób, które w zamyśleniu oddawało się modlitwie. Stanęłam na chwilę, nie chcąc nikomu przeszkodzić i chcę uwierzyć, że miało to choć nikłe znaczenie. Bo mimo że wielkimi literami w kilku językach napisane było, żeby nie robić zdjęć, większość zgromadzonych przy wejściu turystów pstrykała swoimi telefonami i aparatami zdjęcia jak popadnie.

bulguksa17

Ciekawym elementem jest kamienna pagoda – Dabotap (다보탑, 多寶塔), czyli „Pagoda Wielu Skarbów”. Było to dla mnie coś całkowicie innego, nie przypominam sobie aż takiej ogromnej pagody i to w centralnym miejscu świątyni. Dabotap zbudowany został ponoć w 751 roku, w 10 roku panowania króla Gyeongdeok (경덕왕). bulguksa19 Pagody strzegły kiedyś cztery kamienne lwy, lecz niestety podczas okupacji japońskiej rozmontowano ją i dwa z nich przepadły na zawsze. Jeden nadal czuwa w Bulguksie, a drugi… znajduje się w British Museum w Londynie. Nie wiadomo także czy Japończycy nie zabrali ze sobą lub nie zniszczyli jakiś relikwiarzy, które mogły znajdować się w pagodzie – w końcu z reguły z takim zamysłem stawiano takie konstrukcje. Dla Koreańczyków Dabotap jest na tyle ważnym miejscem, że jej podobizna znajduje się na rewersie monety z nominałem 10 wonów:

bulguksa1(© http://www.koreanclicks.com/do-you-know/dabotap-다보탑-drawing-on-koreas-10-won-coin)

Ominąwszy szybko grający mi na nerwach tłum, udałam się w stronę wąskich schodów prowadzących wyżej na zbocze góry Toham (토함산, 吐含山), na której znajduje się Bulguksa. Podczas istnienia królestwa Silla (57 pne – 935), nazywano ją Dongak (東嶽), co znaczy dosłownie „Wielka Wschodnia Góra” i uznawano za górę-strażniczkę państwa. Raz pośliznęłam się na wąskich i stromych schodach na tyle, że myślałam już przez chwilę, że moje zęby zostaną już raz na zawsze w Bulguksie jako zadośćuczynienie za wszelkie grzechy. Dobrze jednak, że mam jako taki refleks i po śliskich stopniach, powolutku, mijając po drodze kilka różnych prześlicznych budynków, dotarłam do najwyższej położonego punktu na całym terenie – Gwaneumjeon (관음전,觀音展). Stojąca tam świątynia ta poświęcona jest Awalokiteśwarze, boddhisatwie uosabiającym współczucie, znanym w Korei jako Gwaneum, a w Japonii jako Kannon.

bulguksa22 bulguksa21 To tutaj doświadczyłam pierwszego magicznego momentu w Korei. Stoję w deszczu, schowana pod parasolką i czuję, że znalazłam się w trochę innym świecie. Zero turystów, brak jakiegokolwiek dźwięku, jedynie szum spływającej z dachu świątyni wody i dźwięk zacinającej ulewy. Jak okiem sięgnąć, nie ma żywej duszy. Uświadomiłam sobie wtedy, że oto jestem w Korei, w kraju, o którego odwiedzeniu marzyłam od dawna. A tu nagle słyszę klekot jakby drewniaków, zbliżający się za moimi plecami. Ledwo zdążyłam się odwrócić, a ujrzałam lekko zgarbionego, lecz młodego, mnicha w szarych szatach z mosiężnym naczyniem w dłoni. Zostawił on przed wejściem swoje sandały i wszedł do środka, zapalając kadzidło, a następnie usiadł na macie i zaczął recytować, a raczej śpiewać sutry. Nie mam pojęcia czy były one po koreańsku, chińsku czy w sanskrycie, ale brzmiały jak coś autentycznie nie z tej ziemi. Stałam tak i nie miałam pojęcia co ze sobą zrobić, nagle moja obecność wydała mi się czymś nie na miejscu. Poczułam się intruzem w świecie, który był dla mnie totalnie obcy, a jednocześnie chciałabym choć chwilę go doświadczyć. Wycofując się grzecznie, żeby nie zwrócić na siebie uwagi, udałam się z powrotem w stronę głównego dziedzińca, a towarzyszył mi w tym stopniowo zanikający potok recytowanych słów. bulguksa25aWreszcie zanikł on całkowicie. Odwróciłam się aby zobaczyć czy mnich nadal pogrążony jest w modlitwie, ale nie było nic widać przez strugi deszczu. Może mi się tylko wydawało, że coś takiego miało miejsce? – w mojej głowie pojawiły się od razu myśli pełne wątpliwości – czy na pewno w tej tłumnie odwiedzanej przez ludzi z całego świata świątyni byłoby możliwe zobaczyć samotnego mnicha oddającego cześć Buddzie? Nawet jeśli to wszystko było jakąś fatamorganą, to było to przeżycie niezwykłe z wielu powodów, ale przede wszystkim dlatego, że poczułam się całkowicie oderwana od rzeczywistości i rządzącego nią czasu. Równie dobrze mógłby to być wiek VIII , XV albo początek XIX-go – stary budynek, drzewa, mnich w skromnej szacie, przesiąkniętej wonią kadzideł.

bulguksa24 bulguksa20 Mimo że padało i chwilami korciło mnie, żeby schować się gdzieś w ciepłym i suchym miejscu, pochodziłam jeszcze trochę po terenie Bulguksy, aby nacieszyć swe oczy i duszę. Zajrzawszy już chyba w każdy jej zakątek, przyszedł czas na jej opuszczenie i odpoczynek w jakiejś małej rodzinnej restauracyjce w centrum Gyeongju. Trochę przemoknięta wylądowałam w knajpce specjalizującej się w daniach z doenjang – koreańską pastą z soi, krewną japońskiego miso. Wybór padł na doenjang jjigae (된장찌개), niby-gulasz z tofu i warzywami ugotowany na bazie doenjang. Zanim wpadłam na pomysł udokumentowania posiłku w formie zdjęcia, miska była już wylizana prawie do czysta…

Po posiłku przyszedł czas na zakupy i kolejny spacer, podczas którego mogłam posmakować choć trochę atmosfery koreańskiego miasta. Małe restauracyjki, sklepiki z warzywami, tradycyjne budowle… Nawet nie wiedzieć kiedy zapadł wieczór, więc udałam się w stronę atrakcji, którą ponoć najlepiej oglądać po zmroku – stawu Anapji (안압지, 雁鴨池). Jak to w przypadku atrakcji turystycznych bywa, na miejscu zastałam tłum ludzi. Poza wycieczkami było jednak sporo par, pewnie miejscowych, które spacerowały dookoła stawu, podziwiając podświetlone budowle.

Budynki Anapji zostały zrekonstruowane całkiem niedawno, bo kilkadziesiąt lat temu, lecz nadal robią wspaniałe wrażenie, zwłaszcza, gdy można podziwiać ich odbicie na spokojnej tafli stawu. Nie zachwyciły mnie one z pewnością tak, jak świątynia Bulguksa, jednakże nie można odmówić temu miejsca uroku. Powolny spacer dookoła stawu był wspaniałym zakończeniem dnia. Chodząc tak i patrząc na podświetlone budynki, próbowałam sobie wyobrazić, jak musiał wyglądać ten kompleks w czasach świetności królestwa Silla. Warto zaznaczyć, że nie jest to naturalne jeziorko – zostało ono utworzone ludzką ręką. Król Munmu (문무 / 文武), panujący w latach 661-681 wpadł na pomysł zbudowania luksusowego jak na swe czasy ogrodu – powstały sztuczne wyspy, sprowadzono egzotyczne rośliny i zwierzęta. Niektóre źródła podają, że staw powstał kilka wieków wcześniej, jednakże to dopiero w VII wieku został doprowadzony do takiego stanu, w jakim możemy podziwiać go dzisiaj. Staw Anapji Jako że staw znajdował się tuż obok nieistniejącego dziś pałacu Banwolseong (半月城), pełnił dość ważną funkcję dla królewskiej rodziny. Przez długi czas był on rezydencją księcia. Po upadku królestwa Silla w X wieku, zarówno pałac, jak i zabudowania dookoła stawu popadły w zapomnienie. Dzisiaj możemy podziwiać jedynie kilka budowli, mimo że dawniej było ich na terenie o wiele więcej. Spacerując w nocy (i uważając, żeby nie zostać zbytnio pogryzionym przez koreańskie komary, które wyjątkowo upodobały sobie moją krew), szybko wpadłam w zrelaksowany nastrój, daleki od rozgrzebywania przeszłości i roztrząsania, co by było gdyby i jak to kiedyś wyglądało. Po prostu piękne budowle, księżyc i szum drzew. Z okazyjnymi krzykami turystów, ale na to już nic niestety nie poradzę. Staw Anapji anapji6 anapji5 Co chwilę przystawałam i robiłam zdjęcia, wydawało mi się, że znalazłam wyśmienity photo spot, a trzy kroki dalej pojawiało się kolejne miejsce, z którego rozciągał się niesamowity widok. Mimo że po wizycie w Bulguksie same budynki nie wydały mi się szczególnie zachwycające, w połączeniu ze spokojnymi wodami stawu i lekko schowanym za chmurami księżycem robiły niebywałe wrażenie. A Wam też się podoba? anapji4Z bliska budynki pawilonów także wyglądały pięknie, ale świadomość, że zostały zbudowane niedawno trochę psuły moją satysfakcję. A może po prostu rozpieściła mnie poranna wizyta w ponadtysiącletniej świątyni i teraz trudno mnie będzie już zadowolić? Jakkolwiek z daleka budynki dookoła Anapji w podświetlonej wersji prezentowały się przepięknie, z bliska sztuczne światło przekłamywało kolory zdobień i nie podobały mi się aż tak, jak te, które podziwiałam kilka godzin wcześniej na terenie Świątyni Krainy Buddy.

anapji9anapji8
anapji1 I to by było na tyle, jeśli chodzi o mój, niestety tylko jednodniowy, pobyt w Gyeongju. Ale nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło – to dopiero początek poznawania przeze mnie tego jakże fascynującego kraju. Z przesiąkniętego historią Gyeongju, poleciałam na południowy zakątek Korei – wyspę Jeju, gdzie spędziłam kilka wspaniałych dni, wędrując po przeróżnych zakątkach od samego rana do późnego wieczora. Ale o tej zapierającej dech w piersiach wulkanicznej wyspie napiszę już niedługo.

Na razie próbuję nacieszyć się Koreą jak tylko to możliwe i każdą wolną chwilę spędzam spacerując po wąskich uliczkach, przesiadując w przesiąkniętych zapachami smażonego jedzenia małych restauracyjkach, próbując dogadać się na migi na zakupach i zajadając się rozpływającymi się w ustach koreańskimi deserami. Czuję się trochę jak we śnie, a trochę jak na jednych z najwspanialszych wakacji w moim życiu. Może to dlatego, że wszystko jest nowe i nieznane, a ja jestem uzależniona od wszelkiej maści przygód? Może zmęczona byłam Japonią i teraz gdziekolwiek bym nie pojechała, byłabym tym miejscem zachwycona? Albo może Korea naprawdę jest tak niebywałym miejscem, w którym nie sposób się zakochać? Mam jeszcze kilka tygodni, żeby się o tym przekonać. A Wy, mam nadzieję, będziecie mi w tej przygodzie towarzyszyć.

3 comments on “Gyeongju (경주), czyli początek koreańskiej przygody

  1. Aleksandra

    No i masz mnie, przeczytałam XD Bulguksa (불국사 / 佛國寺) rzeczywiście bardzo się wyróżnia. Te kolory i motywy kwiatowe … Nie mogę się doczekać , aż coś napiszesz o obyczajowości / zwyczajach Koreańczyków 😉

  2. Czy takie kursy językowe w Korei są drogie? Czy dużo nauczyłaś się na tym kursie?

    • Karolina

      Zależy, co to dla Ciebie znaczy „drogie” 🙂 Informacje na temat poszczególnych kursów oferowanych przez różne uniwersytety w Korei dostępne są na ich stronach internetowych. Mnie na szczęście wsparł w tej materii mój uniwersytet, więc nie musiałam się zbytnio kosztami przejmować. I nauczyłam się całkiem sporo, mam wrażenie że mój koreański poprawił się więcej przez te kilka tygodni niż przez rok nauki w Anglii~ Na pewno polecam naukę koreańskiego w Korei, bo robi to ogromną różnicę.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *