Wyspa Udo (우도), czyli wyprawa na „Krowią Wyspę”

Jeszcze przed wylotem do Korei miałam nie lada problem, żeby jako tako zaplanować tygodniową podróż przed rozpoczęciem kursu językowego w Seulu. Otoczona przewodnikami, pijąc hektolitry zielonej herbaty z lodem, podjęłam się niemożliwego – poznania kraju w tak krótki okres czasu.

Jedna książka polecała góry wewnątrz półwyspu, serwisy online zachwalały miasta na południu. Napotkałam wypowiedzi w Internecie osób twierdzących, że jedno miejsce jest wspaniałe, tylko po to, żeby trzy wpisy niżej ktoś je kompletnie zmieszał z błotem. W Japonii spędziłam już w sumie ponad rok i coraz bardziej wychodziło mi tam wybieranie wspaniałych celów podróży. Korei nie znam nawet w kilku procentach tak dobrze, nie wspominając już u języku, którego dopiero nie dawno zaczęłam się tak naprawdę uczyć. W pewnym momencie postanowiłam zaznaczać sobie na mapie Korei miejsca warte odwiedzenia, ale po kilku godzinach mapa była usiana kropkami tak, że ledwo było widać jakąś pustą przestrzeń między nimi.

Dlatego też zdałam się trochę na opinię mojej zakochanej w Korei koleżance z Japonii, trochę na przewodniku i zdjęciach z Internetu i zdecydowałam się na położoną na południu wyspę Jeju (제주 / 濟州). Trochę przerażało mnie to, że jest to jeden z najpopularniejszych kierunków turystycznych w Azji, jak i to, że ma ona opinię miejsca idealnego dla nowożeńców, próbujących się nacieszyć swoim miodowym miesiącem, ale stwierdziłam, że pal licho, najwyżej utonę w tłumie różowych pluszowych serduszek i lecących w każdej kawiarni i sklepie sennych, miłosnych ballad.

Wsiadłam zatem w samolot (tutaj warto zaznaczyć, że loty krajowe w Korei nie dość, że są tanie, to jeszcze latają dosłownie co chwilę) i kilka godzin później, wieczorem, siedziałam już w kawiarence w mieście Jeju, zajadając się ogromną michą deseru, od którego nie tylko ja, ale także cała Korea, zdaje się być uzależniona – patbingsu (팥빙수).

Patbingsu - koreański przysmak

Jedną ręką ładowałam do ust wielkie porcje kruszonego lodu z pastą anko, a drugą sprawdzałam na komórce, gdzie by się tutaj na tej wyspie wybrać. Na Jeju postanowiłam zostać całe trzy dni, mimo że atrakcji wartych zobaczenia starczyłoby spokojnie na tydzień czy dwa, dlatego chciałam jak najefektywniej zwiedzić co tylko się da. Jeju to wyspa wulkaniczna, w której centrum znajduje się najwyższy szczyt Korei – Halla-san (한라산), 1950 m n.p.m.

jeju2
© http://en.wikipedia.org/wiki/Jeju_Province

Samo miasto Jeju, w którym znalazłam zakwaterowanie, niespecjalnie mnie zachwyciło – przeciętny nadmorski kurort pełen sklepów z ubraniami, pamiątkami i masą dość średnich restauracji. Dlatego też aż korciło mnie, żeby pojechać gdzieś z dala od zgiełku, gdzieś, gdzie nie będzie aż tylu turystów, którzy ledwo co wyściubiają nos ze swojego luksusowego hotelu.

Wybór padł na małą wysepkę Udo (우도) , znajdującą się kilkanaście minut promem od wschodniego brzegu wyspy Jeju. Dostanie się tam nie było jednak aż takie proste; mimo że dystans w kilometrach może jest mały, najpierw musiałam dostać się na dworzec autobusowy, znajdujący się na przedmieściach, a następnie wsiąść w lekko rozklekotany autobusik, jadący w stronę Seongsan.

Po dwóch godzinach jazdy przez totalny koniec świata, znalazłam się w porcie, próbując za pomocą mojego łamanego koreańskiego kupić bilet na prom; pani w kasie nie rozumiała za grosz angielskiego. Dostałam jakieś karteczki, na których miałam w nieznanym mi celu wpisać swoje nazwisko i numer telefonu, następnie kilka ulotek i zostałam przy tym dość energicznie pouczona, gdzie mam iść, a z natarczywości tonu wywnioskowałam, że mam to zrobić szybko, bo prom zaraz odpływa. Ledwo dotruchtałam do kładki, wskoczyłam na pokład, a z silników dobył się przerażający ryk, a ja, klucząc wśród samochodów, doczłapałam się do barierki i zostawiłam za sobą ledwo co poznane Jeju.

Co takiego zainteresowało mnie w Udo, że postanowiłam się tam wybrać? Po pierwsze – sama nazwa, znacząca „Krowia Wyspa”. Nie wiem, kto wpadł na taki pomysł, ale ponoć wielu ludziom kształt wyspy przypomina właśnie leżącą krowę. Patrząc na nazwę zapisaną w hangul, w ogóle nie skojarzyłam gry słów, dopiero jak zobaczyłam ją w wersji hanja – 牛島 – olśniło mnie. Wybuchnęłam śmiechem, uświadomiwszy sobie, że jestem na drugim końcu świata i właśnie płynę w stronę „Krowiej Wyspy”.

Jako że Udo to wyspa wulkaniczna, może się ona poszczycić wyjątkowo żyzną ziemią i w związku z tym znana jest ze swoich słodkich ziemniaków, czosnku czy orzeszków ziemnych. Udo to największa z otaczających Jeju 62 wysepek, więc jest dość popularnym celem turystów, zarówno z Korei, jak i z zagranicy. Na szczęście większość z nich podróżuje po wysepce wynajętymi samochodami, skuterami bądź autobusami, a ja trochę na przekór postanowiłam zobaczyć Udo pieszo. Dlatego z reguły nikogo w pobliżu nie było, może poza lokalnymi mieszkańcami pracującymi w polu.

Dokładnie o to mi chodziło – o odwiedzenie miejsc, gdzie nie zachodzi śpieszący się wszędzie turysta. Na początek zaszłam do lokalnej knajpki niedaleko portu, która mogła poszczycić się całymi czterema pozycjami w menu, z czego dwie były niedostępne. Wybór padł na niezawodny pibimbab (비빔밥), ryż z przeróżnymi dodatkami i już kilkanaście minut później, rozprostowując nogi pod niskim stolikiem, zajadałam się wśród koreańskich rodzin tym nieskomplikowanym, lecz jakże pysznym koreańskim daniem. Podano mi do tego także zupę z małżami, w ramach zestawu, o którym nie miałam pojęcia, ale jako że takich rzeczy nie jadam, nie została przeze mnie skosztowana. Nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło – mimo ogromnej porcji, udało mi się spałaszować pibimbab do ostatniego ziarnka ryżu!

Bibimbap w knajpce na Udo

Posiliwszy się tym niezawodnym daniem, które mogłabym jeść chyba codziennie (co, szczerze mówiąc, nie odbiega zbytnio od rzeczywistości), udałam się wolnym tempem, na jaki pozwalał skwar, w stronę wulkanicznych klifów Tolk’ani (돌칸이). Przez chwilę żałowałam, że nie wypożyczyłam skutera albo choćby roweru, bo momentami upał dawał w kość, ale widok czarnych jak smoła skał i obijających się o nie fal wynagrodził ten wysiłek.

SAMSUNG CAMERA PICTURES  SAMSUNG CAMERA PICTURESSAMSUNG CAMERA PICTURES udo1SAMSUNG CAMERA PICTURES

Stojąc tak w dole i patrząc na majestatyczne klify, wpadłam na pomysł – czemu nie spróbować by na nie jakoś wejść? Na pierwszy rzut oka wydawało się to dość daleko i wysoko, ale po szybkiej konsultacji z mapką okazało się zadaniem możliwym do wykonania, zwłaszcza, że miałam w sobie masę energii po przepysznym posiłku. W ogóle koreańska kuchnia mnie rozpieszcza i mimo, że Korea uznawana jest głównie za raj dla mięsożerców, wegetarianie także znajdą coś dla siebie. I to nie byle co! Wyruszyłam zatem szlakiem turystycznym w górę, z zamiarem dotarcia na najwyższe wzniesienie „Krowiej Wyspy” – Udo-bong (우도봉), 132.5 m n.p.m.

SAMSUNG CAMERA PICTURES SAMSUNG CAMERA PICTURES

Jakby ktoś miał wątpliwości, gdzie się znajduje, może sobie to ekspresowo przypomnieć, robiąc zdjęcie z kamiennym posągiem byka. Oprócz jazdy konno, była to jedna z głównych atrakcji przygotowanych dla turystów. Dawno temu sporo jeździłam konno i do tej pory mnie nosi, aby kiedyś do tego wrócić, ale jazda po malutkim padoku z instruktorem przebranym za kowboja nie jest chyba idealnym sposobem na zainteresowanie kogoś tą dyscypliną. Początkowo turystki wyglądały na rozochocone, nawet z dala słychać było ich przesłodzony do bólu chichot, ale mijało kilkanaście sekund na grzbiecie konia, prowadzonego przez skośnookiego kowboja o przypalonej słońcem skórze, a ich twarze wyrażały bardziej przerażenie niż zadowolenie. No cóż…

SAMSUNG CAMERA PICTURES SAMSUNG CAMERA PICTURES

Nie można jednak odmówić temu miejscu niepowtarzalnego uroku. Im wyżej się weszło, tym i widok stawał się coraz piękniejszy. Wspinając się po wąskiej ścieżce w górę i klucząc wśród wlokących się w żółwim tempie turystów, podziwiałam majaczącą w oddali sylwetkę Seongsan Ilchulbong (성산일출봉)  – wygasłego wulkanu, który uformował coś na kształt ni to wyspy ni to półwyspu na wschodnim brzegu wyspy Jeju. I mimo że skwar dawał się we znaki, widok roztaczający się z góry wynagrodził wszelki trud.

Po kilku minutach dogoniła mnie ogromna grupa ludzi, zdeterminowana, żeby zrobić zdjęcie panoramy bodajże z każdego możliwego ujęcia. Dlatego też zrobiwszy kilka zdjęć, udałam się w dół, abyprzed odpłynięciem powrotnego promu przejść się jeszcze na plażę. Ścieżka w dół wiodła przez las i dawała schronienie przed parzącym słońcem (jednakże chyba niewystarczające, bo skutki upału na Udo czułam na swojej skórze jeszcze przez kilka dni). Po drodze moją uwagę zwróciły malutkie kamienne nagrobki, ukryte wśród soczyście zielonych krzewów. Czyż nie wspaniale byłoby spędzić wieczność w takim miejscu, a nie na ogromnej anonimowej nekropolii?

Cmentarz na wyspie Udo Grobowce na wyspie Udo

Doszedłszy do większego skrzyżowania, udałam się w stronę przeciwną niż wszyscy wracający w stronę portu turyści i dosłownie w mgnieniu oka poczułam się, jakbym wylądowała w innym świecie. Albo nawet w innej epoce. Malutkie domki z kamienia, ciemne podwórka otoczone murami z porowatej wulkanicznej skały, kobiety w chustach na głowie, pracujące w polu, mężczyźni w grubych płóciennych spodniach, układający czosnek do suszenia na drodze. Dróżka wiła się wśród dość złowieszczych murów, które zdawały się kryć jakieś mroczne tajemnice. A jeśli tak, to było ich wiele, bo mury ogradzały dosłownie wszystko. Nie tylko domostwa, ale także poszczególne poletka, wyznaczały granicę między drogą a polem czy też między ziemią należącą do różnych osób. Ja przyglądałam się pracującym w polu mieszkańcom i czułam na mnie ich wzrok. Jedna osoba spytała się coś mnie z słodko-gorzkim uśmiechem na twarzy, ale nie zrozumiałam, o co chodziło. Nie dość, że dopiero niedawno zaczęłam się uczyć koreańskiego i znam tylko podstawy, to jeszcze na Jeju mówią sporo różniącym się dialektem..  Uśmiechnęłam się i poszłam dalej, w stronę morza, szukając jakiejś plaży, na której mogłabym usiąść i chłonąć atmosferę tego miejsca.

SAMSUNG CAMERA PICTURES SAMSUNG CAMERA PICTURES Mury domostw na Udo Droga w stronę portu na Udo

Plaża była prawie pusta, co wprawiło mnie w jeszcze lepszy nastrój. Po drodze wstąpiłam do jednego z wielu sklepików sprzedających lokalny przysmak – lody z uprawianych na Udo orzeszków ziemnych. W menu znajdowała się tylko jedna pozycja – „lody” – więc nie musiałam się specjalnie zastanawiać i zamówiłam ten przysmak, nie spodziewając się jednak, że dostanę zestaw, który mógłby nakarmić pułk wojska.

Seobinbaeksa (서빈백사), czyli „Plaża Białych Korali” nie oferowała mięciutkiego piasku, do jakiego jestem przyzwyczajona, lecz prześliczne, białe, małe niby-kamyczki, właśnie z koralu, które były po prostu prześliczne. Piasek, mimo że w innym kształcie, skojarzył mi się z gwiazdkowym piaskiem na japońskiej wysepce Taketomi.

Piasek na plaży na Udo udo20

Siedząc na jednym z kamieni, niedaleko morskich fal, przyglądałam się nurkującej haenyeo (해녀 / 海女), poszukującej małż i innych morskich stworzonek. Haenyeo znaczy dosłownie „kobieta morza” i nie jest to dalekie od prawdy – wiele mieszkanek Jeju, a zwłaszcza Udo, brały na siebie obowiązek utrzymania rodziny, nurkując bez jakiegokolwiek sprzętu, często na minutę czy dwie i na spore głębokości, aby zebrać jedzenie. Wydawałoby się, że zawód ten umrze wraz z nadejściem „nowoczesności”, lecz dziś prawie 4500 kobiet w regionie nadal pracuje jako haenyeo.

Większość z nich ma ponad 60 lat, więc jeśli nie zachęcą do kultywowania tradycji haenyeo swoich córek i wnuczek, tradycja ta może niedługo zostać zapomniana. Młode dziewczyny wolą zatrudnić się w branży turystycznej niż spędzać pół dnia w często zimnej wodzie, nie mówiąc już o niebezpieczeństwie związanym z zasłabnięciem, przemarznięciem, a nawet z niekoniecznie przyjaznym spotkaniem z meduzami czy rekinem (a i takie sytuacje ponoć się zdarzają). Wiele kobiet zbierało także małże przy brzegu na płytkich wodach, ale najbardziej zadziwiły mnie chyba te nurkujące nieopodal portu – co jakiś czas, przy pomarańczowych bojach, którymi oznaczały swoją pozycję, wynurzała się głowa by zaczerpnąć powietrza, i ponownie znikała pod powierzchnią wody.

Haenyo łowiąca małże

Na Jeju to kobiety właśnie, a nie mężczyźni, z reguły utrzymywały swoje rodziny – miło było dowiedzieć się o ostoi matriarchatu, zwłaszcza spędziwszy sporo czasu w bardzo patriarchalnej Japonii. Widać to zarówno poprzez wykonywaną przez nich niebywale ciężką pracę, jak i poprzez ich działania i umiejętność organizacji. To właśnie haenyeo jako pierwsze zbuntowały się japońskim okupantom w latach 30-tych XX wieku, inspirując do protestów około 17 tysięcy okolicznych mieszkańców. I mimo że to mini powstanie zostało szybko stłumione, haenyeo postrzegane są jako niezwykle silne i godne podziwu kobiety. Jeśli warunki na morzu nie sprzyjają, kobiety te nie boją się zakasać rękawy i pójść pracować w polu. Co ciekawe, zazwyczaj pracują one w kooperatywie i dzielą zysk z połowów po równo, pogłębiając prawie że siostrzaną więź między sobą.

Pomnik haenyo na Udo udo23

Niezmiernie żałuję, że nie udało mi się na spokojnie poprzyglądać pracy haenyeo tudzież wybrać się do poświęconego im muzeum. Nie dałam także rady dotrzeć do mniej zadeptanych przez turystów zakątków, takich jak północna część wyspy. Na szczęście większość czasu spędziłam spacerując wzdłuż małych gospodarstw, ogrodzonych ciemnymi murami, nie spotkawszy nikogo na swojej drodze oprócz lokalnych mieszkańców.

Jest to również warta poznania, inna strona Azji, zwłaszcza Azji Wschodniej, uznawanej przecież przez wielu za istny robo-kosmos i science fiction. Szkoda tylko, że nadal wielu Japonia czy Korea będą kojarzyć się jedynie z oślepiającymi neonami, dziwnymi programami telewizyjnymi, przesłodzonymi boysbandami i szeroko pojętą „nowoczesnością”. A może zamiast tego powinniśmy pomyśleć o haenyo na Jeju, o przesympatycznych sprzedawcach na targu w Kōchi czy obsłudze w małych rodzinnych knajpkach ukrytych w bocznych uliczkach, których pełno w tych obu krajach?

Patrząc na znikające w oddali pomarańczowe boje, przy których co jakiś czas wynurzała się jakaś haenyo, stałam oparta o barierkę promu i patrzyłam na zmniejszające się Udo… Nie był to jednak jeszcze koniec dnia, bo w planach miałam jeszcze wejście na Seongsan Ilchulbong. Powoli zbliżałam się do niego, lekko przerażona, bo z bliska wydawał się ogromny, a niby miałam wejść na jego szczyt, lecz jednocześnie podekscytowana nowym wyzwaniem. No i oczywiście niesamowicie szczęśliwa, bo doświadczyłam już tylu nowych rzeczy, zobaczyłam tyle ciekawych miejsc, zjadłam masę pyszności, będąc jedynie kilka dni w Korei.

Z jednej strony niesamowicie się cieszę, a z drugiej już zaczynam martwić, że nie będę tu wystarczająco długo. I już planuję, jakby tutaj w przyszłości jeszcze wrócić. Na dłużej. Mam nadzieję, że i Wy z czasem, jak na blogu zacznie się pojawiać więcej postów o Korei, zaczniecie rozumieć, dlaczego ten kraj mi się tak podoba. Materiału do pisania jest pod dostatkiem, jedynie czasu brakuje. Niby zajęcia się jeszcze nie rozpoczęły, ale jak tylko mam wolną chwilę, to spaceruję po Seulu, zaglądając do małych sklepików, chodząc na targi z warzywami czy po prostu szwendając się bez większego celu. Jednakże myślami jestem jeszcze nadal częściowo na Jeju i już niedługo podzielę się z Wami kolejnymi rozdziałami opowieści z tej fascynującej wyspy.

2 comments on “Wyspa Udo (우도), czyli wyprawa na „Krowią Wyspę”

  1. Aleksandra

    „Wolne” zwiedzanie … bez przewodnika, gdzie oczy poniosą, albo nie będąc uzależnionym od kogoś jakąś określoną trasą … „włóczenie się” po mniej uczęszczanych drogach … takie zwiedzanie jest najlepsze ^^ Udało mi się takowego doświadczyć , podczas około tygodniowego pobytu nad polskim morzem jednego z ubiegłych lat.

    • Karolina

      Uwielbiam zwiedzanie w takiej formie! Szczerze mówiąc, z reguły staram się tak podróżować, nawet kosztem niezobaczenia jakiejś popularnej turystycznej atrakcji. Szkoda tylko, że nie zawsze jest na takie coś czas. A za polskim morzem trochę tęsknię – nawet mimo zimnej (i brudnej wody) – co jak co, ale plaże mamy naprawdę przepiękne!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *