Market Gwangjang (광장시장), czyli ucztowanie po seulsku

Z Jeju wróciłam ponad tydzień temu i każdą wolną chwilę spędzam na poznawaniu Seulu od strony zarówno turystycznej, czyli zwiedzając wspaniałe zabytki, poprzez bardziej relaksujące zajęcia, jak próbowanie przeróżnego koreańskiego jedzenia czy robienie zakupów, zwłaszcza w małych sklepikach, ukrytych w bocznych uliczkach. Gwiazda tygodnia – kolacja na targu Gwangjang.

Kilka dni temu wybrałam się tam w celu spróbowania autentycznego street food – ulicznego jedzenia. Zatem w ramach małego przerywnika i odpoczynku od monumentalnych stożków wulkanicznych oreum, takich jak opisany niedawno Seongsan Ilchulbong, cudownych koralowych plaż, jak ta na wyspie Udo i innych dzieł Matki Natury, o których napiszę już niebawem, chciałam się z Wami podzielić moją seulską codziennością.

Targ Gwangjang (광장시장; Gwangjang sijang), znajdujący się w dzielnicy Jongno (종로) to najstarszy targ w Seulu, w którym czas jakby się zatrzymał. Jego nazwa wzięła się od dwóch mostów na rzeczce Cheonggye (청계), pomiędzy którymi został wybudowany – Gwang-gyo i Jang-gyo. Za dnia znany jest głównie ze sklepów sprzedających ubrania i tekstylia, lecz wieczorem zamienia się w labirynt budek, mniej czy bardziej trwałych stoisk, które często składają się jedynie ze skleconych na prędce ławeczek i stolików. Od razu po wejściu do środka arkady, poczułam się trochę jak w innym świecie. Zanim dotarłam do korytarzy dosłownie zatłoczonych ludźmi, siedzących w obłokach buchających z setek garów pary, zajadającymi się różnymi pysznościami, popijając przy tym magkeolli, przeszłam przez dość przygnębiającą część z zamkniętymi sklepami, które przed zachodem słońca są zapewne równie pełne życia, jak część restauracyjna.

Targ Gwangjang w nocy zamienia się w ulubioną jadłodajnię okolicznych mieszkańców

Nie mogłam się wręcz powstrzymać, gdy zobaczyłam babinkę w fartuszku jakby z poprzedniej epoki, przyrządzającą przeróżne placki na żeliwnej płycie, która wyglądała bardziej jak część jakiegoś wraku niż sprzęt kuchenny i zachęcona jej uśmiechem, usiadłam na kiwającej się „ławeczce” i zamówiłam bindaetteok (빈대떡) – rodzaj naleśnika z warzywami i kimchi na bazie mąki z fasoli mung.

Różne rodzaje placka bindaettok na markecie Gwangjang

Gwangjang nie można odmówić specyficznego klimatu – dania podawane są na talerzach obtoczonych jednorazowymi woreczkami, które są następnie wyrzucane (niekoniecznie do kosza, bo za daleko, często lądują po prostu na ziemi), ludzie popijają alkohol z plastikowych bądź papierowych kubeczków wszelkiej maści, a pałeczki często są totalnie z innej parafii. Ale przy tym wszystkim nie można powiedzieć, że jest brudno – owszem, panuje totalny nieporządek i chaos, ale jedzenie jest świeżo przygotowywane, pichcące je kobiety co chwilę myją ręce, a do jedzenia używane są same jednorazowe sztućce. Babinka smażąca na dość podejrzanie wyglądającej kuchence mojego naleśnika nie umiała za grosz angielskiego, ja średnio byłam w stanie się dogadać po koreańsku, ale i tak zaliczyłam niezłą ucztę.

Przesympatyczna babcia, której specjalnością były placki z fasolki mung - bindaetteok Prowizoryczne stoiska na targu Gwangjang

W Korei zwyczajowo do każdego posiłku podawane jest kilka, a czasem nawet kilkanaście przystawek, zwanych banchan (반찬 / 飯饌). Głównie są to przeróżne typy kimchi (김치) – podstawa koreańskiej kuchni, czyli kiszonych z dodatkiem płatków papryczki chilli warzyw, z reguły kapusty czy rzodkwi. Do tego podawane są często także warzywa, namul (나물), marynowane bądź podgotowane z dodatkiem czosnku, oleju sezamowego i przypraw. 

Bindaetteok i kimchi - tani, smaczny i pożywny posiłek na targu Gwangjang

Warto tutaj zwrócić uwagę na sporą różnicę kulturową między Koreańczykami a Japończykami. W Korei jedzenie to czynność komunalna, przystawki podawane są na środek stołu, skąd każdy się częstuje, ale nie nakładając sobie odpowiednią porcję na swój talerz, lecz po prostu jedząc prosto z miseczek. Banchan można jeść z reguły do woli, często nawet nie trzeba pytać o dokładkę, bo porcja zostanie nie wiadomo kiedy uzupełniona. Czasem można sobie je samemu nakładać z wystawionych przy ścianie misek pełnych różnego typu kimchi, warzyw i innych małych przekąsek.

W Japonii natomiast, na przykład w ramach tradycyjnego posiłku, każdy otrzymuje swoją serię mini-talerzyków, a podjadanie komuś z talerza jest uznawane za dość spore faux pas. W Korei normalne jest zamawianie jedzenia „na spółkę”, zresztą wiele restauracji domyślnie serwuje do deserów na przykład dwie łyżeczki, co w Kraju Kwitnącej Wiśni byłoby uznane za coś dość dziwnego. Dlatego też gdy podróżowałam po Japonii z japońskimi znajomymi nikt nigdy nie wpadł na pomysł kupienia jednego dania i zjedzenia go wspólnie, żeby móc potem spróbować coś innego, lecz każdy zamawiał swoje i jadł to od początku do końca, nawet jak jedzenie sąsiada kusiło. Spotkałam się z sytuacją, kiedy druga osoba pomogła mi ze skończeniem porcji – widocznie zostawienie niedojedzonego jedzenia w ramach opisanej przeze mnie jakiś czas temu idei mottainai (勿体無い) byłoby chyba większym grzechem niż jedzenie z cudzego talerza. Niejedzenie ze wspólnego talerza nie jest oczywiście zasadą, czasem spotkałam się z czymś takim w jakimś pubie izakaya, ale z pewnością daleko temu do społecznie akceptowanej normy.

Dla mnie jedzenie jest niesamowicie ważne, nie tylko z powodu smaku, lecz właśnie panującej przy tym atmosfery. Dlatego też zachwycił mnie gwar targu Gwangjang, gdzie otoczona byłam zwykłymi ludźmi, którzy niedawno skończyli pracę i przyszli się odprężyć przy szklance schłodzonego alkoholu destylowanego z ryżu – makgeolli (막걸리).

Wieczorne ucztowanie w koreańskim stylu na seulskim targu Gwangjang Rózne przysmaki - wegetariańskie i mięsne - na jednym ze stoisk na targu Gwangjang
Ogromne miski z podrobami na targu Gwangjang w Seulu Owoce morza i nie tylko na targu Gwangjang w Seulu Owoce morza i mięso na targu Gwangjang w Seulu

Poza ciągnącymi się w nieskończoność stoiskami oferującymi przeróżne gotowe (albo mające zostać świeżo przygotowane po zamówieniu) jedzenie, Gwangjang ma w swojej ofercie równie wiele sklepików sprzedających świeże produkty spożywcze takie jak ziarna, fasola, suszone ryby, przyprawy, kimchi i tym podobne.

Sklep z suchymi produktami na targu Gwangjang w Seulu Przesympatyczna babcia sprzedająca fasolę na targu Gwangjang

Stoisko z kimchi na targu Gwangjang w Seulu

Często mini-restauracyjki znajdowały się dosłownie na środku korytarza, wciśnięte pomiędzy sklepy spożywcze. Gdyby się komuś znudziły zakupy albo dźwiganie toreb, zawsze może gdzieś przysiąść i posilić się pysznościami, jakimi tylko jego dusza zapragnie.Po lewej - sklepiki z masą słodyczy, po prawej - stoiska z gorącym jedzeniem. Targ Gwangjang w Seulu

Po kilkunastu minutach spaceru po tłocznych alejkach aż zaczęło mi się od feerii barw i zapachów kręcić w głowie. Momentami byłam dość przerażona, widząc kaszanki grubości ludzkiego ramienia, świńskie ryje, grillowane wnętrzności czy dość groźnie wyglądające owoce morza. A z drugiej strony zafascynowana tą „innością”, która dawała mi coś, do czego aż boję się przyznać, bo tego słowa nie cierpię – niemalże posmak „egzotyki”. Takiego oklepanego chaosu, hałasu, wymagającego wyjścia ze swojej comfort zone i wskoczenia na głęboką wodę, aby móc wszystko smakować pełną gębą.

Szaszłyki przyrządzane na oczach klienta na targu Gwangjang Relaks po pracy przy misce dobrego jedzenia na targu Gwangjang Ogromne muszle na sprzedaż na targu Gwangjang
Świeżo przyrządzane potrawy na targu Gwangjang w Seulu

Koreańskie pierożki (mandu) z różnymi nadzieniami na targu GwangjangZachęcona zapachem pikantnego sosu, w którym gotowane są tteokbokki (떡볶이), usiadłam na wyjątkowo wąskiej ławce na przeciwko wielkiej góry kuszącej gimbapem – takim zawijańcem z ryżu, przypominającym japońskie maki-zushi (巻き寿司), pełnym przeróżnych warzyw w środku.  Największa kaszanka, jaką widziałam. Targ Gwangjang w Seulu. Szybki i tani posiłek na targu Gwangjang. W roli głównej koreańskie sushi - kimbap

Ledwo znalazłam dla siebie miejsce, a już obok mnie usiadło kolejne kilka osób i zostałam poproszona o przesunięcie się. Niby nic takiego, ale zmusiło mnie to do siedzenia naprzeciwko największej kaszanki, jaką kiedykolwiek widziałam w życiu, a tuż obok mogłam podziwiać trzęsącą się, ogromną golonkę. Stwierdziłam jednak, że to wszystko w ramach przełamywania kolejnych barier kulturowych. Nie kusiło mnie w ogóle, żeby tego spróbować, ale kobiety obok mnie zajadały się tą kaszanką z wyjątkowym smakiem, co potwierdzało mlaskanie i cmokanie, które było pewnie słychać i kilka stoisk dalej.

Alkohol makgeolli, kimbap i tteokbokki - idealna kolacja na targu GwangjangJa zdecydowałam się na wspomniane wyżej tteokbokki, czyli takie niby klusko-kopytka z mąki ryżowej w bardzo ostrym, a jednocześnie dość słodkawym, sosie chilli. Pamiętam jak mi ktoś kiedyś powiedział, że ludzie, którzy uznają tteokbokki za swoje ulubione danie uznawani są za dość dziecinnych, ale w tym momencie miałam głęboko w poszanowaniu koreańskie stereotypy, bo jest to danie wyjątkowo pyszne i sycące. I uszczęśliwiające, nawet jak język parzy, a po brodzie ciekną strugi sosu.

Kiedy pikantność zdawała się mnie powoli wykańczać, sięgałam albo po łyk makgeolli, albo kawałek gimbapu. I tak powoli, kęs za kęsem, delektowałam się smakiem, zapachem i gwarem Gwangjang – cieszyłam się z bycia tam autentycznie wszystkimi zmysłami. Nawet jak już talerze zostały prawie że wylizane do czysta, ja siedziałam bez ruchu na swoim miejscu, starając się wczuć w atmosferę, której przyszło mi doświadczyć po raz pierwszy. Trochę przypominało mi to market w Kōchi (高知), ale tam wyglądało to jednak inaczej – porządne stoły na środku hali, każde stoisko, nawet jeśli lekko zagracone, to aż błyszczące, do tego każde miało wywieszoną swoją nazwę, a za wszystko otrzymałam grzecznie paragon i nie różniło się to wiele od restauracji, tylko że po prostu było ich wiele skupionych w jednym miejscu.

Koreański street food na targu Gwangjang Hot pot czekające na klientów na targu Gwangjang Świeże produkty w jednej z malutkich kuchni na targu Gwangjang

Tutaj natomiast panował dość spory bałagan i hałas. Ludzie nie pili grzecznie piwa ze szklanek, lecz przeróżnego typu alkohole, takie jak makgeolli czy mocniejsze, podobne do wódki, soju (소주) i to w plastikowych kubeczkach czy miseczkach, każda z innej parafii. Mimo że market Gwangjang jest dość popularnym miejscem, polecanym często w przewodnikach, nie spotkałam żadnego innego turysty, co sprawiło, że jeszcze bardziej mnie to cieszyło. Sprzedawcy zdawali się w ogóle nie przejmować, że są ludzie, przychodzący tutaj z czystej ciekawości. Dla nich był to wieczór, jak każdy – spędzony na nogach, gotując i serwując jedzenie i nikt nie miał zamiaru traktować mnie specjalnie tylko dlatego, że jestem nie-Koreanką. I o to chodzi! Nawet jeśli nieraz oznaczało to lekką opryskliwość czy chłód – tak samo traktowano Koreańczyków, siedzących obok. Aż na chwilę zapomniałam, iż nie jestem stąd i że w większości nie mam zielonego pojęcia, o co chodzi.

Różne typy placków bindaetteok na stoisku na targu Gwangjang

Luźna atmosfera na targu Gwangjang w Seulu

Placuszki oraz wariacje na temat japońskiej tempury na targu Gwangjang

Niestety, jakkolwiek Gwangjang był miejscem wyjątkowym, jest zbyt daleko, aby wybrać się tam, ot tak, na kolację. Rozważałam nawet, żeby pójść tam raz na jakiś czas, nawet jeśli wymagałoby to podróży kilkadziesiąt minut metrem w jedną stronę. Na szczęście, totalnie przypadkiem, podczas porannego joggingu, odkryłam dość podobny market w swojej dzielnicy! Nie jest on aż tak duży ani nie oferuje aż tak szerokiej gamy jedzenia, ale jest pełen „lokalsów”, oprócz masy mniejszych i większych sklepików z warzywami, owocami, świeżym mięsem czy rybami, powciskane są też stoiska przygotowujące świeży street food. Na pewno się tam niedługo wybiorę, nakupię tonę świeżych warzyw, niemniej owoców (na które mnie w Korei, w przeciwieństwie do Japonii, stać!) i popatrzę na góry tajemniczych składników, zagryzając świeżutko przygotowany gimbap, czy też warzywa smażone w głębokim cieście à la tempura.

Późny wieczór w bocznej alejce targu Gwangjang

W końcu Korea to kraj wielbicieli jedzenia – ale niekoniecznie w wydaniu gourmet, jak to bywa w Japonii, ale także, a może zwłaszcza, tego, które można zjeść teraz, zaraz, podczas zakupów czy wieczornego spaceru po okolicy. Jedzenia, które jest balsamem dla duszy i ciała, pożywne i pyszne. Jakkolwiek uwielbiam japońską dbałość o najmniejsze szczegóły, mojemu sercu zdaje się bliższe przyziemne podejście Koreańczyków. Bo nie muszę się stresować, kiedy chcę coś zjeść na ulicy, w Japonii, owszem, często wystawione są stoiska z przysmakami, lecz z reguły z okazji festiwali. Wygląda to może trochę inaczej w Kabukichō (歌舞伎町) czy w Osace, ale mowa tutaj o dzielnicach rozrywki, a nie o zwykłym markecie, gdzie zachodzą rodziny z dziećmi i nie tylko po to, żeby zawitać w jednym z licznych love hoteli czy pubów, ale po prostu, żeby zjeść i zrobić potrzebne zakupy. Na Gwangjang z pewnością jeszcze wrócę, a w międzyczasie zostanę stałym bywalcem podobnych targów w okolicy. Nie mogę się doczekać wypróbowania tych wszystkich typów naleśników, świeżo pakowanych paczuszek pełnych kimchi domowej roboty, smażonych warzyw czy słodyczy! A to wszystko dosłownie za grosze i to pod moim nosem! Miesiąc ucztowania uważam oficjalnie za otwarty!

3 comments on “Market Gwangjang (광장시장), czyli ucztowanie po seulsku

  1. Aleksandra

    Jezuuuusiuuuu … rozmarzyłaś mnie tym jedzeniem ^^ Nie tylko dlatego, że wygląda i brzmi zachęcająco, ale też dlatego , że, jak to powiem, ziemniaki są dla mnie od jakiegoś czasu „nudne” . A ostatnio nawet przeciętny chleb mi nie wchodzi w usta ! Muszę sobie kupować bułki grahamki/ziarniste czy jakieś inne wymyślne bo nic nie zjem jak jestem poza domem. Podobnie jest z niektórymi innymi potrawami. Np; makaronem. Mam wrażenie że te świderki mają w sobie za dużo mąki, ale od znienawidzenia rosołu uratowały mnie nitki, uff, tego mi było trzeba. Uważam też gdzie kupuję ser. Nie rozumiem, jak ludzie mogą nie czuć tej chemii w serach pakowanych w plastikowych opakowaniach! Swój ser kupuję tylko na rozwagę w ulubionych sklepach, najlepiej pokrojony krajalnicą przez ekspedientkę. Tylko czasem szynkę kupuję w plastikowych opakowaniach ( ale zależy jaką ) bo jak kupię ser, domownicy się na niego rzucą i zapomną o szynce, to ona schnie ( można powiedzieć, że to takie moje małe mottainai ) . Mogłabym jeszcze opowiaaadać i opowiaaadać … ogólnie , bardzo bym chciała znowu coś zjeść ze smakiem i poczuć coś więcej niż uczucie zapychania brzucha tylko po to żeby , jak to mówię, „nie straszył ludzi” … no i żeby nie chodzić głodnym oczywiście.

    • Karolina

      Oj zjadłabym sobie ziemniaczki albo jakiś dobry chlebek… Po roku w Azji już nieraz nie mogę patrzeć na ryż! Oczywiście zarówno w Japonii, jak i w Korei niesamowicie popularne są makarony, takie jak gryczany ‚soba’ czy pszenny ‚udon’, ale też powoli mi się przejadają. Dlatego niesamowicie cieszy mnie to, że koreańska kuchnia jest tak bogata, że mogę sobie zjeść makaron ze słodkich ziemniaków (tzw. japchae) czy naleśniki z mąki z fasolki mung. Ser w Azji jest niesamowicie drogi, więc nie jadam, zresztą niespecjalnie przepadam. A mięsa w ogóle nie jem, więc widok przeróżnych mięsiw na targu początkowo trochę odstraszał, ale się już przyzwyczaiłam. Na szczęście mój lokalny targ pełen jest świeżych warzyw i owoców, nie wspominając już o przeróżnych typach fasoli czy tofu, więc z głodu bynajmniej nie umieram 🙂 Zwłaszcza jak raz na jakiś czas mogę przejść się na ucztę taką, jakiej doświadczyłam między innymi na targu Gwangjang!

      • Aleksandra

        i jeszcze jak każdy ma tam trochę inny sposób na przyrządzanie jednej potrawy … a kucharzy jest mnóstwo! Prawdziwa różnorodność 😀 Nie można się nudzić w takim miejscu.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *