Seogwipo (서귀포), czyli miasto wśród wodospadów

Seulski upał sprawia, że tęsknię za „koreańskimi Hawajami”, gdzie zamiast siedzieć większość dnia w klimatyzowanych pomieszczeniach, mogłam spacerować od świtu do zmroku, podziwiać piękno natury, przysiąść na plaży, zjeść lody i się całkowicie zrelaksować, jak na prawdziwe wakacje przystało. Wracam więc myślami na Jeju, gdzie w kilka dni udało mi się zobaczyć tyle wspaniałych miejsc, że aż trudno uwierzyć, że wydarzyło się to naprawdę. Kolejne miejsce jakby nie z tej ziemi, szczycące się nie tylko plażami, ale także, a może przede wszystkim, pięknymi wodospadami, to położone na południowym brzegu wyspy miasteczko Seogwipo (서귀포), drugie co do wielkości na Jeju.

Wyspa Jeju może pochwalić się wieloma cudami natury – czy to licznymi oreum, z których najsłynniejszy to Seongsan Ilchulbong czy też zapierającymi dech w piersi klifami, jak te na wyspie Udo. Kartkując przewodnik przed wyruszeniem do Seogwipo doczytałam, że trzy najpiękniejsze wodospady na całej wyspie znajdują się właśnie tam i to całkiem blisko siebie. A kto nie lubi wodospadów? Zwłaszcza, kiedy na zewnątrz panuje skwar. Wsiadłam więc w lekko rozklekotany autobus jadący na południe wyspy i po około półtorej godziny wysiadłam w kurorcie Jungmun (중문), położonym kilkanaście minut drogi samochodem od centrum Seogwipo, gdzie znajdował się pierwszy z wodospadów na liście „Top 3” – Cheonjeyeon (천제연)

Znaczenie nazwy tego wodospadu nie jest oczywiste, gdy popatrzy się tylko na zapis w hangulu, ale zobaczywszy nazwę zapisaną w hanja – 天帝淵 – i po sprawdzeniu znaczenia ostatniego ze znaków, spojrzałam na nią inaczej. W końcu nie rzadko ma się okazję zobaczyć „Staw Władcy Niebios”, nieprawdaż? Cheonjeyeon jest wodospadem trzystopniowym, przez co trzeba się nieźle nachodzić w górę i w dół po licznych schodach, aby dotrzeć do wszystkich trzech części.

SAMSUNG CAMERA PICTURES SAMSUNG CAMERA PICTURES SAMSUNG CAMERA PICTURES SAMSUNG CAMERA PICTURES SAMSUNG CAMERA PICTURES SAMSUNG CAMERA PICTURES SAMSUNG CAMERA PICTURES

Nie do końca wiadomo, dlaczego nazwano ten wodospad tak a nie inaczej. Istnieje jednak związana z tym miejscem legenda. Według niej każdej nocy z nieba zstępuje siedem nimf, które zażywają kąpieli przy wodospadzie. Dlatego też od dawna przypisuje się temu miejscu dość magiczne moce – ponoć wykąpanie się przy Cheonjeyeon w dniu zwanym Cheoseo (처서), który wypada z reguły między 22 a 24 sierpnia, ma uleczyć z jakichkolwiek chorób. Niestety nie można się o tym przekonać (przynajmniej legalnie), bo kąpiel jest zakazana, a nawet według jednej z dziesiątek plakietek rozwieszonych na ogrodzeniu, tłumacząc dosłownie z angielskiego, „grozi zostaniem umartym”.

SAMSUNG CAMERA PICTURES

Most, który łączy obszar wodospadów oraz otaczającego je ogrodu botanicznego z kurortem także przedstawia sylwetki słynnych siedmiu nimf.

SAMSUNG CAMERA PICTURES

Nie wiem czy jest sens się rozpisywać nad pięknem wodospadu, bo jakże ubrać w słowa czar cudu natury? Przejrzysta woda, przez którą można zobaczyć mieniące się na dnie kamienie, szum wody uderzającej o powierzchnię, ciemne wulkaniczne skały, po których spływa niekończąca się struga, momentami przerażająca swą siłą…

Napatrzywszy się na Cheonjeyeon nie miałam ochoty na pójście od razu do kolejnych wodospadów, zresztą przyszedł najwyższy czas na zaliczenie mojego ulubionego elementu wszelkich podróży – jedzenia. Udałam się zatem z powrotem w stronę głównej drogi i stanęłam na przystanku, na którym wysiadłam, z nadzieją, że niedługo nadjedzie jakiś autobus i zawiezie mnie do Seogwipo. Czekałam dobre kilkanaście minut, aż wreszcie, po tym jak prawie wybiegłam na ulicę, machając rękoma, aby kierowca na pewno mnie zauważył, zatrzymał się przede mną mały busik pełen rozgadanych babinek, które patrzyły na mnie trochę jak na przybysza z kosmosu. W takim oto gwarnym gronie upłynęła mi kilkunastominutowa podróż i momentami trzymałam kciuki za to, żebyśmy utknęli gdzieś w korku albo żeby trzeba było wziąć jakiś objazd, bo jazda w gronie głośnych, momentami groźnie wyglądających ajumma (아줌마) – jak mówi się w Korei na kobiety w średnim wieku, zwłaszcza te dość agresywne, lecz jednocześnie ciężko pracujące, na przykład w restauracjach czy sklepach – to atrakcja sama w sobie.

Po dotarciu do Seogwipo nie wiedziałam do końca, w którą stronę się udać, więc poszłam za głosem serca i zaczęłam iść w stronę morza. I był to jedyny słuszny wybór! Dosłownie kilka minut później znalazłam się, całkowicie przypadkiem, na uliczce, którą koniecznie chciałam odwiedzić – na uliczce nazwanej od imienia artysty Lee Jung Seob (이중섭), pełnej malutkich sklepików z rękodziełami, od ubrań, poprzez biżuterię aż po zakładki do książek.

SAMSUNG CAMERA PICTURES SAMSUNG CAMERA PICTURES SAMSUNG CAMERA PICTURES SAMSUNG CAMERA PICTURES

seogwipo6

Zaopatrzyłam się w kilka ręcznie robionych zakładek z suszonymi kwiatkami, porozmawiałam chwilę z panią, sprzedającą farbowane indygo ubrania i wróciłam na główniejszą uliczkę, aby kontynuować swój spacer w stronę morza. Nie mogłam się zdecydować, gdzie zjeść, bo wszystkie mijane restauracje kusiły mnie całą gamą przysmaków, dlatego stwierdziłam, że wejdę do tej, która będzie miała specyficzny lokalny „klimat”. Weszłam zatem, początkowo trochę nieśmiało, do malutkiej knajpki, z której dobywał się zapach gotowanego jedzenia i usiadłam przy stole.

Ledwo odetchnęłam, a dwóch okolicznych mieszkańców, jedzących ilości jedzenia, którymi możnaby nakarmić wielodzietną rodzinę i to przez kilka dni, zaczęło zagadywać do mnie po koreańsku. Jeden z nich odpuścił, gdy zdał sobie sprawę, że niezbyt się ze mną dogada, ale drugi, dodający sobie odwagi co kilka gryzów kieliszkiem soju, nie miał zamiaru odpuścić.

seogwipo24

„Rosja?” słyszę pytanie i widzę że pokazuje na moje włosy.

„Polska” odpowiadam, zastanawiając się, czy wie gdzie to jest.

„Ah, Polska! Hitler! Auschwitz! Bam bam bam!” W tym momencie następuje seria z wyimaginowanego karabinu maszynowego, a po niej chrząknięcie i widzę, że mój nowy „znajomy” wisi na niewidzialnej szubienicy.

„Tak, Polska” Potwierdzam, nie wiedząc jak zareagować. Czy się cieszyć, że wiedział co nie co o Polsce, czy smucić, że kojarzy się ona jedynie ze śmiercią i wojną?

W międzyczasie przychodzi kelner, a zarazem właściciel restauracji i aż słyszę, jak uchodzi z niego powietrze, kiedy uświadamia sobie, że umiem przeczytać menu. Zamawiam gulasz z miękkim tofu na ostro – sundubu jjigae (순두부찌개) i niby próbuję przeglądać przewodnik, ale co chwilę przerywa mi gaduła z sąsiedniego stolika.

„Ostre! Sundubu jjigae!? Ostre, bardzo. Ok?”

Kiwam głową, że tak, że wszystko gra, ale ten nie daje spokoju.

„Pałeczki?” tutaj podnosi swoje, którymi kilka sekund wcześniej wpychał do ust porcję mięcha, „Ok?”

Widzę, jak jego kompan zasuwa mu porządnego kopniaka, ale ten zdaje się nie przejmować i zamawia kolejną butelkę alkoholu. Na szczęście z każdym kolejnym haustem jego oczy zaczynają się robić coraz bardziej senne, lista pytań się wyczerpuje i niedługo potem, po uiszczeniu rachunku, potykając się po drodze ze dwa razy, wychodzi, po czym.. próbuje wsiąść na motor. Udaje mu się to po kilku próbach i odjeżdża, a ja trzymam kciuki za to, żeby nie tyle sobie, co też komuś nie zrobił krzywdy.

Moje rozmyślania przerywa jednak pojawienie się przede mną michy gotującej się jeszcze zupy i z radością zabieram się do pałaszowania tych smakołyków. Niezmiernie jestem dumna z tego, że coraz lepiej radzę sobie z koreańską pikantnością i czasem wprawiam wręcz w osłupienie kelnerów, prosząc o więcej ostrego sosu. Bez większego problemu poradziłam sobie także z ostrym sundubu jjigae i siedząc tak z pełnym brzuchem miałam chwilę, żeby przyjrzeć się po dość… specyficznemu wystrojowi restauracji.

SAMSUNG CAMERA PICTURES SAMSUNG CAMERA PICTURES

Wyszłam z knajpki i po upewnieniu się u sprzedawców na targu, w którą stronę muszę iść, żeby dojść do kolejnego wodospadu na mojej liście, udałam się powoli w jego stronę. Wszyscy oczywiście proponowali wzięcie taksówki, bo „to daleko, jakieś piętnaście minut piechotą, więc lepiej podjechać”, ale azjatycki strach przed chodzeniem dalej niż na najbliższy przystanek mnie już niespecjalnie dziwi, więc uśmiechnęłam się tylko i kontynuowałam spacer, próbując nacieszyć się przyjemną morską bryzą.

Wodospad Jeongbang (정방) warto odwiedzić z wielu powodów – poza oczywistym, takie jak doznania wizualne, bo każdemu spodoba się przecież wodna kaskada spływająca po ciemnym klifie do morza, jest on godny uwagi, ponieważ jest jedynym wodospadem w całej Azji, który wpada prosto do oceanu!

SAMSUNG CAMERA PICTURES SAMSUNG CAMERA PICTURES

Panowała tu całkowicie inna atmosfera niż w odwiedzonych kilka godzin wcześniej wodospadach Cheongjeyeon – dookoła nie wisiały plakaty ostrzegające przed okrutną śmiercią, człowieka nie otaczały z każdej strony barierki i spokojnie można było nawet zejść i podejść do wodospadu tak blisko, jak się tylko chciało. Podążyłam więc za grupką Koreańczyków powolnym krokiem po śliskich kamieniach, starając się nie wywinąć orła i kiedy dotarłam dość blisko, aby czuć lekką orzeźwiającą mgiełkę na swojej skórze, usiadłam na jednym z wielkich głazów, zamknęłam oczy i wsłuchując się w huk spadającej do oceanu wody, pozwoliłam mojemu umysłowi odpłynąć z dala od Jeju.

SAMSUNG CAMERA PICTURES SAMSUNG CAMERA PICTURES

Niemalże każde miejsce w Azji, czy to świątynia, wodospad, czy też szczególnie wielkie drzewo ma jakieś znaczenie. Nieraz jest związana z nim legenda, czasem przypowieść bardziej historyczna, a kiedy indziej są to opowiadania mieszające różne elementy, trochę bajki i trochę prawdy. W przypadku Jeongbang jest ich kilka – jedna mówi o smoku mieszkającym w grocie za wodospadem, którego duszą przesiąknęła woda i tym samym jest ona w stanie nie tylko leczyć choroby ale także sprowadzić deszcz podczas suszy (warto tutaj dodać, że w kulturze Azji wschodniej smoki często bywają mądrymi i dobrymi postaciami). Inna przypowieść mówi o napisie „Seobulgwacha”, pozostałości z domniemanej wyprawy alchemika służącego chińskiemu cesarzowi Jin, który jest niby wyryty w skale, ale ja, nieważne jak wytężałam wzrok, nic nie zobaczyłam. Seobul, w chinach znany jednak jako Xú Fú (徐福), nie zawitał na Jeju bynajmniej przypadkiem – miał przynieść swojemu władcy zioła zebrane ze szczytu wulkanu Halla, zapewniające wieczną młodość; niestety jego wyprawa okazała się bezowocna. W drodze powrotnej zostawił jednak swój ślad – może z obawy, że świat o nim zapomni, bo nie udało wypełnić mu się swojej misji?

SAMSUNG CAMERA PICTURES

Mogłabym tak pewnie siedzieć bez końca, ale chciałam jeszcze zobaczyć trzeci wodospad w Seogwipo przed zachodem słońca, które smaliło niemiłosiernie. Wiedziałam jedynie, że znajduje się po drugiej stronie małej zatoki, ale nie chciałam iść wytyczonym przez mapę szlakiem, więc postanowiłam udać się trochę „na azymut”, zahaczając może po drodze o jakiś market w mieście w celu kupienia świeżego owocu hallabong (한라봉),  regionalnego specjału wyspy Jeju. Gdzie tylko się nie pójdzie, można dostać desery, lody czy czekoladki o smaku tego cytrusa, a często widziałam ludzi kupujących całe kartony tych pięknie wyglądających owoców. Ciekawa, jak będzie smakować, skusiłam się na jedno i okazało się, że mimo, że wygląda jak porządna pomarańcza, jest w smaku słodsze nawet od mandarynki. Pycha!

seogwipo17 seogwipo13 seogwipo7

Wkładając do ust kawałek po kawałku rozpływającego się w ustach hallabong, kontynuowałam spacer po targu, podziwiając różne warzywa, owoce czy przyprawy, których zastosowania nie do końca znałam.

seogwipo12 seogwipo11 seogwipo10 seogwipo9

Z trudem powstrzymałam się przed kupieniem całej torby pyszności, ale jeśli kiedyś przyjadę na Jeju na dłużej i będę miała do dyspozycji choćby miniaturową kuchnię, na pewno zaszaleję i wyjdę z marketu takiego jak ten w Seogwipo z toną przypraw, różnych typów kimchi i przede wszystkim owoców, na które nareszcie mnie stać. W Japonii owoce są czasami niewyobrażalnie drogie i z reguły jedyne, na które mogłam sobie pozwolić, to banany. Od czasu do czasu nagradzałam się paczuszką truskawek czy kiwi, ale były to raczej „specjalne okazje”. Mimo że nie był to mój pierwszy raz w Japonii i teraz mieszkałam w niej od września do czerwca, nie udało mi się przyzwyczaić do tego, że jabłka kupuje się na sztuki a nie na kilogramy. I że jedno jabłko, w perfekcyjnym kształcie i błyszczące się z daleka od grubej warstwy wosku, kosztowało więcej niż kilogram w Polsce. Ludzie nie potrafili uwierzyć, kiedy opowiadałam im, że w domu jak idę na zakupy latem, to kupuję wszystkie owoce na kilogramy, a nie sztuki, słyszałam, że muszę żyć w Polsce jak księżniczka… Dlatego, patrząc na ceny na Jeju, nie mogłam się nacieszyć faktem, że mogę sobie kupić paczkę borówek, kilka owoców hallabong i kiść bananów, nie narażając się na bankructwo!seogwipo8 seogwipo14 seogwipo20 seogwipo16 seogwipo15 seogwipo18 seogwipo19 seogwipo23 seogwipo22 seogwipo21

Przeszedłszy bodajże każdą z wielu alejek po kilka razy, wyszłam na zewnątrz i kontynuowałam swój spacer ku trzeciemu i niestety ostatniemu wodospadowi, który miałam zamiar tego dnia zobaczyć. Cheonjiyeon (천지연) – niezwykle łatwo pomylić jego nazwę z Cheonjeyeon – znajduje się niedaleko portu. Jego nazwa zapisana w hanja – 天地淵 – przybliża nam znaczenie: „Wodospad Nieba i Ziemi”. Prowadząca do wodospadu ścieżka prowadzi przez piękny park, w którym można podziwiać między innymi karpie koi.

SAMSUNG CAMERA PICTURES SAMSUNG CAMERA PICTURES

Słońce grzało, więc większość turystów chowała się w cieniu, ptaszki ćwierkały, a w tle słychać było lekki szum wody. Czego tu chcieć więcej?

SAMSUNG CAMERA PICTURES

Wodospad, tak jak dwa pozostałe, był piękny, ale jakoś nie umiałam się nim zachwycać tak, jak pierwszym. Chyba wyczerpałam limit wodospadów na jeden dzień – powoli zaczęły mi się wszystkie w pamięci zacierać, zwłaszcza, że Cheonjeyeon składał się z kilku mniejszych wodospadów. Widocznie przyszedł czas na powrót do stolicy Jeju i odpoczynek od zwiedzania, najlepiej nad ogromną michą patbingsu. Trochę ogarniał mnie smutek, że był to ostatni dzień prawdziwego zwiedzania Jeju – następnego dnia po południu miałam samolot, który miał mnie zabrać z tej pięknej wyspy. Ale przed rozpoczęciem kursu miałam w rękawie jeszcze kilka pomysłów na spędzenie czasu poza Seulem, więc nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło! Postaram się o tych kilku miejscach wspomnieć niebawem. Na razie, w ramach chwilowego odpoczynku od Seulu… wylądowałam w Osace. Poza spotykaniem się ze znajomymi, zakupami i szeroko pojętym relaksem, mam zamiar zobaczyć kilka miejsc w okolicy. Nie wiem jeszcze dokładnie które z zaplanowanych punktów uda mi się zrealizować, ale z pewnością wrażeniami z każdego z nich podzielę się z Wami już niebawem!

4 comments on “Seogwipo (서귀포), czyli miasto wśród wodospadów

  1. Aleksandra

    Japonia to wyspa, no i mają na niej takie warunki … nie dziwota że są tam takie ceny, i to na sztuki !
    PS: coś ciągnie do Japonii , co ? 😛 Ja i tak cię czytam, ale dobrze by było, jakby JP znowu wrzuciła do ciebie jakiś odsyłacz 😉

    • Karolina

      Właśnie w Japonii jestem 😀 tylko na weekend, ale zawsze coś! Więc niedługo co nie co napiszę. I już planuję kolejny wypad za kilka tygodni, więc spokojnie. Nie mówiąc już o tym, że jest masa rzeczy, o których nie napisałam jeszcze! 🙂

  2. Kurcze, miałam być w sierpniu na konferencji na Jeju, niestety nie wypaliło. Ale i tak kiedyś tam moja noga postanie! Nie w najbliższej przyszłości, ale kiedyś na pewno, bo się zakochałam z tym miejscu (oglądając zdjęcia) od pierwszego wejrzenia. Zatem z przyjemnością pooglądam więcej u Ciebie. Pozdrawiam serdecznie.

    • Karolina

      Naprawdę warto! Ja z chęcią tam jeszcze wrócę, zwłaszcza że nie udało mi się zaliczyć wspinaczki na Hallasan, a na zdjęciach wygląda prześlicznie. Next time 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *