Kōya-san, czyli gdzie bogacze spoczywają obok mnichów

Nie udało mi się długo przetrwać bez powrotu do Japonii. Nawet nie wiem kiedy kupiłam tani bilet do Osaki. Nigdy nie uważałam się za wielką fankę rejonu Kansai, ale postanowiłam że zasługuje na kolejną próbę. I tak wylądowałam w górach prefektury Wakayama.

Mimo deszczu i lepkiego upału, którym może poszczycić się chyba cała Azja Wschodnia w lipcu, z samego rana w sobotę siedziałam już w pociągu, który miał mnie dowieźć z rozrywkowego centrum Osaki, Namby, do zacisznego miasteczka – a raczej kompleksu świątyń – Kōya-san (高野山).

Pierwsi „mieszkańcy” pojawili się na górze Kōya w 819 roku wraz z przybyciem słynnego mnicha Kūkai, o którym wspominałam już nie raz, między innymi w kontekście słynnej pielgrzymki na Shikoku, którą często rozpoczyna się właśnie na górze Kōya bądź w świątyni Fushimi Inari Taisha w Kioto. Dlatego jeśli jesteście zainteresowani sylwetką jednej z najistotniejszych osób dla buddyzmu w Japonii, polecam lekturę tych dwóch postów.

Początkowo na górze powstała jedynie mała świątynka, lecz z czasem rozrosła się ona do centrum buddyzmu Shingon – dzisiaj znajduje się tu ponad 120 świątyń. Niestety dopiero, kiedy dotarłam na miejsce, zdałam sobie sprawę, że spora część z nich oferuje nie dość, że noclegi to jeszcze wegetariańskie posiłki, jakie spożywają mnisi – tak zwane shōjin ryōri (精進料理). Na szczęście większość restauracji w okolicy oferowała wege dania, co jest niezwykłą rzadkością w Japonii. A ja miałam zamiar z tego skorzystać jak to tylko możliwe!

Przejazd z Osaki na miejsce trochę trwa  – najpierw półtorej godziny do stacji Gokurakubashi, następnie kolejką linową do Kōya-san i potem autobusem do centrum. Spotkałam się z koleżanką i weszłyśmy razem do jednego z miejsc, szczycącego się tanim shōjin ryōri. I nie zawiodłam się – zachwyciło mnie szczególnie goma dofu (ごま豆腐). Mimo nazwy, nie ma ono wiele wspólnego z tofu, które powstaje z mleka sojowego, goma dofu składa się z reguły jedynie z trzech składników: zmielonego sezamu, wody i kuzu (葛). Miałam okazję się najeść nim do syta dopiero dwa lata później w Haguro-san.

Goma-dofu i tofu nabe
Danie główne – goma dofu nabe (胡麻豆腐鍋)

Okazało się, że jedzenie było dla mnie atrakcją, ale ja stałam się atrakcją dla właścicielki restauracji. Przyzwyczaiłam się do wychwalania pod niebiosa mojego japońskiego (co niekoniecznie świadczy o faktycznym jego poziomie – po prostu Japończycy są niebywale grzeczni i mówią mi tak odkąd się zaczęłam ich języka uczyć), ale rzadko kiedy ktoś wpada w istny zachwyt na temat mojej osoby, od moich włosów (no tak, kręcone i do tego jeszcze nie czarne), ubrania, poprzez sylwetkę („jakaś ty szczuplutka!”). Kiedy płaciłam rachunek, podeszła ona do mnie nieśmiało i spytała się czy mogłaby zrobić sobie przed wejściem do restauracji ze mną zdjęcie. A co mi zależy – pomyślałam – i poczułam się na chwilę jak jakaś celebrytka. Albo nawet lepiej, bo wątpię, że którykolwiek z celebrytów ma okazję zajadać się takimi pysznościami i to w malutkiej mieścince ukrytej w górach.

Z podbudowanym ego i z żołądkiem pełnym pyszności, udałyśmy się razem z koleżanką powolnym spacerem w stronę jednej z najważniejszych świątyń w Kōya-san – Danjo Garan (壇上伽藍). Według legendy przebywający wtedy w chińskim porcie Ningbo Kūkai, za namową swojego mistrza cisnął w niebo sankosho (鈷杵), narzędzie do obrządków buddyjskich, obiecując sobie, że tam gdzie wyląduje ono w Japonii, tam zacznie nauczanie buddyzmu. Ponoć wiele lat spędził na poszukiwaniach tego tajemniczego obiektu aż wreszcie znalazł je między gałęziami sosny w gęstym lesie na górze Kōya. Wziąwszy to za błogosławieństwo niebios, zaczął on w 816 roku konstrukcję świątyni tuż przy sośnie, którą nota bene można podziwiać do dziś. Budynek, przed którym rośnie to ponad 1200-letnie drzewo to pagoda Konpon Daitō (根本大塔).

SAMSUNG CAMERA PICTURES Danjogaran Danjogaran

Konpon Daitō nie jest bynajmniej pierwszą lepsza pagodą – nie dość, że leży w samym centrum całego kompleksu w Kōya-san, to jeszcze przez wyznawców buddyzmu Shingon uznawana jest za centrum mandali całej Japonii. Budynek wysoki jest na prawie 45 metrów i wybudowany został w stylu zwanym tahō (多宝), znaczącym dosłownie „wiele skarbów”. Pagody tahō są o tyle nietypowe, że składają się jedynie z dwóch poziomów i nie były praktycznie budowane poza Japonią.

SAMSUNG CAMERA PICTURES SAMSUNG CAMERA PICTURES

SAMSUNG CAMERA PICTURES SAMSUNG CAMERA PICTURES

W środku znajduje się posąg Buddy Dainichi Nyorai (大日如来), zwanego po polsku Wajroczaną. Otoczony kolejnymi posągami i malowidłami na ścianach pagody tworzy tym samym wyjątkową trójwymiarową mandalę. Jej głębsze znaczenie próbował wytłumaczyć mi jeden z mnichów, ale co chwilę wplatał specjalistyczne nazwy z terminologii buddyjskiej i po kilku minutach totalnie się pogubiłam. Stałam więc, słuchając częściowo na temat znaczenia posągów, lecz większość uwagi skupiłam po prostu na chłonięciu atmosfery tego miejsca.

danjogaran1(© http://www.nathaliesbackyard.com)

Malowidła powstały całkiem niedawno, bo w erze Shōwa (1926-1989). W środku świątyni nie można było robić zdjęć, a nawet gdyby nie było takiego zakazu, to jakoś wyciągnięcie aparatu w tak świętym miejscu wydało mi się świętokradztwem. Dlatego mam nadzieję, że wybaczycie mi posłużenie się zdjęciami znalezionymi w otchłani Internetu…

Teren świątyni jest naprawdę rozległy i można spokojnie spędzić tam dobrą godzinę, spacerując między budynkami. Ja nie miałam aż tyle czasu, ale przeszłam się pobieżnie po terenie, podchodząc do budynków, które wydały mi się najciekawsze.

SAMSUNG CAMERA PICTURES SAMSUNG CAMERA PICTURES

Niedaleko ogromnego kompleksu Danjgo Garan znajduje się Kongōbu-ji (金剛峯寺), naczelna świątynia całej sekty Shingon. Jej nazwa oznacza „Świątynię Diamentowej Góry”, pięknie, czyż nie? Początki tego miejsca kultu sięgają końca XVI wieku, kiedy to Toyotomi Hideyoshi nakazał wybudowanie świątyni w celu uczczenia pamięci jego matki. Pierwotnie nazwano ją Teihatsu-ji, a niedługo potem przemianowano ją na Seigan-ji. Niestety, kilkakrotnie trawiły ją płomienie i główny budynek, który możemy dzisiaj podziwiać, pochodzi dopiero z 1863 roku. Kilka lat później, w 1868 roku ponownie postanowiono zmienić nazwę świątyni, tym razem na Kongōbu-ji. Dlaczego akurat „Świątynia Diamentowej Góry”? Pomysł pochodzi ponoć od samego Kōbō-Daishi, który już w IX wieku tak nazywał tę okolicę.

Planowałam wejść do środka, aby zobaczyć między innymi największy skalny ogród Banryū-tei (蟠龍庭), znajdujący się na terenie świątyni, czy też słynne malowidła, ale kolejka ciągnęła się wręcz w nieskończoność, więc odpuściłam sobie, aby móc na spokojnie nacieszyć się główną atrakcją Kōya-san.

SAMSUNG CAMERA PICTURES

Najważniejszym miejscem w Kōya-san nie jest jednak, o dziwo, żadna z jakże licznych świątyń, lecz mauzoleum Okunoin (奥の院), gdzie pochowany został Kūkai. Mimo świętości, jaką otoczone jest miejsce ostatniego spoczynku Kōbō-Daishi, atmosferę tworzy nie sam budynek mauzoleum, lecz prowadząca do niego przez stary las droga, otoczona dziesiątkami tysięcy nagrobków. Nie miałam wcześniej pojęcia, że nie dość, że jest to największy cmentarz w Japonii, to pochowane są tam takie osobistości jak na przykład Oda Nobunaga!

Całe miejsce jest przesiąknięte trochę nieziemskim klimatem, przez chwilę poczułam się bardziej jakbym schodziła do Hadesu, niż jakbym była na zwykłym cmentarzu. Stare drzewa, obrośnięte mchem pomniki, z których wiele nadgryzionych zostało znacznie zębem czasu, a do tego cisza, przerywana jedynie szumem wody odległego strumienia… Człowiek nawet nie wie kiedy przystaje, obraca się dookoła siebie i zaczyna zastanawiać się nad sensem swojego życia, otoczony tysiącami kamiennych nagrobków, z których wiele przyprawia aż o dreszcze.

SAMSUNG CAMERA PICTURES SAMSUNG CAMERA PICTURES

SAMSUNG CAMERA PICTURES SAMSUNG CAMERA PICTURES SAMSUNG CAMERA PICTURES

okunoin24 SAMSUNG CAMERA PICTURES SAMSUNG CAMERA PICTURES SAMSUNG CAMERA PICTURES SAMSUNG CAMERA PICTURES SAMSUNG CAMERA PICTURES SAMSUNG CAMERA PICTURES SAMSUNG CAMERA PICTURES

Po drodze, która ciągnie się przez prawie dwa kilometry, napotkałam malutki ołtarzyk poświęcony boddhisatwie Jizō, zwanemu tutaj „Pocącym się Jizō” (汗かき地蔵; Asekaki Jizō). Dlaczego jednak pocącym się? Na początku myślałam, że źle przeczytałam kanji i że może chodzi o płacz, a nie o pot, ale koleżanka potwierdziła, że mam rację. Skąd wzięła się taka nazwa? Otóż boddhisatwa ten przejmuje ból i cierpienie osób pochowanych dookoła i ten trud sprawia, że na skronie występują mu krople potu.

SAMSUNG CAMERA PICTURES

Obok ołtarzyka, znajduje się studnia określana mianem „Studni Lustrzanego Odbicia” (姿見の井戸; Sugatami no Ido), z którą związana jest dość… straszna, jak dla mnie, przepowiednia. Otóż jeśli spojrzy się w wodę studni i nie zobaczy swojego oblicza, umrzemy w ciągu trzech lat. Z reguły uznaję takie rzeczy za istny stek bzdur, ale nie wiem czemu, atmosfera tego miejsca sprawiła, że poczułam odrobinę strachu. Odłożyłam na bok deskę, zakrywającą studnię, spojrzałam w dół i ….

SAMSUNG CAMERA PICTURES

Uff… Wygląda na to, że wszystko będzie dobrze. Ulżyło mi i to znacznie. Zaśmiałam się od razu, bo przecież jak mogłam być taka głupia, żeby obawiać się spojrzenia w studnię, lecz mój śmiech zabrzmiał jakoś przerażająco pusto, odbijając się cichym echem wśród tysięcy porośniętych mchem nagrobków. Może lepiej nie kusić losu i nie podpadać dobrodusznemu Jizō?

SAMSUNG CAMERA PICTURES
SAMSUNG CAMERA PICTURES

Grób Toyotomi Hideyoshiego
Grób Toyotomi Hideyoshiego

SAMSUNG CAMERA PICTURES

Po kilkunastu minutach spokojnego spaceru, przerywanego przyglądaniem się co ciekawszym nagrobkom, dotarłyśmy do mostu Gobyō-bashi (御廟橋) na rzeczce Tamagawa (玉川), która oddziela od reszty cmentarza najświętszą część mauzoleum i także strefa, gdzie nie dość że oficjalnie nie można, to po prostu nie wypada robić zdjęć.

SAMSUNG CAMERA PICTURES

Wizyta w mauzoleum była jakże inna od tego, co miałam do tej pory okazję doświadczyć. Może atmosfera w świątynkach na Shikoku, gdzie ludzie autentycznie się modlili, była częściowo podobna, ale nigdy nie widziałam aż tylu osób zanurzonych w modlitwie i recytacji sutr. Razem z koleżanką zapaliłyśmy po kadzidle i każda z nas z lekko przymkniętymi oczyma pomyślała swoje najskrytsze marzenie, po czym lekko ukłoniła się przed miejscem ostatniego spoczynku założyciela sekty Shingon.

okunoin22
(©http://homepage2.nifty.com/akarix2/html/insta/kouy_t-4.htm)

Najważniejszy budynek w całym kompleksie Okunoin to bez wątpienia Tōrō-dō (燈籠堂), czyli „Hala Lampionów”. Jej wnętrze po prostu zapiera dech w piersiach i na szczęście nawet mimo tego, że nie robiłam zdjęć, udało mi się znaleźć kilka na japońskiej stronie poświęconej świątyni. To po prostu trzeba zobaczyć!

okunoin20
(© http://homepage2.nifty.com/akarix2/html/insta/kouy_t-4.htm)
okunoin23
(© https://www.flickr.com/photos/miguelmichan)

Wyszedłszy z mauzoleum, udałyśmy się powoli w drogę powrotną – kolejne kilka kilometrów wśród grobów. Zanim obrałyśmy ścieżkę przez bardziej współczesną część cmentarza, zatrzymałyśmy się przed szeregiem posągów. Stoję i patrzę na nie, a nagle widzę, że kobieta podchodzi do nich, bierze do ręki niby-chochlę, której z reguły używa się do obmycia rąk i twarzy przed wejściem na teren świątyni… i kilkakrotnie chlusta z całej siły w jeden z posągów. Zdziwiona podeszłam bliżej i przeczytałam na jednej z tabliczek, że posągi te zwane są Mizumuke Jizō (水向け地蔵)i polewanie ich wodą ma zmyć nasz ból po odejściu najbliższych. Zatem biorąc przykład z kobiety, której przypatrywałam się chwilę wcześniej, także podeszłam do jednej z podobizn Jizō i trzykrotnie go polałam. Najpierw „Pocący się Jizō”, teraz „Pokryty Wodą Jizō” – a nuż krótka modlitwa do tego dobrotliwego i miłosiernego boddisatwy pomoże? A na pewno nie zaszkodzi.

okunoin21

Kiedy obrałyśmy inną ścieżkę na drogę powrotną, nie spodziewałam się, że tak drastycznie zmieni się klimat miejsca. Nagle, z magicznego świata, przesiąkniętego zapachem kadzideł, gdzie różnica między światem żywych i umarłych jest jakby rozmyta, znalazłam się na ogromnej nekropolii, gdzie groby nie poświęcone były już najważniejszym postaciom japońskiej historii, polityki czy kultury, lecz… w dużej mierze osobom biznesu.

Grób Nissana
Grób Nissana

Poczułam wewnętrzny zgrzyt, patrząc na groby prezesów największych korporacji z pomnikami wykonanymi w wątpliwej estetyce, której bliżej było do socjalistycznych pomników radzieckich żołnierzy. Przyspieszyłam kroku, żeby czym prędzej wyjść z tej nowoczesnej części i znaleźć się z powrotem w tej z nadgryzionymi zębem czasu pomnikami, porośniętymi mchem, który obrastał je przez ostatnie dziesięciolecia a nawet stulecia w cieniu ogromnych cedrów. Nagle stanęłam jak wryta, bo moim oczom ukazał się… nagrobek w postaci rakiety.

okunoin26

I takim oto akcentem zakończyłam wizytę w świętym miejscu, jakim jest dla wielu Japończyków Okunoin. Pogoda dopisywała i aż miło było spacerować, pogrążając się w ciekawej rozmowie i wdychając przy okazji świeże górskie powietrze. Po drodze na dworzec zaszłyśmy do jednego ze sklepików sprzedających regionalny specjał – yakimochi (焼きもち), czyli nic innego jak przypiekane mochi z anko w środku, lecz jedzone po schłodzeniu.

yakimochi3

Uczta dla ciała i ducha, zwłaszcza, kiedy można przysiąść przy stoliku i smakować powoli ciągnące się mochi, uwielbianą przeze mnie słodką pastę z czerwonej fasoli i popijać to wszystko świeżo zaparzoną herbatą mugi-cha. Koleżanka natomiast skusiła się na kurumi warabi-mochi, czyli warabi-mochi z posypką z orzechów włoskich. Też pyszne, ale bez anko to nie to samo!yakimochi1

Po zjedzeniu pyszności nie chciało nam się wstawać i wychodzić z tego przesiąkniętego słodkawym zapachem sklepiku, lecz chciałyśmy zdążyć na pociąg, więc nie było wyjścia. Początkowo w planach było wzięcie autobusu i podjechanie na dworzec, ale tak przyjemnie się szło, zwłaszcza po opuszczeniu centrum, że szłyśmy i szłyśmy i gdyby było gdzie, to poszłybyśmy jeszcze dalej.

koyasan2

Nie wiedzieć kiedy dotarłyśmy do dworca i wsiadłyśmy do kolejki linowej, która miała nas zawieźć na dół, do codzienności. Patrząc za okno aż nie chciało mi się wierzyć, że spędziłam w Kōya-san jedynie kilka godzin – miałam wrażenie że była to wieczność, ale w dobrym sensie! Po prostu jakbym znalazła się w innym świecie!

koyasan3Kōya-san to kolejne miejsce, w którym nie było mi dane spędzić tyle czasu, ile bym chciała, więc ląduje na liście „miejsc do ponownego odwiedzenia”. Lista ta rośnie w zastraszającym tempie, ale spędzenie kilku dni w miejscu takim jak Kōya-san, nocując w jednej z wielu świątyń i zajadając przy okazji wegetariańskie zdrowe posiłki brzmi jak coś nie z tej ziemi. Nie wiem, kiedy uda mi się ten plan zrealizować, ale mam zamiar na tyle długo pożyć, żeby odhaczyć wszystkie pozycje z magicznej listy. A to trochę pewnie potrwa. Chociaż to może dobry omen, bo oznacza, że przede mną jeszcze dobre kilkadziesiąt lat życia!

Jako osoba uzależniona od podróży nie wolałabym ich mieć nawet w zapasie kilkaset, ale kto wie, co wymyślą w najbliższej przyszłości! Ale może zobaczenie wszystkiego na świecie byłoby czymś doprawdy smutnym? Może po prostu trzeba nadal mieć miejsca, do których chciałoby się pojechać, nawet jeśli nigdy się to nam nie uda? Spacer w miejscu tak oderwanym od rzeczywistych problemów jak Kōya-san sprawia, że myśli same, mimochodem, schodzą na takie tory. Taka forma odwyku od tętniącego życiem Seulu, czy jeszcze niedawno Tokio. Kocham energię dużych miast, ale moja dusza potrzebuje od czasu do czasu odpocząć od zgiełku i zatopić się w miejscu takie jak to. A jak widać, odpoczęła nie tylko moja psychika, ale także i ciało, rozpieszczane lokalnymi smakołykami. Carpe diem w sercu prefektury Wakayama? Jestem na tak!

3 comments on “Kōya-san, czyli gdzie bogacze spoczywają obok mnichów

  1. Mi Półwysep Kii (czy tak się nazywa po polsku?) bardzo się podoba. W dużej mierze z uwagi na cudowne onseny i rotemburo w okolicach Wakayamy, czy Shirahamy, gdzie warto pojechać już dla samego słynnego rotemburo Saki-no-Yu. Niestety do Kōya-san jeszcze (JESZCZE!!!) nie dotarliśmy, chociaż zaliczyliśmy Fushimi Inari Taishę i Kumano Nachi Taishę, zatem trochę pielgrzymkowego szlaku liznęliśmy. 😉
    Pozdrawiam serdecznie!

    • Karolina

      Tak, po polsku zwie się on Półwysep Kii 🙂 Chciałam wybrać się na Shirahamę, jednakże pogoda była dość kapryśna, więc wybór padł na Kōya-san. Także nie miałam okazji odwiedzić żadnej z Kumano Sanzan, ale w Japonii planuję bywać często, więc mam nadzieję, że uda mi się to zaliczyć w najbliższych latach. Z pielgrzymkowych miejsc to muszę też kiedyś pojechać do Ise! Za dużo tego na jedno życie 😀

      • Aleksandra

        Koty to mają dobrze – mają dziewięć żyć 😛 Ale , jeśli się nie mylę, według Japończyków chyba nie te zwierze ma ich tak wiele … nie potrafię sobie odświeżyć pamięci …

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *