Studia w Japonii – czy warto?

Zastanawialiście się nieraz, jakby to było studiować na drugim końcu świata, w Kraju Kwitnącej Wiśni? Jako studentka japonistyki miałam ku temu niepowtarzalną okazję studiowania na japońskim uniwersytecie, i to nie raz, lecz dwa – za pierwszym razem 3 lata temu w Osace, a w tym roku na jednej z najlepszych uczelni w Japonii – Uniwersytecie Waseda.

Niby wiedziałam czego się spodziewać, powtarzałam sobie, że wszystko pójdzie „jak bułka z masłem”, lecz bądźmy ze sobą szczerzy – studiowanie w zupełnie innym kręgu kulturowym różni się od tego, do czego przyzwyczaiłam się w Europie. Można powiedzieć, że zaskoczyło mnie wszystko; inaczej wygląda już samo miejsce studiowania, inne jest podejście studentów i nauczycieli, a w pewnym sensie inny jest nawet sam cel studiowania!

Na pierwszy rzut oka nie widać zbyt wielu różnic: śpieszący się na lekcje zaspani studenci, zatłoczona do granic możliwości stołówka, przynudzający nieraz profesorowie. Jednak już sam teren uniwersytetu jest miejscem bardzo specyficznym. Nikt nikomu nie każe przemieścić się w kilka minut na drugi koniec miasta; większość zajęć odbywa się w tym samym budynku, a nawet jeśli nie, to można bez problemu dostać się do odległej części kampusu w dziesięć minut i to powolnym spacerem. Na miejscu znajdziemy wszystko, czego tylko studencka dusza zapragnie, na przykład w tak zwanych konbini, gdzie można nie dość, że kupić dosłownie wszystko, od ciastek, poprzez chusteczki, podstawowe kosmetyki, aż po zeszyty czy kredki, to jeszcze można skserować potrzebne dokumenty, wybrać gotówkę czy kupić bilety na koncert. To tam większość studentów, jeśli nie ma czasu na lunch w stołówce, zaopatruje się w zestawy bentō. Poza stołówką, oferującą pożywne dania kuchni japońskiej, można zawsze spędzić czas w małej przytulnej kawiarence, gdzie większość „gaijinów” (czyli dosłownie „obcych”), takich jak ja, spędza wolny czas, zajadając się bajglami i popijając całkiem dobrą kawę czy herbatę. Chodzi o to, żeby nie tracić niepotrzebnie czasu na przemieszczanie się po mieście, kiedy można spożytkować go na bardziej pożytecznych rzeczach. Wszystko to ma sprawić, żeby proces poruszania się po uczelni był jak najbardziej benri, czyli właśnie praktyczny.

Studia w Japonii: Nauka w kawiarni.

Kawiarenka na kampusie Uniwersytetu Waseda

Sporo studentów zostaje na kampusie nawet po zajęciach, angażując się w przeróżne koła zainteresowań. I co najlepsze – każdy znajdzie coś dla siebie. Kluby, zwane sākuru, mogą dotyczyć wszystkiego – od sportu, poprzez mniej czy bardziej tradycyjną sztukę, aż po ceremonię parzenia herbaty, taniec czy łucznictwo. Część z nich to luźne zbiorowisko ludzi z podobnymi zainteresowaniami, lecz niektóre wymagają niebywałego poświęcenia – spotkania nierzadko odbywają się kilka razy w tygodniu i trwają nawet po kilka godzin. Niektóre kluby przeprowadzają swego rodzaju egzaminy wstępne; w wielu panuje także dość silna hierarchia. W sporej mierze odzwierciedla to standardy panujące w japońskim społeczeństwie, ponieważ nawet poza sākuru wygląda to podobnie.

Przykładów nie trzeba daleko szukać, gdyż dostarczają ich już relacje między studentami różnych lat. W Polsce nikt specjalnie się nie przejmuje tym, kto jest na którym roku i normalne jest, że studenci spędzają czas razem z kolegami z innych roczników. I co najważniejsze – wszyscy traktowani są równo. W Japonii rzecz ma się trochę inaczej – osoby z wyższych lat to nasi senpai, starsi koledzy i na swój sposób mentorzy, a ci młodsi zwani są kōhai. Na początku system ten wydał mi się nie fair, bo niby dlaczego mam się zwracać niezwykle grzecznie do kogoś tylko dlatego, że jest rok wyżej?

Z czasem jednak zrozumiałam, że kij ma dwa końce. Ja okazuję senpaiowi szacunek, a on w zamian pomoże mi w nauce bądź wytłumaczy, co i jak na uczelni. Będąc na pierwszym roku jest się zatem trochę prowadzonym za rękę i w ramach wdzięczności za wsparcie, wielu uczniów pamięta o swoim senpai, na przykład kupując drobne upominki z wakacji. Niestety, w wielu przypadkach jest to traktowane bardziej jako społeczny obowiązek niż faktyczny dowód wdzięczności. Japończycy bardzo rzadko podchodzą krytycznie do przyjętych powszechnie norm, ale raz czy dwa spotkałam się z opinią, że muszą wydawać pieniądze i poświęcać czas dla starszych uczniów, mimo że wcale ich specjalnie na to nie stać. Jednakże na kolejnych latach studiów i od nas oczekuje się, że pomożemy młodszym i mniej doświadczonym od siebie.

Ten sam system można zauważyć w japońskich firmach, na dodatkowych zajęciach, ale także w rodzinie, gdzie młodsze rodzeństwo zwraca się z reguły do starszego grzeczniej niż starsze wobec nich. Z jednej strony hierarchia, której Polacy tak nie lubią, a z drugiej – wzajemne wsparcie, bo w japońskim społeczeństwie siła tkwi nie w sukcesie jednostki, lecz w tym, jak poradzi sobie cała grupa. Mimo niewątpliwych korzyści, jakie przynosi opieka senpaia, wolę jednak polski luz, dzięki któremu mogę bez problemu usiąść przy kawie z osobami zarówno kilka lat młodszymi, jak i starszymi od siebie, i nie przejmować się, że oczekuje się czegoś ode mnie.

Kolejną istotną różnicą, której po kilku dniach nauki nie sposób było przeoczyć, jest ogromna wręcz liczba zajęć… Czasem także w soboty! Kilku moich japońskich znajomych dziwiło się, że zazwyczaj nie dość, że mam wolne weekendy, to zdarza mi się także mieć dodatkowy dzień bez zajęć w środku tygodnia. Taka różnica między japońskimi zwyczajami, a tym, do czego byłam przyzwyczajona, szybko poskutkowała niewyspaniem i utratą sił. W Japonii przysypianie na wykładach to rzadko oznaka tego, że dzień wcześniej się „zabalowało”; tak naprawdę z imprezowania znani są studenci na wymianie, głównie z Europy, USA czy Australii.

Większość poznanych przeze mnie na uniwersytecie japońskich studentów dojeżdżała do domu nawet po dwie godziny w jedną stronę – dodajcie do tego kilka godzin zajęć dziennie oraz kilka godzin pracy dorywczej, a na sen zostanie w najlepszym wypadku 5-6 godzin, a wypadałoby przecież jeszcze się pouczyć, zjeść czy porozmawiać z rodziną. Sytuacji nie poprawia niestety zasada, że najważniejszym kryterium oceny nie są wcale wyniki testów, lecz… obecność na zajęciach. Kiedy tylko wspominałam o tym swoim polskim znajomym, wszyscy stwierdzali, że też by tak chcieli albo przynajmniej takie mieli wrażenie… Nawet jeśli z początku wydaje się to dobrym rozwiązaniem, wcale takie nie jest. Nie można, ot tak, nie chodzić na wykłady, jakkolwiek nudne i bezużyteczne by nie były, a potem nadrobić materiał na własną rękę – nieobecność na kilku godzinach w semestrze automatycznie oznacza skreślenie z listy studentów, nawet, jeśli oddalibyśmy wszystkie zadania domowe i napisali egzamin końcowy na 100%. Dlatego z czasem przestał mnie dziwić widok studentów śpiących na zajęciach – co więcej, również wykładowcy zdawali się nie zauważać cicho pochrapujących uczniów z głową na ławce.

Japoński system studiów ma jednak również swoje pozytywne strony. Bardzo podoba mi się to, że wszystkie zajęcia miały przejrzystą strukturę i od pierwszego spotkania wiadomo było, co będzie od nas wymagane, kiedy i z czego będą kolokwia, jakie są kryteria oceniania itp. Nie spotkałam się z sytuacją, aby na egzaminie pojawiło się coś spoza tej listy, jak to bywa często na polskich uczelniach, choć trzeba przyznać, że na ogół ilość materiału do nauczenia się była naprawdę ogromna.

Dostać się na dobry uniwersytet w Japonii nie jest bynajmniej łatwo. Aby zacząć studia, trzeba zdać egzamin wstępny (po jap. nyūgaku shiken), a im lepszy uniwersytet, tym i egzamin trudniejszy. Dlatego większość studentów aspirujących na najlepsze państwowe uniwersytety, takie jak Uniwersytet Tokijski czy Uniwersytet Kioto bądź uczelnie prywatne np. tokijski Uniwersytet Waseda, Keio lub Ritsumeikan w Kioto, zaczyna mozolne przygotowania już kilka lat przed składaniem podania na studia. Słyszałam nawet o rodzicach, którzy tuż po rozpoczęciu przez ich dziecko nauki w podstawówce, zabierają je pod bramę główną Uniwersytetu Tokijskiego, aby pokazać im cel na najbliższe 12 lat nauki (6 lat podstawówki, 3 lata gimnazjum i 3 liceum – tak, jak w Polsce). Mało kto jednak przygotowuje się do egzaminów na własną rękę – rodzice zapisują swoje pociechy do specjalnych szkół zwanych juku. Nieraz jest to tylko kilka godzin w tygodniu, lecz niektóre juku wymagają drugie tyle czasu, co edukacja obowiązkowa. Nie dość, że są one często niebywale drogie, to, aby uczyć się w jednej z takich szkół z najwyższej półki, zazwyczaj trzeba zdać egzamin wstępny… Rodzice posyłają więc swoje dzieci kilka lat wcześniej na korepetycje, aby mogły się potem dostać do dobrego juku, które zagwarantuje im dostanie się na wymarzony uniwersytet. Korepetycje przed korepetycjami – dla Polaka totalny absurd. Wiadomo jednak, że nie każdy, nawet po uczęszczaniu latami do najlepszych juku, dostanie się na wymarzony kierunek. Dlatego też, jeśli ktoś nie zostanie przyjęty na swoją wymarzoną uczelnię, często w ogóle rezygnuje z podjęcia nauki na uniwersytecie i spędza kolejny rok, ponownie przygotowując się do egzaminu. Osoby te określane są mianem rōnin – oryginalnie nazywano tak bezpańskich samurajów – i, o dziwo, zwyczaj ten jest dość powszechny. Na Wasedzie spotkałam wielu studentów, którzy przez rok czy dwa byli roninami, ale słyszałam też o przypadkach osób, które podchodziły do egzaminu nawet pięć razy.

Okuma Auditorium - Waseda - Studia w Japonii

Okuma Auditorium

Dlaczego jednak pójście na dobry uniwersytet jest w Japonii sprawą tak ogromnej wagi? Otóż, podobnie jak w Polsce, dyplom uczelni uznawany jest za coś, co po prostu trzeba mieć, aby dostać dobrą pracę. Co jednak ciekawe, kierunek studiów z reguły nie ma wiele wspólnego z przyszłym zawodem, gdyż większość studentów zaczyna karierę jako trybik w jednej z licznych, ogromnych korporacji. Nie liczy się zatem wiedza czy umiejętności, które można zdobyć na uniwersytecie, istotny z reguły jest jedynie dyplom ukończenia studiów. Smutne jest to, że niejedna z tych uczelni ma naprawdę spory potencjał i mogłaby wiele nauczyć, a miejsca na nich zajmują osoby, które tylko „przesypiają” pięć lat po to, by dostać tzw. papierek. Tym samym ci, którzy faktycznie chcieliby się czegoś nauczyć, toną w tłumie znudzonych i wiecznie zmęczonych studentów. Co gorsza, zdobycie wymarzonego dyplomu to dopiero początek drogi do zatrudnienia, a cały proces składania podania o pracę jest silnie usystematyzowany. Nie ma w nim miejsca na kreatywność, a ostatni rok studiów wielu osobom mija pod znakiem rozmów kwalifikacyjnych oraz specjalnych spotkań w firmach, więc czasu na naukę mają niewiele. A szkoda – moim zdaniem warto wykorzystać każdą możliwość na zdobywanie wiedzy; potem można nie mieć już przecież takiej szansy.

Czy zatem poleciłabym studia w Japonii? Zależy od oczekiwań danej osoby. Jeśli priorytetem jest nauka języka japońskiego – wtedy na pewno. W przypadku biegłej znajomości języka i chęci podjęcia studiów specjalistycznych, na przykład magisterskich czy doktoranckich, też może być to dobrym pomysłem. Lecz z mojego doświadczenia wynika, że studia na poziomie licencjackim pełne są ospałych studentów, zestresowanych nie tylko zajęciami od rana do nocy, lecz także ciążącymi na nich obowiązkami, związanych z pracą czy kołem zainteresowań. Do tego trzeba pamiętać, że normy społeczne w Japonii są bardzo sztywne i nie omija to uniwersytetu. Komuś nieprzygotowanemu, kto skończył szkołę w Polsce adaptacja do nich niewątpliwie odbierze znaczną część energii i chęci do nauki. Na szczęście gaijinów większość z nich nie dotyczy i powtarzane mi to było na każdym kroku. Nie wiedziałam jednak czy się cieszyć z tego, że nie muszę się przejmować czy na pewno odpowiednio grzecznie odnoszę się do swoich starszych kolegów, czy też powinno być mi smutno, że nieważne co zrobię, zawszę będę tą „obcą”.

A czy to nie dość przygnębiające, że nawet jak z każdym dniem mówi się coraz lepiej po japońsku, angażuje w różne zajęcia, przez większość będzie się zawsze traktowanym jako osoba z zewnątrz? Z czasem przestało mi to aż tak przeszkadzać, bo zaczęłam do tego podchodzić bardziej na luzie, ale zawsze gdzieś tam w mojej podświadomości tkwiła myśl, że nigdy, nawet mieszkając w tym kraju dziesięć czy piętnaście lat, nie będę traktowana na równi z Japończykami. Szkoda, bo czyż nie byłoby fajnie wtopić się w tak bogate kulturowo społeczeństwo choćby na jakiś czas? Mnie się nie udało, ale kto wie – może to kwestia indywidualna? Nie można jednak zaprzeczyć, że jest to niebywała przygoda oraz okazja poznania nowych osób z całego świata. A czy nie o to w studiowaniu chodzi?

Karolina

autor:

Cześć! Mam na imię Karolina. Jestem absolwentką japonistyki na Oxfordzie i piszę tutaj głównie o Azji Wschodniej. W wolnych chwilach czytam, gotuję wegańskie pyszności i próbuję wymyślić, jak choć trochę ulepszyć świat.

  1. Mam ochotę na postdoc w Japonii, ale już konkretnie w mojej dziedzinie (na której akurat Japończycy się całkiem znają), po angielsku. Ale o ile miałabym ochotę pomieszkać tam rok, dwa, to chyba już na dłużej bym tam nie chciała zostać. Właśnie przez to, co napisałaś – że zawsze się jest tym gaikokujin i koniec. No i irytuje mnie to, że oni nie są wstanie przeskoczyć tego, co napisane w harmonogramie, instrukcji; ta ich bierność, brak kreatywności, itd. Co nie zmienia faktu, że bardzo chciałabym tam sobie pomieszkać przez jakiś czas. 🙂
    A tak z innej beczki – ja prowadzę głównie zajęcia w laboratorium i tam obecność na 100% zajęć też jest obowiązkowa. W pojedynczych przypadkach studenci odrabiają nieobecność z inną grupą, ale to bardzo rzadko się zdarza. I ten system całkiem się sprawdza. 🙂
    Pozdr. A.

    • Karolina

      Z mojego doświadczenia wynika, że studia doktoranckie i wyżej wyglądają trochę inaczej. Po pierwsze, zostają na nich ludzie, którzy faktycznie interesują się przedmiotem, bo Ci, którym zależało tylko na papierku, już dawno zasuwają od świtu do nocy w jakimś korpo. Po drugie – większość osób ze światka nauki umie jako tako po angielsku, a i studentów z zagranicy jest więcej. Miałam okazję poznać rok temu grupę badawczą fizyków i muszę przyznać, że byli to jedni z najbardziej sympatycznych ludzi, jakich spotkałam w Japonii. Całkowicie inne podejście do nauki i życia niż to, którego doświadczyłam podczas dwóch semestrów zwykłych studiów pierwszego stopnia, zarówno w Osace, jak i w Tokio.
      Przyznam, że obowiązkowa obecność, zwłaszcza na zajęciach laboratoryjnych, ma sens, ale jeśli idzie człowiek na wykład, na którym przez 3 godziny ogląda slajdy, które są potem dostępne do ściągnięcia, to chyba trochę mija się z celem 😛 Podejrzewam, że jak już ktoś przychodzi na zajęcia praktyczne, to musi coś zrobić, a mnie po prostu dołował widok większości studentów śpiących bądź grających na komórce i będących na uniwersytecie tylko po to, żeby „zdobyć” obecność …
      No i to o braku kreatywności też jest niestety prawdą – podejrzewam jednak, że sprawa wygląda lepiej na kierunkach ścisłych, zwłaszcza na postdocu, więc jeśli będziesz miała możliwość wyjazdu do Japonii na studia, to warto spróbować 🙂

  2. Jej, całego posta przeczytałam z zapartym tchem! Ten ich system jest trochę przerażający, jestem na studiach inżynierskich we Francji i też jest ciężko, mnóstwo zajęć, czasem nie ma czasu nawet książki otworzyć, ale i tak nam tłuką, że liczy się kreatywność, osobowość etc. A w Japonii wszystko wydaje się takie przycięte do kadru…
    Pozdrawiam!

  3. Zawsze uważałem, że Japonia to taki super kraj. Ciężka nauka aby sukces był. Przecież Japonia wybiła się usługami. Np. sprowadzała drwewno robiła mebel i go sprzedawał…

    • Karolina

      Chyba nie ma czegoś takiego jak 100% „super” kraj. Przyzwyczajona do kreatywnego procesu nauki na angielskiej uczelni, nie mogłam się w ogóle przestawić na japoński tryb. Miałam momentami wrażenie, że to taka maszynka, która wypluwa po kilku latach perfekcyjnych korpo-pracowników, a mi do tego w ogóle nie śpieszno 😛

  4. Witam. Jestem całkiem młodą osobą, ale planuję już swoją przyszłość. Zawsze marzyłam o wyjeździe do Japonii, tak więc zainteresowałam się jakież to studia dały Pani tę szansę. 🙂

    • Karolina

      Cześć! Jestem Karolina, nie żadna Pani 😛 Studiowałam japonistykę na Oxfordzie, jeśli jesteś ciekawa co i jak, to pisałam o tym trochę na blogu

  5. Od września studiuję właśnie na Wasedzie, pozdrawiam 🙂

  6. Mimo że twój psot był stosunkowo dawno mam nadzieję, że zobaczysz ten komentarz i na niego odpowiesz:
    1. Czy dostałaś się na studia w Japoni, ponieważ składałaś tam papiery, czy to twój uniwersytet pomógł ci i zapewnił wymianę?
    2. Gdybym chciała iść do Japonii na nauki ścisłe to, czy znasz jakąś uczelnię w Polsce, która takowe wymiany z tym krajem przeprowadza? (Nie chodzi mi o Polsko-Japońską Akademię Technik Komputerowych, bo wolałabym jednak coś pod kątem matematyki, biologii… Chemii. W najgorszym wypadku fizyki, której nie mam rozszerzonej w porównaniu do trzech poprzednich, ale mój profil oferuje w razie czego takie rozszerzenie.)

    • Karolina

      Cześć! Dziękuję za komentarz 🙂 Mój uniwersytet nie pomógł mi wiele w załatwianiu miejsca na studia w Japonii – wszystko ogarniałam ja, a oni jedynie dali mi potrzebne dokumenty/zaświadczenia. Były dostępne oferty na innych uniwerkach, ale mnie średnio kręciło studiowanie gdzieś w Hiroszimie czy w Kanazawie.
      Co do nauk ścisłych – nie mam zielonego pojęcia, jak to wygląda. Tak samo nie orientuję się w polskich uczelniach, bo studiowałam za granicą. Aczkolwiek z tego, co wiem, dość łatwo jest pójść na rok kursu bardziej japonistycznego, ale ze studiami „z prawdziwego zdarzenia” nie jest wcale tak łatwo. Zajęcia są prowadzone po japońsku, więc musiałabyś tak naprawdę poświadczyć biegłą znajomość języka, co nie jest wcale łatwe. Dlatego, niestety, jeśli chciałabyś spędzić rok czy więcej na japońskiej uczelni, to musisz się pogodzić z tym, że musisz najpierw spędzić kilka na nauce japońskiego 🙂

  7. Przeglądam Facebooka a tu nagle znacznik lokalizacji „Waseda University” 🙂 Mam kolegę Japończyka, który studiuje właśnie na tej uczelni, troszkę mi opowiadał o ich systemie edukacji i aż mi go było szkoda jak się tyle uczył do egzaminów, żeby się dostać właśnie na tą uczelnię… Muszę kiedyś wrócić do Japonii i zobaczyć to miejsce na żywo 🙂

    • Karolina

      Też słyszałam od poznanych na Wasedzie Japończyków historie nie z tej Ziemi o tym, ile musieli się uczyć, żeby się tam dostać. Niektórzy próbowali nawet kilka razy – nie wiem czy podziwiać ich upór czy biadolić nad ich losem. Przecież większość i tak ląduje potem w korpo 🙁

  8. Czesc wszystkim,

    przeczytalem caly artykul i wszystkie posty i takze mam wrazenie ze japonski system ma plusy i minusy. Ja lece do japonii w pazdzierniku na Uniwerek Tokijski na wydzial inzynierii. Ambasada japonska w polsce ma kazdego roku kilka miejsc dla chetnych na wyjazdy to japonii ale nie na post doca raczej na mgr lub dr. Karolina ja mam pytanie do Ciebie. czy znasz studentow zagranicznych co musieli sie uczyc do egzaminow wstepnych na studia? moje studia bede po angielsku

    • Karolina

      Jeśli Twoje studia będą po angielsku, to nie powinieneś się obawiać 🙂 Mam kilku znajomych, którzy próbowali dostać się na studia po japońsku i niestety nikomu się nie udało. Uniwersytet Tokijski to świetna uczelnia – gratulacje!

      • Lece z kolega i tam postaramy sie nagrac filmik co zrobic aby dostac to stypendium z ambasady. okazuje sie ze najwazniejszy jest temat pobytu. ambasada oferuje 7-8 miejsc kazdego roku. Okazuje sie ze nawet japonskiego nie trzeba znac. Hej Karolina mozna z Toba pogadac na skype o studiowaniu w japonii ?

        • Hej Lukasz,
          tez planuje aplikowac na dr w Japonii i zbieram informacje nt. procesu aplikacji przez ambasade. Mam w sumie kilka pytan, mozna by sie bylo z Toba jakos skontaktowac?
          Z gory dzieki, pozdrawiam
          Michal

  9. Hacuro-Kun

    Jak dostać się na studia w Japonii? Czego wymagają?

  10. Cześć!
    Czy na studia techniczne magisterskie w języku angielskim też są przeprowadzane egzaminy wstępne? Trochę przeglądałam zasady rekrutacji dla obcokrajowców na jedną z uczelni i wydaje mi się, że nie zauważyłam o tym wzmianki

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *