DMZ, czyli na granicy między dwiema Koreami

Od kilku tygodni większość czasu upływa mi na zajęciach i na szkoleniu się w podstawach koreańskiego. Na początku, przyznam się bez bicia, moja umiejętność komunikacji sięgała dna, ale z każdym dniem widzę, że jest coraz lepiej. Powoli zaczynam rozpoznawać słowa w strumieniu nieznanego wcześniej języka, nieraz w kafejce nagle doznaję olśnienia, że „aaa, to o to kelnerowi chodziło!”. Niestety kurs dobiega powoli końca, a ja już za tydzień będę w domu, prawdopodobnie konsumując nieludzkie ilości pierogów w każdej możliwej postaci. Przed końcem kursu uniwersytet zabrał nas jednak na wyprawę w miejsce dość niezwykłe – na najbardziej strzeżoną granicę na świecie, oddzielającą od siebie dwie Koree.

Zwykły śmiertelnik nie może sobie ot tak pojechać do strefy zdemilitaryzowanej, otaczającej granicę, przebiegającą w przybliżeniu wzdłuż 38 równoleżnika. Po każdej stronie linii demarkacyjnej rozciąga się ona na 4 km, czyli całość szeroka jest na 8 kilometrów. Do DMZ można udać się tak naprawdę jedynie ze zorganizowaną wycieczką, zwłaszcza jeśli ktoś ma zamiar odwiedzić Panmunjom (판문점/ 板門店), miejscowość leżącą dokładnie na granicy. A jako, że cały wypad zorganizował uniwersytet, miałam możliwość wejść do słynnych błękitnych budynków na granicy, gdzie często prowadzone są negocjacje między przedstawicielami Korei Południowej i Północnej.

Zacznijmy jednak od małej dawki historii. Nie będę się tutaj zgłębiać w szczegóły niebywale krwawego konfliktu, jakim była wojna koreańska, ale chcę wspomnieć kilka słów na temat Koreańskiej Strefy Zdemilitaryzowanej, która wbrew swojej nazwie, jest najbardziej „zmilitaryzowaną” granicą na świecie. Długa na ponad 250 kilometrów strefa buforowa została utworzona w 1953 w ramach rozejmu podpisanego przez Koreę Północną, Chiny i przedstawicieli Organizacji Narodów Zjednoczonych, kiedy to siły obu stron zgodziły się na wycofanie swych wojsk 2 km od frontu. Tak oto powstał pas znany dzisiaj jako DMZ, z angielskiego Demilitarized Zone.

Mimo że „wycieczka” zorganizowana była przez uniwersytet, prowadzona była przez jakieś biuro turystyczne. O dziwo, wyprawa do DMZ większości studentów nie wydała się zbytnio interesująca, dokooptowano więc do nas grupkę zagubionych w świecie Amerykanów, którzy przez większość jazdy autobusem trzęśli portkami na myśl, że zbliżają się do „jądra ciemności”. Nie wiem, kto wpadł na taki pomysł, podejrzewam że jest to chwyt marketingowy, żeby zabrać na pokład autokaru „uciekinierkę” z Korei Północnej. Przewodniczka napomknęła gdzieś tam po drodze jej nazwisko, ale potem kiedykolwiek o niej wspominała, nie wyrażała się o niej inaczej niż właśnie „uciekinierka”. Jak dla mnie brzmiało to dość dehumanizująco, ale myślę, że byłam jedną z niewielu osób, które się tym przejęły.

Przewodniczka już od początku rzucała tekstami, od których mnie jeżyły się włosy na głowie, lecz widocznie bawiły one i to bardzo amerykańskich turystów – co chwilę autobusem wstrząsały istne konwulsje niekontrolowanych napadów śmiechu. „Nie zdziwcie się, jak zobaczycie strażników z Północy, są tacy malutcy, bo nie mają co jeść” Tutaj następuje jowialny śmiech pana, który z pewnością na brak jedzenia narzekać nie może, zwłaszcza, że dostając spazmów śmiechu, pół korytarza obsypał chipsami w kształcie rybek i o smaku krewetek (nie, to nie jest żart). Następnie po kilku chwilach, które miały rozładować atmosferę, a mnie tylko ostro podirytowały, przewodniczka przeszła do instruowania nas, jak mamy się zachowywać podczas wizyty w Panmunjom. Już kilka dni wcześniej otrzymaliśmy mailem informacje dotyczącą dress code’u – długie spodnie, koszulki tylko z kołnierzykiem zakrywające ramiona, zabronione są wszelkie ubrania z napisami i rysunkami, podarte jeansy, sandały, prześwitujące ubrania, ubrania w jaskrawych kolorach – lista nie ma końca. Zatem wszyscy ubrani jakbyśmy szli na pierwszomajowy pochód usiedliśmy w autobusie i słuchaliśmy, jak to, gdybyśmy ubrali się źle, stalibyśmy się materiałem propagandowym po północnej stronie granicy, dowodzącym naszej istnej rozpusty. Pod żadnym pozorem nie wolno nam machać do ludzi z Północy (zarówno strażników, jak i turystów), uśmiechać się, a nie daj boże nawiązać jakikolwiek kontakt. „Bo jak wiecie, Koreańczycy z północy są nienormalni, nigdy nie wiadomo co im do głowy strzeli” – podsumowała grobowym tonem przewodniczka, aż jedna z osób na przedzie autokaru dostała z wrażenia czkawki.

Im bliżej DMZ byliśmy, tym i opowieści stawały się bardziej krwawe. A jak z dala zaczęło być widać północ, przewodniczka kazała wszystkim przykleić się do okien i patrzeć na to piekło na ziemskim padole, gdzie nie mają nic i gdzie muszą palić drewnem, żeby ogrzać swoje domy (!). Po prostu skandal! Nie twierdzę, że Korea Północna to raj na ziemi, broń Boże, ale sam fakt, że ludzie palą drewnem w domach nie czyni z tego kraju obrazu nędzy i rozpaczy. Zwłaszcza, że Korea Południowa nadal w sporych częściach jest biednym krajem i podejrzewam, że też wiele osób musi palić we własnym domu, żeby go ogrzać (jeśli w ogóle mają ogrzewanie, bo na przykład w Japonii zrezygnowano z tego pomysłu na rzecz ogrzewanych stolików zwanych kotatsu (炬燵)). Tak jak Japonia jest nieraz aż zbyt sterylna, w Seulu nie trudno o potknięcie się czasem o kupę śmieci, albo przysłowiową, tym razem psią, kupę, nawet w dzielnicy takiej jak Gangnam. Nie wspominając już o tym, jak biednym krajem była Korea Południowa jeszcze niedawno. Czytając o „gwałtownym rozwoju ekonomicznym”, który miał miejsce w tym kraju w latach 70-tych, człowiek zaczyna modlić się w duchu, żebyśmy w Polsce nie wpadli nigdy na taki pomysł. Nie takim kosztem, nie za wszelką cenę. Ale to temat na osobny post tudzież nawet artykuł.

A więc dowiedziawszy się, jak odróżnić północ od południa (tam, gdzie nie ma drzew to Północ bo przecież wszystko poszło na opał), wjechaliśmy na teren DMZ. Autokar zatrzymał się, a do środka wszedł naburmuszony żołnierz, który sprawdził wszystkim paszporty i jakoś nie wiem czemu, wyjątkowo długo przeglądał moje japońskie wizy. Kilka minut później dojechaliśmy do bazy zwanej Wspólną Strefą Bezpieczeństwa (JSA – Joint Security Area), gdzie nie mogliśmy wjechać cywilnym pojazdem, dlatego przesiedliśmy się grzecznie do autokarów UNC (United Nations Command), zabierając ze sobą tylko aparat (no bo przecież jakbym wzięła ze sobą butelkę wody, to byłby koniec świata…).

Zanim pozwolono nam zbliżyć się do granicy, musieliśmy przejść mini-szkolenie, czyli wysłuchać grzecznie prezentacji na temat JSA. O dziwo, prowadzący mówił z sensem i do rzeczy – większość to suche fakty, bez dziwnych żartów czy komentarzy i to na temat swoich pobratymców. Nie można było robić zdjęć ani notować, ale kilka faktów mnie zainteresowało na tyle, że sprawdziłam sobie je później na spokojnie.

Po pierwsze, wygląda na to, że w strefie zdemilitaryzowanej są też i Polacy! Przez długi czas mieli oni swoją stację po stronie północnej, lecz z tego, co powiedziano nam po prezentacji, z powodu szeregu „wypadków”, wyznaczono biegnącą przez środek linię demarkacyjną i wszyscy, z naszymi rodakami włącznie, przenieśli się na południową stronę DMZ. A incydentów było kilka – jednym z tych, który zaciekawił mnie najbardziej, może przez swoją nazwę był „incydent z siekierą”.

18 sierpnia 1976 roku, pięcioosobowa grupa z Korean Service Corps, eskortowana przez siły z UNC, między innymi kapitana Arthura Bonifasa i kapitana Kima z armii południowokoreańskiej, zaplanowała akcję ścięcia drzewa, które zasłaniało widok między punktem kontrolnym UNC a stanowiskiem obserwacyjnym. Wszystko zdawało się iść po maśle, kiedy to nagle po kilkunastu minutach zjawili się żołnierze z Północy i nakazali, aby przestano ścinać drzewo. Ostrzeżenie zostało zignorowane; niewiele później z ukrycia wyłonili się żołnierze z KRLD pod przywództwem Pak Chula i odebranymi siekierami zaatakowali ścinających drzewo żołnierzy. Jako pierwszy zginął kapitan Bonifas, a porucznik Barret został poważnie ranny. Wojska amerykańskie szybko uciekły, nie zdając sobie sprawy, że zostawiają Barreta, który wkrótce potem został „dobity”. Zaraz po incydencie, władze Korei Północnej oskarżyły Stany Zjednoczone o „imperialistyczny najazd”. W ramach pokazu siły, trzy dni później Amerykanie zorganizowali operację Paul Bunyan i ścięli to nieszczęsne drzewo, tym razem bez skrupułów, traktując je brutalnie piłą mechaniczną.

dmz25

Strefa JSA przed „Incydentem z Siekierą”

(© http://en.wikipedia.org)

Wszystko to miało miejsce nieopodal tak zwanego „Mostu bez Powrotu” (Bridge of No Return), który w 1953 roku użyty został do wymiany niewolników między Północą a Południem. Nazwa wzięła się z rozpowszechnionego stwierdzenia, że wielu pojmanych przez wojska amerykańskie nie chciało wrócić do domu – otrzymali oni zatem wybór, albo zostają po stronie południowej, albo wybierają Północ, ale bez możliwości powrotu. Ostatni raz mostu użyto w 1968 roku, kiedy to uwolniono uprowadzonych marynarzy z USS Pueblo, lecz do incydentu z siekierą w tle, używany był on przez siły z Północy do poruszania się po DMZ. Aczkolwiek po tym wypadku UNC narzuciła nowy podział w strefie, z dokładnie zaznaczoną linią demarkacyjną i żołnierze z KRLD nie mogli już użyć tego mostu, który znajduje się na granicy. Dlatego też zbudowali oni po swojej stronie nowy most i udało im się to zrobić w 72 godziny (!). Chcieć to móc, nieprawdaż?

SAMSUNG CAMERA PICTURES

Most bez Powrotu

SAMSUNG CAMERA PICTURES

Kolejna garstka ciekawych informacji to ta na temat dwóch wiosek znajdujących się w strefie zdemilitaryzowanej – na południu jest to Daeseong-dong (대성동 / 臺城洞), a na północy Kijŏng-dong (평화리 / 平和里), znane na świecie raczej pod nazwą „Wioski Propagandy”. Zadziwiło mnie jednak, że nie dość, że są ludzie, którzy chcą mieszkać w strefie zdemilitaryzowanej, to jeszcze że muszą się przy tym trzymać tylu zasad, że bliższe jest to mieszkaniu w więzieniu, przynajmniej z mojej perspektywy. Nie dość, że dotyczy ich godzina policyjna, to jeszcze muszą spędzić odpowiednią ilość dni rocznie w wiosce (a „obecność” sprawdzana jest codziennie), aby móc tam mieszkać. W zamian zwolnieni są z płacenia podatku i obowiązkowej dwuletniej służby wojskowej. Ale czy wynagradza to koszty mieszkania w małej wiosce otoczonej największym polem minowym na świecie?

Wioska Daeseong

Wioska Daeseong

(© http://www.f-106deltadart.com/Korea-DMZ/daeseongdong.htm)

Kijŏng-dong natomiast pojawia się w mediach dość często, jako przykład działania propagandy ze strony północy. Charakterystyczny symbol tej wioski to ogromny maszt z powiewającą na wietrze flagą DPRK. Ma on 160 metrów wysokości, a zawieszona na niej flaga waży, bagatela, 270 kg! Nie zbudowano jej ot tak dla zabawy, po tym jak w latach osiemdziesiątych po stronie południowej postawiono maszt wysoki na 130 metrów, Północ podjęła rękawicę i niedługo później mogła poszczycić się najwyższym masztem na świecie. Niestety teraz jest on na trzecim miejscu, choć nadal na podium w dość ciekawym towarzystwie. Króluje maszt w Duszanbe w Tadżykistanie (165 m), a następny jest ten w azerbejdżańskim Baku, wysoki na 162 metry. Kijŏng -dong znajduje się spory kawałek od Panmunjon, lecz flagę widać z daleka i to dość wyraźnie. Nie można było robić zdjęć („Bo w budynkach w wiosce siedzą szpiedzy i obserwują i jak zobaczą, że robimy zdjęcia, stwierdzą, że jesteśmy szpiegami i mogą zacząć strzelać”), ale nie przeszkodziło to mi w popatrzeniu na majestatyczną flagę z daleka i na rozmyślanie nad tym, co ile muszą ją oni wymieniać, bo przy tak silnym wietrze, prawie 300 kilogramowa płachta materiału długo nie pożyje.

dmz26

„Wioska Propagandowa” z 160-metrowym masztem

(© http://en.wikipedia.org)

Po skończonej prezentacji i powtórzeniu całej listy zasad, w której oprócz tego, czego nie wolno, tym razem powiedziano nam także, co musimy zrobić – na przykład iść w dwóch rzędach, wybraliśmy się piechotą na zewnątrz, do głównego celu naszej wyprawy – Panmunjom. Powiem szczerze, że jako osoba od dawna zainteresowana Koreą i to nie tylko tą południową, zobaczenie miejsca, które tak często pokazywane jest w wiadomościach, nie wspominając już o roli, jaką odgrywa we wszelkich negocjacjach między obiema stronami, było momentami wręcz nierealne. Zwłaszcza świadomość, że nigdzie nie ma płotu, a kilkanaście metrów ode mnie stoją żołnierze z państwa, do którego nie mogę sobie wejść, nawet jakbym chciała.

SAMSUNG CAMERA PICTURES

SAMSUNG CAMERA PICTURES

SAMSUNG CAMERA PICTURES

SAMSUNG CAMERA PICTURES

Mieliśmy okazję zajrzeć na kilka minut do jednego ze słynnych błękitnych budynków stojących NA linii demarkacyjnej, co oznaczało, że kilka sekund później stałam już po stronie północnej i patrzyłam przez okno na skrawek betonu należący do „nieprzewidywalnych komunistów”. Mało kiedy przewodniczka odnosiła się o nich jako o Koreańczykach, w jej oczach było to źródło wszelkiego zła, nieszczęść i problemów, z którymi borykał się jej kraj. Przeraziło mnie to, że Koreańczycy potrzebowali tylko półwiecza, żeby tak bardzo się od siebie oddalić. Koreańscy politycy co chwilę wspominają o zjednoczeniu, ale kiedykolwiek zapytałam jakiegoś koreańskiego znajomego, ten, klucząc, stwierdzał, że „faktycznie, jest to ważne, ale może nie za mojego życia, bo będzie to nas kosztować fortunę”. I tak jak różnica w PKB między NRD a RFN była kilkukrotna, a mimo to zjednoczenie spowodowało ogromny odpływ pieniędzy z bogatego zachodu, w Korei różnica ta jest prawie… 50-krotna. Dlatego przyzwyczajonym do komfortowego życia Koreańczykom z Południa, urodzonych już w podzielonej Korei, średnio widzi się rezygnacja z tego życia, włączenie do systemu edukacji, zdrowia i opieki kilkunastu milionów niewyobrażalnie biednych jak na południowokoreańskie warunki Koreańczyków i kilka, a raczej kilkanaście lat, potrzebnych na przystosowanie się do nowej zjednoczonej Korei.

SAMSUNG CAMERA PICTURES
SAMSUNG CAMERA PICTURES

Panmunjon zapisało się w nowożytnej historii jako miejsce, gdzie na przestrzeni dwóch lat prowadzono dyskusje na temat zasad rozejmu. Do porozumienia udało się dopiero dojść po całej serii rozmów i ostatecznie zawieszenie broni stało się faktem 27 lipca 1953 roku. Co ciekawe, budynek ten mogą zwiedzać turyści zarówno z Południa, jak i z Północy, lecz nie mogą przebywać oni w środku w tym samym czasie. Nie istnieje żaden oficjalny porządek, kto kiedy wchodzi do środka – autentycznie panuje zasada, kto pierwszy ten lepszy. Nam w środku udało się spędzić może dwie minuty, bo pilnujący porządku żołnierz w środku poganiał nas, bo do budynku zbliżali się goście z Północy. Dlatego też każdy zrobił kilka zdjęć i zostaliśmy ponagleni do wyjścia.

SAMSUNG CAMERA PICTURES

Po opuszczeniu budynku zadziwił mnie niesamowicie widok turystów po północnej stronie. I nie, nie była to bynajmniej wycieczka szkolna ubrana w wykrochmalone szare mundurki, większość grupy składała się z turystów, zapewne z Chin i Europy. I tak jak nam kazano ustawić się w dwóch rzędach a na zrobienie zdjęcia mieliśmy może całe 10 sekund, tak grupa po drugiej stronie wyglądała na całkowicie wyluzowaną. Robili sobie zdjęcia (także z żołnierzami!), sporo z nich ubranych było w jaskrawe letnie ciuchy (och nie! pokazali kawałek gołej nogi!), a wielu z nich machało do nas z uśmiechem na twarzy. Według przewodniczki zostali oni oczywiście do tego zmuszeni, a zdjęcia z wycieczki zostaną na pewno wykorzystane do propagandy, ale trochę trudno uwierzyć mi w to, że turyści z Europy machali, bo musieli, a nie dlatego, że chcieli. Lada chwila miało zacząć padać, więc my, bez parasolek, trzymaliśmy kciuki za to, żeby jednak ten deszcz trochę poczekał, bo będziemy wyglądać jak mokre szczury, lecz turyści z północnej strony mogli poszczycić się całą gamą parasolek, a i mogli też się czegoś w ten skwar napić, nie tak jak my, stojący jak dzieci na apelu, niemalże na baczność.

SAMSUNG CAMERA PICTURES SAMSUNG CAMERA PICTURES

Kilka minut później byliśmy już z powrotem w autokarze UNC, który zawiózł nas troszkę okrężną drogą z powrotem na parking, gdzie dano nam kilkanaście minut wolnego na zakupy w sklepiku z pamiątkami. Nie wiem czemu, ale wizja zarabiania pieniędzy na jednym z najdłużej nierozwiązanych konfliktów wydaje mi się dość okrutne. Weszłam do środka, a tam nie dość, że można było zaopatrzyć się w pieniądze z północy, północnokoreańską wódkę czy słodycze „sprzedawane tylko w DMZ”, to, jeśli ktoś miał taką ochotę, mógł sobie nawet kupić wojskowy strój czy akcesoria. Po chwili w tym ulu, gdzie ludzie wydawali grube pieniądze na wojskowe memorabilia, wyszłam na zewnątrz i z butelką wody w ręku, czekałam na kontynuację wycieczki. Jeśli będę chciała kupić sobie kiedyś wódkę z DPRK, to zrobię to tam, a nie dam zarobić amerykańskim żołnierzom tudzież sklepikarzom. Bo dla nich też pewnie zjednoczenie jest średnio na rękę – w DMZ podobnych sklepików jest cała masa i setki ludzie żyje z rozpowszechniania strasznych opowieści na temat północy, sprzedawania przedmiotów kojarzonych z DMZ, itp. To smutne, że w dzisiejszym świecie najważniejsze są pieniądze. A tym, że jeden naród został brutalnie rozdarty przejmuje się coraz mniej osób. W końcu z roku na rok liczba Koreańczyków, którzy pamiętają życie sprzed wojny i którzy mają po drugiej stronie krewnych się zmniejsza. Niedługo zostaną jedynie zapatrzeni w swoje komórki młodzi, którym idealizm jest średnio na rękę. I jakkolwiek w mediach obraz Japonii także do najbardziej pozytywnych nie należy, większość moich koreańskich znajomych byłoby przeszczęśliwych, gdyby mogli zamieszkać w Kraju Kwitnącej Wiśni, a historie o tym, że podczas drugiej wojny światowej Japończycy popełnili w ich kraju wiele okrucieństw, wielu z nich zbywa machnięciem ręki. „Oj tam, to było dawno.” Nie jestem fanką rozpamiętywania przeszłości i cieszy mnie widok młodych Koreańczyków i Japończyków pracujących czy studiujących razem, ale nadal nie potrafię zrozumieć ich wybiórczej pamięci… Ale może to przejdzie z czasem?

dmz3

dmz28

Wódka z Północnej Korei

dmz2 dmz1

Żebyśmy przypadkiem się zbytnio nie nudzili, ale także żebyśmy mieli wystarczająco dużo sił na kontynuowanie zwiedzania, zapewniono nam lunch w jednej z licznych restauracji zarabiających na tym, że Koree są podzielone. Wszyscy oprócz mnie zajadali się mięsnym daniem o nazwie bulgogi (불고기), lecz dla mnie, jako zbuntowanej wegetarianki, przygotowano bibimbap. Do tego każdy z nas otrzymał masę przystawek, które można było dowolnie dokładać, więc wszyscy najedli się do syta i szczerze mówiąc, większość miała już dosyć słuchania o tym, jak to strasznie jest na Północy, a jak wspaniale na Południu. Na szczęście zanim znów zapakowano nas do autokaru, dano nam chwilę wolną, abyśmy przeszli się po czymś na kształt turystycznej atrakcji. Przeraziła mnie ilość autokarów, restauracji, nawet luksusowych kawiarenek, w których sprzedawali kawę za nieludzkie pieniądze. Do tego trzeba dodać liczne pomniki, posążki, flagi, wstążeczki i inne symbole, które to niby mają pokazać, jak to na południu ludzie starają się i robią wszystko, co w ich mocy, aby doprowadzić do zjednoczenia. Gdyby tylko nie ci zdrajcy z Północy….

SAMSUNG CAMERA PICTURES SAMSUNG CAMERA PICTURES

SAMSUNG CAMERA PICTURES SAMSUNG CAMERA PICTURES SAMSUNG CAMERA PICTURES SAMSUNG CAMERA PICTURES

SAMSUNG CAMERA PICTURES

Po kilkunastu minutach, kiedy to spora część zarówno studentów jak i zwykłych turystów, zrobiła sobie masę fotek przy jednej z wielu (wątpliwych) atrakcji, wsiedliśmy ponownie do autobusu i kontynuowaliśmy naszą wycieczkę. Tłukąc się z myślami na temat podejścia Koreańczyków z południa wobec tych z północy, podziwiałam widoki za oknem, kiedy to powoli opuszczaliśmy DMZ. Nie zdawałam sobie wcześniej sprawy, że strefa ta będzie tak zadziwiająco… piękna. W końcu przez ostatnie pół wieku teren ten jest w większości opuszczony przez ludzi, z wyłączeniem malutkiego Panmunjon. A ciągnący się przez 250 km pas strefy zdemilitaryzowanej, szerokiej na 8 km stał się jedną z najmniej naruszonych ręką człowieka terenów na całym świecie. Co chwilę można było zobaczyć żurawia, kluczowy symbol Azji, którego zobaczenie w sporej części Japonii i Korei graniczy z cudem. Ponoć w DMZ można także spotkać niezwykle rzadkiego tygrysa koreańskiego, leoparda amurskiego i czarnego niedźwiedzia! DMZ może poszczycić się tyloma gatunkami zagrożonej fauny i flory między innymi dzięki niebywałej różnorodności krajobrazu – góry, bagna, jeziora, polany, ale także dlatego, że jest w sporej mierze opuszczona przez ludzi. Coraz więcej organizacji ekologicznych lobbuje za tym, żeby nawet pod zjednoczeniu zachować strefę jako rezerwat, w którym można by podziwiać rzadko spotykanie gdziekolwiek indziej skarby koreańskiej przyrody. Patrząc na ciągnącą się w nieskończoność zieleń, aż trudno uwierzyć, że zwierzętom udało się przeżyć w terenie poszatkowanym minami i niewybuchami.

dmz33
(© http://edition.cnn.com/2010/WORLD/asiapcf/05/07/eco.korea.dmz/index.html)
dmz34
(© http://edition.cnn.com/2010/WORLD/asiapcf/05/07/eco.korea.dmz/index.html)

Nie wiem kiedy z zamyślenia wyrwało mnie nagłe hamowanie i ponowna kontrola dokumentów. Chwilę później byliśmy już na autostradzie, w drodze do tak zwanego „Trzeciego Tunelu Agresji”. I tu znowu odezwała się przewodniczka, opowiadając, jak to odkryto jedynie cztery tunele, wydrążone przez północnych szpiegów pod linią demarkacyjną, ale zapewne jest ich więcej i dzięki temu mogą oni infiltrować południe i planować zmasowany atak. Aby nas trochę pobudzić do życia, zaproponowała, abyśmy zadali pytanie „uciekinierce”, której odpowiedzi będzie tłumaczyć. Zapewne większość z nas spodziewała się krwawych historii z dramatyczną ucieczką z obozu pracy w tle, lecz nie do końca tak było. I sama nie wiem, co o tym wszystkim myśleć. Kobieta, której nazwiska nie będę tu podawać, niekoniecznie dlatego że „na pewno ktoś z Północy to przeczyta, a jako że tam uznana jest za zmarłą, cenę zapłaci jej rodzina”, lecz po prostu nie ma to większego znaczenia, służyła przez dwadzieścia lat w marynarce wojennej i z jakiegoś powodu została zwolniona z służby. Aby się utrzymać postanowiła z koleżanką sprzedawać rzeczy przemycone z Chin, dzięki czemu mogła zarobić całkiem sporo i przy okazji wspomóc finansowo także swoją rodzinę. Po jakimś czasie jednak jej koleżanka została złapana i zesłana do więzienia, a ona, bojąc się konsekwencji, zapłaciła jednej z osób parającej się wywozem Koreańczyków do Chin (i to za całkiem sporą kwotę, bo kilku tysięcy dolarów) i kilka dni później była już w ChRL. Następnie, podróżując na południe, wylądowała ostatecznie bodajże w Laosie, skąd udało się jej za kolejną opłatą przedostać do Korei Południowej.

W Korei Południowej musiała przejść cały proces, w którym należało udowodnić, że nie jest się szpiegiem. Następnie przeszła także szkolenie, które „miało pokazać jej prawdziwy obraz rzeczy, niezniekształcony przez okrutną propagandę z północy”. Nie wiem tylko czy nie wbito jej do głowy kolejnej propagandy, tym razem z południa… Rząd koreański zapewnił jej mieszkanie i pieniądze, z których część wysyła ona poprzez chińskich pośredników do matki, która nadal mieszka na Północy. Ponoć kilka tygodni po jej ucieczce, na północy KRLD miał miejsce okrutny wypadek pociągu, w którym w płomieniach zginęło kilkaset osób. Jej matka poszła zgłosić do jakiegoś urzędu, że jej córka była na pokładzie, zatem w papierach uznano ją za zmarłą. Teraz zarabia sobie na życie, jeżdżąc z amerykańskimi turystami i odpowiadając na kilka pytań, a przez resztę czasu może sobie grać w gry na najnowszym modelu Samsung Galaxy. Jako że po angielsku nie umie ani słowa, nie można było z nią porozmawiać bez przewodniczki, która co chwilę znikała w jakimś sklepiku, a to po „świetny krem BB z żeń-szenia”, a to po lody, dlatego też nie do końca rozumiałam, czemu jej obecność miała niby służyć. Może do kogoś jej historia przemówiła, ale do mnie niekoniecznie. Tak, zdaję sobie sprawę, że więzienia w Korei Północnej są pewnie piekłem na Ziemi, ale podejrzewam, że nie różnią się wiele od tych w Chinach czy Rosji, nie wspominając już o państwach pokroju Sudan czy Afganistan. Dopóki sama tam nie pojadę, nie mnie to oceniać. Uważam się raczej za pacyfistkę, dlatego średnio rozumiem wybryki Kim Dzong Una a la strzelanie setkami pocisków w stronę Japonii, ale nie oznacza to, że uważam każdą osobę mieszkającą po północnej stronie za wcielenie zła. To tak jakby oceniać Polaków jako istne potwory tylko dlatego, że okupowali nas a to naziści, a to sowieci…

dmz5

Jedno ze zdjęć na wystawie przy tunelu – pozowanie z zabitymi szpiegami z Północy

Tak jak prezentacja w Panmunjon była rzeczowa i nawet sporo się z niej dowiedziałam, mimo że większości wydawała się ona dość sucha, bo pozbawiona dramatyzmu i patetycznej muzyki, tak krótki filmik, który pokazano nam przed zwiedzeniem tunelu, był bodajże najbardziej perfidnym przykładem propagandy, z jakim miałam do tej pory do czynienia. I mowa tutaj o propagandzie z Południa, nie o newsach z Północy w stylu „KRLD wygrało mistrzostwa świata w piłce nożnej w Rio”. Zamknięto nas w małym pokoiku, w którym na trzech ścianach znajdowały się ekrany. Nagle z głośników ryknęły odgłosy bomb, wojny i krzyki, a naszym oczom ukazały się obrazy z piekła rodem – nagie zagłodzone dzieci, masowe groby, żołnierze strzelający do swoich pobratymców. Obraz tortur i zniszczenia. Muzyka została dobrana do tego typu obrazu wręcz perfekcyjnie – jak z hollywoodzkiego trailera filmu apokaliptycznego. Coś między chórem wojskowym, mroczną symfonią a marszem pogrzebowym. Na ekranie pojawiły się animacje, pokazujące jak to dzięki wydrążonym pod granicą tunelom, Północ planowała kompletną anihilację Południa. Na ekranie tunele rozprzestrzeniały się powoli, niczym strumienie krwi, a gdy linie te złączyły się na wysokości, pokojem wstrząsnęło wielkie BUUUM. „Niewiele brakowało, a Seul byłby niczym więcej niż pogorzeliskiem” – z głośników dobiegł złowieszczy głos. Jednakże…

I tutaj nagle z kolorystyki czarno-biało-czerwonej, ekran w ułamku sekundy zamienia się w przepiękną łąkę, po której przechadzają się dystyngowane żurawie, a gdzieś w soczyście zielonych krzewach chowają się zagrożone gatunki zwierząt. W tle leci muzyczka, która sprawia, że człowiek czuje się, jakby znalazł się na łonie natury, ptaszki ćwierkają, gdzieś tam słychać szum strumyczka. Po prostu błogość. Tak, to wszystko dzięki staraniom Południa, które robi wszystko, aby promować pokój. Gdyby nie to, strefa przypominałaby pewnie obraz zagłady i zniszczenia, a tak, jest rajem dla zwierząt i może „niedługo stanie się symbolem zjednoczenia narodu koreańskiego”.

Następnie możemy podziwiać materiał o staraniach Południa, o wszelkiego typu inicjatywach, pomocy humanitarnej, no lista nie ma końca, a wszystko to pokazane w takich kolorach, że aż chciałoby się wstać i przytulić przewodniczkę, dziękując narodowi koreańskiemu za to otaczające nas piękno i dobro. A jak na końcu naszym oczom ukazuje się animowana mapka, na której to piękny błękit, którym zaznaczono południe, rozprzestrzenia się na północ (bo przecież zjednoczenie to narzucenie Północy wersji życia z Południa, nie wiecie?), to aż chciałoby się westchnąć, bo to takie słodkie, że aż cukier między zębami zaczyna zgrzytać. Następnie zostaliśmy zaprowadzeni do tunelu o jakże mrocznej nazwie, gdzie po zostawieniu wszelkich rzeczy w zamykanych na klucz szafkach i włożeniu na głowę żarówiastego kasku, zeszliśmy na dół w dość klaustrofobiczną otchłań. Nie należę do osób, które z powodu ciasnych przestrzeni wpadają w panikę, lecz po prostu je omijam, bo sprawiają, że czuję się dość niekomfortowo. Dlatego średnio bawiła mnie wizja zejścia do „piekieł”, zwłaszcza, że tunel znajduje się kilkadziesiąt metrów pod ziemią. Jednakże stwierdziłam, że pewnie więcej tu nie zawitam, więc zacisnęłam zęby i wyobrażając sobie, że nie, nie jestem wcale w ciasnym wilgotnym tunelu, lecz gdzieś na otwartej przestrzeni, trochę pomogło. Zwłaszcza, że wkrótce wdałam się w dyskusję z jednym ze studentów i pomogło mi to w niezastanawianiu się nad tym, gdzie jestem.

dmz30
(© http://en.wikipedia.org)

Tunel odkryto jesienią 1978 roku dzięki informacji udzielonej przez jednego z „uciekinierów”, takich jak ta, która podróżowała z nami i pobijała rekordy w grę zadziwiająco przypominającą Tetrisa. Tunel ma 1.7 kilometra długości, 2 metry wysokości i tyle samo szerokości. Tyle a propos suchych informacji. Jednakże nie jest to gładko wykończony tunel, więc miejscami wysoki był nie na dwa metry, lecz na jakieś półtora, a jako że do niskich osób nie należę, większość drogi pokonałam zgięta wpół, jakbym spędziła cały dzień, pracując na plantacji ryżu. Mimo że tego dnia panował nieznośny skwar, zapowiadający porządną burzę, w tunelu było zadziwiająco chłodno – w końcu znajduje się on na głębokości ponad 70 metrów! Według specjalistów z Korei Południowej, tunelem tym mogłoby się przemieścić 30 tysięcy żołnierzy w ciągu godziny, ale jakoś średnio jestem to sobie w stanie wyobrazić – ledwo dało się minąć osobę, idącą z przeciwnego kierunku. Jak już wspomniałam, do tej pory odkryto cztery podobne tunele, lecz wywiad południowokoreański twierdzi, że jest ich co najmniej dwadzieścia. Dlatego razem z żołnierzami z USA regularnie dokonują odwiertów w DMZ, z nadzieją na znalezienie kolejnego. Spora część tunelu znajduje się po stronie północnej, na którą oczywiście nie wolno przejść. Wojska z południa postawiły na linii granicznej trzy blokady z żelbetonu i odcinek dostępny dla turystów kończy się przy pierwszej z nich.

Nieopodal znajduje się miejsce, skąd można „podziwiać” panoramę Korei Północnej. Oczywiście pierwszy w oczy rzuca się budynek z hasłem, którego nie powstydziłoby się jakiekolwiek Politbiuro. Następnie na betonie namalowana jest ogromna żółta linia, zza której można robić zdjęcia, ale nie daj Boże ktoś by wpadł na pomysł, żeby cyknąć fotkę po jej przekroczeniu! W związku z tym wielu ludzi robi z siebie wariata, podskakując, siadając drugiej osobie na barana, używając przeróżnych statywów i innych kombinacji, tylko żeby móc zrobić zdjęcie mrocznej Północy. Jednakże po podejściu do murka i spojrzeniu na spokojnie, okazuje się, że tak naprawdę nie widać nic ciekawego – ot łąki, jakieś tam drzewa, a w oddali budynek czy dwa. Spora część grupy nawet nie była zainteresowana podejściem i zobaczeniu panoramy na własne oczy. Nie ma dowodu w postaci zdjęcia, to tak jakby się tego nie zrobiło, więc po co… Ja oparłam się o murek i mrużąc oczy, próbowałam wypatrzeć kompleks Kaesŏng (개성/ 開城), tak zwaną „specjalną strefę ekonomiczną”, dzięki której południowokoreańskie koncerny mogą zbijać koszty, wykorzystując do produkcji Koreańczyków z Północy, płacąc im za to jedynie malutką część tego, co musieliby zapłacić pracownikowi z ich własnego kraju. Wygląda na to, że jeśli chodzi o tanią siłą roboczą, większości nie przeszkadza współpraca z Północą.

Brama wjazdowa do Kaesŏng

Brama wjazdowa do Kaesŏng

(© http://www.google.com/hostednews/getty)

Powoli przyszedł czas na powrót, więc prawie wszyscy w autobusie obkupili się w chipsy, lody, paluszki i inne wymysły, na których widok mnie się robiło niedobrze. Nie mówię tutaj o czekoladkach czy herbatnikach, albo nawet zwykłych chipsach, lecz o naprawdę dziwacznych tworach, które się nawet filozofom nie śniły. Słodko-słono-kwaśno-gorzkie kombinacje w dziwnych kolorach i kształtach. Ja sięgnęłam po schowany w torebce gimbap z warzywami i zajadałam go powoli, patrząc na objadający się chemią tłum. Przy okazji jako jedna z niewielu zauważyłam bramę wjazdową do Kaesŏng, którą mijaliśmy, kierując się w stronę autostrady ku Seulowi. Szczerze mówiąc po raz kolejny poczułam dość specyficzne uczucie, że teoretycznie brama ta wygląda na otwartą i tuż za nią znajduje się druga połowa Korei, kraju który mnie fascynuje od dawna, za całokształt swej historii i kultury, włączając w to także jej północną część. W głowie od razu pojawia się wizja, że co by się stało, gdyby człowiek ot tak pojechał tam, czy zaczęliby strzelać czy zrobiłby się raban, czy może zawróciliby mnie grzecznie, bo zbytnio zależy im na porządku w Kaesŏng, bo to oznacza stały dopływ pieniędzy do prezesów takich monstrów jak Samsung czy Hyundai. Podejrzewam, że byłam jedyną osobą z takimi dziwnymi „pomysłami”, ale taki już mój urok, że mnie nosi po świecie, a jak ktoś mi mówi, że gdzieś nie powinnam jechać, to od razu sprawdzam czy aby na pewno jest tam aż tak niebezpiecznie i źle, jak to przedstawiają w mediach.

Przewodniczka próbowała zachęcić ludzi do zadawania pytań „uciekinierce”, ale ani uczestniczy wycieczki, ani sama tajemnicza Pani X, nie byli zainteresowani udziałem w tej maskaradzie. Dlatego też zarówno ona, jak i wszyscy dookoła, nie wiadomo kiedy zapadli w głęboki sen. Głos przewodniczki ucichł, zamilkło chrupanie i mlaskanie, więc chwilę później kierowca przygasił światło i pozwolił nam spokojnie pospać, mimo że sam też pewnie miał ochotę na ucięcie sobie małej drzemki. Po kilku minutach i ja odpłynęłam w objęcia Morfeusza, lecz nie był to przyjemny sen. Mimo tego, że przysnęłam, w głowie przewijały się nadal myśli dotyczące zarówno propagandy z północy, jak i tej z południa. Zastanawiałam się, jak bardzo podatni jesteśmy na obrazy kreowane przez media, zarówno te inspirowane przez polityków, jak i te uznawane za wolne od politycznych wpływów. Czy naprawdę tak łatwo nazwać jest jedną stronę tę dobrą, a drugą tę złą? Czy faktycznie tak łatwo jest wmówić ludziom, że świat jest czarno-biały? Może większość z nas chce w to wierzyć, bo wtedy świat wydaje się mniej przerażający. Wiadomo, co wolno, czego nie można, gdzie można jeździć, a gdzie nie, co powinniśmy jeść, a czego lepiej nie. Po coś w końcu na przestrzeni wieków tworzyliśmy dekalogi, spisywaliśmy „święte” księgi, zastąpione później przez tomy dekretów, konstytucji czy innych regulaminów. Czy naprawdę możliwe jest, żeby jedna strona konfliktu była całkowicie winna wszystkiemu, a ta druga cierpiała jako stuprocentowa ofiara? Czy tak łatwo rozdzielić jeden naród, który jeszcze kilkadziesiąt lat temu chlubił się swą wspólną koreańską kulturą, językiem i historią? Mimo ponad kilkuset lat wspólnych dziejów? Wydawałoby się, że to przecież niemożliwe, że naród to naród, że patriotyzm, lojalność. A tu po raz kolejny wychodzi na jaw prawda, że „człowiek człowiekowi wilkiem”.

Pytanie tylko, po co? Większość Koreańczyków w moim wieku, z którymi miałam okazję poruszyć temat podziału Korei, nie tylko się boi, lecz nawet darzy niechęcią współbraci z Północy, mimo że nie zna stamtąd nikogo, nigdy tam nie była, a i newsami zbytnio się nie interesuje. I gdzieś między snem a jawą doszłam do wniosku, że i w Polsce czynimy podobnie. Tragedia potrafi nas zjednoczyć na jakiś tydzień, a potem jak łatwo jest nas podzielić. Mimo że żyjemy w tym samym kraju, w wielu kwestiach nie jesteśmy w cale lepsi od Koreańczyków. Wytykamy palcem osoby z innymi poglądami politycznymi, innym wyznaniem czy orientacją seksualną, jedynie rozsiewając negatywną energię. Obudzona przez panią przewodnik, już na terenie uniwersytetu, stwierdziłam, że to wszystko nie ma sensu. Ale wiecie, co jest najgorsze? Że nie mam pojęcia co z tym zrobić. Ale wiem, że nie przestanę zwiedzać świata, dopóki choć trochę nie zbliżę się do zrozumienia tego wszystkiego. A do tego muszę poznać obie strony sprawy, zatem też wypadałoby się wybrać do Korei Północnej. I wiecie co? Zrobię wszystko, żeby tam po skończeniu uniwersytetu pojechać. Pomysł już jest, plany też udało się jako tako ułożyć w zadziwiająco krótkim czasie. Jeśli się wszystko uda, a mam nadzieję, że tak będzie, już za rok, postawię stopę w „krainie ciemności” – niezbadanej jeszcze przeze mnie części mojej ukochanej „krainy tajfunów”.

Karolina

autor:

Cześć! Mam na imię Karolina. Jestem absolwentką japonistyki na Oxfordzie i piszę tutaj głównie o Azji Wschodniej. W wolnych chwilach czytam, gotuję wegańskie pyszności i próbuję wymyślić, jak choć trochę ulepszyć świat.

Comments (26)

  1. Aleksandra

    Nie do wiary , że byłaś w takim miejscu. Wielkie dzięki za relacje z tej podróży. To takie doświadamiające 😉
    PS; gdyby ktoś z moich bliskich chciał się wybrać w jakieś „dzikie” miejsce, też bym się o niego bała. Ale trzymam kciuki za powodzenie twoich wypraw, trzeba nam nieprzeciętnych i odważnych ludzi 🙂

    • Karolina

      Za rok planuję wizytę „po drugiej stronie” i mam nadzieję, że się wszystko uda! Mnie zawsze po świecie nosiło i nie wygląda na to, żeby to było uleczalne, haha. Ale czy jest to jakaś specjalna „odwaga”? Nie mam pojęcia. Dla mnie to głównie przyjemność i coś, bez czego totalnie nie mogę żyć 🙂

  2. To mz jeden z Twoich najciekawszych postów, które przeczytałam. O historii Korei wiem niewiele, ale bardzo lubię piosenkę イムジン河 w wykonaniu フォーククルセイダーズ. Uparłam się, żeby jej się nauczyć śpiewać (nawet ściągnęłam nuty) i do tej pory mi dźwięczą w uszach słowa: 誰 が祖国を二つに分けてしまったの。Tę piosenkę pierwszy raz usłyszałam w filmie パッチギ o miłości Japończyka i Koreanki (i zderzeniu ich kultur, a raczej próbie zrozumienia przez tego pierwszego kultury w sumie pogardzanej mniejszości narodowej) pod koniec lat 60tych. Film świetny i gorąco go polecam, jeśli jeszcze nie oglądałaś. Ponoć było o nim głośno w Japonii swego czasu, bo dostał nagrody Japońskiej Akademii Filmowej.

    Byłam w strefie buforowej na Cyprze i chociaż było trochę strasznie i nas ostrzegali, żeby zbytnio się nie zbliżać i nie robić zdjęć, to emocje były jednak sporo mniejsze.
    Pozdr. A.

    • Karolina

      Za każdym razem jak piszę o tematyce bardziej społeczno-politycznej, to mam wenę i jakoś tak wychodzi to wszystko bardziej zgrabnie. Staram się, jak mogę, poruszać różne ciekawe tematy, ale często nie mam zbytnio czasu i kończy się na wpisach bardziej lekkich na temat tego, co gdzie i jak. Ale raz na jakiś czas staram się też pisać coś bardziej na poważnie i cieszę się, że to się podoba. Ja mam tyle do powiedzenia na temat Azji Wschodniej, że mogę pisać i pisać… 😀
      Ani o filmie ani o piosence nie słyszałam, ale jak znajdę chwilkę, to z pewnością obejrzę! Wielkie dzięki za rekomendację. Zawsze szukam nowych filmów japońskojęzycznych, bo oglądam ich niewystarczającą ilość, zwłaszcza że za rok czeka mnie cała seria egzaminów z japońskiego..
      Na Cyprze mnie jeszcze nie było – ale tam też się wybiorę!
      Pozdrawiam!

  3. Niedawno trafiłam na Twojego bloga i zostanę na dłużej, świetna relacja, keep posting. Mam nadzieję, że uda Ci się zobaczyć drugą stronę Korei.

    • Karolina

      Wielkie dzięki! 🙂 Takie miłe słowa niesamowicie motywują do pisania! Co do wyprawy do „drugiej” Korei – plany są i wszystko wygląda na to, że się uda! Dlatego już za rok postaram się napisać co nie co także o Korei Północnej!

  4. Dzięki za ciekawy artykuł. Również byłem na granicy, ale także w obu Koreach. Pozwolę sobie na krótki komentarz.
    -Zwykły śmiertelnik może pojechać (kilka narodowości nie może, w tym Koreańczycy) do DMZ i nie jest to trudne. Wystarczy kupić wycieczkę w jednym z licznych biur podróży. Cena zaczyna się od ok. 77 USD i rośnie w zależności od liczby „atrakcji” po drodze. Faktycznie wycieczki po stronie Północy są w luźniejszej atmosferze, ale nie usłyszysz tam ani grama prawdziwej historii.
    -Polska nadzoruje zawieszenie broni w ramach Komisji Nadzorczej Państw Neutralnych (KNPN). Do komisji została wybrana wraz z Czechosłowacją przez, wówczas jeszcze, bratnią-ludową Koreę Północną. Z Północy musieliśmy się przenieść nie z powodu „szeregu wypadków”, a przez zmianę ustrojową w 1989 roku, co zostało uznane za „stracenie obiektywności”. Do dziś jednak Polska uczestniczy w pracach KNPN, oczywiście będąc na Południu.
    -W Korei Północnej faktycznie jest potężny problem z opałem. Mieszkańcy w blokach, czy rozpadających się chatkach nie mają centralnego ogrzewania. Mają piecyki, w których palą dosłownie co się da. Popularne jest robienie „brykietów” z trawy i błota. Można też w kraju zobaczyć masowe ścinki drzew, właśnie w tym celu.
    -Myślę, że strefa w Kaesong jest dużo bardziej potrzebna Północy, ponieważ jest źródłem twardej waluty, wysoce potrzebnej w Pjongjangu. I jest to jedyna strefa ekonomiczna na Pólnocy, która faktycznie funkcjonuje.
    -Co do porównań więzień z innymi krajami. W Korei Płn. funkcjonuje system kar przez 3 pokolenia. Jeśli ktoś za młodu przeskrobie, dzieci i następnie wnuki urodzą się i umrą w obozie. Polecam lekturę „Escape from Camp 14”. Powalająca.

    Życzę spełnienia planów! Jeśli do Korei Płn. pojedziesz z wycieczką to jednak „krainy ciemności” nie zaznasz. Niemniej może być interesująco, czego Ci serdecznie życzę.
    Gratuluję bloga i zdjęć! Bardzo wciąga 🙂

    • Karolina

      Wielkie dzięki za komentarz i za miłe słowa na temat bloga! Zapisałam sobie właśnie „Escape from Camp 14” na listę książek do przeczytania, postaram się ją niedługo zdobyć.
      Co do wyprawy do Korei Płn., nie będzie to w żadnym wypadku forma turystyczna – raczej podobna do tego, czego ty doświadczyłeś (przynajmniej tak domyślam się ze zdjęć i opisu na Twojej stronie) 🙂

  5. ja byłam na tej samej wycieczce pod koniec wrzesnia tego roku ale chyba z innego biura bo u mnie najpierw było DMZ potem lunch i JSA… i obydwie panie przewodniczki były sympatyczne i nie opowiadały niestworzonych historii… bardziej rzeczowe były bym powiedziała – jedna z nich przyznała że jej rodzice maja rodzine po stronie północnej której nie widzieli ponad 60lat i bardziej sie wypowiadała za połączeniem obydwu Korei niż wytykaniem ich „dziwności” aczkolwiek o maszcie i morderstwach też słyszałam.no i u nas nie było „uciekinierki”
    ahhh i też nas ostrzegano kilkakrotnie przed jakimikolwiek próbami kontaktu z ludzmi ze strony pólnocnej – jedna z przewodniczek opowiadała ze 2lata wczesniej była świadkiem jak pólnocny zołnierz odblokował kabure z pistoletem w trakcie jakiegos malego incydentu… ale na tym sie na szczescie zakonczylo… te ostrzezenia nie miały nam pokazac ze połnocni sa dziwolagami – a raczej byly prosba o nie prowokowanie strony pólnocnej, bo nie mozna przewidziec ich reakcji:)
    ogolnie wspominam cala wycieczke mega pozytywnie – i tez bylam w niebieskim budynku – moglismy sobie porobic foty z zolnierzami w srodku i mamy grupowe za stolem „po polnocnej stronie” – czyli teoretycznie BYŁAM tam!! hehe
    aaahh a ze kase bija na pamiatkach – to tez nic dziwnego, bo przeciez tak sie robi wszedzie:)
    ahhh ja tez jesli bym mogla to chcialabym kiedys odwiedzic Koreę Pólnocną ale tak szczerze powiedziawszy to bym się lekko bała że nie wrócę hehe… bo jakby nie patrzeć jesteśmy obywatelami byłego państwa komunistycznego, i komunizm ten obalilismy sami wiec bałabym sie ze mogliby wziac mnie za szpiega czy tez rebelianta;) wiem ze to trochę śmieszne, ale wolalabym nie ryzykowac 😉
    powodzenia!!

  6. Pierwsze zdjęcie z wpisu mocno kojarzy mi się z pewnym dokumentem, jaki oglądałam na Discovery czy innym Nationalu. Wtedy wbiło mi się w pamięć stwierdzenie, że stojący po obu stronach strażnicy, nie mogą spuścić siebie nawzajem z oczu, muszą się ciągle obserwować itd. Robiło to dość kuriozalne wrażenie, ale cóż…nikt nie powiedział, że świat musi być ułożony według jednej normy.

    • Karolina

      Wizyta w DMZ skłoniła mnie do wielu przemyśleń i sprawiła, że postanowiłam, iż najszybciej jak to tylko możliwe, udam się do Korei Płn. Wszystkie znaki na ziemi i niebie wskazują na to, że najprawdopodobniej znajdę się tam w przyszłe wakacje, więc nie mogę się już doczekać!

  7. Gdy wspominałaś tutaj wielokrotnie, że nie tylko KRLD stosuje propagandę, przypomniał mi się tekst z wyborczej, w którym jeden z Rosjan dzielących swoje życie między Rosję i Polskę (to był bodajże reżyser, Wyrypajew) opowiadał, że jego krewny jej wielkim fanem polityki Putina. Gdy próbował mu opowiedzieć, żeby nie wierzył we wszystko co mu mówią w mediach, usłyszał w odpowiedzi, że w Polsce nie jest wcale aż tak różowo, jak mu się wydaje. I choć na początku zaprzeczał, to gdy zajrzał do pierwszej lepszej polskiej gazety i zobaczył kilka rusofobicznych tekstów, tak samo na różnych portalach i w innych mediach, że musiał przyznać częściowo rację krewnemu. I w sumie przed moim wyjazdem do Rosji słyszałam tylko, że to zło wcielone i że gorszego państwa w sumie nie ma, a na miejscu wcale nie było aż tak źle. Wprawdzie dwa razy spotkaliśmy się z oznakami „protestu wobec faszyzmu na Ukrainie”, a na najważniejszym kanale telewizyjnym pokazano jak „ukraińscy faszyści atakują Rosję”, ale poza tym nie można było wcale przekonać się o rzekomej okropności Rosjan. I nie chcę tutaj pisać, że Rosja to kraj bez wad, a Polacy są źli, ani mi to przez myśl nie przeszło 🙂

    Wracając jeszcze do Twojego tekstu, to niesamowicie smutne, jak ludzie próbują zrobić biznes kosztem takich konfliktów. Muszę przyznać, że nie zdawałam sobie zupełnie sprawy z takiego wyglądu sprawy w strefie.

    A sam artykuł jest pasjonujący, świetnie napisany 🙂

    • Karolina

      Takie same przemyślenia na temat Rosji miałam, kiedy pracowałam przez kilka miesięcy w Tokio obok Rosjanki i kilka razy zaczęłyśmy rozmawiać na temat konfliktu na Ukrainie. Wcale nie broniła Putina, ale faktycznie powiedziała kilka rzeczy, które dały mi do myślenia: że co jeśli ludzie tam mieszkający faktycznie woleliby być w Rosji? Czemu popieranie Putina ma być najgorszym złem, że przecież każdy ma prawo do swoich przekonań, nieważne czy się z nimi zgadzamy czy nie. I uświadomiłam sobie, że ludzie mają skłonność do kreowania jedynej słusznej wizji, a świat niestety tak nie działa. Są ludzie dobrzy i ludzie źli, bez względu na to, na kogo głosują. Tak samo w Rosji i Polsce. Szkoda tylko, że media skupiają się na podkręcaniu atmosfery, a często zapomina się o tym, czego faktycznie pragnęliby zwykli mieszkańcy wschodniej Ukrainy. Ja nie znam się na sytuacji w Rosji czy na Ukrainie, dlatego nie zabieram w tej kwestii głosu, ale nie zgadzam się z przedstawianiem całej sprawy w czarno-białych barwach, bo wiem, na przykład, bazując na sytuacji w Korei, że nie ma czegoś takiego jak dychotomia dobry/zły.

      I wielkie dzięki za miłe słowa na temat artykułu – jako że jest to temat, którym interesuję się od dawna, cieszę się niezmiernie, że ktoś to czyta z przyjemnością 🙂

  8. Bardzo ciekawy artykul! Tak malo wiem (y) o Korei Polnocnej, ze kazda dawka informacji jest pomocna w zrozumieniu sytuacji tego kraju. Szczkoda tylko, ze niektorzy wciaz robia sobie z tego jaja….

  9. Żałuję, że przy słabym internecie nie chcą mi się załadować wszystkie zdjęcia. ale artykuł jest super ciekawy. Ja,mimo kontrowersji, chciałabym jednak odwiedzić samą Koreę Północną, ale jest to w sferze „kiedyś później”.

    • Karolina

      Ja wybieram się do Korei Północnej na co najmniej miesiąc w przyszłym roku i nie do końca w formie turystycznej, dlatego mam nadzieję, iż uda mi się zobaczyć troszkę więcej i za niewielki ułamek standardowej turystycznej ceny. Nie mogę się doczekać!

  10. Taka wycieczka z pewnością musi być i jest niezwykle edukująca. Chciałbym odwiedzić ten region. Największe wrażenie robią na mnie zdjęcia z nad samej granicy.

    • Karolina

      Jest edukująca, ale chyba bardziej dla osób, które mają już jako tako pojęcie o historii Korei. Dlatego nie mogę się doczekać wizyty w DMZ, ale od strony północnej – liczę, że uda mi się to w przyszłym roku. I mam nadzieję, że uda Ci się kiedyś odwiedzić region Azji Wschodniej, bo naprawdę warto!

  11. Pamiętam, jak Francuska, którą poznałam w hostelu w Tokio była zdziwiona widząc polską flagę gdzieś w DMZ. Prawda jest taka, że pewnie nawet wielu Polaków nie ma o tym zielonego pojęcia. Ja za to pochwalę się, że znam osobiście szefa Misji Polski do Komisji Nadzorczej Państw Neutralnych w Korei 🙂

    P.S. Takie wspólne wycieczki są chyba nie na moje nerwy. Po prostu zatłukłabym tych gburowatych amerykanów jeszcze w autobusie 🙁

    • Karolina

      No to w takim razie, jak kiedyś najdzie mnie na napisanie jakiegoś dłuższego posta/artykułu/reportażu po przyszłorocznej wizycie w Korei Północnej, to wiem do kogo uderzać z pytaniami 😀

      Ja potraktowałam to jako ćwiczenie „bycia zen”. Ale przyznam szczerze, że kilka razy miałam ochotę zrobić komuś krzywdę…

  12. Cześć!
    Napisałaś: „Czytając o „gwałtownym rozwoju ekonomicznym”, który miał miejsce w tym kraju w latach 70-tych, człowiek zaczyna modlić się w duchu, żebyśmy w Polsce nie wpadli nigdy na taki pomysł. Nie takim kosztem, nie za wszelką cenę. Ale to temat na osobny post tudzież nawet artykuł.”

    Jestem nowy na Twoim blogu, więc wybacz, jeśli przeoczyłem – czy w końcu napisałaś coś na ten temat? Uważam, że ma to potencjał i osobiście chętnie bym o tym poczytał 😉

    Pozdrawiam!

  13. Świetny blog – czytam z zapartym tchem 🙂 Powodzenia w spełnianiu marzeń !!!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *