Nagatoro (長瀞), czyli ostatni dzień w Japonii

Jak już wspominałam na Facebooku, przed wyjazdem z Azji postanowiłam wybrać się do Tokio na kilka pożegnalnych dni. Niby początkowo planowałam spędzić ten czas, zwiedzając miejsca w Korei, do których nie miałam okazji wybrać się podczas ostatnich dwóch miesięcy, ale jakoś nie mogłam pogodzić się z myślą, że nie będę przez kolejny rok w Japonii. Dlatego też znalazłam szybko tani bilet, napisałam do kilku znajomych, że niby mieli mnie długo nie widzieć, ale nie ma tak łatwo. Ustaliwszy z kilkoma koleżankami plan na te parę dni, spakowałam trochę koreańskich przysmaków, tonę pysznej herbaty nokcha i jeszcze więcej kosmetyków, z których Korea słynie i o świcie, dzień po zakończeniu zajęć, siedziałam już w samolocie do Tokio.

W pierwotnej wersji mojego niby-planu miałam zamiar spędzić te kilka dni bardziej „na luzie”, robiąc zakupy, przesiadując w kawiarenkach i w międzyczasie spotkać się na kilka godzin z którymś ze znajomych. Jednakże dwie z koleżanek, do których napisałam, stanęły na wysokości zadania i podekscytowane moim przyjazdem, zaplanowały masę atrakcji od rana do nocy. Zatem nici z wydawania pieniędzy na kawaii akcesoria – zamiast tego szybkie śniadanko w hotelu i bieg na pociąg, aby zdążyć w umówione miejsce. I mimo że obie z nich poznałam w Tokio, każda mieszka spory kawałek od stolicy. Dlatego po pierwszym dniu, który spędziłam w większości sama, a potem zajadając się izraelskimi przysmakami z amerykańsko-europejskimi znajomymi, przyszedł czas na intensywne zwiedzanie. Na pierwszy rzut poszła słynna Enoshima (江ノ島), gdzie spędziłam dzień, zajadając się lodami o smaku matcha, mocząc się w morzu i spacerując po pięknej wysepce. Kolejny, i niestety ostatni, to wyprawa w miejsce, o którym istnieniu nie miałam bladego pojęcia – małej mieścinki w górach w prefekturze Saitama (埼玉). Gdzieś tam świtała mi ta nazwa, wiedziałam też, że można pojechać tam z Ikebukuro, który przez dobre 10 miesięcy był moim dworcem przesiadkowym, ale jakoś nigdy nie miałam okazji się tam wybrać. Na szczęście, T., moja koleżanka, wysłała mi konkretnego smsa o treści „Stacja Nagatoro, 10 rano, do zobaczenia jutro!” i nie było wyjścia – trzeba było wstać raniutko, żeby zdążyć na pociąg. A cała podróż, od wyjścia z hotelu do dotarcia do celu, zajęła prawie 2,5 godziny. Ale uwierzcie mi, było warto. O czym przekonacie się za chwilę.

Niby powinnam pisać o całym pobycie chronologicznie, ale w ramach bycia wiecznym buntownikiem, zacznijmy od końca. Czyli od ostatniego dnia, który dane mi było spędzić w mojej ukochanej Japonii w tym roku. I pewnie nie uda mi się wrócić do Krainy Kwitnącej Wiśni do skończenia studiów, czyli czerwca 2015. Ale już w głowie rodzą się pomysły, co by tutaj nie wykombinować, żeby jak najszybciej po napisaniu egzaminów wylądować w krainie tajfunów. Zwłaszcza, że z każdym dniem, zwłaszcza tym spędzonym na totalnym luzie, odkrywam w niej miejsca, do których chciałabym wrócić. Jednym z nich jest właśnie Nagatoro (長瀞), nieopodal Chichibu (秩父), gdzie spędziłam magiczny dzień, który na długo pozostanie w mej pamięci.

Jazda pociągiem upłynęła mi na pisaniu posta o wizycie w DMZ i nie wiedzieć kiedy, dotarłam do stacji Seibu-Chichibu (西武秩父), gdzie musiałam przesiąść się w lekko rozklekotany pociąg, który miał mnie dowieźć na miejsce. O dziwo, miałam atak weny, więc nawet skulona między dwoma babinkami, ubranymi w specjalistyczny ubiór do chodzenia po górach, wyżywałam się na klawiaturze laptopa. Ledwo wyszłam ze stacji w Nagatoro na pełne słońce, a już z dala słyszałam okrzyk „Karoriinaa! Hisashiburi!” (久しぶり!) – „Long time no see!”, „Dawno się nie widziałyśmy!”. Nie miałam nawet czasu się zastanowić, co mamy tutaj w ogóle zrobić, bo kilka minut później, dzierżąc bilet na spływ łodzią w dół rwącej górskiej rzeki, maszerowałam grzecznie za T. Wpadłyśmy szybko na kamienistą plażę, położoną przy malowniczym klifie Nagatoro no Iwadatami (長瀞の岩畳). Opalony na czekoladę pan rzucił nam po kamizelce ratunkowej i kazał się szybko usadowić, po czym chwilę później odbijał już kijem od dna i poprowadził łódź w dół rwącego nurtu rzeki Arakawa (荒川).

SAMSUNG CAMERA PICTURES SAMSUNG CAMERA PICTURES SAMSUNG CAMERA PICTURES

My wybrałyśmy się na przejażdżkę bardziej spokojnym fragmentem rzeki, ale dowiedziałam się później, że istnieje także możliwość spróbowania raftingu, który w skwar, taki jak panował tego dnia, byłby świetną rozrywką. Siedząc w prowadzonej przez dwóch flisaków łódce, słuchałam opowieści na temat okolicy i zanurzyłam się w rozmyślaniach. Nie powiem, bardziej korciłoby mnie coś bardziej ekstremalnego niż przejażdżka łódką, gdzie większość pasażerów dostawała wręcz palpitacji, gdy skapnęła na nich kropelka wody. Ale z drugiej strony, pozwoliło mi to na pooddychanie świeżym nieklimatyzowanym powietrzem i nacieszenie oczu naturą nieskażoną ludzką działalnością. A przy okazji posłuchać humorystycznych docinek jednego z flisaków, którego bardzo bawił fakt, że w łódce siedzi gaijin, czyli „obcy”. O dziwo, mimo że użył on raz czy dwa tego wyrażenia, z reguły uznawanego za obraźliwe, w jego ustach nie brzmiało to wcale jak obelga; odebrałam to po prostu jako pewnego rodzaju satysfakcja, że to na jego łódce znalazł się przybysz spoza Japonii, a nie na innej. Przy okazji znalazłam się pewnie na dziesiątce zdjęć, bo czemu by tu sobie nie cyknąć fotki z gaijinką i to jeszcze w zabawnej żółtej kamizelce, w której wygląda jak wielki kurczak. Albo jakiś pokemon.

SAMSUNG CAMERA PICTURESSAMSUNG CAMERA PICTURES

 

Widoki po drodze momentami zapierały dech w piersi. Klify, rwący nurt rzeki, zieleń, a wszystko to na tle bijącego po oczach błękitu nieba. Aż chce się żyć. Przepiękny był zwłaszcza majestatyczny klif o nazwie Sekiheki (赤壁) – „Czerwona Ściana”.

SAMSUNG CAMERA PICTURES

SAMSUNG CAMERA PICTURES

Co jakiś czas rzucana była komenda, żeby przysłonić się płachtą, przyczepioną do burty, bo a nuż przypadkiem ochlapałaby nas woda. Nie wiem czemu, ale byłam zapewne jedyną osoba, która cieszyła się, kiedy łódka podskakiwała energicznie na jakimś wirze, rozpryskując wszędzie wodę. A im więcej wody wylądowało na mnie, tym i banan na mej twarzy robił się jeszcze większy. Niestety nie udało mi się do końca nacieszyć pseudo-kąpielą w Arakawie, bo siedzący obok mnie pasażerowie zawsze upewnili się, że okryci są wystarczająco płachtą, przykrywając przy tym mnie. Jeszcze by się roztopili od tych kilku kropel wody…

SAMSUNG CAMERA PICTURES SAMSUNG CAMERA PICTURES

Nie mam pojęcia, ile trwał rejs, ale podejrzewam, że niezbyt długo – maksymalnie pół godziny. Nie miałam zamiaru sprawdzać na zegarku, która godzina, bo po co – w końcu jak to mówią, szczęśliwi czasu nie liczą. Na brzegu czekał już na nas busik, który miał nas zawieźć z powrotem do centrum Nagatoro, jeśli miasteczko z kilkoma uliczkami na krzyż w ogóle posiada coś takiego jak centrum. Kilka minut później stałyśmy już pod stacją i ponownie udałyśmy się w stronę rzeki, aby zjeść regionalny specjał w jednym z drewnianych restauracyjek – teuchi soba (手打ちそば), czyli ręcznie robiony makaron gryczany.

Knajpkę poleciła nam spotkana po drodze babcia, sprzedająca świeże warzywa. Stwierdziłyśmy zatem, że jeśli według mieszkającej tu bodajże od zawsze osoby, makaron w tym konkretnym miejscu przerasta smakiem i jakością wszelkie inne, to musimy tam pójść. Początkowo przegapiłyśmy ten sklepik, bo nazwa napisana została gdzieś z boku na drewnianej belce. Na szczęście, gdy przechodziłyśmy obok za drugim razem, ze sklepiku wyszła jakaś kobieta, zachęcając do spróbowania pysznej soby. T. uparcie chciała iść do rekomendowanego miejsca, ale mi zaczęło być to powoli obojętne, a tu patrzę, że przy wejściu widnieje czarno na białym nazwa „はやし” (Hayashi), zapisana przez koleżankę na jakiejś turystycznej ulotce. Odetchnąwszy z ulgą, wstąpiłyśmy do środka i zajęłyśmy jeden z niskich stolików, aby wyprostować nogi i skosztować gryczanych pyszności w tradycyjnym japońskim wydaniu.

nagatoro6 nagatoro5

Jak zwykle wybór dania do łatwych nie należał. Obawiałam się już, że będę pozostawiona sama sobie z za dużą ilością opcji, ale na szczęście na ratunek przyszła właścicielka knajpki, która z całego serca zachwalała zestaw z sobą na zimno, z miseczką ryżu z dodatkiem rośliny o nazwie shakushina (しゃくし菜), które wyglądem przypomina kapustę bok choy:

http://blog.goo.ne.jp/keicyan16
http://blog.goo.ne.jp/keicyan16

Nie byłam do końca przekonana czy zjedzenie makaronu plus miski ryżu to świetny pomysł, ale o dziwo danie mi niebywale przypadło do gustu i smaki w ogóle się nie gryzły, a wręcz uzupełniały. Do wielkich fanów ryżu nie należę, ale w połączeniu z zieleniną smakował wyśmienicie. Zwłaszcza zajadany chłodnym makaronem gryczanym. Jednakże po takiej dawce węglowodanów trzeba było się trochę poruszać i mimo tego, że wizja siedzenia w restauracyjce i popijania zimnej mugi-cha (麦茶) kusiła, zebrałyśmy się w sobie i udałyśmy w stronę jednej z głównej atrakcji regionu – świątyni Hodosan-jinja (宝登山神社).

SAMSUNG CAMERA PICTURES

Początki świątyni sięgają ponoć… 110 roku. Tak, Hodosan-jinja ma prawie dwa tysiące lat. Oczywiście nie ma z tamtego okresu żadnych śladów, ale wygląda na to, że już tak dawno temu w lasach Chichibu czczono lokalne kami. Nazwa świątyni jest dość intrygująca, nie dość że trudno ją przetłumaczyć, to nawet w języku japońskim dość ciężko dokładnie opisać jej znaczenie. 宝 (takara, czytane także jako „ho„) oznacza „skarb”, czasownik 登る (noboru) to „wspinać się” a 山 to „yama”, czyli „góra”. Świątynia wspinających się skarbów?  Skarbowej wspinaczki? No nie ma szans, każde podejście brzmi bardziej absurdalnie…

SAMSUNG CAMERA PICTURES SAMSUNG CAMERA PICTURES SAMSUNG CAMERA PICTURES

SAMSUNG CAMERA PICTURES
Ściągawka dla niezaznajomionych z rytualnym obmywaniem rąk przed wejściem do świątyni

Może to ta dość enigmatyczna nazwa ma wpływ na niesamowitą popularność tego miejsca? Rocznie świątynię odwiedza ponad milion osób! Główny budynek, który można dzisiaj podziwiać, powstał na przełomie ery Edo i Meiji i wyremontowanie go zajęło 30 lat. Kami czczone w Hodosan-jinja mają ochronić wiernych przed wszelkim niebezpieczeństwem, głównie związanym z ogniem. Odpowiada za to bóstwo Homusubi (火産霊), w słynnym „Kojiki” określane mianem Hinokagatsuchi (火之迦具土). Zgodnie z japońską mitologią, jego matka, Izanami, została podczas porodu śmiertelnie poparzona. Z żalu za swą ukochaną żoną, ojciec, Izanagi, pociął w furii nowonarodzonego syna na osiem kawałków, z których powstało tyle samo wulkanów. Krew, która skapała z szabli, którą porąbał Homusubi, dała życie kolejnym bóstwom. Według mitologii, moment narodzin bóstwa Homusubi to moment wręcz przełomowy – zakańcza proces narodzin szeregu nowych bóstw i zapoczątkowuje śmierć.

SAMSUNG CAMERA PICTURES

SAMSUNG CAMERA PICTURES SAMSUNG CAMERA PICTURES

Kolejne dwa kami, którym oddaje się cześć w świątyni Hodosan to legendarny pierwszy cesarz Japonii, Jimmu (神武), w mitologiach „Kojiki” i „Nihon Shoki” nazywany Kamu-Yamato-ipare-biko (神倭伊波礼) – „Syn Słońca, Który Opuścił Siedzibę Odgadując Bierność Duchów”. Tak w ramach kontynuacji ciekawych nazw.

http://en.wikipedia.org/wiki/Emperor_Jimmu
http://en.wikipedia.org/wiki/Emperor_Jimmu

Trzecie kami to Ōyamazumi-no-kami (大山祇神), górskie bóstwo, zapewniające obfite plony. To dla tych trzech kami ludzie szturmują okolice Nagatoro. Okolica przepiękna, budynki misternie zdobione, a do tego świadomość, że miejsce to uznawane jest za święte od prawie dwóch tysiącleci. Na mnie pozytywne wrażenie zrobiło jednak coś całkowicie innego… mianowicie, mała tabliczka informująca o tym, żeby „lajkować” świątynię na Facebooku.

SAMSUNG CAMERA PICTURES

Z ciekawości zajrzałam zarówno na ich stronę, jak i na profil FB i aż szkoda, że takie podejście nie jest rozpowszechnione. Zainteresowani mogą obejrzeć nawet animowaną historię powstania Hodosan-jinja.


SAMSUNG CAMERA PICTURES SAMSUNG CAMERA PICTURES SAMSUNG CAMERA PICTURES

SAMSUNG CAMERA PICTURES SAMSUNG CAMERA PICTURES SAMSUNG CAMERA PICTURES

Spacerując tak po terenie świątyni i próbując nacieszyć się cieniem rzucanym przez ogromne drzewa, napotkałyśmy nieopodal jednego z mniejszych budynków kapłana, który zagaił rozmowę, pytając czy już miałyśmy okazję wjechać na szczyt góry. Nie wiedziałyśmy nawet, że istnieje taka możliwość. Podążyłyśmy zatem wskazaną przez niego ścieżką, prowadzącą do stacji kolejki linowej. Dotarłszy na miejsce, okazało się, że owszem, kolejka linowa działa i wszystko pięknie, ale odjechała dosłownie minutę temu, a następna będzie dopiero za godzinę… Zrezygnowane, ruszyłyśmy zatem w dół, z powrotem w stronę Nagatoro, aby posilić się słynnym letnim japońskim przysmakiem – kakigōri (かき氷).

Miejsc oferujących ten lodowy smakołyk było po drodze całe multum – przy niektórych tłoczyły się ciągnące w nieskończoność kolejki, ale nam średnio widziała się wizja stania godziny czy dwóch w upale przekraczającym 35 stopni. Dlatego znalazłyśmy małą knajpkę nieopodal rzeki i usiadłyśmy na zacienionej werandzie. Bez zastanowienia zamówiłam smak o nazwie uji-kintoki (宇治金時) i kilka minut później schładzałam się michą kruszonego lodu polaną zieloną herbatą, a to wszystko z dodatkiem ukochanego przeze mnie anko. Po prostu palce lizać.

Miskę wylizałam prawie do czysta i przed kolejnym punktem „programu”, wybrałyśmy się jeszcze nad rzekę, żeby przejść się po słynnym klifie, ale także aby zanurzyć nogi w wodzie. Myślałam, że rzeka będzie niesamowicie zimna, a okazało się, że woda była po prostu przyjemnie chłodna. Aż żałowałam, że nie miałam przy sobie stroju kąpielowego, bo z chęcią bym popływała w odświeżającej toni. A tak to zostałam sama na sama z kuszącą rzeką i bez możliwości skorzystania z tej przyjemności. Weszłam do niej, jak najgłębiej było to możliwe bez zamaczania spodenek i odetchnęłam pełną piersią. Uświadomiłam sobie, stojąc tak w Arakawie, że tęsknota za Japonią będzie momentami nie do zniesienia. Ale że to pożegnanie nie jest na zawsze, tylko na rok i mimo że nie mam żadnych planów co zrobić po studiach, coś wymyślę, żeby raz na jakiś czas się tutaj znaleźć.

SAMSUNG CAMERA PICTURES

Przeszłam się raz jeszcze po skałach Nagatoro no Iwadatami, aby nacieszyć się tym miejscem, bo nie wiem, kiedy się tu zjawię następnym razem.

nagatoro14 nagatoro13 nagatoro15 nagatoro12 nagatoro11 nagatoro10 nagatoro9 nagatoro8 nagatoro7

Na popołudniowy relaks T. zaplanowała wizytę w pobliskim onsenie. Punktualnie o umówionej porze podjechał po nas busik, ze środka wyskoczył uśmiechnięty od ucha do ucha pan, wielce zdziwiony, że nie mamy ze sobą żadnych toreb, zatrzasnął za nami z hukiem drzwi i chwilę później pędził już w stronę gór, gdzie czekał na nas relaks w iście japońskim wydaniu – moczenie się w gorących źródłach. Początkowo byłam dość sceptycznie nastawiona do kąpieli w gorącej wodzie w taki upał, ale zmieniłam zdanie wręcz ekspresowo. O dziwo, to było to, czego potrzebowałam.

Nie wiem czy macie świadomość, ale japońskie onseny są z reguły podzielone na część dla kobiet i mężczyzn, a kąpiel odbywa się w stroju Ewy. Wchodząc do przebieralni trochę się stresowałam, no bo jak to, mam się teraz tu ot tak po prostu przy wszystkich rozebrać, a potem przeparadować nago na zewnątrz? Okazało się jednak, że jedynie ja miałam tego typu wątpliwości. Zarówno T., jak i wszyscy dookoła podchodzili do całej sprawy totalnie na luzie. Zero spiny. Mimo że na każdym kroku buntuję się irracjonalnej pruderii, nadal tkwi we mnie jakiś wstyd wobec nagości, którym przesiąknięta jest kultura chrześcijańska. Pamiętam moje zdziwienie, kiedy to dobre kilka lat temu, podczas podróży po Finlandii, w saunach przesiadywały nago całe rodziny i wyglądało to na jak najbardziej naturalną rzecz na świecie. A w Polsce, zachodząc do sauny, każdy zawija się w ręczniki, żeby przypadkiem za dużo ciała obcym nie pokazać. Tak samo zresztą na siłowni czy po wuefie w szkole – wieczne kolejki do przebieralni, odwracanie się, kombinowanie, zdejmowanie stanika spod koszulki, wykręcając przy tym ręce tak, że zastanawiałam się, jak to możliwe. A tutaj, kilkanaście tysięcy kilometrów od domu, znalazłam się w miejscu, gdzie stuletnie babcie kąpały się obok dzieci, razem z zarówno grubymi, jak i chudymi kobietami w przeróżnym wieku.

Wiele onsenów proponuje noclegi i posiłki, lecz my zdecydowałyśmy się jedynie na krótką wizytę w pakiecie z wypożyczeniem świeżych i aż pachnących czystością ręczników. Zestresowana wizją paradowania nago nawet nie zarejestrowałam początkowo spanikowanego pytania T., która zapomniała się mnie zapytać czy mam jakiś tatuaż. Odetchnęła z ulgą, gdy jej powiedziałam, że nie. Otóż większość onsenów, ale także siłowni i wszelkich fitness klubów nie wpuszcza osób z tatuażami. Podejrzewam, że spowodowane jest to tym, iż tatuaże, po japońsku zwane 入れ墨 (irezumi) albo po prostu z angielskiego „tatoo” – タトゥー – kojarzone są z japońską mafią, Yakuzą (ヤクザ).

Mocząc swoje kości w kamiennym basenie wypełnionym gorącą wodą, oparłam się o jego krawędź i podziwiałam mały wodospad w oddali. Szum wody wpadającej do onsenu, lekko stłumiony huk wodospadu z oddali i głośny śpiew cykady… Cykady kojarzą mi się z Azją, często nie mogłam spać przez dźwięk, któremu bliżej pile mechanicznej niż brzęczeniu owada. A tu, o dziwo, udało mi się dostrzec winowajcę tego harmideru na gałęzi pobliskiego drzewa!  Z reguły są one mistrzami kamuflażu, ale w Nagatoro chyba nawet cykady ulegają atmosferze rozleniwienia i nie chowają się przed ludźmi. Aż miło było patrzeć na otaczającą mnie naturę, po kilku minutach w ogóle zapomniałam, że siedzę nago w wannie pełnej gorącej wody z kilkunastoma kobietami. Weszłam w stan totalnego relaksu. Zdecydowanie polecam – żałuję niezmiernie, iż nie wpadłam na pomysł wybrania się do takiego oddalonego od cywilizacji onsenu wcześniej. Zwłaszcza do takiego, gdzie można pokąpać się na zewnątrz. Przy okazji pobytu w Hakone skorzystałam z onsenu, który znajdował się w moim ryokanie, lecz był on wewnątrz i bliżej mu było do małego baseniku niż do mojej wizji „gorących źródeł”. Cel na kolejną wizytę w Japonii? Zaliczyć jak najwięcej onsenów!

Nawet nie wiem, ile siedziałyśmy w gorącej wodzie, rozkoszując się upałem, otaczającą nas przyrodą i ciesząc się lekką rozmową. Niestety, czekała nas długa droga do domu, więc przyszedł czas na powrót. Po wysuszeniu się i przebraniu, w stanie totalnego relaksu, wsiadłyśmy do ośrodkowego busika, który zawiózł nas na dworzec, a tam chwilkę później wsiadłyśmy w pociąg do Seibu-Chichibu. Przed rozstaniem się (każda z nas musiała wrócić innym pociągiem), postanowiłyśmy udać się na pożegnalną kolację – istną ostatnią wieczerzę – i nie wiem nawet, jak to się stało, że wylądowałyśmy znów na makaronie soba. Za poleceniem właścicielki zamówiłyśmy „zestaw specjalny”, który nie różnił się zbytnio ceną od zwykłego zestawu z makaronem, ale żadna z nas nie spodziewała się chyba ilości jedzenia, które dostaniemy.

Oprócz pysznej (i ogromnej) porcji zaru-soba, każda z nas dostała talerzyk z tempurą (ja w wersji bez owoców morza, ale za to z dodatkowymi warzywami) oraz tackę rozmaitości – między innymi kawałek omlecika, duszone w sosie miso warzywa i tofu. Jakby jeszcze tego wszystkiego było mało, dostałyśmy gratis porcję miso potato (味噌ポテト), regionalnego specjału z Chichibu. Niby nic takiego – głęboko smażone ziemniaczki polane słodkawym sosem miso, ale po prostu rozpływały się w ustach i gdybym mogła dostać takie wszędzie zamiast frytek, to świat byłby piękny. Chociaż może niekoniecznie, bo dość szybko skończyłoby się to nagromadzeniem dodatkowych kilogramów…

Myślałam, że już nic w siebie nie zmieszczę, a okazało się, iż zestaw zawiera także deser… i to z anko – tak zwane o-hagi (おはぎ). Nie zdążyłam zrobić mu zdjęcia, bo był tak pyszny, że nie sposób było mu się oprzeć. Zwłaszcza, że był on zrobiony chwilę wcześniej przez kucharza w tej klimatycznej restauracji. Ciekawych tego, co to jest o-hagi, odsyłam do krótkiej notki na Wikipedii. Ciekawe ile wytrzymam bez zajadania się anko – podejrzewam, że niedługo kuchnię mą wypełnią worki z fasolą azuki i dom zamieni się w małą manufakturę tego przysmaku. Gdyby się tak stało, będę informować o sukcesach (albo porażkach) na bieżąco!

Nie byłabym w stanie wymyślić lepszego sposobu na pożegnanie z Japonią. Niby lot miałam dopiero następnego dnia, ale tak naprawdę o świcie, więc po powrocie z Chichibu, który potrwał ponad dwie godziny, rzuciłam się na łóżko, a pakowanie przełożyłam na poranek. Czyli na czwartą nad ranem. Pobudka w środku nocy, szybkie pakowanie i marsz na poranne metro.

Przez chwilę miałam wrażenie, że miasto wymarło, stacja metra była pusta, poza kimającym gdzieś na odległej ławce salarymanem. Cisza, spokój, aż się zastanawiałam czy faktycznie pociąg przyjedzie. Ale tak, punktualnie o 5:23 wjechał zadziwiająco zatłoczony pociąg, który zabrał mnie na dworzec Yūrakuchō (有楽町) , gdzie przesiadłam się w linię Yamanote, a następnie w pociąg na lotnisko. Na szczęście, mimo kilku przesiadek, cała „podróż” zajęła niecałą godzinę i niewiele później siedziałam już w jednej z pseudo-kawiarenek na lotnisku Haneda, jedząc śniadanie, które na to miano średnio zasłużyło, zwłaszcza po uczcie poprzedniego dnia.

Chleb bez skórki, pasta jajeczna, która z jajkami miała niewiele wspólnego, a do tego kawa, która była po prostu paskudna. Takie rzeczy tylko na lotnisku Haneda przed 7 rano! No ale przynajmniej będzie co wspominać, czyż nie? Po prawie dwóch godzinach lotu, wylądowałam w Seulu, z lotniska pędem pojechałam do mojej ukochanej wegańskiej knajpki, w której przez te dwa miesiące w Korei, spędziłam masę czasu. Po (tym razem) przepysznej kawie, ogromnej porcji znakomitego jedzenia i kawałku ciasta, przyszedł czas na spakowanie całego dobytku… w 3 godziny. A w międzyczasie na wysłanie ogromnego kartonu książek, które nie wiadomo jakim cudem zawsze kumulują się w zastraszającym tempie. 15 kg w dwa miesiące? Takie rzeczy tylko w krainie tajfunów! Na szczęście dałam radę, poćwiczyłam swoje bicepsy, a to zanosząc karton na pocztę, a to znosząc z czwartego piętra bagaże. I już kilka godzin później siedziałam na lotnisku Incheon, czekając na otwarcie check-in lotu do domu. Z jednej strony zadowolona z tego, że zobaczę wszystkich, a z drugiej strony, niezwykle smutna, iż muszę do przyszłego czerwca Azję opuścić. Mimo że jestem już w Polsce, część mnie została gdzieś tam, we wschodniej Azji… Podejrzewam jednak, że Ci z Was, którzy mieli okazję odwiedzić Japonię bądź Koreę zrozumieją to uczucie. Niby jest się wychowanym w Europie, niby niekoniecznie byłabym chętna zamieszkać w Azji na stałe, lecz po kilku tygodniach w Polsce, mam już ochotę wrócić, choćby na chwilę… Taki już syndrom nieuleczalnego podróżnika. Mam nadzieję, że zostanie on zaspokojony już wkrótce – w środę wylatuję w totalnie przeciwnym kierunku, także całkiem spory kawałek od domu. Już nie mogę się doczekać!

15 comments on “Nagatoro (長瀞), czyli ostatni dzień w Japonii

  1. Aleksandra

    Fajnie się zapowiada. Niestety doczytam później. W chwili pisania tego komentarza, nie jestem na swoim komputerze, a w moim nie ma internetu, bo piorun trzasnął w budynek jego dostawcy i do tej pory jeszcze coś naprawia 😛

  2. Jak zwykle notka super, strasznie dobrze i lekko się Ciebie czyta 🙂
    Ogólnie nie jestem i nigdy nie byłam wielką fanką dalekowschodniej kultury, ale o ile kiedyś byłam bardziej „przeciw”, tak teraz bliżej mi do „za”, przynajmniej im dłużej czytam Twojego bloga!
    Mam jednak jedno pytanie (które jak zauważyłam sama częso nieco retorycznie zadajesz): co planujesz robić po ukończeniu studiów, skoro nie chcesz mieszkać w Japonii? Nie rozsądnym krokiem byłoby ukończenie jakiegoś kierunku, który mógłby przynosić zyski, a przynajmniej zapewnić zatrudnienie i wyjazd właśnie na lubiany przez Ciebie wschodni kierunek?
    Pozdrawiam, trzymaj się ciepło 🙂
    http://youmeankarlwho.blogspot.com/

    • Karolina

      Wielkie dzięki za miłe słowa na temat bloga ♡ Niezmiernie się cieszę, że udało mi się kogoś zainteresować tematyką „dalekowschodnią”!
      Co do Twojego pytania – nie mam jeszcze żadnych konkretnych planów, poza stażem w Korei Północnej w sierpniu 2015. Potem w planach zapewne podróże i dalsze pisanie – a co z tego wyjdzie? Zobaczymy 🙂 Myślę, że „zyski” nie zależą od kierunku studiów, lecz po prostu od chęci i starań. Wybrałam studia zgodnie z głosem serca i była to świetna decyzja. Dlatego staram się tak postępować w życiu, bo wierzę, że jeśli się robi to, co się kocha, to wszystko jakoś się ułoży.

      Pozdrawiam,
      Karolina

  3. Piękne pożegnanie z Japonią! Mam jednak nadzieję, że będziesz dalej o niej pisać!
    O Chichibu nie słyszałam, ale w sumie to nic dziwnego – w każdym razie zaznaczam je na mojej mapce „do odwiedzenia następnym razem”. Dzięki!

  4. Bardzo fajnie spędzony czas! Japonia jeszcze daleko przede mną, ale zawsze miło poczytać o takich miejscach 🙂

    • Karolina

      Właśnie wspominam sobie ten upalny dzień i tęsknię za latem.. A za oknem szaro i nieprzyjemnie 🙁 Pozdrawiam!

  5. Leżę z gorączką i od 2godzin próbuje sę wybrać po jedzenie. Twoje zdjęcie ‚zestawu specjalnego’ zmotywowało mnie!
    pzdr

    • Karolina

      Mam nadzieję, że widok japońskich pyszności jakoś zainspiruje twój organizm do tego, żeby dał sobie spokój z gorączką. Trzymaj się ciepło i zdrowiej szybko!

  6. Dziewczyny zaserwowały Ci super pożegnanie i masę fantastycznych atrakcji! Ale fajnie.

    • Karolina

      Oj prawda, w ogóle nie spodziewałam się, że spotkanie pożegnalne może oznaczać taką wyprawę. Wspominam te kilka ostatnich dni w Japonii do tej pory, jak potrzebuję sobie poprawić humor 🙂

  7. Japonia ma w sobie niesamowitą magię. Tylko utwierdzam się w przekonaniu, że urodziny w 2016 roku powinienem prawdopodobnie spędzić właśnie tam! Pozdrawiam!

    • Karolina

      To prawda, dlatego od lat nie potrafię się od niej uwolnić, nawet jak czasem doprowadza mnie ona do szewskiej pasji. Myślę, że urodziny w Japonii to świetny pomysł – w tym roku spędziłam je w tradycyjnym ryokanie i były to bodajże najwspanialsze urodziny w moim życiu 🙂

  8. Na rafting bym się wybrała! Bardzo smakowite zdjęcia 😉

    • Karolina

      Mnie też korci spróbowanie kiedyś porządnego raftingu, jest ono na niekończącej się liście „rzeczy do zrobienia”.

      Głodna jestem i właśnie patrzę na te zdjęcia i o losie, ile dałabym za michę gryczanego makaronu!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *