Festiwal Kwiatów Lotosu Seodong w Buyeo (부여)

Japończycy uwielbiają festiwale: intrygująco brzmiący Festiwal Stalowego Fallusa w Kawasaki czy  słynny Festiwal Śniegu w mroźnym Sapporo czy też Festiwal Manjushage.Dwa tygodnie przed wyjazdem z Azji wybrałam się zatem na jedną z nich, na Festiwal Kwiatów Lotosu w Buyeo (부여), aby posmakować świętowanie w koreańskim wydaniu.

Buyeo to małe miasteczko położone dwie godziny jazdy autobusem na południe od Seulu. Po śniadaniu wsiadłam w metro i po kilkudziesięciu minutach wylądowałam na dworcu autobusowym Nambu. Nie spodziewałam się jednak, że aż tak dużo osób będzie miało zamiar wybrać się do tej mało znanej mieściny. Kupiłam bilet na autobus odjeżdżający dopiero za ponad godzinę, zaszyłam się w pobliskiej kawiarence i zagubiłam w lekturze. Tym samym o mało co się nie spóźniłam. Jakimś cudem zorientowałam się, że autobus do Buyeo odjeżdża dosłownie za chwilę i wybiegłam z kawiarni z impetem, bijąc prawie rekord świata w sprincie i przy okazji ćwicząc swoje umiejętności w pokonywaniu slalomu.

Lekko zdyszana wpadłam jako ostatnia do autokaru i wyruszyłam w poszukiwaniu swojego miejsca. Z każdym krokiem czułam, jak odwracają się wszystkie głowy i patrzą na tego przybysza z kosmosu. Blada skóra, inne ciuchy, farbowane rude włosy. O co tu chodzi?! Na szczęście nie byłam chyba aż tak wielką atrakcją, bo chwilę później każdy wrócił do swoich kanapek, plotek czy komórki, a ja mogłam rozsiąść się wygodnie z tyłu i uciąć sobie krótką drzemkę.

Przyznam szczerze, że miałam blade pojęcie o istnieniu Buyeo, dopóki nie znalazłam informacji na temat tego festiwalu na stronie Koreańskiej Agencji Turystycznej. Dlatego też przed wyjazdem poczytałam o nim co nie co i ze zdziwieniem stwierdziłam, że nie jest to żadna przypadkowa mieścinka, jak mi się początkowo zdawało. Otóż w latach 538-660 była on stolicą Baekje (백제) – jednego z Trzech Królestw. Za tamtych czasów miejsce to zwane było Sabi (사비), a jego serce stanowiła forteca na górze Buso (부소).

To właśnie fortecę Busosanseong (부소산성) obrałam sobie za pierwszy cel wizyty w Buyeo. Wysiadłszy z autobusu poczułam jednak ściskający w żołądku głód, postanowiłam zatem posilić się lokalnym specjałem, daniem o nazwie yeonipbap, czyli ryżem z dodatkami w postaci na przykład orzechów, gotowanym w liściu lotusa. Taksówkarz zaklinał, że najlepszy yeonipbap (연잎밥) podaje knajpka znajdująca się dosłownie rzut kamieniem od wejścia do fortecy, dlatego też uległam jego namowom i kilka minut później czekałam już w kolejce w restauracji o godnej nazwie „Domu Baekje”. Wpisałam swoje imię na listę oczekujących i rozsiadłam się z książką na ławce. Dosłownie chwilę później (a przynajmniej tak mi się wydawało), usłyszałam skonsternowany głos kelnerki: „Ka..rol.. lina-nim”? Podążyłam za nią w stronę nakrytego niezliczoną ilością przystawek banchan stołu i zamówiłam polecane przez nich danie, czyli właśnie zestaw yeonipbap.

Na szczęście nie musiałam na podanie jedzenia długo czekać, w międzyczasie mogłam zresztą posilić się masą warzywnych przystawek! Nie wiem czemu, ale nie spodziewałam się, że yeonipbap będzie… słodkawy. Przyzwyczajona do głównie pikantnych smaków, czy to kimchi czy słynnej pasty chili o nazwie gochujang, totalnie nie byłam przygotowana na coś tak delikatnego. Zachwycona już od pierwszego kęsa ciągnącego się ryżu ugotowanego z dodatkiem fasoli azuki, jadalnych kasztanów i orzechów, napychałam się dosłownie do granic możliwości.

A tu nagle kelnerka przynosi jeszcze miseczkę gulaszu z tofu – sundubu jjigae (순두부찌개). W międzyczasie donosiła mi także dokładki banchan, dyskretnie zerkając, czego mi brakuje, więc miałam wrażenie, że nie ważne ile jem, jedzenia niekoniecznie ubywa. Nieraz na stole pojawiały się także inne przystawki, no bo czemu nie nakarmić też zagubionego przybysza z daleka przeróżnymi przysmakami. Niezwykle mile to wspominam, ale wtedy już nie miałam siły jeść już czegokolwiek, a jedzenia nie ubywało. W pewnym momencie stwierdziłam, że trudno, najwyżej urażę pół miasta, zostawiając tyle jedzenia, ale jaki jest sens zajadania się tymi wszystkimi smakołykami, jeśli człowiek się z nich nie cieszy?

Na szczęście właściciele restauracji zdawali się albo nie zauważać, że na moim stole jest jeszcze wystarczająca ilość jedzenia do nakarmienia pułku wojska albo po prostu przyzwyczaili się do tego, bo żegnali mnie z uśmiechem na twarzy. Wychodzę zadowolona na zewnątrz, a tam… ściana deszczu. O dziwo, miałam w torebce parasolkę, więc stwierdziwszy, że żaden deszcz mi niestraszny, wyszłam na ulewę i udałam się w stronę wejścia do fortecy.

busosan1

Forteca Busosanseong znajduje się na szczycie wzgórza o tej samej nazwie, znajdującego się w północnej części Buyeo. Wzgórze nie może się zbytnio poszczycić ogromem, bo wysokie jest jedynie na 106 metrów, lecz jako że położone jest w dość strategicznym miejscu, od początku VI wieku zaczęło pełnić funkcję obronną. W tym celu w 538 roku, za panowania króla Seong-wanga (성왕), zwanego także „Świętym Królem”, rozpoczęto budowę fortecy. Niektórzy historycy uważają, że gotowa była ona już kilkadziesiąt lat wcześniej, podczas rządów króla Dongseong-wanga (동성왕), a przebudowana została w 605 roku, kiedy to w Sabi rządził król Mu-wang (무왕). W każdym razie, część zabudowań została później zrekonstruowana, zarówno za dynastii Baekje, jak i później, w erze Goryeo (której nazwa zapisywana jest także czasem jako Koryŏ) i Joseon (Chosŏn)- o której pisałam trochę tutaj.

Górę Busosan okoliczni mieszkańca od dawna uważają za strażnika Buyeo, dlatego też zabudowania powstawały tutaj nawet zanim podjęto decyzję o przemianowaniu jej na broniącą królestwa twierdzę. Jednym z pierwszych budynków, które można zobaczyć, po wejściu na wzgórze jest świątynia Samchungsa (삼충사). Wybudowana ona została ku pamięci trzech lojalnych poddanych wobec dynastii Baekje – o imionach Sunchung, Heungsu i Gyebaek. Pierwszy z nich pełnił na dworze funkcję zwaną Jwapyeong za króla Uija. Został on wrzucony do więzienia, kiedy to starał się oczyścić królestwo z korupcji i tam też zmarł. Heungsu znany jest z tego, że poprosił króla, aby mógł bronić miejsca zwanego Tanhyun – niezwykle strategicznego i newralgicznego punktu, kiedy to zjednoczone siły królestwa Silla i chińskiej dynastii Tang zaatakowały Baekje. Natomiast Gyebaek to generał, który zginął podczas bitwy pod Hwangsanbeol razem z pięcioma tysiącami podległych mu żołnierzy, starając się odeprzeć napierającą armię Silla pod przywództwem generała Kim Yu-shina, która dziesięciokrotnie przewyższała ich liczebnością.

busosan2 busosan3 busosan4 busosan6Świątynia była jednym z niżej położonych na wzgórzu budynków, przy niej zaczynała się wijąca dookoła Busosan ukryta wśród zielonych drzew wybrukowana ścieżka. Deszcz raz kropił, żeby chwilę później kompletnie przestać. A w momencie, jak wpadło się na pomysł, aby schować do torby parasolkę, z nieba spadała ponownie ściana deszczu.

busosan7

Drzewa na szczęście dawały schronienie przed kaprysami pogody i można było w spokoju spacerować, powoli wspinając się do serca byłej fortecy. Już bliżej szczytu znajduje się kolejny ciekawy budynek, tym razem jednak nie ma on nic wspólnego z obiektami sakralnymi. Jest to miejsce, którego funkcja od dawna nie wykracza poza te czysto relaksacyjne. Zwany Pawilonem Yeongjillu (영일루) – czyli „Wieżą Powitania Słońca” – gwarantuje schronienie i odpoczynek, przy okazji oferując piękne widoki na okolicę – zwłaszcza na wzgórze Yeoncheonbong (739 m n.p.m.). Ponoć dawniej znajdował się tu taras, który był popularnym miejscem wśród arystokracji do podziwiania wschodu Słońca. Oryginalnie pawilon ten znajdował się w Hongsan, gdzie służył za bramę wejściową do budynków rządowych, lecz przeniesiony on został na górę Busosan w 1964 roku.

busosan8 busosan9 busosan10 busosan11Po odpoczynku w pawilonie kontynuowałam spacer, tym razem wąską ścieżynką, ku najwyższemu punktowi wzgórza, bo trudno go też nazwać szczytem. Nie wiem czemu, ale momentami czułam się trochę jak nad polskim morzem – może to przez zapach sosen i świeżą bryzę, ale od razu umysł zapełnił się przemiłymi wspomnieniami. Nawet nie wiem kiedy doszłam do kolejnego pawilonu, tym razem zwanego Baekhwajeong, znajdującego się na szczycie klifu Nakhwaam (낙화암).

busosan13

Zbudowany on został całkiem niedawno, bo w 1929 roku. Nie powstał on jednak z rozkazu żadnego władcy ani z widzimisię lokalnego notabla – pieniądze na budowę tego pięknego pawilonu zebrało stowarzyszenie poetów o nazwie Bupungsisa. Do czego jednak był grupce poetów potrzebny tak misternie zdobiony pawilon? Poza oczywistą odpowiedzią, czyli jako miejsce do spotkań i tworzenia, jednym z powodów było upamiętnienie historii związanej ze słynną skałą. Otóż według miejscowej legendy, kobiety z królestwa Baekje zrzucały się z klifu, skazując się tym samym na pewną śmierć, aby uniknąć gwałtu ze strony zwycięskich wojsk. Jakkolwiek wątek ten z pewnością jest przygnębiający, samo miejsce jest naprawdę cudne.

Niezwykle podoba mi się koreańska tradycja pawilonów – ich proste wersje można spotkać w wielu miejscach. Pamiętam, jak koreańska koleżanka mi opowiadała, że tak naprawdę jest to stara koreańska tradycja, aby przed wejściem do każdej wsi stał taki pawilon, oferujący przybyszom i wędrowcom schronienie. Proste pawilony widziałam między innymi na wyspie Udo, którą odwiedziłam przed przeprowadzką na stałe do Seulu. Podoba mi się to, iż jest on otwarty i że w spokoju można sobie wejść po schodkach do góry i siedzieć tudzież nawet się zdrzemnąć, zerkając raz po raz na przepiękną okolicę. Albo popodziwiać przepiękne kwieciste zdobienia na ścianach i sklepieniu pawilonu.

busosan18

busosan19 busosan20

Jakby komuś pawilonów było mało, na szczycie wzgórza znajduje się kolejny – słynny Pawilon Sajaru (半月楼). Ponoć razem z napotkanym na początku Pawilonem Yeongillu symbolizują kosmiczne siły yin (陰) i yang (陽). Miłośnikom pięknych krajobrazów miejsce to od wieków oferuje między innymi magiczne wręcz widoki księżyca, które inspirowały przebywających w okolicy poetów.

busosan14 busosan15 busosan16

busosan17

Nawet nie wiem, ile czasu spędziłam wędrując po zboczach Bosan po zwiedzeniu tych trzech pawilonów, ale jakiś czas później wyszłam z terenu i udałam się w stronę głównego celu tej mini-wyprawy, czyli Festiwalu Kwitnących Kwiatów Lotosu. Odbywał się on jednak spory kawałek od wzgórza, dlatego też złapałam taksówkę (a te na szczęście w Korei są dość tanie) i poprosiłam o zawiezienie mnie na miejsce. Nawet dobrze, że nie porwałam się z motyką na słońce i nie uparłam, że pójdę tam piechotą, bo nawet gdyby już udało mi się tam dotrzeć, to pewnie festiwal dawno by się już skończył. A ja dotarłam tam akurat w sam raz na znalezienie jakiejś przekąski.

lotos1

lotos5 lotos2 lotos3 lotos4

Podejrzewam, że kiedyś widziałam jeden czy dwa kwiaty lotosu, zagubione gdzieś na jakimś jeziorze, ale w życiu nie wyobrażałam sobie ciągnących się dosłownie w nieskończoność połaci tych kwiatów. Nie byłam także w ogóle świadoma, że nie dość, że występują w wielu kolorach i kształtach, to niektóre z nich imponują rozmiarem. Początkowo otępiona lekko widokiem wędrowałam bez celu po wyznaczonych między porośniętymi kwiatami stawami, nie do końca wiedząc, co ze sobą zrobić. Jeśli po jakimś czasie kończyły się kwiaty, zaczynały się stoiska, oferujące przeróżne przysmaki o smaku kwiatów lotosu, atrakcje (chociaż przygotowane głównie z myślą o dzieciach), rękodzieła czy budki sprzedające miski z ciepłym jedzeniem. Ja jednak niezbyt miałam ochotę na cokolwiek do jedzenia, zwłaszcza po obiadowej uczcie, dlatego też skusiłam się jedynie na lody o lotosowym smaku.

lotos11 lotos12 lotos15 lotos14 lotos13 lotos8 lotos7 lotos9 lotos6

Nie wiedziałam totalnie, czego się spodziewać i przyznam szczerze, że i kolor i smak mnie trochę zdziwił. Po pierwsze, lody były zielone – nie wiem dlaczego, ale przypuszczałam, że będą one bardziej kolorowe, jak kwiaty. Po drugie, smakiem przypominały one trochę ukochane przeze mnie lody o smaku zielonej herbaty, zwłaszcza te matcha, które miałam okazję smakować przy okazji majowego pobytu w Gion.

lotos10

W samym sercu festiwalu – i parku o tej samej nazwie, Seodong – znajduje się staw Gungnamji (궁남지). Na początku mojej koreańskiej przygody miałam okazję podziwiać staw Anapji w Gyeongju, więc mogłam sobie te dwa miejsca porównać. Jakkolwiek w Gyeongju staw otoczony jest przepięknym ogrodem, a zrekonstruowane budynki licznych pawilonów robią niesamowite wrażenie, tak w Buyeo początkowo można być troszkę zawiedzionym. Ale tylko przez chwilę, bo pawilon w otoczeniu pomniejszych stawów z kwitnącymi kwiatami wygląda pięknie. Zwłaszcza, jeśli człowiek sobie uświadomi, że jest to najstarszy sztuczny staw na całym Półwyspie Koreańskim.

lotos17 lotos18 lotos16

Budowę Gungnamji zlecił Król Mu-wang, 30. władca dynastii Baekje panujący w latach 580 – 641. Motywacja ku temu nie była bynajmniej byle jaka; zakochał się on w przepięknej księżniczce Seonhwa. Nazwa stawu oznacza dosłownie „na południe od pałacu”, więc służył głównie rodzinie królewskiej. Według „Samguk Sagi” (삼국사기 / 三國史記), najstarszego pisanego źródła historii Trzech Królestw, król zlecił budowę długiego na prawie osiem kilometrów kanału, aby doprowadzić do świeżo wykopanego stawu wodę.

Krótki spacer do zatłoczonego pawilonu, oddzielonego od lądu długim pomostem, stanowił świetne zakończenie pobytu w Buyeo. Dzień pełen jedzenia, spacerowania i podziwiania kwiatów, którego nie były w stanie popsuć żadne kaprysy pogody. Nigdy nie mogę się nadziwić, że w Azji potrafią zrobić festiwal na temat dosłownie wszystkiego i tak go wypromować, że ludziom się chce jechać na drugi koniec kraju, żeby na przykład spróbować lodów w innym smaku. Aż chciałoby się zorganizować podobne imprezy w Polsce – mamy w końcu wiele przepięknych kwiatów, drzew, które można byłoby podziwiać, przy okazji zajadając się jakimiś lokalnymi przysmakami. Może kiedyś się jeszcze tego doczekam?

Już widzę różnicę w stosunku do tego, co było jeszcze kilka lat temu. Coraz więcej dużych miast organizuje przeróżne wydarzenia typu targi śniadaniowe, zaś parki zaczynają powoli być dla ludzi, a nie tylko po to, żeby ładnie wyglądały. Kiedy zaczniemy spotykać się w nich, żeby wspólnie popodziwiać na przykład kwitnące konwalie czy tulipany? Czerwieniące się liście? Pachnące słodyczą owocowe drzewa? Jeszcze trochę przed nami, ale może warto w tej kwestii zainspirować się Azją, bo ma w tej materii sporo do zaoferowania.

Karolina

autor:

Cześć! Mam na imię Karolina. Jestem absolwentką japonistyki na Oxfordzie i piszę tutaj głównie o Azji Wschodniej. W wolnych chwilach czytam, gotuję wegańskie pyszności i próbuję wymyślić, jak choć trochę ulepszyć świat.

Comments (19)

  1. Bardzo lubię takie jedno-dniowe wycieczki „za miasto” do okolicznych wiosek i miasteczek. Podobnie wspominam popołudnie spędzone w Otsu, kiedy trochę mnie zmęczyło Kioto 😛 I tam też był przy świątyni staw, w którym kwitły lotosy…. <3
    Btw, ale pyszności opisujesz! Uwielbiam słodkawo-mdłe potrawy, w tym wszystko z azuki i innych fasolek… Mniam!

  2. Czytam, podziwiam i zachwycam się krajobrazami i pach! Looody widzę 🙂 Rany jak ja Ci zazdroszczę! Zielonkawe, cudowne! Uwielbiam probować najdziwniejszych lodowych smaków 😀 Wszędzie gdzie jesteśmy wybieram te najdziwniejsze 🙂

    • Karolina

      Nawet nie wiesz, jak bardzo bym teraz te lody zjadła. Wiem, że normalni ludzie nie marzą zimą o lodach, ale ja już tak mam, że w kawiarni mimo mrozu na zewnątrz pijam kawę z lodem. No a te lody o smaku kwiatów lotosu były przepyszne ♡ W Japonii mają za to wspaniałe lody o smaku anko (słodka pasta z fasolki adzuki) albo słodkiego ziemniaka. Mniam!

  3. Jakoś nigdy mnie szczególnie nie ciągnęło w te rejony, ale dzięki Tobie powoli zmieniam zdanie 😉

  4. Lotosy niesamowite. A azjatyckie knajpki i jedzenie właśnie za to kochamy – za przystawki, za różnorodność smaków, za zaskoczenie na talerzach oraz fajerwerki kubków smakowych 🙂

    • Karolina

      Nigdy nie widziałam takiego skupiska kwiatów lotosu, więc byłam po prostu zachwycona. A jak jeszcze mnie w Buyeo dobrze nakarmili, to w ogóle więcej do szczęścia nie potrzeba 😀

  5. Nigdy nie miałam specjalnego pociągu do Korei (tzn nie bardziej niż do wielu innych krajów, przy założeniu, że bardzo chciałabym je odwiedzić. Może inaczej- są kraje, które chciałabym odwiedzić bardziej :)), w każdym razie na fali Twoich wyjątkowo, wyjątkowo zachęcających wpisów i fascynacji tym krajem mojej siostry, zapewne się tam wybiorę, być może niedługo (oby)!

    • Karolina

      Cieszę się niezmiernie, że moje wpisy są „wyjątkowo, wyjątkowo zachęcające” i mam nadzieję, że uda Ci się odwiedzić Koreę już niebawem. Naprawdę warto! Nie dość, że kraj sam w sobie piękny, to mają takie pyszne jedzenie, że można jeść od rana do nocy i nie przestawać 😀

  6. Trzymam za ciebie kciuki^^

  7. Wow. Północna. Zawodowo czy prywatnie (ja byłem jako pilot wycieczki kilka lat temu)?

  8. o kurcze, Korea Północna! Mega, mega, mega!

  9. Bardzo interesujący temat. Jeszcze tu wrócę!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *