Enoshima, czyli wyspa nagiej bogini

Ledwo co pozbyłam się azjatyckiego jetlaga, a już przyszedł czas na kolejną podróż i to w przeciwnym kierunku, tym razem do Stanów Zjednoczonych. Wyobrażałam sobie, jak to przy śniadaniu będę siedzieć z laptopem, popijając pyszną kawę i pisać na bieżąco o moich amerykańskich przygodach. Nie przewidziałam jednak do końca, że kolejny jetlag, tym razem z dziewięciogodzinną różnicą, da mi tak mocno w kość, a w ciągu dnia będę miała tyle do roboty, że ostatnią rzeczą, na którą miałabym ochotę, to gapienie się w monitor. Zatem znowu wylądowałam na tajfunowym detoksie, ale myślę, że nie zaszkodzi, a może wręcz pomóc. Będąc jeszcze w Korei, pisanie bloga było jakimś sposobem na poradzenie sobie z tęsknotą, na zebranie myśli w ojczystym języku i podzielenie się nimi z innymi. Po przyjeździe do domu entuzjazm trochę zanikł, bo przecież mogłam teraz opowiadać o moich wszelkich, mniej czy bardziej interesujących, przygodach osobiście, podczas spaceru, jazdy samochodem czy przy obiedzie.

Po kilku tygodniach odpoczynku od blogowania uświadomiłam sobie jednak, że mi tego brakuje. Dlatego powolutku postaram się wrócić do dawnego tempa i pisać co nie co jak najczęściej będzie to możliwe. Niestety – za kilka tygodni rozpoczynam ostatni rok studiów, co oznacza siedzenie od świtu do nocy w bibliotece, tłumaczenie setek stron z japońskiego na angielski i na odwrót, czytanie tomów na temat japońskiej literatury czy koreańskiej historii, zakuwanie kanji, z nadzieją, że tym razem nie poplączę kolejności pisania kresek. Dlatego do czerwca moja aktywność będzie spokojniejsza niż ta na przykład w Japonii, ale nie oznacza to bynajmniej porzucenia bloga. Po prostu mam nadzieję, że uda mi się pogodzić naukę (między innymi pracę licencjacką i masę egzaminów) z prowadzeniem bloga, a jakby jeszcze do tego wszystkiego udało się dodać trochę czasu wolnego na czytanie książek, ćwiczenie czy planowanie kolejnych podróży, to w ogóle byłoby już idealnie. Nie oczekuję jednak cudów, bo doba ma tylko 24 godziny, a trzeba jeszcze kiedyś spać. Mogę obiecać Wam, że zrobię, co w mojej mocy, aby blog był aktywny i na bieżąco aktualizowany, ale co z tego wyjdzie? Zobaczymy. Mogę Wam jednak zdradzić, że po ukończeniu studiów planuję długą podróż po Azji – z pewnych już pozycji zaliczone zostaną Chiny i Korea Północna, a potem zapewne choćby na chwilę Japonia i Korea, po drodze do innych azjatyckich zakątków. Gdzie wyląduję ostatecznie i na jak długo? Nie mam pojęcia. Ale wizja tej przygody, którą uzupełniam codziennie o nowe pomysły, będzie mnie z pewnością trzymać przy życiu, kiedy to pewnie nie raz zwątpię w sens życia, spędziwszy kilkanaście godzin w bibliotece, otoczona tomiskami książek.

Wróćmy zatem, powolutku, krok po kroku, do Azji. Mam jeszcze masę do opowiedzenia o ciekawych miejscach czy zwyczajach zarówno japońskich jak i koreańskich, a od czasu do czasu, jak już będę miała dość azjatyckiej tematyki (czy to przez bloga czy to przez studia), będę wspominać także o innych podróżach. Dzisiaj jednak chcę Wam przybliżyć miejsce niezwykle popularne, znajdujące się 2 godziny pociągiem od Tokio. Mieszkając w stolicy Kraju Kwitnącej Wiśni, wybierałam się tam jak sójka za morze – było ono na tyle blisko, że powtarzałam sobie zawsze, iż mogę przecież tam zawsze pojechać, więc może lepiej zaplanować jakiś dalszy wyjazd. I nim się obejrzałam, byłam już w Korei, a Enoshima (江ノ島), bo to o niej mowa, pozostała nadal nieodwiedzona. Dlatego też niezmiernie ucieszyłam się, kiedy R. zaproponowała, żebyśmy się razem wybrały na tę malutką wysepkę nieopodal Kamakury (gdzie byłam między innymi w maju), aby spędzić tam nasz ostatni wspólny dzień w Japonii w tym roku.

Enoshima to miejsce niezwykle popularne wśród Tokijczyków o czym chyba zapomniałyśmy, planując wypad tam… w niedzielę. Po spotkaniu na dworcu stwierdziłyśmy, że przejdziemy się na lunch i weszłyśmy do pierwszej knajpki przy plaży, żeby dowiedzieć się, że owszem, możemy tam zjeść, ale za 4 do 5 godzin. Na szczęście znałam kilka stacji dalej dość dobrą restauracyjkę, która ponieważ jest wegetariańska, nie jest nigdy aż tak zatłoczona. Dlatego musiałyśmy pojechać w drugim kierunku niż wysepka, o której tak wiele słyszałam od R., bo im bliżej Enoshimy, tym liczba ludzi wzrastała wręcz geometrycznie. Wysiadłyśmy na stacji Hase, nazwanej od znajdującej się nieopodal świątyni Hase-dera (長谷寺), o której pisałam bardziej szczegółowo kilka miesięcy temu. Nie miałam pojęcia nawet czy miejsce to istnieje jeszcze, bo byłam tam… 3 lata wcześniej, ale okazało się, że trzyma się całkiem dobrze i nadal oferuje jeden z najlepszych widoków na ocean w okolicy. No i przepyszne zdrowe wegetariańskie jedzenie!

enoshima2

Najbardziej smakował mi chyba jednak deser, czyli wegańska wariacja na temat sernika z tofu i konopi z musem z rabarbaru. Istna magia! Nigdy nie jadłam niczego z konopią, bo w Polsce się ona kojarzy jedynie z marihuaną, lecz jej nasionka robią się coraz popularniejsze także jako żywność. Knajpka ta zwała się nota bene „Organic and Hemp Style Cafe and Bar” i prawie wszystkie dania były przygotowywane z jej dodatkiem. Oprócz tego można było kupić „wege-pacyfistyczne”, jak to nazwał mnie ktoś kiedyś w jakimś komentarzu, ubrania z konopi, które podobne są bardzo do tych z lnu. Prowadząca to miejsce pani podeszła do nas i przysiadła się na chwilę, wypytując mnie, skąd jestem i czy na długo w Japonii i ucieszyła się niezmiernie, że mi jej ciasto smakuje. No ale jakże mogłoby nie smakować?

Na dworze panował nieznośny skwar, ale morska bryza i widok fal jakoś łagodziły dające w kość promienie południowego słońca. Dlatego nie narzekałam zbytnio, kiedy musiałam stać kilkanaście minut w wąskim wagoniku ściśnięta jak sardynka, ani jak w tym stanie jakieś dziecko zaczęło bawić się moimi paskami od sandałków. A ja nie miałam się jak schylić, żeby mu dać do zrozumienia, że nie zajdę daleko z odpiętymi butami, ani nawet jak obrócić, żeby zwrócić uwagę jego matce. Dlatego stałam tak i patrzyłam kątem oka na to, jak jakieś, może roczne, dziecko, uznało buty gaijinki za atrakcję dnia. Niestety nie wpadło ono na pomysł zapięcia ich z powrotem, więc z pociągu wyskakiwałam na jednej nodze, łapiąc drugiego buta w locie. No ale jak już zaczynać wizytę na słynnej Enoshimie, to z (jednonożnym) przytupem!

enoshima1
wikipedia.org

Wyspa w całości poświęcona jest bogini Benzaiten (弁才天), „opiekunce urody, bogactwa i muzyki, patronce zakochanych oraz artystów”. To ponoć ona sprawiła, że Enoshima wynurzyła się z dna oceanu i zachęca do odwiedzin przybyszów z całej Japonii od tamtych zamierzchłych czasów do dziś. Losy świątyń na wyspie opisuje także dzieło „Enoshima Engi” (江嶋縁起), napisane w 1047 roku przez mnicha Kōkei (皇慶). Najciekawszym elementem jest jednak legenda powstania wyspy, którą utworzyła Benzaiten, aby uchronić mieszkańców okolicy przed nawiedzających ich od setek lat pięciogłowym smokiem, zwanym Gozuryū (五頭竜).

Główna uliczka, prowadząca ku świątyniom schowanym w sercu wyspy, była zatłoczona do granic możliwości. Spacer w takim upale nie należał jednak do rzeczy ani przyjemnych, ani specjalnie rozsądnych, zwłaszcza że nie dysponowałyśmy żadnym nakryciem głowy, a żadna z nas nie wpadła także na pomysł zabrania filtra przeciwsłonecznego. A te sprzedawane w sklepikach po drodze przerażały – każdy z nich obiecywał efekt wybielenia, a ja średnio miałam ochotę na eksperymenty z wybielaczami. Wchodziłyśmy co chwilkę do jakiegoś sklepiku, żeby się ochłodzić w klimatyzowanych wnętrzach, ale nawet japońskie turbo-klimatyzatory nie wyrabiały z takim upałem.

SAMSUNG CAMERA PICTURES SAMSUNG CAMERA PICTURES SAMSUNG CAMERA PICTURES

W związku z tym zdecydowałyśmy się na wersję dla leniwych i podążyłyśmy za wszystkimi ku prowadzącym na górę ruchomym schodom. Czułam się przez pewien czas winna, że nie weszłam na szczyt wyspy o własnych siłach, że to oszukiwanie, poddanie się turystycznej machinie i w ogóle porażka, ale wjechawszy na górę, miałam powoli dosyć, a co dopiero gdybym musiała zaliczyć godzinną wspinaczkę i to w upale przekraczającym 40 stopni.

SAMSUNG CAMERA PICTURES
Futuryzm w japońskim wydaniu – ciągnący się w nieskończoność tunel, migoczące jarzeniówki i reklamy schłodzonej coca-coli.

Na szczęście cień oferowały liczne budynki świątynne, które stanowiły wspólnie kompleks świątyni Enoshima-jinja (江島神社). Pierwsze napotkane budynki należały do pod-świątyni Hetsumiya (辺津宮), uznawanej za główną część całego kompleksu. Budynki, które można teraz podziwiać, odbudowano ostatnio w 1657 roku.

SAMSUNG CAMERA PICTURES SAMSUNG CAMERA PICTURES SAMSUNG CAMERA PICTURES

Najświętszym miejscem jest tam niekoniecznie sam ołtarz, lecz mały posąg nagiej Benzaiten, zwany po japońsku Hadaka Benten (裸弁天), znajdujący się w małym ośmiokątnym Hōan-den (奉安殿).

http://www.univie.ac.at/rel_jap/an/Ikonographie:Gluecksgoetter/Benzaiten
http://www.univie.ac.at/rel_jap/an

Nie do końca wiadomo dlaczego posążek ten nie dość, że nie został przywdziany w żadne okrycie, to jeszcze ktoś postanowił oddać wszystkie szczegóły kobiecej anatomii dokładniej niż przewidywałoby przeznaczenie religijne. Przez wielu grająca na lutni Benten nazywana jest dlatego 妙音 (Myō-on) – „słodkim dźwiękiem” i czczona jest od dawna przez muzyków czy aktorów kabuki. Jednakże Benzaiten znana jest przede wszystkim jako patronka zakochanych i to z tego powodu większość składa ku niej prośby. W świątyni można zakupić przeróżne talizmany o-mamori czy napisać swoje najskrytsze marzenia bądź prośby na tabliczkach wokatywnych ema.

SAMSUNG CAMERA PICTURESSAMSUNG CAMERA PICTURES

SAMSUNG CAMERA PICTURES

Mnie średnio widziała się wizja skrobania czegokolwiek na żarówiasto różowych tabliczkach, więc po rzuceniu okiem na miłosne błagania, ale także podziękowania, skupiłam się bardziej na roztaczającym się stamtąd widoku.

SAMSUNG CAMERA PICTURES
Widok na most łączący Enoshimę z resztą świata

SAMSUNG CAMERA PICTURES

Pomaszerowałyśmy dalej, lecz, przynajmniej ja, miałam wrażenie, że pływam w zupie. Dlatego też, aby chwilę odpocząć, przed kontynuacją spaceru, udałyśmy się najpierw do jednego z licznych tradycyjnych sklepików sprzedających lody i skusiłyśmy się na te o moim ukochanym smaku zielonej herbaty matcha. Uzbrojone w taki przysmak przepychanie się wśród tłumów nie było już tak straszne. A i upał także mniej dawał się we znaki.

Lody matcha są tym, za czym niezmiernie tęsknię poza Japonią, zwłaszcza, kiedy pogoda dopisuje. Siedząc w słońcu, spacerując, czy to w Polsce czy gdziekolwiek na świecie poza Azją, zawsze mam nieopanowaną chęć na lody, a tych o smaku zielonej herbaty ze świecą szukać. Dlatego też podczas tych kilku ostatnich dni w Japonii postanowiłam jeść ich tak dużo, jak to tylko możliwe. Zajadając się gorzkawo-słodkim smakołykiem, wędrowałyśmy to w górę schodów, to w dół, po uliczkach, które na myśl przywodziły mi nieraz jakieś miasteczka śródziemnomorskie, a niekoniecznie japońskie (cokolwiek to nie oznacza, mówię tutaj tylko o pewnego rodzaju stereotypie).

SAMSUNG CAMERA PICTURES SAMSUNG CAMERA PICTURES

SAMSUNG CAMERA PICTURES SAMSUNG CAMERA PICTURES

Nawet nie wiedzieć kiedy dotarłyśmy do kolejnej atrakcji na wyspie, znajdujących się na południowym krańcu jaskini Iwaya (岩屋). Składa się ona z dwóch części – jednej długiej na 152 metry, a drugiej jedynie na 56. Powstała ona dzięki licznym trzęsieniom i tysiącom lat morskich działań. W większej z jaskiń znajdują się zarówno szintoistyczne ołtarzyki, jak i buddyjskie statuy. Natomiast główną atrakcją mniejszej jest Ryūjin (龍神), „Smoczy Bóg”, którego oblicze czyha na przybyszy w otchłani, oświetlonej jedynie migoczącym światłem trzymanych w rękach pielgrzymów i turystów niby-kaganków. Głównym zadaniem zamieszkałego w Iwaya smoka jest ochrona rybaków. Według legendy objawił się on Hōjō Tokimasie (北条時政), teściowi zasłużonego w japońskiej historii szoguna Yoritomo Minamoto (源頼朝). Tokimasa, obdarowany trzema świętymi smoczymi łuskami, zainspirował się aby stworzyć kamon (家紋), emblemat, swojego rodu, zwany często mitsu-uroko (三つ鱗), „trzy łuski”.

www.yoroduya.co.jp
www.yoroduya.co.jp

W pierwszej grocie znajduje się małe podziemne jeziorko, a na środku tafli wody postawiono kamień z wyrytym na nim wierszem słynnej poetki Yosano Akiko (与謝野晶子), znanej głównie za zbiór poezji tanka (短歌) pod tytułem Midaregami (みだれ髪) – „Splątane włosy”.

SAMSUNG CAMERA PICTURES

沖つ風
吹けば またゝく 蝋の灯に

志づく散るなり

江の島の洞

Gdy zawieje morska bryza

W migoczącym świetle świecy

Spadają krople

W jaskini Enoshima

Nieopodal jaskini znajduje się wybrzeże usłane groźnie wyglądającymi klifami, które można podziwiać między innymi z ich wnętrza. Dźwięk odbijających się o skały fal, szum wody, migoczące w oddali promienie słońca…

W drodze powrotnej weszłyśmy na chwilę także do kolejnej świątynki poświęconej „Smoczemu Bogowi” – Wadatsu-no-miya (龍宮). Niewiele udało mi się o niej dowiedzieć, ale spodobały mi się te smocze elementy – zarówno na dachu małej jaskini, kryjącej ołtarz, przy samym ołtarzu, jak i na przyległym oczku wodnym.

SAMSUNG CAMERA PICTURES SAMSUNG CAMERA PICTURESSAMSUNG CAMERA PICTURES Zahaczyłyśmy także o znajdujący się na środku wyspy ogród Samuela Cockinga, lecz nie miałyśmy już zbytnio siły ani ochoty na szczególne zwiedzanie. Moją uwagę przykuł jednak pawilon w stylu chińskim, który był jedną z głównych atrakcji tego miejsca:

SAMSUNG CAMERA PICTURES

Postanowiłyśmy zatem wejść jedynie na wieżę obserwacyjną, żeby spojrzeć na okolicę z góry. Ponoć przy dobrej pogodzie można zobaczyć nawet górę Fuji, lecz niebo w mgnieniu oka zaszło chmurami i mało co było widać.

enoshima19

Po chwili zaczęło mżyć, wzmógł się także wiatr, dlatego też przeszła nam nawet resztka motywacji do jakiegokolwiek zwiedzania. Wróciłyśmy rześkim krokiem na dół i wsiadłyśmy w klekocący wagonik kolejki wąskotorowej Enoden (江ノ島), która zawiozła nas do szczycącej się najlepszym makaronem soba w okolicy restauracji, gdzie miałam okazję zjeść lunch w maju – Matsubara-an (松原庵).

Ostatnim razem skusiłam się na gorącą zupę, lecz teraz w ogóle nie miałam ochoty na nic ciepłego, dlatego też bez namysłu zamówiłam makaron na zimno – zaru-soba, posypany wodorostami. R. za to wybrała wersję nie do maczania, lecz podaną z zimnym orzeźwiającym bulionem z dodatkiem japońskiego cytrusa sudachi (酢橘). Spróbowałam także jej dania, ale aż wykręciło mnie od kwaśnego smaku – jednakże R. była zachwycona i siorbała kluchy jak prawdziwa Japonka!

Siedziałyśmy w tej restauracji i siedziałyśmy, aż dawno zaszło słońce, a z reguły zatłoczone do granic możliwości Matsubara-an powoli zaczęło pustoszeć. Przyszedł czas na pożegnanie i obietnicę, że zrobimy wszystko, co w naszej mocy, żeby do spotkania doszło jak najszybciej. Niby w Japonii poznałam masę osób, zarówno Japończyków, jak i mieszkańców przeróżnych państw, lecz to R. stała się moją przewodniczką po meandrach japońskiego życia – tłumacząc mi, co powinnam zrobić, idąc do lekarza, co w danym daniu może być niewegetariańskiego. A poza tym po prostu była przyjazną duszą, z którą można było zjeść lunch, kiedy jeszcze studiowałam na Wasedzie, albo wyjechać gdzieś na weekend, jak to było w przypadku Sendai czy wypadu na Shikoku. Jej mama, której do tej pory nie spotkałam, zawsze przygotowywała dla mnie ciasteczka i to takie niewyobrażalnie zdrowe i wegańskie, które podjadałam podczas nudnych zajęć. Poprawiała moją intonację, śmieszne zwroty, ale z reguły chwaliła i dodawała motywacji.

Dlatego musiał wystarczyć mocny uścisk, dłoń przyklejona do szyby w odjeżdżającym pociągu i znikająca sylwetka R. – jak w jakimś tanim filmie. I obietnica z mojej strony, że do Japonii wrócę, jak szybko będzie to możliwe. I z jej strony – że odwiedzi Europę i spojrzy na mój dom przez japoński pryzmat. Z masą wspólnych wspomnień, lekko przypalonymi od słońca ramionami, do tej pory krzywo zapiętym sandałkiem i uśmiechem na twarzy, odpłynęłam w objęcia Morfeusza kilkanaście minut później, siedząc już w ekspresie z Jokohamy do Shinjuku.

3 comments on “Enoshima, czyli wyspa nagiej bogini

  1. Bardzo lubię czytać Twojego bloga.

  2. Dziękuję, Karolino! Serdecznie pozdrawiam – 😊-Mirka
    Dla mnie radość poznawania Japonii jest dziewicza …
    To cudowny kraj … I niezwykli ludzie …

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *