Fūrin Matsuri (風鈴祭り), czyli Festiwal Dzwoneczków

Festiwalami Azja stoi. Pisałam już zresztą o niejednym, ale tym razem będzie coś całkowicie innego. Zapomnijmy o pysznym jedzeniu, pięknych połaciach kwiatów, czerwieniących się liściach klonu czy pełni księżyca. Na północy Tokio, w dystrykcie Adachi (足立), do którego nie miałam okazji wcześniej zawitać, nawet kiedy mieszkałam tam prawie rok, co roku odbywa się dość kameralny festiwal Fūrin Matsuri (風鈴祭り). Co jednak oznacza to tajemnicze fūrin? Nie do końca wiem, jak ładnie ująć to słowo po polsku, ale chodzi po prostu o poruszane na wietrze dzwoneczki. A teraz wyobraźcie sobie świątynię, której teren rozbrzmiewa delikatnymi dźwiękami, wywołanymi przez lekkie podmuchy wiatru. Do tego refleksy rzucane, często prawie niezauważalne, kiedy promienie padają na szklane, misternie ozdobione kule. Wybralibyście się w takie miejsce, nawet gdyby wymagało to ponadgodzinnej podróży z centrum Tokio? Ja nie potrzebowałam nawet chwili na podjęcie decyzji – od razu po przylocie z Seulu wsiadłam w pociąg do centrum, zjadłam szybki lunch w postaci wegańskiego ramenu (tak, dobrze przeczytaliście!) na dworcu Tokio, po czym zostawiwszy bagaż w jednym ze schowków na dworcu Ueno, wsiadłam w lokalny pociąg w stronę Nishiarai, gdzie odbywał się festiwal.

Nawet nie zdawałam sobie sprawy, jak bardzo stęskniłam się za Tokio. Wyjeżdżając z niego do Seulu, byłam nim przemęczona i (o zgrozo!) cieszyłam się nawet, że od Japonii odpocznę. W międzyczasie byłam niby w Osace, ale to jednak nie to samo, co miasto, w którym się długo mieszkało. Nawet lipcowy skwar nie dawał się aż tak we znaki. W Seulu większość pasażerów w pociągach zajęta jest swoimi komórkami, jakby była to najważniejsza rzecz na świecie. Słuchanie muzyki, oglądanie filmów, sms-owanie – ulubione zajęcia Koreańczyków, zwłaszcza na telefonach wielkością przypominających bardziej mój laptop, a niekoniecznie poręczną komórkę. Dlatego miło było zaszyć się w podmiejskim pociągu, lekko opustoszałym i sennym, bo kto ma czas na podróże i to w stronę przeciwną do centrum metropolii w środku dnia i do tego w dzień powszedni? Wyciągnęłam z torebki książkę i mimo że ciałem byłam już w Tokio, część mnie wędrowała po seulskich ulicach, zagłębiając się w lekturę książki „I’ll be right there” („Będę tam”) koreańskiej autorki Kyung-sook Shin. Po angielsku. Tak jakby mój mózg nie przegrzewał się już odpowiednio mocno od mieszania czterech języków na co dzień… Kilka miejsc dalej siedział starszy pan, wyglądający na dość zatroskanego i skupionego na swojej książce, którą kurczowo trzymał swoimi pomarszczonymi dłońmi. Na przeciwko mnie nastoletnia dziewczyna pochłonięta była jakąś mangą, co jakiś czas śledziła rysunek palcami tak, jakby pomagało jej to w zrozumieniu fabuły. Nie wiem, jakie tytuły czytali – w Japonii prawie każdy używa okładek na książki, tak jakby dzielenie się ze światem tym, co czytamy, było jakąś formą ekshibicjonizmu. Za każdym razem kiedy przepuszczam fortunę w tokijskiej księgarni Kinokuniya, sprzedawczyni pyta się mnie czy obłożyć książki firmowym papierem, ale jakoś nigdy nie dałam się na to skusić. I to nie do końca dlatego, że czuję jakąś potrzebę pokazania całemu światu, co czytam, tylko po prostu lubię widzieć okładkę i średnio mi przeszkadza to, że ludzie mogą zobaczyć, jakie książki lubię. Można by nawet rzec, że podświadomie czekam na to, że ktoś spojrzy na okładkę i zagai ciekawą rozmowę, no bo czy jest coś lepszego od rozmów o literaturze podczas podróży? Może gdyby jeszcze dodać do tego dobrą zieloną herbatę i jakieś anko

Siedzę więc na dość wysłużonej pociągowej kanapie i zaczytuję się na tyle, że prawie przegapiłam stację, na której musiałam się przesiąść. Dobrze, że maszynista powtórzył kilkakrotnie, że „wszyscy jadący do Nishiarai proszeni są o przejście na peron trzeci”, bo wszyscy w wagonie wstali i ustawili się pod drzwiami. I kiedy na sekundę mój wzrok powędrował nad książkę, z pola widzenia zniknął zafrasowany książką dziadek i lubująca się w mangach nastolatka – to właśnie ta pustka obudziła mnie na tyle, że w ostatnim momencie dobiegłam do drzwi i wyskoczyłam na peron. Chwilę później siedziałam już w kolejnym pociągu i nawet nie wiadomo kiedy znalazłam się już na stacji Nishiarai. Początkowo miałam zamiar przesiąść się w króciutką linię kolejową Tōbu Daishi (東武大師線), bo mogącą się poszczycić całymi dwoma przystankami i całym 1 (słownie: jednym) kilometrem trasy, lecz stwierdziłam, że przejdę się po okolicy, w której nigdy jeszcze nie byłam. A nuż będzie to trochę inne Tokio, od tego, które miałam okazję poznać do tej pory?

Jednym z najlepszych pomysłów, na jaki wpadł ktoś w tokijskim urzędzie miasta, jest umieszczenie masy mapek w różnych punktach stolicy: przy przystankach, dużych skrzyżowaniach, przed wyjściem ze stacji. Nie miałam zatem problemu z szybkim zorientowaniem się, gdzie jestem i jak mam iść, aby trafić na miejsce. Zresztą po drodze okazało się, że do świątyni tej prowadzi dość sporo znaków. Przyznam się bez bicia, że nigdy wcześniej o niej nie słyszałam, lecz doczytawszy trochę na jej temat później w hotelu, niezmiernie się zdziwiłam, że jest to jedna z wielkiej trójcy świątyń buddyjskich w regionie Kantō, razem z Kawasaki Daishi (川崎大師) i Sano Yakuyoke Daishi (佐野厄除け大師). W życiu nie wpadłabym na to, iż Nishiarai Daishi (西新井大師), do której zmierzałam, to świątynia aż tak ważna, zwłaszcza, że dotarłszy na miejsce, byłam tam bodajże jedyną osobą, poza kilkoma miko (巫女) sprzedającymi osławione fūrin i typowe świątynne pamiątki takie, jak o-mamori. Przez chwilę bałam się nawet, że musiałam ten festiwal wymyślić albo coś pomylić, bo po wejściu na teren świątyni, ujrzałam najpierw toczące się po chodniku kudły, jak na jakimś apokaliptycznym filmie, a nie festiwalowy gwar. Do moich nozdrzy nie dotarł zapach smażonej tempury tudzież grillowanych morskich stworzeń. Żadnej kakofonii dźwięków, nawoływania do spróbowania tylko tych jedynych lodów, waty cukrowej, taiyaki, czego tylko dusza zapragnie. Zamiast tego spokój, cisza i niby-festiwal, na którym byłam jedynym gościem. Chociaż czego się spodziewać na obrzeżach Tokio w piątek w południe?

fuurin1

Moje początkowe zagubienie nie było jednak bezpodstawne. Wszelkie ulotki czy strony internetowe wspominały o świątyni Nishiarai Daishi, a wchodząc do niej, na bramie widniał całkowicie inny napis. Dlatego też przez chwilę autentycznie pomyślałam, że znalazłam się w złym miejscu i ta właściwa świątynia znajduje się gdzieś obok. Zaczęłam kręcić się po okolicy, jak na zagubioną gaijinkę przystało, ale co chwilę wracałam do punktu wyjścia. Stwierdziłam zatem, że już trudno, zwiedzę najpierw to całe Sōji-ji (總持寺), a potem zastanowię się nad tym, co zrobić. Jednakże, wszedłszy na teren świątyni ujrzałam transparent z napisem „Nishiarai Fūrin Matsuri”. Stanęłam jak wryta, ale po chwili dotarło do mnie, że to po raz kolejny Japończycy nie są w stanie zdecydować się na nazywanie jednej rzeczy tylko jedną nazwą. Tak jakby to było niesamowicie trudne i wręcz niewyobrażalne, aby się zdecydować na nazwanie jakiegoś miejsca. Podobnych świątyń jest w Japonii na pęczki i może Japończycy się w tym łapią, ale zmęczonych wstaniem o 4 rano przybyszów z odległych krain trochę to konfunduje.

SAMSUNG CAMERA PICTURES

Trochę zajęło mi zauważenie stoiska z dzwoneczkami, lekko ospała i zmęczona podróżą, postanowiłam chwilowo nie zastanawiać się nad tym wszystkim i po prostu przejść po terenie świątyni. Dosłownie po chwili napotkałam pomnik słynnego mnicha Kōbō-Daishi (弘法大師), o którym wspominałam już kilkakrotnie.

fuurin2

A za nim krył się piękny ogród, który ponoć późną wiosną pełen jest wielobarwnych peoni. Niestety nie było mi dane zobaczyć go w kwiecistym wydaniu, ale może to i dobrze, bo mogłam się po nim na spokojnie przejść, a nie przeciskać w tłumie, który przyszedł na jeden z niezliczonej masy festiwali organizowanych z okazji kwitnienia jakiś kwiatków. fuurin4 fuurin5

Patrząc na pomnik założyciela, Kōbō-Daishiego i napotkane po drodze malutkie figurki Jizō zastanawiałam się nadal, dlaczego przez mało kogo świątynia ta nazywana jest inaczej niż by wynikało z jej oficjalnej nazwy. I tutaj drodzy Państwo, wielkie zdziwienie – przypowieść! Nieraz mam wrażenie, że wszystko w Japonii musi być wyjaśnione za pomocą legendy i przeglądając ulotkę świątyni (i przy okazji męcząc się z odszyfrowaniem co trudniejszych kanji), udało mi się jako tako dotrzeć do tego, dlaczego Sōji-ji powszechnie zwana jest Nishiarai Daishi.

fuurin8 fuurin7

Otóż dawno, dawno temu, a może tak jakby powiedzieli to Japończycy: „Mukashi, mukashi…” (昔々), w tejże okolicy panowała okropna susza. Kōbō-Daishi jak tylko usłyszał o tej tragedii, niezwłocznie tu przybył, aby pomóc cierpiącym ludziom. A poprzez pomoc miał oczywiście na myśli modlitwę… Według legendy wyrzeźbił on figurę bogini Kannon o jedenastu twarzach, a następnie padł przed nią na kolana i trwał tak przez 21 dni. Sceptycy powiedzieliby, że to dość sporo czasu, żeby zmieniła się pogoda bez boskiej interwencji, lecz dla wierzących pojawienie się wody w pobliskiej studni było wynikiem cudu, który zawdzięczali właśnie słynnemu mnichowi. A jako, że studnia ta znajdowała się na zachód od świątyni, nazwano ją „Nową Zachodnią Studnią”, czyli Nishiarai (西新井).fuurin6

Nie do końca umiem opisać uczucie, które mną owładnęło, gdy stanęłam przed gromadą malutkich figurek Mizuko Jizō (水子地蔵). Mizuko oznacza „nienarodzone dziecko”, lecz gdyby spojrzeć na kanji dosłownie jest to zestawienie dwóch znaków: mizu (水), czyli „woda” oraz ko (子), oznaczające „dziecko.” Każda z figurek w tej świątynce symbolizuje utracone dziecko, czy to w wyniku świadomej aborcji, poronienia, czy też przy porodzie. Duszyczki mizuko ofiarowuje się pod opiekę Jizō – statuetki takie jak te można zobaczyć na terenie wielu świątyń w Japonii, choć niekoniecznie aż w takiej dużej liczbie.

SAMSUNG CAMERA PICTURES SAMSUNG CAMERA PICTURESNie przyszłam jednak do Nishiarai Daishi, żeby zwiedzić tę świątynię, jakkolwiek istotna dla wyznawców buddyzmu Shingon by ona nie była. Miałam zamiar popodziwiać dzwoneczki, a najlepiej wrócić jeszcze z jakimś w formie pamiątki. Po obejściu głównego budynku zauważyłam, że w pawilonie, który nota bene minęłam wcześniej, zawieszone są dziesiątki dzwoneczków. Spodziewałam się jakichś stoisk, zachęcających do kupna fūrin, a tu dzwoniły one lekko na wietrze i nikt poza mną nie raczył ich podziwiać.

SAMSUNG CAMERA PICTURES SAMSUNG CAMERA PICTURES  SAMSUNG CAMERA PICTURES

Dzwoneczki były przeróżne – szklane, ceramiczne, w kształcie kuli, podłużne. Kolorowe, jednobarwne. W kwiatki, w króliczki czy inne motywy. W życiu nie wymyśliłabym aż tylu dzwoneczków, a przede mną otworzył się jakże barwny świat fūrin, o którego istnieniu nie miałam pojęcia!SAMSUNG CAMERA PICTURES fuurin13 fuurin12

Można było nawet zakupić dzwoneczki w kształcie przeróżnych zwierzaczków. Początkowo myślałam, że nie są one na sprzedaż, lecz po chwili zauważyłam wiszące przy każdym z fūrin świstki papieru z numerkiem. Spisałam zatem numery kilku, które wpadły mi w oko (jak mogłabym wrócić do domu bez dzwoneczka w kształcie maneki-neko?) i udałam się w stronę miko, sprzedających buddyjskie dewocjonalia, z nadzieją, że uda mi się od nich dowiedzieć, gdzie można nabyć takie cudeńka.

SAMSUNG CAMERA PICTURES SAMSUNG CAMERA PICTURES

Na szczęście wszystko udało się po mojej myśli i niewiele później, po długiej rozmowie z dwiema przesympatycznymi paniami, które pomogły mi na ograniczyć liczbę dzwoneczków do ilości, która nie wymagałaby zamówienia ciężarówki, udałam się powoli spacerem w stronę stacji Daishi. Rozważałam powrót piechotą do stacji Nishiarai, lecz kusiła mnie wizja przejechania całego kilometra pociągiem. Jak szaleć, to szaleć!

blog.goo.ne.jp/yoichiro1221_train223kei
blog.goo.ne.jp/yoichiro1221_train223kei

Powrót do miasta, w którym mnie nie było od dwóch miesięcy, musiał być jednak uczczony z przytupem. Rozważałam przez chwilę powrót do Ueno po torbę i zameldowanie się w hotelu, lecz wygrała wizja poszwendania się po okolicy luksusu – Ginzie. Nie miałam jednak zbytnio wiele sił na spacerowanie, także zerową ochotę na zakupy. Podążyłam w konkretne miejsce, w którym miałam okazję być raz czy dwa rok temu. Podejrzewam, że mało kto wie o istnieniu tego miejsca, chyba że jest „pacyfo-wegetarianinem”, a jako że się do tego grona zaliczam, wiem o istnieniu dziwnych wegańskich, makrobiotycznych, bądź po prostu przyjaznym wegetarianom knajpek w wielu japońskich miastach. Tak też było w tym przypadku – znalazłam je w otchłani Internetu, szukając coś dobrego do jedzenia, w czasie zakupów i to bodajże podczas pobytu dwa lata temu. Nie byłam głodna, lecz miałam ochotę na coś słodkiego. Miałam nadzieję, że najem się przysmakami z anko na festiwalu, ale okazało się, że był on na tyle niszowy, że nie przewidziano budek z jedzeniem. Chociaż może to i dobrze, bo dzięki temu mogłam w siebie zmieścić talerz wegańskich naleśników z całą masą dodatków. Magia!

Po jakimś czasie ogarnęło mnie jednak zmęczenie – najwyraźniej przyszedł czas na po prostu „nicnierobienie”. Moja relacja z ostatniego pobytu wyszła dość niechronologicznie, najpierw napisałam o ostatnim dniu spędzonym w Nagatoro, potem o przedostatnim, który minął pod znakiem wizyty na Enoshimie, a dopiero teraz zabrałam się za opowieść o jej początku. Ale chyba nie mogłam się do końca pogodzić z tym, że to już koniec, przynajmniej na ten rok, więc, zapewne jakoś tak podświadomie, nie chciałam się pogodzić z tym, że Japonii przez jakiś czas nie zobaczę. Też wydawało mi się przez długi czas, że dalsze miejsca są bardziej interesujące, bo ile można pisać o Tokio. A okazuje się, że można, bo nadal jest w nim masa atrakcji, o których istnieniu nie miałam nawet pojęcia. Zatem, trochę na opak, ale nareszcie udało się zakończyć opis krótkiego wypadu do Tokio. Nawet jeśli zakończeniem okazał się być początek. W końcu tak nieraz bywa, czyż nie?

0 comments on “Fūrin Matsuri (風鈴祭り), czyli Festiwal Dzwoneczków

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *