Yeosu (여수), czyli dwa lata po Expo

Pamiętacie jeszcze, jak dość dawno temu, opowiadałam Wam o magicznej krainie zielonej herbaty w południowokoreańskim Boseong? Żeby się do niej dostać, przyleciałam z Jeju do Yeosu, skąd dojechałam lokalnym pociągiem. Uświadomiłam sobie jednak, że do tej pory nie napisałam nic o tym nadmorskim mieście, więc postaram się nadrobić straty. Nawet jeśli pobyt tam niekoniecznie udał się tak, jak powinien, bo plany pokrzyżowane zostały przez totalnie niezapowiedziany deszcz, który uniemożliwił zobaczenie głównej atrakcji okolicy, świątyni Hyangiram (향일암). Ale dobrze sobie pojadłam, pochodziłam na długie spacery, a wtedy, kiedy niebo postanowiło wylać na okolicę wszystkie swoje żale, siedziałam zaszyta w przyhotelowej kawiarence i, jak to mam w zwyczaju, zanurzona w lekturze, wlewałam w siebie hektolitry zielonej herbaty.

Pierwsze co rzuciło mi się w oczy po wyjściu z samolotu to wielkie banery wychwalające 2012 World Expo, które odbyło się właśnie w Yeosu (여수 / 麗水). Wszelkie ulotki polecały odwiedzenie terenu Expo, zachwalając je pod niebiosa, zapytawszy się pani w informacji turystycznej, co by mogła zasugerować na jednodniowy pobyt w mieście, pominęła wszelkie historyczne czy przyrodnicze atrakcje i od razu, jak karabin maszynowy, wyszczebiotała, że „Napewnowartozobaczyćworldexpo”. Niezbyt kręciła mnie ta wizja, ale po szybkim sprawdzeniu, co gdzie i jak na otrzymanej przed chwilą mapce, stwierdziłam, że pojadę prosto na dworzec, zostawię tam torbę, a potem stamtąd przejdę się w stronę jednej z wielu rozsianych po zatoce wysepek, przechodząc po drodze przez teren Expo. Dobrze, że z natury jestem buntownikiem i po prostu musiałam wcisnąć gdzieś coś powiązanego z naturą (w tym wypadku była to wysepka Odong-do (오동도)), bo Expo nie dość, że nie zachwyca, to jeszcze trochę przeraża…

Tak, przeraża. W środku lata, w jednym z popularniejszych miejsc turystycznych w okolicy, sekundę po wejściu na teren Expo poczułam się jak na planie filmu post-apokaliptycznego. Albo takiego, co przedstawia miasto, po tym, jak uciekli z niego wszyscy mieszkańcy. Przeszedł mnie nieprzyjemny dreszcz. Mijałam kolejne błyszczące budynki, na wietrze łopotały spokojnie chorągwie z napisem „Expo 2012 Yeosu”, a w okolicy ani żywego ducha. Nikogo. I mimo iż zaczęłam sobie tłumaczyć, że czemu mieliby tu być jacyś ludzie, przecież jest dzień powszedni, na pewno są zajęci, nieprzyjemne uczucie nie mijało, a wręcz nasilało się z każdym krokiem.

expoyeosu1 expoyeosu2

Aż człowiek zaczyna się zastanawiać, jaki jest sens organizacji takich przedsięwzięć, wydawania takiej ilości pieniędzy i zabudowywania takich połaci terenu, jeśli to wszystko ma stać puste już dwa lata później. Nie mówimy tutaj przecież o przestarzałych budynkach sprzed kilkudziesięciu lat! Do rywalizacji o organizację expo w tym roku startował także Wrocław i po wizycie w Yeosu niezmiernie się cieszę, że się to nie udało. Bo jakoś wątpię, że padłby jakiś rozsądny pomysł na zagospodarowanie tego wszystkiego po końcu imprezy… Cytując artykuł z Forbesa z 2012 roku:

Nieco zawiedzeni Koreańczycy nie zaniedbali jednak niczego, by przygotować „globalny festiwal oceaniczny”, jak o Expo mówi Kang Dong-suk, szef komitetu organizacyjnego. (…) Expo 2012 wsparły największe firmy koreańskie, z Samsungiem, LG, Hyundaiem, Kią i Lotte na czele. Wydatki związane z infrastrukturą wystawy oraz operacyjne mają przekroczyć 2,1 bln wonów, czyli blisko 1,9 mld dol. (wcześniej na drogi, linię kolejową i lotnisko wydano 10,5 mld dol.).

Jakkolwiek pełne atrakcji to Expo nie było, teraz teren straszy pustkami. A pustki można było osiągnąć bez wydawania kilkunastu miliardów dolarów – lotnisko także puste, w pociągu z Yeosu do Seulu ze świecą było szukać pasażerów, którzy zaczęli się dopiero dosiadać po drodze. Oceanarium i inne bajery, które były jednymi z głównych atrakcji Expo teraz było „chwilowo” zamknięte. Hotel znajdujący się tuż przy terenie Expo także był zabity dechami… Czym prędzej opuściłam to miejsce i pomaszerowałam, ile tchu, ku wysepce Odong-do.

expoyeosu3 expoyeosu4

Nie wiem czy na zdjęciach to aż tak widać, ale autentycznie, jak okiem sięgnąć, nie spotkałam na swojej drodze nikogo. A według pani w informacji turystycznej jest to najwspanialsze miejsce w całym Yeosu. Jeśli tak wygląda najlepsze, co mają do zaoferowania, to aż strach pomyśleć o reszcie… Na szczęście wejście na „most”, a raczej ogromny betonowy wał, prowadzący na Odong-do był tuż tuż, więc mogłam uciec z miejsca, które powodowało nieprzyjemne ciarki. Ogromny betonowy trakt prowadzący na wyspę pasował do tego wszystkiego jak ulał, ale z daleka wysepka wyglądała na ostoję spokoju, więc mimo tego, że Expo wyssało ze mnie resztki energii, przebierałam nogami, kontynuując marsz ku „normalności”.

SAMSUNG CAMERA PICTURESA tu, o dziwo, okazało się, że ludzie nie wyginęli, a wręcz mają się całkiem dobrze. Co chwilę napotykałam kogoś po drodze, czy to na wąskiej ścieżynce, na ławce w środku zagajnika czy też na schodach prowadzących na dół klifu. Powoli zaczęło się jednak ściemniać, więc przyspieszyłam tempa i stwierdziłam, że zobaczę, ile dam radę, ale nie będę wypluwać sobie płuc, ani siedzieć na wyspie do nocy tylko po to, żeby zobaczyć wszystkie jej atrakcje. Dlatego głównie poschodziłam na kilka prowadzących ku klifom ścieżek, gdzie można było sobie przystanąć i powdychać świeże morskie powietrze.

W jednym z klifów znajdowała się „Smocza Jaskinia”, do której trzeba było spory kawałek zejść, żeby ją zobaczyć. Powoli zaczęło przeszkadzać mi zarówno burczenie w brzuchu, jak i ogólne zmęczenie, nie wspominając już o mało ciekawej pogodzie, która zawsze, bez wyjątku, powoduje u mnie ból głowy, ale nie mogłam zrezygnować z atrakcji o takiej nazwie. Obiecałam sobie więc, że zejdę po, jak mi się wtedy wydawało, nieskończonej ilości schodów hen w dół, a potem tylko raz-dwa-trzy wrócę do góry, spalę trochę kalorii i wrócę do miasta na kolację. Z tak ułożonym planem ruszyłam dziarsko w stronę Odongdo Yonggul (오동도용굴), bo tak po koreańsku zwie się czara tego wielkiego gada.

SAMSUNG CAMERA PICTURES SAMSUNG CAMERA PICTURES

odongdo10

tripadvisor.com

SAMSUNG CAMERA PICTURES

Ale gdzie związana z tym legenda? – już słyszę Wasze utyskiwania. Nie martwcie się, Koreańczycy nie różnią się w tym wiele od Japończyków i także znajdzie się jakaś ciekawa opowieść, zwłaszcza jeśli miejsce ma taką nazwę. Pamiętacie jak w Enoshimie w jaskini Iwaya mieszkał Smoczy Bóg? Mieszkańcy Yeosu nie mogą się pochwalić gadem o boskich mocach, ale za to, przynajmniej według oficjalnej strony internetowej Odong-do jaskinię tę po smoku zajęła… wielka stonoga. Tekst na tabliczce nieopodal klifu opowiadał coś całkowicie innego, ale jako że wersja ze stonogą jest tak absurdalna, przytoczę Wam właśnie tą.

Dawno temu w jaskini żył sobie smok, lecz pewnego dnia postanowił on ją opuścić i polecieć do nieba. Niedługo później jego miejsce zajęła stara, bo mająca już ponad trzysta lat, ogromna stonoga. W mgliste zimne dni, stonoga wystawiała za jaskinię swoje czułka, aby nikt przypadkiem nie zakłócał jej spokoju. Pewnego dnia, kobieta, nie wiedząc o żyjącym w jaskini stworze, zbliżyła się do wejścia jaskini, aby zebrać świeże wodorosty. Kiedy zobaczyła ona głowę stonogi, wielkości dużego worka ryżu, zaczęła krzyczeć w niebogłosy i zemdlała. Mężczyźni ze wsi, jak tylko usłyszeli o całym zajściu, postanowili przegonić stonogę i rozpalili nieopodal wielkie ognisko. Kobieta wróciła bezpiecznie do wsi, a stonoga uciekła i nigdy więcej jej nie widziano.

Wiedziałam, że na wyspie czeka jeszcze kilka miejsc, wartych odwiedzenia, ale autentycznie nie miałam już siły. A zaliczenie ich „po łebkach” niezbyt by mnie usatysfakcjonowało. Dlatego też wróciłam w stronę miasta, z zamiarem znalezienia jakiejś dobrej kolacji.

SAMSUNG CAMERA PICTURESyeosufront

Co by jednak nie mówić – znalezienie pysznego jedzenia w Korei na szczęście do trudnych zadań nie należy. Region ten znany był głównie ze świeżych owoców morza, ale zawsze znajdzie się także danie nawet dla tych, co ryb i mięsa nie jedzą. Nie interesowało mnie żadne ze stricte turystycznych miejsc, więc skręciłam w boczną uliczkę i kilka minut później znalazłam coś na kształt lokalnej jadłodajni. Idealne miejsce, żeby nie tylko dobrze zjeść, ale także poznać trochę lokalnego folkloru.

yeosu1 yeosu2

Biegające dzieci, dokładający sobie całe góry kimchi ojcowie i krzyczące na siebie kelnerki, serwujące jedzenie na wózeczkach, których nie powstydziłby się żaden bar mleczny. W menu do wyboru całe pięć dań. Chcesz przystawki? Wstań i weź sobie. Woda? Nalej sobie sam. Trochę zajęło mi wytłumaczenie, że nie, nie chcę ich specjału dnia/miesiąca/życia, czyli reklamowanej na masie plakatów na ścianach zupy samgyetang (삼계탕), w której najczęściej pływa cały mały kurczak i masa ziół.

„Poproszę coś bez mięsa. Co polecacie?”

„Ale samgyetang taki pyszniutki, polecamy samgyetang.”

„Kiedy ja nie chcę samgyetangu, bo ma mięso. Macie coś bez mięsa?”

„A samgyetang nie może być?’

Samgyetang ma mięso. Nie mogę jeść mięsa. Coś bez mięsa?”

Tutaj następuje moment konsternacji. Bo jak już „nie wolno”, to inna gadka. Niekoniecznie wymysły zagubionej w świecie gaijinki, tylko może coś jest na rzeczy.

„No to może kongnamul-gukbap?” – zapytała kelnerka, wymawiając nazwę dania tak, że dla mnie zabrzmiało to jak „kongaeoiawmfadsghshr”

„Kong co??” – tutaj moja konsternacja już sięgnęła zenitu. Rok nauki najwidoczniej okazał się jednak niewystarczający, aby poznać wszystkie tajniki koreańskiej kuchni.

„Kong-namul-guk-bap” – chyba zorientowała się, że do mnie trzeba powoli i spokojnie, a kiedy jeszcze pokazała na ścianie zdjęcie tego dania, powoli zaczęłam rozumieć, o co może jej chodzić.

„Nie ma mięsa?” – zapytałam nieśmiało

„Nie ma”

„No to poproszę.” – powiedziałam, a na twarzy kelnerki dostrzegłam wyraźną ulgę.

Na jedzenie nie trzeba było długo czekać i danie o tajemniczej nazwie kilka minut później stało już przede mną. Co takiego kryje się za groźnie brzmiącą nazwą kongnamul-gukbap (콩나물국밥)? Otóż chodzi o ryż zalany zupą z kiełek fasolki mung, posypany również całą ich górą. Na to jeszcze jajeczko i wodorosty i mamy wege-wyżerkę.

yeosu3Jednym z lokalnych przysmaków, pomijając kiełkową zupę (która, mimo że nazwa może nie do końca to sugeruje, była naprawdę pyszna) jest kimchi z liści gorczycy, zwane gat kimchi (갓김치). Jest ono dosyć specyficzne w smaku, ale jak dla mnie była to miła odmiana od tradycyjnej kapuścianej wersji. I przez kilka dni pobytu w okolicy, zarówno w Yeosu, jak i w Boseong, podawano mi je przy każdej okazji. Przyznam, że początkowo nie byłam do niego do końca przekonana, bo czuć w nim lekką nutkę goryczy, ale kilka dni po przyjeździe do prowincji Jeollanam, wcinałam go jak rasowy „lokals”. Z drugiej strony, daleko mi do zajadania się surowymi ostrymi papryczkami – wystarczy, że raz popełniłam ten błąd. Nie będę tu wnikać w szczegóły, ale powiedzmy, że jeden gryz starczył, abym poczuła się, jak ktoś wypala mi żywcem wnętrzności. A ja myślałam, że kimchi jest ostre…

Następnego dnia w planach były plantacje herbaty i mimo, że w Yeosu pogoda nie dopisywała, to, jak już wiecie, w Boseong słońce się postarało i smażyło porządnie. Ostatniego dnia pobytu myślałam, że uda mi się odwiedzić przepiękną świątynię Hyangiram, ale niezbyt widziało mi się ślizganie po wąskiej ścieżce wykutej w klifie w strugach deszczu. Nawet nie dlatego, że przeszkadzałoby mi zmoknięcie, ale mogłoby to być po prostu niebezpieczne. Dlatego też, lekko zawiedziona, że nie udało mi się zobaczyć w Yeosu tego, na czym zależało mi najbardziej, wymeldowałam się rano z hotelu i postanowiłam pojechać do Seulu wcześniejszym pociągiem. A tam, jak wiecie, spędziłam kilka niesamowitych tygodni, o których na pewno jeszcze nieraz tutaj wspomnę. Ale na razie czas nacieszyć się końcówką wakacji w Polsce, bo zawitam w niej dopiero na górę wigilijnych pierogów. W czerwcu przyszłego roku czekają mnie nieludzko trudne i wyczerpujące, zarówno psychicznie, jak i fizycznie, egzaminy i jest to wizja, która mnie doprawdy przeraża. Staram się jednak aż tak tym nie stresować, a wspominanie azjatyckich (i nie tylko!) przygód naprawdę pomaga. Dlatego powolutku, pomalutku, będę pisać o życiu w Azji, może nieraz także co nie co ogólnie o kulturze czy zwyczajach, ale nie spodziewajcie się cudów. W międzyczasie jednak uda mi się wcisnąć może kilka krótszych i bliższych wypadów – nawet jeśli nie do Azji, powinny pomóc mi nie oszaleć do przyszłego roku. Życzę zatem miłego weekendu, nawet jeśli pogoda nie do końca dopisuje. Ciepła herbatka, kokon z kocyka, dobra książka (chwilowo zaczytuję się reportażem Aleksandry Gumowskiej pod tytułem „Seks, betel i czary” i myślami siedzę na Trobriandach”) i żadna pogoda nie straszna. Nawet, siedząc w domu pod Szczecinem, część mnie jest w podróży… Ten typ tak ma!

Karolina

autor:

Cześć! Mam na imię Karolina. Jestem absolwentką japonistyki na Oxfordzie i piszę tutaj głównie o Azji Wschodniej. W wolnych chwilach czytam, gotuję wegańskie pyszności i próbuję wymyślić, jak choć trochę ulepszyć świat.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *