China Town w San Francisco, czyli kawałek Azji po drugiej stronie Pacyfiku

Wspominałam raz czy dwa na tajfunowym Facebooku, że w ramach odpoczynku od Azji, wybrałam się na przeciwny, od tego już dobrze mi znanego, brzeg Pacyfiku – do Stanów Zjednoczonych, a konkretniej, do Kalifornii. Przyznam szczerze, że jakoś mnie nigdy Ameryka specjalnie nie pociągała. Ale im więcej zaczęłam się uczyć czy to o Japonii czy o Korei, tym więcej pojawiało się przy okazji wątków właśnie o niej. To na systemie amerykańskim bazują przecież ustroje polityczne w tych dwóch państwach, to przecież Stany Zjednoczone nadzorowały większość reform w Kraju Kwitnącej Wiśni i stały się inspiracją do podążania za „zachodnim”, w naszym mniemaniu, stylem życia. To wojska amerykańskie zaangażowały się tak mocno w wojnę na Półwyspie Koreańskim i nadal pomagają w patrolowaniu granicy między podzielonymi Koreami. Co chwilę można przeczytać o kolejnej współpracy między Azją Wschodnią i USA. Niektórzy wychwalają amerykańskie zaangażowanie pod niebiosa, inni nie szczędzą jemu krytyki, ale nie da się zaprzeczyć, że „makdonaldyzacja” Azji postępuje. Co takiego ciągnie wszystkich do Ameryki? – zastanawiało mnie to od dłuższego czasu. Wszyscy znajomi, zarówno Japończycy, jak i Koreańczycy, jak tylko usłyszeli, że planuję wyjazd do USA, po prostu padali z zazdrości. Jakby właśnie się dowiedzieli, że dostałam Nobla bądź wygrałam milion w totka. Wielu z nich średnio interesują wycieczki po własnym kraju, ani nawet te do innych azjatyckich państw; jeśli mają możliwość odłożenia grosza, to wolą wyjechać do Stanów, nawet jeśli będzie to tylko kilka dni na Hawajach czy w Los Angeles. Zatem trochę z orientalistycznym zaciekawieniem, a trochę po prostu, z chęcią odpoczynku i niemalże detoksu od wszystkiego, co azjatyckie, po całym dniu podróży, wylądowałam na lotnisku w San Francisco.

Z jetlagiem, który ściął mnie totalnie z nóg i migreną wywołaną pogodą, której nie powstydziłby się Londyn, przez pierwsze kilka dni chodziłam jak we mgle (nawet jak chwilowo ta prawdziwa mgła ustępowała). W przeciwieństwie do zwiedzania państw azjatyckich, niezbyt wiele wiedziałam na temat miejsc, po których spacerowałam. Nie przygotowałam się jakoś specjalnie, w głowie nie miałam listy rzeczy, które powinnam zobaczyć, żaden znajomy nie polecił mi knajpki, do której MUSZĘ pójść, inaczej wyjazd nie będzie się liczył. Lekko zamroczona, ale też po prostu zmęczona, nie miałam ochoty ani na wizyty w muzeach, z których pewnie wiele bym nie wyniosła ani na jakieś szczególnie intensywne zwiedzanie. Postanowiłam zatem podejść do wszystkiego bardziej na luzie i po prostu spędzić te kilka dni, ot tak na luzie. Niby odpoczywając od Azji, co, jak zaraz się przekonacie, średnio mi wyszło. I to już pierwszego dnia.

SONY DSC

Po śniadaniu zjedzonym o szóstej rano – nie ma to jak być pierwszą osobą na całej sali – lekturze kilku gazet, napisaniu rodzinie, że żyję i mam się całkiem dobrze, wypiciu ohydnej kawy, której nie zbawiło nawet wlanie litra mleka sojowego, postanowiłam wybrać się na spacer po okolicy. Włożyłam buty, okutałam się w ciepły sweter, a raczej wmawiałam sobie, że jest on gruby i mnie ogrzeje (bo jakoś nie wpadłam na pomysł, żeby w sierpniu do Kalifornii zabierać ciepłe ubrania…) i obrawszy losowy kierunek, udałam się przed siebie. Nie sprawdzałam wcześniej w ogóle na mapie, gdzie się dokładnie znajdujemy, po prostu skręciłam to tu, to tam i nawet nie wiadomo kiedy… wylądowałam w China Town. Tak jakby jedyny, jakkolwiek mały, skrawek Azji w okolicy wołał mnie od samego rana. Niby miał być detoks, niby obiecywałam sobie, że tak, odpocznę od Azji, jak jeszcze nigdy, ale wyszły z tego „obiecanki cacanki” – kilka minut później z przyklejonym do witryn jeszcze zamkniętych sklepów nosem, podziwiałam chińskie specyfiki czy przysmaki. Chociaż może i dobrze, że większość sklepów była jeszcze zamknięta, bo inaczej spędziłabym tam cały dzień, a nie z godzinę…

SONY DSC SONY DSC SONY DSC SONY DSCSONY DSC SONY DSC SONY DSC

W torebce, gdzieś pod stertą jeszcze niewypakowanych do końca z lotu rzeczy, leżał przewodnik „Top 10 San Francisco”. Przejrzałam go pobieżnie w samolocie i pamiętałam, że co nie co o China Town tam napisali. Wyciągnęłam książeczkę i szłam dalej, wertując ją powoli w poszukiwaniu konkretnego rozdziału. Zauważyłam, iż zaznaczyłam tam kilka pozycji, w tym miejsce, w którym narodził się ponoć pomysł ciasteczek z wróżbą. Co jak co, ale to po prostu trzeba było zobaczyć. Polecano także kilka świątyni czy sklepów, ale większość była dopiero czynna kilka godzin później, więc dałam sobie z tym spokój i skręciłam w boczną uliczkę, gdzie miała się znajdować „Golden Gate Fortune Cookie Factory”

SONY DSCSONY DSC SONY DSC

SONY DSC

Znalezienie tej ni to piekarni ni to sklepiku, któremu bliżej było jednak do dość nieciekawie wyglądającego magazynu, na szczęście nie okazało się zbyt trudne. Wchodzę do środka… i nagle znalazłam się w innym świecie. Przy żeliwnych maszynach siedzi kilka kobiet i ręcznie zawija biedne ciasteczka, a następnie wkłada w nie przygotowane wróżby. Warunki sanitarne od razu przypomniały mi o niektórych targach w Korei – dość powiedzieć, że w Polsce nie przeszłyby nawet mało rygorystycznej kontroli Sanepidu. Nie zraziłam się jednak, a wręcz przeciwnie – kupiłam za dolara paczkę kilku ciasteczek i chciałam porobić kilka zdjęć, a tu nagle wielkie zdziwienie. Nie tyle, że zdjęć nie wolno robić, owszem można, ale za każde zdjęcie należy się 50 centów. Nie ma to jak chiński pragmatyzm w podejściu do pieniędzy! Akurat nie miałam więcej drobnych – ale od czego jest Internet!

sfchina20sfchina18sfchina17sfchina19 (© www.hyphenmagazine.com)

Załadowałam ciastka do torebki i ruszyłam dalej, w labirynt uliczek mniejszych i większych, coraz bardziej nie mogąc się doczekać wyprawy do Chin, która, mam nadzieję, nastąpi już za rok. Byłam w stanie odszyfrować jakieś pojedyncze kanji, nieraz ich znaczenie w japońskim miało jako taki sens, ale korci mnie niesamowicie, żeby nauczyć się też kiedyś języka mandaryńskiego. Ledwo opanowałam japoński, mój koreański kuleje i to porządnie, a mnie już nosi, żeby zacząć kolejny azjatycki język? Ten typ tak ma. A na razie, zanim będzie mi dane pojechać do Państwa Środka, musi mi wystarczyć szwendanie się po rozsianych po świecie chińskich dzielnicach, bo każde z nich jest doprawdy inne. China Town w Jokohamie było wyjątkowo czyste i przyjazne, ale także niezwykle nastawione na turystów. W San Francisco natomiast miałam wrażenie, że było bardziej swojsko i autentycznie; wiele sklepów zdawało nie robić sobie nic z tego, że wszystkie szyldy są po chińsku, jakby totalnie mieli w nosie fakt, iż nie każdy w Ameryce zna ten język.

SONY DSCSONY DSC SONY DSC SONY DSCMogłabym tak po China Town chodzić bez końca, ale w końcu nie po to przyjechałam do San Francisco, żeby zagłębiać się w tajniki chińskiego języka czy też sztuki kulinarnej. Nie mogłam odmówić sobie jednak spróbowania słynnej bubble tea, która robi furorę nie tylko w Azji, ale także coraz bardziej w Europie. Pamiętam, że kupiłam ją sobie raz w wychwalanym pod niebiosa sklepiku w tokijskiej dzielnicy Daikanyama (代官山) i średnio mi ona smakowała, ale może dlatego, że była po prostu przekombinowana. Zajrzałam zatem do kawiarenki, która była jedynym otwartym sklepem w okolicy i jakaż była moja ulga, gdy zobaczyłam, iż można także dostać zwykłą zieloną herbatę z kuleczkami tapioki, bez żadnych udziwnień, mleka, pianki i innych zbędnych dodatków.

Tapioka w tej herbacie była całkowicie inna od tej, którą podano mi w Japonii – ciemna i aromatyczna, a jej konsystencja wywoływała we mnie z każdym łykiem wręcz salwy śmiechu (uczucie nie do opisania, trzeba samemu spróbować!). Podejrzewam, że to po prostu kwestia przyzwyczajenia, pewnie nie pomógł też fakt, że chodziłam po okolicy jak zombie, po kilku godzinach snu, ale stałam na chodniku i miałam co chwilę napady śmiechu, jak jakiś szaleniec. Kilka osób spojrzało na mnie z dozą niepewności – czy aby na pewno z tą rudą wszystko w porządku? Ale jakże miałoby nie być; ósma rano, a ja kręcę się po jakiś uliczkach w China Town na drugim końcu świata, piję herbatę z dziwnymi mini-kluseczkami, a w torbie niosę całą pakę wróżb. Azjatycki początek nieazjatyckiej przygody!

Karolina

autor:

Cześć! Mam na imię Karolina. Jestem absolwentką japonistyki na Oxfordzie i piszę tutaj głównie o Azji Wschodniej. W wolnych chwilach czytam, gotuję wegańskie pyszności i próbuję wymyślić, jak choć trochę ulepszyć świat.

  1. Bardzo mi się podoba jak piszesz, nie za dużo, nie za mało, wszystko bardzo wciągające Fajnie jest mieć taką pasję, która niezależnie od tego gdzie jesteś, podświadomie Cię przyciąga. Szczęśliwie Azja jest cudowna pod tym względem, wszędzie coś małego się znajdzie ale nie jest też tak, że łatwo i na pierwszy rzut oka.

  2. Bubble tea <3
    Jeśli mam czas, to też zaglądam do azjatyckich dzielnic różnych metropolii. W NYC połowę czasu spędziliśmy (a już zdecydowanie większość posiłków zjedliśmy) w China Town, w Sao Paulo oczywiście pognaliśmy do japońskiego Liberdade. Uwielbiam te miejsca, bo można tam zobaczyć, z jaką pieczołowitością ludzie zachowują swoją kulturę. Nawet jeśli lekko odejdą od tego, co znają ich przodkowie lub kuzyni w Azji, coś zmienią, coś wymieszają z kulturą lokalnego kraju, to i tak jest to warte uwagi. No i wiadomo – ciągnie mnie tam też dlatego, bo mi "Azja w głowie". 🙂
    Pozdrawiam serdecznie, A.

  3. pequeninha

    Hej 🙂 Trochę Cię zlawinowałam, ale mam wolny dzień akurat niespodziewanie 🙂 Uwielbiam długie posty!! Masz zupełną rację, kawa w Stanach to jakaś tortura, zajęło mi trzy lata, zanim odkryłam, co zrobić, żeby wyszła tak, jak lubię, w Polsce. Kawa nie chciała wyjść nawet w domu, a w establishmentach typu hotel czy restauracja: zapomnij, miętka lura. Lepiej jest w Starbucksie, ale skrycie knuję upadek tej korporacji, więc chodzę tam tylko z musu.

    W San Francisco jeszcze nie byłam, ale zachęciłaś mnie, następnym razem, gdy pojawi się dla mnie ta opcja, będę przychylniejsza 🙂 PS. Bardzo lubię Oolong 🙂

    • Karolina

      Uwielbiam komentarze, więc „you mad my day” 😀 Zaraz pójdę zdobyć kawę, tym razem w angielskim wydaniu, która mimo że nie powala, to przy amerykańskiej wersji wydaje się być luksusem. Nie jestem wielką fanką kawy, ale jako tako jestem w stanie odróżnić tą bardzo dobrą od bardzo złej. Niestety przez kilka tygodni pobytu w Stanach i walką z jetlagiem, trochę jej piłam i z reguły należała do tej drugiej kategorii… Za Starbucksem też nie przepadam – w Polsce ich kawa wydaje mi się wręcz szkaradna – lecz w Ameryce, masz rację, w porównaniu do reszty jest całkiem całkiem. Dlatego to tam z reguły lądowałam, kiedy ścinała mnie senność w środku dnia 🙂

      San Francisco bardzo mi się podobało, ale pamiętam go trochę przez mgłę – i tę prawdziwą i tę jetlagową. Wygląda zatem na to, że trzeba tam będzie wrócić!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *