Migawki z mglistego San Francisco

Od ostatniego posta minęło już trochę czasu, więc postanowiłam wreszcie zebrać się w sobie i podzielić się kolejną dawką relacji z San Francisco. Od kilku dni jestem już w Anglii, powoli próbując się ogarnąć ze wszystkim, aby już w miarę na spokojnie stawić czoła ostatniemu rokowi i wizji egzaminów. Po drodze zahaczyłam jednak o Oslo, gdzie spędziłam kilka wspaniałych dni – część zdjęć wrzuciłam na tajfunowego Facebooka. Chciałabym się z Wami podzielić tym, co zobaczyłam w stolicy Norwegii, ale autentycznie nie wiem czy mi się to uda. W najbliższej przyszłości, zanim zajęcia zaczną się na dobre, planuję wygrzebać z otchłani jeszcze jakąś stricte azjatycką opowieść, ale zanim przysiądę do tego na spokojnie, podzielę się z Wami zdjęciami z San Francisco (chociaż nie mam ich zbyt wiele, nie wiem czy cierpię na jakiś azjatycki syndrom, bo w China Town mój palec był wręcz przyklejony do migawki czy po prostu nie chciałam psuć pięknych momentów wyciąganiem aparatu). Nie będę się też zbytnio rozpisywać. Dłuższe wywody, dygresje, ciekawe legendy i mrożące krew w żyłach historie, czyli wszystko to, co próbuję wyciągnąć na światło dzienne, opisując Japonię czy Koreę, zostawię zatem na posty poświęcone Azji. Ale zanim tam powrócimy, pozwólcie porwać się na spacer po wiecznie mglistym San Francisco!

Kolejny dzień rozpoczęty nudną hotelową owsianką. Niby zajadam się owsiankami na co dzień, ale ta była bez smaku i nie pomogła jej nawet tona cynamonu, który też wydawał mi się jakiś mdły. Dlatego potrzebowałam się jakoś dobudzić i zmotywować do działania – wybrałam się zatem na espresso w słynnej Caffe Trieste, kawiarni w znajdującej się nieopodal China Town włoskiej dzielnicy, w której do dziś stałym bywalcem jest ponoć na przykład Santana. To tutaj Coppola pisał scenariusz do „Ojca Chrzestnego”, a jego zdjęcie można dostrzec na ścianie z portretami znanych osobistości, które gościły w skromnych progach Caffe Trieste.

SONY DSC

Takiej atmosfery było mi trzeba. Niezobowiązującej kawiarenki, gdzie można przyjść z książką i spędzić pół dnia, czytając i pijąc porządne włoskie espresso. Gdzie można zjeść upieczone na miejscu rogaliki tudzież kanapkę. Popatrzeć na zdjęcia i stać się częścią historii miejsca, które od dziesięcioleci jest sercem Małych Włoch. Miejsce zbyt hipsterskie nawet dla hipsterów, prędzej można tam spotkać włoskiego dziadka niż dziecko z laptoptem. Istny powiew świeżego powietrza!

SONY DSC

Dobudziwszy się kawą na tyle, żeby móc z jet lagiem jako tako funkcjonować, przyszedł czas na zorientowaniu się w okolicy, a do tego najlepszy jest jakiś wysoko położony punkt widokowy. W San Francisco górek, wzniesień i innych pagórków bynajmniej nie brakuje, więc wylądowałam na jednym z nich – Telegraph Hill, czyli Telegrafowe Wzgórze. Początkowo nazywany był przez mieszkańców pochodzenia hiszpańskiego Wielkim Wzgórzem, Loma Alta, lecz znany był szerzej jako… Kozie Wzgórze. jednakże po zbudowaniu w 1849 roku na szczycie telegrafu optycznego, szybko zainspirowano się tą konstrukcją i nowa nazwa przyjęła się wyjątkowo szybko. Z jego wzgórza sygnalizowano dawniej, jaki statek przepływał przez słynny most Golden Gate.

SONY DSC SONY DSCSONY DSC

Nie zdawałam sobie jednak sprawy z tego, że San Francisco cierpi na chroniczną mgłę. Miałam w głowie obraz Kalifornii słonecznej i nawet nie zadałam sobie trudu wzięcia jakiegokolwiek ciepłego swetra, a nagle się okazało, że pogoda na miejscu nie różni się wiele od tej w Anglii… Słynny most wyłonił się z niej na chwilę, tylko po to, żeby potem utonąć w szarym puchu i już się więcej nie pokazać. Momentami wychodziło słońce, mgła rzedła i można było popatrzeć na miasto, na promienie odbijające się w oknach drapaczy chmur i przepływające po zatoce statki. SONY DSC SONY DSC SONY DSC SONY DSC

Główną atrakcją wzgórza jest Wieża Coit (Coit Tower), zbudowana w 1933 roku. Z zewnątrz niespecjalnie zachwyca; uwagę moją zwróciły jednak dość charakterystyczne murale wykonane w środku, przedstawiające ludzi pracy. Nie powiem, żeby mi się one podobały, ale miło było popatrzeć na obrazy, z których wiele promowało równość bez względu na rasę czy płeć. Pamiętajmy, że były to lata trzydzieste, czyli niekoniecznie złoty wiek dla na przykład osób ciemnoskórych. Mam na myśli tutaj zarówno Latynosów, jak i Afrykańczyków.

SONY DSC SONY DSC SONY DSC

Po przejechaniu przez kręte uliczki wijące się jak serpentyny dookoła Telegraph Hill i wypatrując papug, które ponoć zamieszkują je tłumnie, lecz chyba były w zmowie, bo nie zobaczyłam ani jednej, dotarłam do jednej z najsłynniejszych uliczek w mieście – Lombard Street, znanej jako „najbardziej poskręcana ulica na świecie”.

SONY DSC

Widok na Alcatraz

SONY DSC

Dlaczego ktoś wpadł na pomysł utworzenia ośmiu zakrętach na odcinku 350 metrów? Mało który samochód, jak i pieszy, był w stanie poradzić sobie z podejściem pod wzniesienie o nachyleniu 27%. Teraz można przejść się po schodach wzdłuż drogi albo po drodze, jeśli akurat nie jest pełna samochodów. A z reguły niestety jest, bo na jezdni, której nachylenie wynosi nawet teraz 16%, można jechać maksymalnie 8 km/h. Co ciekawe, okazuje się, że wbrew famie, jakoby Lombard Street była najbardziej poskręcaną uliczką na świecie, wcale tak nie jest. Dowiedziałam się o tym dopiero nieco później, lecz pierwsze miejsce zajmuje także uliczka w San Francisco – Vermont Street na odcinku między 20. a 22. ulicą.

SONY DSC

Po krótkim spacerze po okolicy nie mogłam się powstrzymać przed zobaczeniem Golden Gate z bliska. Wyszło słońce, wydawało się, że mgła poszła sobie na dobre. Dlatego wybrałam się w okolice mostu, aby popatrzeć sobie na symbol miasta i może zrobić jakieś piękne zdjęcie… Tutaj znowu San Francisco zafundowało mi niespodziankę, bo nie wiadomo skąd i kiedy, podczas tych kilkunastu minut, których potrzebowałam na przedostanie się na nabrzeże, całą zatokę ponownie pokryła szara gęsta mgła. Stałam na wietrze, patrząc na długi na prawie trzy kilometry most, pod którym co rusz przepływały wielkie kontenerowce. Z daleka statki te zdawały się być maleńkie, a przecież są to istne potwory. Nie będę tu przytaczać ani historii, ani szczegółów technicznych, ale jeśli jesteście zainteresowani, to zajrzyjcie na przykład na Wikipedię, gdzie można przeczytać na temat Golden Gate podstawowe informacje.

SONY DSC SONY DSC

Stwierdziłam jednak, że się nie poddam i nawet, jeśli wszystkie moje zdjęcia skażone będą mgłą, a wiatr będzie bliski oderwania mojej głowy, przejadę przez most, dołączając tym samym do 3,5 miliona samochodów, które przejeżdżają nim… w ciągu miesiąca. Patrząc na San Francisco z daleka, uświadomiłam sobie, że te kilka dni, to tak naprawdę nic. Nie będę w stanie zatopić się w jego atmosferę, posiedzieć na spokojnie w kawiarenkach, spróbować wszystkiego pysznego jedzenia, które to miasto zapewne oferuje. Ale mogłam za to postać sobie w spokoju na wzgórzu i popatrzeć na zatokę – obiecując sobie w myślach, że na razie tylko poznaję to miasto po wierzchu, żebym mogła tu kiedyś jeszcze wrócić i na spokojnie zwiedzić w nim więcej czasu.

SONY DSC SONY DSC

Uwagę moją niebawem odwróciła jednak dość surowa natura, czysta woda obijająca się o klify, porośnięte niskim lasem i mchem wzgórza. Szczerze mówiąc, poczułam się, jakbym była w Skandynawii, a nie w Kalifornii! Dopiero wtedy uświadomiłam sobie, jak niewiele o Stanach wiem. Mam czasem pretensje, że ludzie mylą podstawowe fakty dotyczące Azji, a sama żyłam zaślepiona stereotypami dotyczącymi innej części świata. Nie wiem czemu oczekiwałam upałów i Kalifornia zdawała mi się taka jednolita – dopiero po jakimś czasie uświadomiłam sobie, że jest to ogromny stan i że to normalne, że ma zróżnicowany klimat i roślinność. Nie powinno to dziwić – Kalifornia jest długa na 1204 kilometry!

SONY DSC SONY DSCSONY DSC SONY DSC

Poza zwiedzaniem miast, które stanowiło większość moich amerykańskich wakacji, warto by się było kiedyś wybrać na odkrywanie terenów, takie jak mogłam podziwiać po drugiej stronie Golden Gate. Poznać Amerykę od innej strony, nie od tej, gdzie na każdym rogu znajduje się fast food czy sieciowa kawiarnia, a na autostradzie co kilka minut kuszą restauracje typu drive-thru. Taką, gdzie można pooddychać świeżym powietrzem i zdeptać przy tym dziesiątki kilometrów. Kolejna wycieczka dopisana do podróżniczej listy „rzeczy do zobaczenia zanim umrę”. Co nie zmienia faktu, że na jej początku widnieje z milion miejsc w Azji. Ale może żeby ją docenić i lepiej zrozumieć, muszę także od czasu do czasu zobaczyć inne kraje? Ameryka wydaje się tutaj wręcz idealnym kandydatem, bo to do amerykańskiego snu aspiruje prawie każda azjatycka nacja. Czy warto? Nie mam pojęcia, ale przyznam, że widziałam przez kilka dni w San Francisco, które jest przecież jednym z najbogatszych miast w Stanach, więcej bezdomnych i ubogich niż kiedykolwiek i gdziekolwiek, zarówno w Europie czy Azji. Mówię tutaj o spacerach po centrum miasta, nie po obrzeżach czy też dziwnych dzielnicach. Jeśli tak wygląda miasto nieopodal Doliny Krzemowej, to czy faktycznie przeciętny Amerykanin (pomińmy superbogatych pracowników firm informatycznych) faktycznie prowadzi życie, do którego i my powinnyśmy aspirować? Nie jestem w stanie odpowiedzieć na to pytanie, podejrzewam, że nikt nie potrafi, lecz warto może się nad tym zastanowić. Ludzie marzą o wyjeździe do Stanów, traktują je niczym Eldorado, nie potrafiąc zadowolić się tym, co mają. Może powinniśmy wyciągnąć z tego jakąś lekcję? Może wcale nie mamy tak źle, jakby się nam wydawało? Może po prostu uwielbiamy narzekać?

Dlatego niech dziś będzie dniem pozytywnego myślenia. Mnie się z pewnością przyda, bo po kilku dniach nauki, mój mózg zaczyna odczuwać skutki przegrzania. W Polsce dzisiaj pierwszy dzień zajęć na uczelniach, wielu z Was pracuje czy chodzi do szkoły. Przyznam się szczerze, że nie mam czasu na nic, a jeśli już znajduję chwilę, to ostatnie, co chcę robić, to siedzieć przy komputerze – w ekran patrzę się od rana do popołudnia, sortując materiały do pracy licencjackiej. Zatem plan na dziś – spacer, masa uśmiechu, pyszne jedzenie i dużo snu. Powoli postaram się wrzucać relacje zarówno z amerykańskich wakacji, jak i moich azjatyckich przygód, ale uzbrójcie się w cierpliwość! Mam nadzieję, że moje opowieści jakoś Wam to wynagrodzą!

Karolina

autor:

Cześć! Mam na imię Karolina. Jestem absolwentką japonistyki na Oxfordzie i piszę tutaj głównie o Azji Wschodniej. W wolnych chwilach czytam, gotuję wegańskie pyszności i próbuję wymyślić, jak choć trochę ulepszyć świat.

Comments (8)

  1. Fantastyczna wycieczka 🙂 Piękne zdjęcia.
    Podobno Golden Gate jest mostem samobójców, tak gdzieś kiedyś czytałam, chociaż nie wiem, ile w tym prawdy.
    Zazdroszczę wyjazdów, Stany są na mojej liście „do zobaczenia przed śmiercią”.

    • Karolina

      Niestety Golden Gate jest znany jako „most samobójców”… Ponoć do 2012 roku skoczyło z niego 1600 osób, a w 2013 – 46 osób. Nie do końca wiadomo, ile osób tak naprawdę zginęło, skacząc z mostu, bo liczby odnoszą się tylko do sytuacji, kiedy udało się wyłowić ciało albo kiedy ktoś był świadkiem skoku. Dlatego kiedy tak stałam i patrzyłam na tonące w mgle Golden Gate, przeszło mnie takie niemiłe uczucie, że właśnie doświadczam czegoś, co jest na swój sposób jednakowoż piękne i przerażające.

  2. Zdjęcia mostu – mega!
    A ja ju za tydzień będę spacerowała po brooklińskim i manhattańskim… <3 Nie mogę się już doczekać!

  3. poruszyłaś ciekawy temat .. rzesze bezdomnych ściągają z północy do Kaliforni gdzie nie pada śnieg .. ale tak jak napisałaś SF potrafi byc chłodne .. choć o godzinę jazdy do Sonoma lub na płd do San Jose już ciepło :^) … Kalifornia to jak duże europejski kraj .. ma tak wiele różnic … także kilmatycznych .. a zimny prąd Pacyfiku sprawia, że wybrzeże jest zimne
    to prawda, zę w Stanach jest wielka przepaść w zarobkach pomiędzy najbogatszymi a najbiedniejszymi ale sprawa nie jest taka prosta z bezdomnymi ..w Stanach pracy jest sporo a bezrobocie nie jest wysokie myślę, że każdy może znależć jakąś pracę jeśli spróbuje .. jest też wiele organizacji świadczących pomoc biednym i bezdomnym .. Ci którzy jednak pozostają na ulicach często po prostu to wybierają .. z różnych powodów .. często nie chcą poddać się odwykowi narkotykowamu czy alkoholowemu na co naraziliby się w schronisku dla bezdomnych .. wlielu ma problemy psychologiczne … ponieważ Stanach nadrzedna jest wolność jednostki nie ma prawnych podstaw by do czegokolwiek bezdomnego ‚zmusić’ albo zatrzymać policyjnie .. nie tędy droga .. bo to równia pochyła do totalitarnych zapędów gdzie brak poszanowania jednostki . .czym to się kończy to wiadomo z historii .. sprawa jest zatem niełatwa .. poszczególne miasta lub stany radzą sobie lepiej lub gorzej .. myślę, że w bardzo liberalnym San Francisco bezdomni są po prostu tolerowani jako część krajobrazu miasta :^)

    i to jest ciekawostką, że tak wielu Azjatów pragnie osiedlić się w Stanach .. pracjuję z bardzo wieloma w mojej branży .. jest coś co ich tu bardzo pociaga myślę, że po prostu brak barier i skostniałych struktur także społecznych .. w wielu firmach azjatyckich panuje nieznośna hierachia także wiekowa i oni od tego uciekają .. wielu Azjatów odnosi w Stanach niesamowite sukcesy ..śa bardzo pracowici i przybywają tutak ci najzdolniejsi …
    a Stany .. no cóż .. każdy powinien skonfrontować z wyobraźnią z filmów .. :^) jest to kraj wielu blasków i cieni .. w wielu obszarach nadal bardzo pionierski i nieułożony i taki nigdy nie będzie … to nie jest nowa Europa ani nowa Azja nic takiego .. jest po prostu inaczej ..

    .. przyroda jest przepiękna i myślę, ze ciekawsza niż miasta .. troszkę dalej na północ od SF Bay jest tak jak tu :^)
    http://peregrino-pl.blogspot.com/2013/10/pacifico-magnifico.html

    pozdrawiam bardzo ciepło .. ciekawie się czyta Twoje notki

    • Karolina

      Byłam też w Sonomie i zdziwiłam się niesamowicie, bo było tam po prostu gorąco. Tak samo przy okazji wizyty w Palo Alto – nagle moje jeansy i sweter wydały się mało udanym pomysłem…

      Do Kalifornii z chęcią jeszcze wrócę, bo pierwsze kilka dni spędziłam w mgle San Francisco plus, a także jetlagowym zamgleniu umysłu. Zatoka Bodega, do której podesłałeś linka, wygląda przepięknie. Nie wiem kiedy następnym razem uda mi się znaleźć w Stanach, ale chciałabym kiedyś spędzić tam dłużej niż te 2-3 tygodnie. Chociaż problem ze mną polega na nieuleczalnym uzależnieniu od Azji Wschodniej i jak już mam trochę czasu i pieniędzy, to ląduję właśnie tam 😛

    • Zgadzam się z Tobą Peregrino. San Francisco jest w top 5 moich ulubionych miast. Okolice są przepiękne a natura zaskakująca, surowa, pierwotna. Za każdym razem kiedy planuję wyprawę wakacyjną do `USA zahaczamy o Kalifornię. Jej parki narodowe powalają. Co ciekawe, marzę o wykonaniu zdjęcia GG we mgle 🙂 Tymczasem za każdym razem, gdy jestem w SF jest tak: http://3.bp.blogspot.com/-JnVaOAIUyCg/VcDZ00Rd2hI/AAAAAAAACCQ/cHUIJ8ytvjk/s1600/DSCN6437.JPG
      pozdrawiam Serdecznie
      A

  4. Piotrek

    Tak mi wyskoczył w proponowanych ten tekst i pomyślałem „Ooo San Francisco, moje ulubione miasto w Stanach, chętnie porównam wrażenia”. Czytając, przypomniałem sobie moje wyobrażenia dotyczące Stanów przed i wrażenia po wizycie ( a byłem 3,5 miesiąca). I potwierdzam twoje przypuszczenia. Zanim tam przyleciałem, myślałem, że to kraina mlekiem i miodem płynąca i tak mi się wydawało przez 1 fantastyczny tydzień w Nowym Jorku i Waszyngtonie. Ale gdy trafiłem do Virginii, do dużego miasta nad oceanem, gdzie wydawało mi się, że życie tam to będzie jedna, wielka impreza, po tygodniu czar prysł. Strasznie się tam dusiłem, tryb życia Amerykanów tak mi nie odpowiadał(zarówno personalnie jak i moim wyobrażeniom), że dopiero wtedy zdałem sobie sprawę, jak bardzo jesteśmy zaślepieni widokiem z seriali i reklam. Przez 2 miesiące myślałem sobie „rany, nawet na najbardziej zabitej dechami dziurze w Polsce bym się czuł lepiej”. Po pewnym czasie bardzo doceniłem ten czas, zaliczyłem punkt Stany w swojej checkliście i nagle pojawiło się 100 nowych. A tak na prawdę takie miejsca są tylko jakimiś mglistymi marzeniami, bo teraz umiem chłonąć 10x więcej z mojego otoczenia, nieważne czy 5 metrów od domu, czy na innym kontynencie.

    Tak na marginesie, te słynne miasta i parki narodowe mi się strasznie podobały i ciągle coś mnie ciągnie do nich. Ale swoje już wiem 😉

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *