Weekendowa wizyta w Gwangju (광주), cz. 1

Wróćmy do Azji, bo ile też można od niej odpoczywać! W Korei mieszkałam jedynie niecałe dwa miesiące, dlatego już od samego początku obiecałam sobie, że postaram się jak najlepiej ją poznać w tym krótkim czasie. Spędziłam kilka dni na Jeju, udało mi się wybrać na plantację herbaty, w wolnym czasie zwiedzałam różne dzielnice Seulu i próbowałam niezliczone ilości pysznego jedzenia (nawet jeśli opcji wegetariańskich nie zawsze było aż tak wiele, zawsze udało mi się coś wynaleźć tudzież dogadać i odpowiednio zmodyfikować). Jeden z niestety niewielu weekendów spędziłam w Gwangju (광주 / 光州), u koleżanki poznanej jeszcze na tokijskim uniwersytecie Waseda. Zawsze śmiałyśmy się, że coś nie możemy się zgadać i spotkać w Tokio, więc pewnie trzeba będzie to nadrobić w Korei i tak właśnie się stało. S. nie widziałam dobre pół roku, ale byłyśmy w dość stałym kontakcie online, więc dogadawszy wszystkie szczegóły, kupiłam odpowiedni bilet i dzierżąc go w ręku, wsiadłam w sobotę po drugim śniadaniu na seulskiej stacji Yongsan (용산) do koreańskiego odpowiednika shinkansena, zwanego KTX, skrót od Korea Train eXpress.

Wagony niezbyt przypominały mi futurystyczny wystrój shinkansena, bliżej im było do polskiego InterCity i to dobre kilka lat temu, ale ogromnym plusem było darmowe wi-fi. Fakt, że okazało się niebawem, że ważne jedynie przez 30 minut, ale zawsze mogłam zająć się czymś produktywnym, zwłaszcza, że postanowiłam wziąć ze sobą laptopa. Nawet po odcięciu dostępu do sieci, odpłynęłam w swój świat i pisałam zapewne jakiegoś posta albo organizowałam zdjęcia, a do tego Internet nie jest w końcu zawsze potrzebny. Nawet nie wiem kiedy minęły te trzy godziny z hakiem i dojechałam na miejsce. Przypomniałam sobie od razu, że przejeżdżałam przez Gwangju w drodze powrotnej z Yeosu do Seulu, ale dopiero teraz, kilka tygodni później, miałam okazję zwiedzenia stolicy prowincji Jeollanam.

Po krótkim lecz pełnym ciepła powitaniu udałyśmy się w stronę akademika S. Zanim jednak dotarłyśmy na miejsce, postanowiłyśmy znaleźć coś do jedzenia. Tymczasem okazało się, że nie musiałam się niczym martwić, bo nie wiadomo nawet jak, ale skręciłyśmy to tu, to tam i znalazłyśmy się przed dość sporą halą, przypominającą mi stołówkę kolonijną, a nie restaurację. Musiałam wyglądać na dość zafrasowaną, bo S. zaczęła od razu tłumaczyć, że jest to restauracja serwująca ogromny wegetariański bufet, słynny na całe miasto. I że jeszcze zostało kilkanaście minut do otwarcia, ale pewnie możemy wejść do środka i poczekać, bo ludzie są tam przesympatyczni. Ponoć później zaczną gromadzić się tłumy, więc za namową S. zajęłyśmy jeden z wielu stolików. Nie mogłam jednak przestać się zastanawiać nad jednym… Tłumy w wegetariańskiej restauracji? W Korei? Moje wątpliwości zniknęły kilkanaście minut później, kiedy kucharki zaczęły wołać, że można podchodzić do bufetu i nałożyć sobie jedzenie. Dosłownie po chwili do restauracji weszło kilka osób, tak jakby nasłuchiwały z daleka, czy już przypadkiem restauracja nie jest otwarta; niewiele później dołączyła grupa może kilkunastu starszych pań. Nie wiedzieć kiedy, przy bufecie utworzyła się całkiem spora kolejka i dziękowałam w duchu za to, że przyszłyśmy tu na tyle wcześnie, żeby nie musieć przeżywać tortur, jakim jest czekanie na nałożenie sobie jedzenia, będąc pobudzanym masą kuszących zapachów.

gwangju2

gwangju3

Biorąc pierwszy kęs jedzenia, zrozumiałam od razu, dlaczego to miejsce jest tak popularne. No i do tego jak na warunki koreańskie – niezwykle tanie. Wegetariański gimbap, różne rodzaje przystawek namul, sojowe niby-mięso przyrządzone w sosie gochujang (고추장), rozpływająca się w ustach dynia, wege-wersja japchae (잡채) i masa warzyw… Niebo w gębie! Zwłaszcza, że można było jeść, ile tylko dusza zapragnie.

gwangju4

gwangju5

Spróbowałam nawet zupy z fasoli adzuki o nazwie patjuk (팥죽), która niestety nie była aż tak słodka jak anko, lecz nawet mi zasmakowała. Może nie była to najwspanialsza z zup, ale podejrzewam, że to dlatego, iż myślałam, że właśnie nalewam sobie miskę ambrozji, jaką jest anko, a tutaj po prostu… zupa z fasoli, chociaż słodsza od naszej polskiej fasolowej. Chciałam skusić się także na dość intrygująco wyglądający deser, ale nie miałam już w ogóle w sobie miejsca. I tak zjadłam ze dwa razy więcej niż by podpowiadał rozsądek, ale co chwilę coś sobie dokładałam, bo co jakiś czas pojawiały się nowe dania i po prostu nie mogłam wyjść z restauracji bez spróbowania większości z nich!

Wegański bufet w #Gwangju! 🍲#koreanfood #vegan #wege #wegetarianizm #korea #weganizm #polishgirl

A post shared by W krainie tajfunów | Karolina (@wkrainietajfunow) on

Po tak pysznym posiłku miałam dość energii, żeby kontynuować nasz spacer w stronę akademika, w którym mieszkała S. Byłam już na kilku kampusach azjatyckich uniwersytetów, ale to co zobaczyłam w Gwangju totalnie wbiło mnie w ziemię. Kampus był po prostu przeogromny. Bliżej mu było do małego miasta niż do kampusu. Nie nazwałabym tego nawet miasteczkiem uniwersyteckim, jakim jest na przykład Oksford, bo tutaj, oprócz budynków należących do uniwersytetu, co krok znajduje się jakaś kawiarenka, sklepik czy restauracja. W Gwangju natomiast ktoś wpadł na pomysł zbudowania ogromnych budynków na jeszcze większej przestrzeni i, nie wiem czy tak dla żartu, pozostawienia między nimi takich odległości, że wiele studentów przemieszcza się między nimi autobusami lub, jeśli ich stać, własnymi samochodami. Mało kto chodzi tam pieszo, chyba że w ramach spalenia kilku kalorii albo dlatego, że jest w jakimś dziwnym nastroju. Rowerzystów też nie ma zbyt wielu, bo teren położony jest na kilku wzgórzach i mało kogo bawiła chyba wizja chodzenia na zajęcia w przepoconej koszulce, która jest gwarantowana po niektórych z tych podjazdów.

gwangjuuni1gwangjuuni4 gwangjuuni2

gwangjuuni7

Mimo że jeszcze chwilkę wcześniej świeciło słońce, nie wiadomo skąd, niebo spowiły chmury i zaczęło padać. Brocząc w ekspresowo formujących się kałużach, szłyśmy w stronę akademika i byłyśmy chyba jedynymi osobami na zewnątrz, pomijając może grających w piłkę nożną chłopaków.  Państwowy Uniwersytet Chonnam (전남대학교) jest jedną z najlepszych uczelni w kraju, czego można się domyślić trochę, patrząc na rozmach, z jakim został zbudowany. Co ciekawe, ma on dopiero nieco ponad 50 lat, a już znany jest w Azji jako jeden z najlepszych ośrodków badawczych. S. twierdzi, że mają też najlepszy wydział… studiów dentystycznych. Dlatego do Gwangju zjeżdżają ludzie z całego kraju, nawet mimo tego, że samo miasto do zbyt fascynujących miejsc nie należy i nie tętni życiem tak, jak na przykład seulskie dzielnice Hongdae, Myeongdong czy Insadong. Nie jest to oaza spokoju – miałam wrażenie, jakbym znalazła się na ogromnych przedmieściach, miasto jest w końcu wielkie: masa budynków, warsztatów, sklepów, ale jakoś to nie to samo. Być może spędziłam w nim niewystarczającą ilość czasu, aby móc je na spokojnie doświadczyć. Zapewne związane jest to z faktem, że kampus jest dość oddalony od centrum i większość studentów spędza tam całe dnie, bo nie mają czasu na trasę inną niż akademik – zajęcia – biblioteka. Na szczęście S., mimo że pochodzi z położonego nad morzem pobliskiego Mokpo (목포), studiuje w Gwangju już dobre kilka lat, więc obiecała, że nie będę się nudzić. Nawet nie wiecie, jak to fajnie czasem nie musieć niczego planować!

gwangjuuni3

Na terenie kampusu znajduje się nawet ogród różany!

gwangjuuni6 gwangjuuni5

Dopóki widziałam nazwę Gwangju zapisaną jedynie w alfabecie hangul, nie uświadamiałam sobie, jakie piękne ma ona znaczenie. Dopiero sms-ując pewnego dnia z S. (a rozmawiamy ze sobą po japońsku) i dopinając ostatnie szczegóły wyjazdu, zauważyłam, że S. używa nazwy zapisanej w kanji – 光州. Po japońsku Gwangju wymawia się „Kōshū„, bo „” (光) to światło, promień, a „shū” 州 to prowincja. Gdy 光 stoi samo czyta się je „hikari„, które, nie wiem czemu, wydaje mi się jednym z najpiękniejszych japońskich słów. Zatem Gwangju to nic innego jak „prowincja światła”.

Nie wiedziałam o Gwangju zbyt wiele, jedyne co świtało gdzieś w mojej głowie, to wykłady na temat Masakry w Gwangju z maja 1980 roku. Rok wcześniej władzę w wyniku zamachu stanu przejął generał Chun Doo-hwan (전두환). Przeciwko nowym władzom zaczęli protestować studenci w całym kraju i w maju wprowadzono w związku z tym stan wojenny. Na wieść o tym studenci Uniwersytetu Chonnam zorganizowali 18. maja ogromny protest, lecz władze użyły broni do rozpędzenia demokracji. Dalej wszystko potoczyło się tak, jak większość tego typu strajków na świecie. Na wieść o ofiarach śmiertelnych, do studentów dołączyło kilkadziesiąt tysięcy mieszkańców Gwangju – według niektórych szacunków liczba ta mogła przekroczyć nawet sto tysięcy. Protestujący podpalili kontrolowaną przez rząd lokalną stację radiowo-telewizyjną, która nadawała przekłamaną wersję wydarzeń na cały kraj, opisując strajkujących między innymi jako wandali i komunistów. Przejęto lokalny skład broni i utworzone zostały oddziały milicji, które przez kilka dni skutecznie odpierały ataki armii. Sytuacja zaczęła przeobrażać się w istne powstanie, dlatego rząd w Seulu postanowił odciąć miasto od świata i otoczyć je oddziałami armii. 27. maja pięć dywizji wkroczyło do miasta i rozbiło siły strajkujących w niecałe półtorej godziny.

http://www.iankim707.com

http://www.iankim707.com

Nie do końca wiadomo, ile osób zginęło w ciągu tych kilku dni. Według danych oficjalnych, życie straciło 144 cywilów, 22 żołnierzy i 4 policjantów, a kilkukrotnie więcej zostało rannych. Z danymi tymi nie zgadza się jednak organizacja rodzin, które straciły w wyniku tych wydarzeń bliskich – szacują oni liczbę zabitych na 165, a dodatkowo oceniają, że nie wiadomo nadal nic o losie 76 osób. Niektóre ze źródeł zagranicznych twierdzą, że ofiar mogło być nawet ponad tysiąc, ale możliwe, że nigdy nie dowiemy się, jak to do końca było. W 1995 roku, pod wpływem presji ze strony społeczeństwa, rząd uchwalił ustawę, pozwalającą na skazanie winnych nie tylko masakry, lecz także przewrotu stanu, który był jego powodem. Chun Doo-hwan został skazany na karę śmierci, lecz z czasem wyrok ten został zmieniony na karę dożywocia.

Nie poruszałam specjalnie tego tematu z S., ale trudno było nie zauważyć wielu pomników poświęconym tymże wydarzeniom. Siedząc przy kawie, w jednej z kawiarni na terenie kampusu, opowiadałyśmy, co też wydarzyło się w naszych życiach przez ostatnie kilka miesięcy i nawet nie wiadomo kiedy nastał wieczór.

gwangjuuni8

Postanowiłyśmy zatem opuścić kampus i udać się w stronę centrum na Daein Art Market (대인예술시장), który odbywał się jedynie w czwarty weekend miesiąca. Miałam zatem wielkie szczęście, bo w ogóle nie planowałam swojego wyjazdu pod tym kątem, a uwielbiam wszelkiego rodzaju koreańskie targi i lokalne inicjatywy, więc byłam tą wizją niezwykle podekscytowana. Na tyle, że niezbyt wiele zarejestrowałam ze spaceru z kampusu w stronę marketu, ale już na miejscu, wtopiłyśmy się w tłum i weszłyśmy do jednej z zatłoczonych knajpek, aby zjeść kolację.

SAMSUNG CAMERA PICTURES SAMSUNG CAMERA PICTURES SAMSUNG CAMERA PICTURES SAMSUNG CAMERA PICTURES SAMSUNG CAMERA PICTURES

SAMSUNG CAMERA PICTURES SAMSUNG CAMERA PICTURES

Jako że po wcześniejszych opadach deszczu było dość parno, wybór padł na miskę gryczanego makaronu w lodowatym bulionie – naengmyeon (랭면). Na szczęście byłam teraz z native speakerem, więc mogłam się upewnić, że na pewno bulion nie ma w sobie mięsa, ryb, ani innych stworzeń i zajadać się miską pysznego makaronu bez niepotrzebnych zmartwień.

gwangju1

Nie przesiadywałyśmy jednak w restauracji dłużej niż to było potrzebne, przed drzwiami utworzyła się niemała kolejka i nie chciałyśmy przyczyniać się do tortur, jakim jest czekanie na jedzenie, zwłaszcza jak metr dalej, ktoś zajada się pysznym daniem, a w brzuchu burczy tak, że nie można myśleć o niczym innym. Zwoliłyśmy stolik i poszłyśmy na spacer po alejkach, na których rozstawiło się wielu lokalnych artystów, sprzedających na przykład ręcznie robioną biżuterię, papeterię i inne drobiazgi. A do tego, można było pożywić się na stoiskach z dość nietypowymi przysmakami – na jednym z nich jakiś młody chłopak, z którym porozmawiałam chwilę po angielsku, sprzedawał przepyszne falafele. Chciałam go wesprzeć i kupić kilka, ale nie było szans, żebym jeszcze coś w siebie zmieściła. Mam nadzieję, że mi to wybaczył, ale wyglądał na niesamowicie pozytywną osobę, więc może nie ma mi tego za złe!

SAMSUNG CAMERA PICTURES SAMSUNG CAMERA PICTURES SAMSUNG CAMERA PICTURES SAMSUNG CAMERA PICTURES SAMSUNG CAMERA PICTURES SAMSUNG CAMERA PICTURES SAMSUNG CAMERA PICTURES

Chodziłyśmy więc tak po zatłoczonych alejkach i po chwili poczułam się znowu, jakbym była w innym świecie. Początkowo Gwangju wydawało mi się wręcz senne i pozbawione pozytywnej energii, tutaj natomiast aż kipiało od entuzjazmu i radości. Chciałam wesprzeć jakiegoś z lokalnych artystów, ale nic aż tak mi się nie spodobało, więc skończyło się jedynie na kupnie owoców na śniadanie na następny dzień. Do tej pory nie mogłam się nacieszyć faktem, że w Korei mogłam jeść tyle owoców, na ile tylko miałam ochotę, a w Japonii, kupowałam sobie owoce inne niż banany tylko na specjalną okazję. Pamiętam jak śmiałam się kiedyś, kiedy dowiedziałam się, że Japończycy kupują owoce w ramach prezentu. Dla mnie, przyzwyczajonej bardziej do zrywania jabłek z ogrodu, jagód czy jeżyn w lesie, nie do pomyślenia było wysłać komuś w kartonie arbuza jako prezent na urodziny. W Korei owoce też nie były tak tanie, jak w Polsce, zwłaszcza w Seulu, ale na prowincji ceny coraz bardziej schodziły do ludzkiego poziomu i byłam w stanie bez problemu kupić ogromną paczkę borówek, wiśni czy winogron i zajadać się nimi ze smakiem, kiedy tylko miałam na to ochotę. Z kiścią bananów i ogromną paczką borówek w torbie podążyłam za S., która kierowała się powoli w stronę wyjścia. Następnego dnia czekało nas jeszcze kilka atrakcji przed moim powrotem do Seulu, do akademika był jeszcze kawałek i wypadałoby się wyspać. Ale o tym, gdzie wybrałyśmy się w niedzielę, która, upłynęła dla odmiany pod znakiem skwaru i upału, napiszę już niebawem!

Karolina

autor:

Cześć! Mam na imię Karolina. Jestem absolwentką japonistyki na Oxfordzie i piszę tutaj głównie o Azji Wschodniej. W wolnych chwilach czytam, gotuję wegańskie pyszności i próbuję wymyślić, jak choć trochę ulepszyć świat.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *