Weekendowa wizyta w Gwangju (광주), cz. 2

Kilka dni temu zaczęłam opowieść o weekendowym wypadzie do Gwangju i przyszedł najwyższy czas, żeby ją skończyć. Jako że w samym mieście nie ma specjalnie zbyt wiele do roboty, S. zaproponowała wyjazd na obrzeża miasta, gdzie mogłybyśmy pooddychać świeżym powietrzem. Okazało się jednak, że nie była to tylko rzucona na wiatr sugestia, tylko część planu, który musiał pewnie jej trochę czasu zająć. Do tej pory jestem za to jej niebywale wdzięczna, bo w życiu nie dotarłabym na przykład w okolicę, gdzie zjadłyśmy lunch. Aby tam dojechać trzeba wsiąść w autobus, który odjeżdża wcale nie z centrum, lecz z dziwnego przystanku schowanego dobry kawałek od czegokolwiek. S. była tam wcześniej jedynie raz, kilka tygodni wcześniej została zaproszona tam przez przełożonych z pracy, w której dorabia podczas wakacji, ale już wtedy z myślą o mnie zachowała wizytówkę, bo pomyślała, że jak przyjadę, to będzie to wspaniałe miejsce, by się nie tylko totalnie wyluzować, ale także zjeść wegetariańskie jadło. Nie jest to restauracja w żadnym stopniu reklamująca się wege-jedzeniem – znana jest z całej gamy dań z wyrabianym na miejscu tōfu, zwanym po koreańsku dubu (두부). Uwierzcie mi, był to jeden z najlepszych posiłków w moim życiu!

Kilka miesięcy wcześniej miałam okazję zjeść posiłek z tōfu w roli głównej w restauracji w Jokohamie, ale chyba wygrała koreańska wersja. Nie żebym miała coś przeciwko japońskiemu tōfu, lecz dubu w otoczeniu kilkunastu pikantnych przystawek było tym, czego potrzebowałam do szczęścia. Zwłaszcza jak na talerz wjechały dwie parujące miski z sundubu jjigae (순두부찌개), a właścicielka co rusz dopełniała zjedzone przez nas w try miga kimchi. Ah, jak tęsknię za dobrym kimchi domowej roboty! Przy okazji następnej wizyty w Londynie muszę wyruszyć na poszukiwanie tego dobrodziejstwa, bo przyda mi się wielki gar tego przysmaku na tę podłą angielską pogodę…

W ogóle cała okolica, gdzie znajdowała się ta restauracja, była po prostu przepiękna! Ciągnące się po horyzont pola ryżowe, powciskane między liczne wzgórza. Przeszłyśmy się na mały spacer po najedzeniu do syta i najbardziej zadziwiła mnie chyba… cisza. Mimo tego, że restauracja znajdowała się przy drodze, przejechał nią tylko raz na kilkanaście minut jakiś autobus. Jeśli już coś przerwało spokój, to było to muczenie krowy gdzieś z oddali albo koncertująca cykada, a nie ryk samochodów. Miałyśmy jednak zaplanowaną dalszą część dnia i żeby zdążyć wszystko na spokojnie zobaczyć przed moim pociągiem do Seulu, musiałyśmy powoli wracać.

Wędrując tak po okolicy, natrafiłyśmy na całkiem spory pawilon, gdzie przysiadłyśmy, czekając na następny autobus. S. opowiedziała mi przy okazji, że takie altany, jak te, można spotkać w całej Korei i budowano je z reguły przed wejściem do wsi, aby można było tam odpocząć. Ciekawe, jak dawno temu zbudowano tę altanę? Wyglądała na całkiem nową, ale podejrzewam, że przed tą mogło stać w tym miejscu kilka altan, które przegrały walkę z czasem. Drzewo rosnące obok niej było ogromne i aż miło było usiąść sobie w cieniu, rozprostować nogi i po prostu porozmawiać. Podobne altany widziałam na wyspie Udo (우도), gdzie backpackersi, starsze osoby czy czasem całe rodziny, odpoczywały od skwaru w przyjemnym cieniu.

juknok1Niedługo z oddali słychać było zbliżający się autobus, więc wyszłyśmy na ulicę, zamachałyśmy na kierowcę, żeby nas przypadkiem nie przegapił i załadowałyśmy się do środka. Nie miałam zielonego pojęcia, w którą stronę jedziemy, gdzie mamy wysiąść, itd, więc zdałam się całkowicie na S. Nie powiem, świetnie tak od czasu do czasu podróżować, nie martwiąc się o nic, ale trochę zaczynało mi to powoli przeszkadzać, że nie do końca wiem, co i gdzie będziemy robić, ani że nie przygotowałam się zbytnio na temat miejsc, które odwiedzamy. Stwierdziłam jednak, że doczytać sobie o tym zawszę mogę, a teraz mam niesamowitą szansę na poznanie Korei nie przez pryzmat Internetu czy przewodnika, ale oczami Koreanki i to z tych okolic. Nie udało się nam jednak zbyt długo podyskutować o Gwangju, bo w ciągu kilku minut stałam się główną atrakcją autobusu. Warto tutaj dodać, że oprócz nas, wszyscy pasażerowie mieli co najmniej 60-70 lat i ubrani byli od stóp do głów w specjalistyczne ubrania do chodzenia po górach, pod pachą większość z nich trzymała lśniące kijki do nordic walking, ale i tak bardziej fascynowało ich to, że siedzi taka jedna blada i ruda i nie dlatego, że się gdzieś zgubiła, tylko siedzi z Koreanką i naparza z nią po japońsku. No co się dzieje z tym światem. Jako że mój koreański do tej pory opiera się jedynie na podstawach, w pewnym momencie straciłam wątek, jak prawie każda babcia po kolei zaczęła wypytywać S. o to skąd jestem, dlaczego tu jestem, jakim cudem umiem japoński, czy jestem studentką, czy mieszkam w Korei, a jak tak to jak długo, a czy z Polski tu daleko, i tak dalej. Początkowo S. pełniła rolę tłumacza, lecz z czasem chyba znudziło się jej tłumaczenie mi tych samych pytań, więc zaczęła odpowiadać za mnie.

„Z Polski. Tak, poznałyśmy się w Japonii. Uczy się teraz koreańskiego w Seulu. Tak, podoba się jej tutaj.” – tutaj S. zwróciła się do mnie” „Karolina, a jakie jest twoje ulubione danie?”

Bibimbap

„Ooooo” westchnienie na pół autobusu.

„A kimchi lubisz?” tutaj już dałam radę bez wsparcia S.

„Bardzo”

„Oooo” chórek, którego nie powstydziłby się żaden kościół.

Jedną babcię naszła jednak ochota na zadanie bardziej skomplikowanego pytania i zamiast spróbować je powiedzieć normalnie, postanowiła uprościć je, jak tylko się da, czym tylko utrudniła sprawę.

„Ty” – tutaj wskazuje na mnie – „Korea” – wymachuje dookoła rękoma – „jak dłuuuuugo”?

„Mieszkam w Korei już miesiąc”

„Oooo”

I tak oto dojechałyśmy po jakimś czasie do głównej atrakcji dnia, czyli położonego na obrzeżach Gwangju (ale po drugiej jego stronie) gaju bambusowego Juknokwon (죽녹원). Oooo! Lasek znajduje się w mieścince Damyang (담양), która, poza wspomnianym wyżej Juknokwon, słynie głównie z tteokgalbi (떡갈비), czyli grillowanych żeberek. Och, jak dobrze, że S. zabrała mnie wcześniej na dubu-ucztę, bo mogłoby się to dość średnio skończyć. Chociaż, może nie byłoby aż tak źle, bo co chwilę w oczy wpadała reklama dań na bazie bambusa, na przykład daetongbap (대통밥), czyli ryżu gotowanego w bambusie. Miałam nawet ochotę tego spróbować, ale po prostu osiągnęłam kres swoich możliwości. Na tyle, że nie zmieściłam w siebie nawet bambusowego loda, czyli rozumiecie chyba, że sprawa była dość poważna i nie mogłam doczekać się długiego spaceru, żeby jakoś wrócić do życia.

Las znajduje się w tym miejscu od jakiegoś czasu, ale dopiero 10 lat temu ktoś wpadł na pomysł zrobienia z niego lokalnej atrakcji. Zajmuje on powierzchnię 155,000 m2, lecz nie myślcie sobie, że nie ma tam nic prócz drzew! Koreańczycy przemyśleli wszystko bardzo dobrze i tuż na obrzeżach Juknokwon wybudowali małą ni to osadę, ni to skansen, gdzie można doświadczyć koreańskiej tradycyjnej kultury. Organizowane są tam różne wydarzenia, od koncertów, poprzez lekcje robienia wachlarzy, możliwość przebrania się w tradycyjny koreański strój, itp. Nas jednak mało to wszystko kręciło, więc przeszłyśmy się pobieżnie po Jukhyang (죽향), bo tak nazwano tę „wioskę kultury”. Drewniane rekonstrukcje tradycyjnej koreańskiej architektury znajdowały się w otoczeniu pięknej natury, niekoniecznie dzikiej, bo widać było w tym wszystkim ludzkie działanie. Jednakże spacer po obszernym ogrodzie, a zwłaszcza dookoła stawu, nad którym latała zatrważająca ilość ważek, rozbudziła na tyle, że nie straszny nam już był spacer po dość pagórkowatym lesie.

juknok8
Kolekcja wielkich garów na kimchi!

juknok9 juknok12 juknok6 juknok11 juknok10 juknok7

Juknokwon różni się od japońskiej Arashiyamy, w której byłam w maju. Arashiyama to tak naprawdę mały skrawek, mini alejka w porównaniu do Juknokwon. Jednakże zrobiła na mnie chyba i tak większe wrażenie, ale może dlatego, że kilka lat temu, kiedy byłam tam za pierwszym razem, nie mogłam się wręcz tym miejscem nadziwić. Zawsze widywałam zdjęcia słynnej bambusowej alejki, a tu nagle stałam w miejscu, o którym marzyłam od lat. Dlatego wydało mi się ono niezwykle magiczne. Nie chcę tutaj ujmować uroku koreańskiemu odpowiednikowi, czyli Juknokwon, który także ma swoje atuty – przede wszystkim jest naprawdę spory, można spokojnie dotknąć drzew (a raczej trawy), nie trzeba się przeciskać między turystami. W lasku znajduje się wiele bocznych ścieżek, gdzie można skręcić i usiąść na jakiejś ławce i odpocząć od całego zgiełku.

juknok2 juknok3 juknok4 juknok5

Czy jest lepszy sposób na relaks i odcięcie się od codzienności niż tak zwany sanrimyok (산림욕 / 山林浴), czyli spacer po lesie? Dosłownie słowo to znaczy „leśna kąpiel” i wydaje mi się, że genialnie oddaje ono jego znaczenie. W Damyang można doświadczyć jednak czegoś odrobinę innego, a mianowicie „bambusowej kąpieli”, czyli jukrimyok (죽림욕 / 竹林浴)! Temperatura w bambusowym gaju jest (przynajmniej według ulotki, którą dostałam razem z biletem) o 4 do 7 stopni niższa niż poza nim, więc jest to genialny sposób na odświeżenie się, zwłaszcza, kiedy na zewnątrz panują nieludzkie temperatury. Mimo że powoli przyzwyczaiłam się do azjatyckiego lata, czasem upał dawał mi się porządnie we znaki. A kiedy zauważyłam, że nawet S. cierpi z tego powodu, stwierdziłam, że chyba naprawdę musi być gorąco.

juknok13 juknok15 juknok14

Po spacerze dookoła Juknokwon, który zajął nam, nie wliczając czasu spędzonego w Jukhyang, może godzinę, wyszłyśmy z lasku i przeszłyśmy się po okolicy, żeby spędzić razem ostatnie kilka chwil przed powrotem do Gwangju, skąd za kilka godzin odjeżdżał mój pociąg do Seulu. Nieopodal lasku znajduje się rzeka Yeongsan (영산), wzdłuż której prowadzi piękna ścieżka. Poszłyśmy zatem wzdłuż rzeki, mijając po drodze spacerujące pary, piknikujące rodziny z dziećmi, turystów, robiących zdjęcia wszystkiemu, co się rusza czy popijających soju (소주) dziadków, którzy wołali za nami coś, czego nie zrozumiałam, a S. stwierdziła, że „coś tam bredzą”. (Nie do końca wiem, czy faktycznie były to jakieś głupoty czy też wołali coś obraźliwego, czego S. nie chciała tłumaczyć, ale stwierdziłam, że nie będę w takie szczegóły wnikać…) Szłyśmy tak przed siebie i szłyśmy i po prostu w pewnym momencie, po krótkim spojrzeniu na zegarek, S. stwierdziła, że zawracamy. No i zawróciłyśmy, kontynuując rozmowę (bodajże o Korei Północnej, o której możecie więcej przeczytać między innymi tutaj) i udałyśmy się powoli w stronę przystanku autobusowego.

juknok17 juknok16

Przez rzekę można było przejść po kamieniach, więc, w ogóle się nie zastanawiając, stwierdziłam, że idziemy. S. nie była zbytnio przekonana, bo nie dość, że bała się, że wpadnie do rzeki, to co, jeśli zamoczy komórkę, portfel, dokumenty, i tak dalej. Nie dałam jej jednak dokończyć litanii, wzięłam jej torebkę w jedną rękę, moją w drugą i dziarskim krokiem przeszłam na drugą stronę. S. trochę się ociągała, ale jak zobaczyła, że na drugim brzegu jej komórka (od której większość Koreańczyków jest doprawdy nieźle uzależniona!) jest sucha i bezpieczna, przeszła tip topkami na drugą stronę. Podczas całego, trwającego niecałe kilkanaście sekund, przejścia przez rzekę, miała nieźle przerażoną minę, ale kiedy już zawitała na drugim brzegu, stwierdziła, że było „sugoi” (凄い), czyli „super”. No tak, grunt to zdecydowanie!

juknok18 juknok19

Taką oto mrożącą krew w żyłach (niekoniecznie mnie, ale mojej Koreańskiej koleżance, więc zawsze coś) „przygodą” zakończyłyśmy nasz pobyt w Damyang i tym samym także moją wizytę w Gwangju. Wsiadłyśmy do zatłoczonego autobusu, któremu bliżej było do sauny na kółkach niż publicznego środka transportu, ale pocieszałam się myślą, że zaraz w KTX nieźle namrożą, więc powinnam się nacieszyć upałem, póki mogę. Pisząc to teraz, kiedy jestem w Anglii, a za oknem leje, wieje, szaro, buro i w ogóle człowiek najchętniej piłby litry gorącej herbaty (co zresztą czynię) i leżał w łóżku z dobrą książką (niby mam się uczyć, ale na drzemkę też zawsze znajdzie się czas), coraz bardziej tęsknię za azjatycką pogodą. Pocieszam się jednak myślą, że po 10 miesiącach kucia japońskiego i koreańskiego, azjatyckiej historii, lingwistyki, kultury i Bóg wie czego jeszcze, pisania pracy licencjackiej, przygotowywania się do egzaminów, szlifowania tłumaczeń, wyląduję w Azji i będę mogła się cieszyć słońcem, ile tylko moja dusza tego zapragnie. Coraz mniej przeraża mnie jednak wizja nauki, a coraz bardziej angielska pogoda, która powoli wysysa ze mnie wszelkie chęci i energię. Ale postaram się jej zbytnio nie dać, bo takie już uroki tego kraju, że lato niezbyt różni się od zimy i równie dobrze można cały rok chodzić tutaj w trenczu. Dam radę. Jak już zamarznę na kość, będę odkopywać zdjęcia z azjatyckich podróży i się nimi z Wami dzielić, a nuż mnie (i może Was trochę też) to trochę ogrzeje i doda pozytywnej energii!

0 comments on “Weekendowa wizyta w Gwangju (광주), cz. 2

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *