Asahidake (旭岳), czyli wiosna w środku lata

Miałam ambitny plan zabrania się za stertę zdjęć ze Stanów. Widziałam oczami wyobraźni, jak powstaje post o Parku Narodowym Yosemite, bądź Nowym Jorku. Jakoś bezwiednie, natknęłam się na folder z fotkami zrobionymi trzy lata temu podczas wizyty na Hokkaidō (北海道) i po prostu nie mogłam się oderwać.

Wpadłam w niesamowicie melancholijny nastrój, bo ten tydzień na północy Japonii, spędzony po czterech miesiącach mieszkania u japońskiej rodziny w Osace, był jednym z najlepszych w moim życiu. Z wielu powodów – po pierwsze byłam już zmęczona brakiem wolności i pomieszkiwaniem u obcych mi ludzi, jakkolwiek mili by oni nie byli, po drugie, w Osace w lipcu panowały nieludzkie temperatury, często przekraczające 40 stopni, a w kilka miesięcy po trzęsieniu ziemi, Japończycy jeszcze się w miarę solidaryzowali ze zmiecionymi z powierzchni ziemi wioskami w prefekturze Tōhoku (東北) i bronili się rękoma i nogami przed używaniem klimatyzacji.

Teraz zniosłabym to zapewne lepiej. Lecz wtedy, dojeżdżając na zajęcia, wiele razy byłam bliska utracenia przytomności z powodu skwaru, który panował w pociągu. Nie mówiąc już o nieprzespanych nocach, z których pamiętam jedynie przewracanie się z boku na bok i spoglądanie przekrwionymi oczyma na zegarek. „Czy to już rano?” pytałam siebie, zastanawiając, czy piąta to ludzka godzina, żeby wstać i wziąć, pierwszy z wielu, prysznic tego dnia.

Dlatego nikogo zapewne to specjalnie nie zdziwiło, że kilka godzin po rozdaniu dyplomów na uczelni, siedziałam w samolocie, startującym z Kobe w stronę Sapporo. Na szczęście udało mi się cudem ominąć tajfun; gdyby mój samolot startował kilka godzin później, utknęłabym w Kansai pewnie na parę dni. Zadowolona, ale także wykończona, siedziałam z nosem przyklejonym do okna, czekając na pierwszą podróż, podczas której mogłam nareszcie przetestować, ile się przez te kilka miesięcy tak naprawdę nauczyłam japońskiego. Niby nie miałam szczególnych problemów z komunikacją z moją hostfamily, ani z zajęciami, ale wiedziałam, że to dopiero początki. Wybrałam miejsce, gdzie nie dość, że lato oznacza ludzkie temperatury, to jeszcze nie jest ono specjalnie popularne wśród zagranicznych turystów. A to oznaczało, że mogłam w pełni świadomości, bez stresu, że zemdleję na jakimś dworcu, poćwiczyć mój japoński od świtu do nocy.

Sapporo niestety nie ma się czym pochwalić latem, w przeciwieństwie do zimy, która jest pełna atrakcji, takich jak na przykład słynny Festiwal Śniegu. Dlatego też zatrzymałam się tam tylko na jeden wieczór, żeby zebrać siły na kolejne dni, na które zaplanowałam głównie chodzenie po dziczy przez cały dzień. Na pierwszy ogień poszedł Park Narodowy Daisetsuzan (大雪山国立公園; Daisetsuzan Kokuritsu Kōen), największy park narodowy w całej Japonii. Udało mi się posmakować tylko odrobinę tego, co ma do zaoferowania.. Ale jeszcze kiedyś tam wrócę, tym razem nie na dzień czy dwa, lecz na dłuższą wyprawę z plecakiem.

Dojazd do parku nie należy do najłatwiejszych, a ja nie chciałam spędzić całego dnia w drodze. Znalazłam hotel w Asahikawa (旭川), skąd odjeżdżały autobusy w różne zakątki parku. Jest to drugie co do wielkości miasto na Hokkaidō, lecz szczerze mówiąc – nic tam nie ma. Autentycznie nic. Niby mieszkają tam ludzie, są jakieś hotele i sklepy, ale nie ma tam nic, co sprawiłoby, że chciałabym tam zostać dłużej. Całkowicie inaczej sprawa ma się z parkiem Daisetsuzan. Asahikawa wypromowała się jako zagłębie ramenu, a ja, jako że jeszcze wtedy sporadycznie jadałam mięso (co ciekawe, wegetarianką jestem od końca wycieczki na Hokkaidō, więc być może był to mój ostatni mięsny posiłek?), także skusiłam się na gorącą miskę japońskiego „rosołu”. Ale i tak wegański ramen jest lepszy!

asahikawa2

W celu zjedzenia ramenu udałam się do… Asahikawa Ramen Village, gdzie kilka najsłynniejszych sklepów z okolicy otworzyło swoje oddziały, aby miłośnicy tego dania mogli próbować różnych odmian tego dania w jednym miejscu. Całe Hokkaidō słynie z tej zupy – w Sapporo najpopularniejszy jest bulion z dodatkiem pasty miso, a w Asahikawa z reguły podają go z ogromną ilością sosu sojowego. Dojazd do „wioski” niestety nie należał do najłatwiejszych – pociągi ze stacji głównej kursowały rzadko.

asahikawa3Ostatecznie udało mi się jako tako trafić na miejsce, lecz gdy próbowałam znaleźć autobus z powrotem do centrum, po raz pierwszy autentycznie zgubiłam się w Japonii. Na początku oczywiście wpadłam w panikę. Słońce dawno już zaszło, a ja byłam na jakimś totalnym końcu świata. Mój telefon nie łapał zasięgu i szłam powolutku przez noc ciemną jak smoła „w stronę światła”. Na szczęście po kilkunastu minutach spaceru znalazłam konbini, gdzie miałam nareszcie okazję wypróbować swoje językowe umiejętności i to w sytuacji „kryzysowej”. Poprosiłam ekspedientkę, jąkając się lekko, o zamówienie mi taksówkę. Nie wiem czy po raz pierwszy zobaczyła kogoś z zagranicy, czy wyglądałam przerażająco, tudzież czy powiedziałam coś bardzo dziwnego, ale biedna kobiecina z wrażenia upuściła jakąś paczkę, którą przekładała z miejsca na miejsce. Zawstydziło ją to jeszcze bardziej, więc zaczęła mnie przepraszać i kłaniać się w pas. Teraz jeszcze mniej pewna swoich umiejętności, próbowałam zacząć moją mini-przemowę od nowa. Na szczęście za drugim razem udało się jakoś do niej dotrzeć, taksówka została zamówiona, mój japoński pochwalony, a podstawowe informacje na temat „skąd gaijinka na takim zadupiu” ujawnione. Kilka minut później siedziałam już w taksówce, notabene pierwszej podczas mojego pobytu w Japonii. Nieźle się zdziwiłam, jak drzwi otworzyły się same, niemalże zwalając mnie przy tym z nóg, bo totalnie się tego nie spodziewałam. Białe koronkowe firanki w okienkach, kierowca w bielutkich satynowych rękawiczkach – niby koniec świata, ale klasa musi być!

asahikawa1

Trafiłam jednak na dość gadatliwego taksówkarza i po niezłym językowym treningu doczołgałam się do hotelowego pokoju. Niedługo później spałam już smacznie, nie mogąc doczekać się tego, co w Hokkaidō zafascynowało mnie najbardziej – dzikiej przyrody! Dlatego kolejnego ranka wstałam pełna energii, zjadłam hotelowe śniadanie (ogromna micha ryżu, wodorosty, misonattō, omlet, czyli standard) i wyruszyłam na dobrze ukryty przystanek, skąd miał odjeżdżać autobus do Asahidake (旭岳) w samym sercu parku Daisetsuzan.

W idealnym świecie spędziłabym tam pewnie co najmniej tydzień,. Miałam jednak w planach jeszcze wiele miejsc do zobaczenia na wyspie, więc zdecydowałam się na jeden dzień porządnego chodzenia po górach. Po około godzinie jazdy po wijących się dookoła pięknych wzgórz drogach dotarłam na miejsce do Asahidake-onsen, czyli małego sanatoryjnego miasteczka w górach. Dlatego nie powinno mnie dziwić, że średnia wieku w autobusie (którą ja ostro zaniżyłam) wynosiła jakieś 80 lat. Z miasteczka, w którym nie znajdowało się nic oprócz kilku sanatoriów, pensjonatów i może knajpki czy dwóch, odjeżdżała na górę kolejka linowa. Najchętniej wspięłabym się sama, ale jako że miałam tylko jeden dzień na nacieszenie swoich oczu widokiem góry Asahidake, która jest przy okazji najwyższym szczytem na Hokkaidō, stwierdziłam, że podejdę do tego trochę bardziej na luzie, żeby nie zajechać się już pierwszego dnia wyprawy na północny skraj Kraju Kwitnącej Wiśni.

asahidake1 asahidake2

Momentami dość groźnie chwiejąca się kolejka zawiozła nas na wysokość 1600 metrów. I mimo że może się to wydawać niezbyt wysoko, w ciągu kilku minut znalazłam się w całkowicie innym świecie. Gęsty las zastąpiła tundra, ale o dziwo… pełna kwiatów. Jakoś totalnie zapomniałam o tym, że nie wszędzie w Japonii panują teraz upały i nawet nie wiecie, jaka byłam zachwycona tym, że podczas gdy w Osace czy nawet w Tokio pogoda jest totalnie nie do zniesienia, tutaj mogłam pooddychać rześkim powietrzem, a wieczorami nawet.. lekko zmarznąć. Kto by pomyślał, że półtorej godziny drogi z Kansai i mogę cofnąć się w czasie do wiosny!

asahidake25

asahidake9

Wybrałam jedną z krótszych tras, prowadzącą w pobliże góry i mimo że miała zająć ona godzinę, przystawałam co chwilę, żeby zrobić zdjęcia, powąchać kwiaty, przetestować temperaturę strumienia (niezbyt dobry pomysł) albo po prostu przysiąść na chwilę, aby odetchnąć świeżym powietrzem. Asahidake pnie się 2290 metrów w górę i oznajmia swoją obecność, buchając z ukrytych szczelin siarkową parą. Wtedy był to pierwszy raz, kiedy miałam okazję zobaczyć oddychającą niczym smok wawelski górę, a żółtawy dym na tle malutkich kolorowych kwiatków wyglądał trochę jak nie z tego świata. Masyw Asahidake słynie przede wszystkim z jesiennych kolorów i czerwieniących się liści Japończycy uwielbiają podziwiać czerwieniące się liście, które nazywają kōyō (紅葉). Popularne są wtedy wycieczki po całym kraju w poszukiwaniu najpiękniejszych czerwieniących się liści, ale według mnie magię ma właśnie podziwianie wybuchającej życiem wiosny w środku lata. I to w miejscu, które kojarzy się Japończykom przede wszystkim z jesienią. Pomieszanie z poplątaniem, czyli to co tygryski lubią najbardziej.

Moja wiedza na temat roślin jest niestety dość mocno ograniczona, więc mam nadzieję, że wystarczy Wam określenie ich mianem „pięknych kwiatków”. Jeśli ktoś z Was ma jednak pojęcie, co to za wiosenne wspaniałości, to dajcie znać! Wiedzy nigdy za wiele. Pozostawiam Was teraz jednak z masą zdjęć tej krainy kontrastów, gdzie kwiatki, które ledwo co rozkwitły, rosną kilka metrów dalej od czapy lodu, gdzie strumyk z krystalicznie czystą wodą wije się wśród porośniętej mchem tundrą, którą co kilka metrów pobudza do życia buchająca siarka.

To był dopiero początek mojego pobytu na Hokkaidō, a już obiecałam sobie, że tu wrócę. Następnym razem ubrana bardziej jak japońskie emerytki, w porządnych butach do trekkingu, bijących po oczach kolorami kurtkach i z kijkami do nordic walkingu, którym wyglądem bliżej było do elementów tajemnej broni niż laski wędrowca. Miłość Japończyków do trekkingu nigdy nie przestaje mnie zadziwiać, zwłaszcza że raczej nie należą do specjalnie kochających sport narodów. Z reguły są to raczej osoby w wieku dziadków moich dziadków, a przebierają nogami szybciej niż ja, nie mówiąc już o tym, że ich tempo „powerwalking” ma niezłego pałera. Narzekają w Japonii, że im się społeczeństwo starzeje i jak najbardziej rozumiem ich obawy, bo sytuacja bynajmniej nie wygląda różowo. ALE chciałabym zobaczyć tylu aktywnych seniorów także w Polsce! Nie powiem – pewnie o wiele łatwiej znaleźć motywację w miejscu takim, jak Daisetsuzan, ale polskie góry także mają wiele do zaoferowania. I aż wstyd się przyznać, że więcej czasu spędziłam, chodząc po górach w Japonii czy Korei niż w Polsce. Kiedyś to nadrobię.

A teraz wracam myślami do Anglii, do sterty książek na moim biurku, do eseju o wpływie buddyzmu na politykę w królestwie Silla, do zakuwania słówek, takich jak „dożywotnie zatrudnienie” (終身雇用制度; shūshin koyō seido) czy też do tłumaczenia artykułu z koreańskiego serwisu informacyjnego na temat nowej rezolucji ONZ dotyczącej łamania praw człowieka w Korei Północnej. Czasami już się w tym wszystkim gubię i niemalże zapominam, jak mam na imię, ale o dziwo – im więcej mam do roboty, tym jakoś mi to wszystko lepiej idzie. Nie dość, że czas szybko leci, mam poczucie, że coś robię z życiem, to jeszcze z każdym dniem zbliżam się do egzaminów, do lata i do „prawdziwego życia”, które chcę uczynić jak najmniej nudnym, jak to tylko możliwe. Jak tak porównuję swój japoński do tego, co było te trzy lata temu, kiedy błądziłam gdzieś na przedmieściach Asahikawa, do tego, co potrafię dzisiaj, to jakoś od razu mi lepiej. W głowie pojawia mi się coraz więcej pomysłów na nowe artykuły i pseudo-reportaże na temat Japonii, układam w głowie listę miejsc i problemów, o których chciałabym napisać, a po roku zakuwania dziwnych słówek, może będę mogła już w miarę swobodnie porozmawiać sobie z Japończykami, zwłaszcza w miejscach, gdzie niekoniecznie docierają turyści i o rzeczach, o które przypadkowy cudzoziemiec raczej nie zapyta. Wszystko w fazie planów, ale od czegoś trzeba zacząć. Im więcej nauki, tym mniej czasu na posty, ale staram się w miarę na bieżąco aktualizować tajfunowego Twittera, Facebooka (lajkujcie, jeśli tego jeszcze nie zrobiliście!) i Instagram. Na razie podążę za japońskim odpowiednikiem „bez pracy nie ma kołaczy” i wracam do nauki!

虎穴に入らずんば虎子を得ず (Koketsu ni irazunba koji wo ezu.), czyli dosłownie „Nie wszedłszy do jaskini tygrysa, nie zabierzesz jego młodego”. No pain, no gain!

 

14 comments on “Asahidake (旭岳), czyli wiosna w środku lata

  1. Uwielbiam góry! Szczególnie takie, które są zielone.
    Moją uwagę zwrócił krzaczek z różowymi kwiatami, u nas mówi się na nie serduszka okazała, ale jak poszukałam to jest to jakaś japońska odmiana o nazwie komakusa (コマクサ).
    Resztę też znalazłam, są tam między innymi rododendrony, prymulki i chyba nawet borówka jest. Te białe kwiatki to Sieversia pentapetala, ale nie mogę jakoś znaleźć polskiej nazwy.
    Tutaj jest ładny spis:
    http://www.walkjapan.com/tour/hokkaido-hike/

  2. Ja tu marznę, kołdrą się okrywam, kaloryfery rozkręcam, a Pani Tajfun takie wiosenne cudności pokazuje (i to w środku szarugi jesiennej, nie tam lata…). Dobrze, że nie podłączyłaś jeszcze pliku dźwiękowego ze świergotem skowronków… Nie wiem, czy się cieszyć z tego piękna, co to widzę je na monitorze, czy płakać nad swym marnym losem w tym zimnie, gdzie hula prawie już listopadowy wicher… Pozdrawiam, szczękając zębami…

    • Karolina

      W Polsce to przynajmniej można od czasu do czasu liczyć na śnieg, który zakryje tą szarugę, a w Anglii… jestem skazana na mglistą szarość na kolejne kilka miesięcy 🙁

  3. Ten wpis ma w sobie tyle nowości (jak dla mnie) i akceptowalnej dogłębności opisu ( 😉 ). A także tematu i formy, że jest dla mnie postem tygodnia. A przeglądam ich kilkadziesiąt.
    Będę wpadać tu częściej

    • Karolina

      Cieszę się, że post się podobał i mam nadzieję, że faktycznie będziesz tu od czasu do czasu zaglądał 🙂
      Pozdrawiam serdecznie,
      Karolina

  4. dzięki za wpis, te zielenie poprawiają humor jak patrzy się za okno na tę ponurą, jesienno-zimową okolicę …

    • Karolina

      Dzięki za komentarz! W Anglii także szaro-buro, zimno i mgliście, więc w ramach poprawy humoru (i dbania o swoje zdrowie psychiczne) wracam myślami właśnie do miejsc takich jak Asahidake 🙂

  5. Przepiękne zdjęcia! Kocham góry i sama się rozmarzyłam czytając ten artykuł. Zaintrygował mnie też wygląd taksówki 🙂 Musi to wyglądać naprawdę ciekawie! Pozdrawiam!

    • Karolina

      Japońskie taksówki to jest to 😀 Niestety miałam okazję się przejechać tylko kilka razy, lecz zawsze widok pana w białych rękawiczkach poprawiał mi humor. Wygląda to mniej więcej tak → https://www.flickr.com/photos/lincolnblues/7317054650/

  6. Japonia to piękny kraj, zawsze mnie fascynował. Piękne zdjęcia, jeszcze bardziej zachęciły mnie do jego odwiedzenia. Pozdrawiam 🙂

  7. Jakże tam pięknieeeeeeee! :))))))

  8. wow…niesamowicie tam 🙂 Chyba muszę wybrać się w końcu do Japonii 🙂 Twoje opisy ciekawych i interesujących miejsc w tym kraju, coraz bardziej mnie skłaniają do decyzji by jak najszybciej się tam znaleźć 🙂
    Pozdrawiam 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *