Amsterdam, czyli w krainie rowerów

W Anglii większość moich znajomych od tygodni planowała, co będzie robić w Halloween. Niektórzy wracali do domów, inni kupowali bilety na koncerty i imprezy w Oksfordzie, bądź Londynie, ale mnie żadna z tych wizji specjalnie nie kręciła. Odzwyczajona od tempa moich studiów, byłam już nieźle wykończona po pierwszym tygodniu i myśl o tym, że czeka mnie jeszcze siedem tygodni takiego „hardcore’u” plus kilka tygodni kucia na własną rękę do samych świąt, nieźle mnie przerażała. Bardziej jednak dołowała mnie wizja siedzenia w jednym miejscu, bo jest to coś, w czym nigdy nie byłam dobra. Zatem zamiast się uczyć, rozmyślałam, gdzie by się tutaj nie wybrać. Wybór padł na Amsterdam, bo nie dość, że blisko, to rozważałam wizytę w stolicy Holandii od dawna, a jakoś tak wyszło, że planowany wyjazd rodzinny owszem udał się, ale beze mnie.

Dlatego kupiłam bilet, zarezerwowałam hotel i wybrałam się na weekend z dala od książek, słowników i… komputera. Tak, totalny detoks, bez specjalnego planowania, bez konkretnego zwiedzania, po prostu – kilka dni spędzone na spacerach od samego świtu, jedzeniu gorącej michy owsianki w łóżku albo owocowych deserów w jednej z pobliskich kawiarni. Z bardziej turystycznych atrakcji myślałam, że uda mi się choćby zwiedzić muzeum van Gogha, lecz kiedy wybrałam się tam w niedzielę rano, aby ominąć kolejki, „bo przecież jaki szaleniec wstanie o 8 w niedzielę do muzeum”, gorzko się zawiodłam, bo na ten sam pomysł wpadła bodajże setka chińskich turystów…

SONY DSC

Poranny spacer po Vondelpark

SONY DSC SONY DSC SONY DSC SONY DSC

Zatem, nie do końca mam tu o czym pisać. Nie będę też udawać, że na temat holenderskiej kultury czy języka cokolwiek wiem, poza tym, że kiedykolwiek słyszę niderlandzki, to mam niezłą zagwozdkę, jak w ogóle możliwe jest wymawianie niektórych z tych gardłowych dźwięków. Mimo mojej ignorancji, miasto mnie totalnie zauroczyło! Nie wiem czy zawsze jest ono takie piękne, czy to magia spacerów wzdłuż ciągnących się w nieskończoność kanałów o wschodzie słońca, kiedy dookoła nie ma prawie nikogo, nie licząc może biegaczy, albo wracających z imprez młodych Holendrów, lekko kołyszących się na swoich rozklekotanych rowerach.

SONY DSC

Tuż po wschodzie słońca…

SONY DSC

Totalne pustki! 

SONY DSC

Rower z przyczepionymi kwiatkami – z chęcią bym takim pojeździła.

SONY DSC SONY DSCSONY DSC SONY DSC

Chodziłam wzdłuż kanałów od rana, do nocy, przystając co chwilę, a to w jakimś malutkim sklepie z ręcznie robioną biżuterią czy też ekologiczną odzieżą, których pełno wśród tak zwanych „dziewięciu uliczek” – De Negen Straatjes. Spędziłam bodajże z pół dnia w księgarni, gdzie książki uporządkowane były według kraju, z którego pochodzi autor, bądź o którym dana książka jest. A na moje (nie)szczęście, większość z nich była po angielsku, a dział japoński należał do najliczniejszych, więc wtedy, kiedy większość turystów zwiedzała dom Anny Frank, bądź Muzeum Narodowe, ja siedziałam na podłodze, przeglądając przewodniki na temat azjatyckich państw i patrząc na to, czy są jakieś książki z państw, o których mało co wiem. Nie mogąc się zdecydować na żaden zakup, wyszłam stamtąd jedynie z jednym tomem – „Bogiem rzeczy małych” Arundhati Roy, do której przymierzałam się od wieków, lecz zawsze, kiedy przychodziło do wyboru kolejnej lektury, o jej istnieniu zapominałam.

SONY DSC

Bloemenmarkt – rynek z kwiatami nad kanałem

SONY DSC SONY DSC

Wyjeżdżając z Oksfordu, żegnał mnie zimowy wiatr, słota i ekstremalnie depresyjna pogoda. Amsterdam za to zlitował się nade mną i pobłogosławił słońcem i wręcz upałem, jak na jesienne warunki. Kto by pomyślał, że na początku listopada będę spacerować w krótkim rękawku? Albo że będę mogła siedzieć w kawiarni na zewnątrz, czytać zaległe numery „The Economist” i nie trząść się przy tym z zimna? Albo że będę siedzieć przy jednym z kanałów z torbą świeżo usmażonych frytek (bez majonezu, lecz z musztardą!) i cieszyć się promieniami słońca? Nie wiem czym zasłużyłam sobie na taki weekend, ale muszę powiedzieć, że był wspaniały.

SONY DSC

SONY DSCSONY DSC

SONY DSC SONY DSC SONY DSC SONY DSC

Udało mi się całkowicie wyluzować i zrelaksować, a poziom stresu znacznie spadł – nareszcie udało mi się przespać bez przerwy noc i nie budzić się o dziwnej porze bez większego powodu. Mimo że staram się w miarę regularnie uprawiać jogę, już dawno nie spędziłam tyle czasu na powietrzu, nie wspominając już o pięknym otoczeniu, które działało jak niezawodny lek na wszelkiego typu ciemne myśli. Amsterdam zdaje się być perfekcyjnym miejscem na jesienne spacery; czysto, schludnie, pachnąco, mało samochodów, pełen luz. Co kawałek można wejść do jakiejś kawiarenki, bądź piekarni, wypić kubek ciepłej kawy (a kawę, trzeba przyznać, robią dobrą!), zjeść dobrą kanapkę i kontynuować to luzackie szwendanie się.

amsterdam58

Kawiarnia, w której zjadłam jedno z najlepszych śniadań w ostatnim czasie

amsterdam59

Jedną z rzeczy, która najbardziej zapadła mi w pamięci była wizyta w tureckiej restauracji, urządzonej w byłym kościele. Tutaj nikogo to nie rusza, ale mnie skłoniło jakoś do przemyśleń. Niekoniecznie na temat upadku wiary, lecz bardziej podejścia ludzi do takich spraw. Miło wiedzieć, że w Holandii nie robi się niczego na siłę – są przecież Kościoły, do których ludzie chodzą tłumnie, ale jakoś nikt nie upiera się, żeby na siłę utrzymywać te, które od lat świecą pustkami. Ile razy widziałam w Polsce kapliczki bądź kościółki w stanie totalnej rudery, lecz nikt nie waży się niczego z tym zrobić, bo to „święte” i „nietykalne”. A ja bym chciała, żebyśmy się kiedyś zainspirowali podejściem do spraw wiary bardziej na luzie. I w ogóle, do większej tolerancji. Nie wiem czy to kwestia tego, że byłam w samiutkim centrum Amsterdamu, który zapewne nie oddaje do końca atmosfery całego kraju, ale czułam się jakoś… wyjątkowo dobrze. Ucieszyłam się niezmiernie, że wybrałam Amsterdam, a nie Paryż, jak początkowo było w planach, bo bez znajomości francuskiego i z dość brytyjskim akcentem, spotykam się we Francji zawsze z dziwną reakcją. Nie wspominając już o tym, jak traktują weg(etari)an – nie ma i już. W Holandii nie miałam z tym żadnych problemów, wszyscy mówią biegle po angielsku, nie ma problemu z wytłumaczeniem, o co mi chodzi, co mogę, a czego nie mogę jeść. Pełen luz.

amsterdam63 amsterdam62 amsterdam61 amsterdam60 SONY DSC

SONY DSC SONY DSC SONY DSC SONY DSC SONY DSC SONY DSC SONY DSC

Do czasu. Przyznam szczerze, że Amsterdam zafundował mi także sporą dawkę dyskomfortu. Zastanawiacie się, co takiego mogło rozedrgać mą jakże „tolerancyjną” duszę? Otóż, idę sobie wzdłuż kanału, robię bodajże tysięczne zdjęcie a la „barki na kanale” tudzież „rowery na moście” i idę przed siebie, totalnie nie zastanawiając się nad tym, gdzie jestem i dokąd zmierzam. Kanały zrobiły się jakby węższe, domki nieco mniejsze, minęłam jeden kościół i następny i uświadomiłam sobie, że o to stare miasto. Ale pięknie! Jak klimatycznie! – pomyślałam, ale sekundę później sama nie wiedziałam, z czym to wszystko zjeść. Otóż, znalazłam się w słynnej „dzielnicy czerwonych latarni”, czyli De Wallen.

SONY DSC

Amsterdam w ciepły jesienny wieczór? Magia!

SONY DSC SONY DSC SONY DSC SONY DSC SONY DSC

Chciałabym zaznaczyć, że staram się walczyć z seksualnymi tabu i uważam, iż każdy ma prawo robić w swojej sypialni, cokolwiek tylko jego dusza zapragnie. Nie gorszył mnie specjalnie widok nagich kobiet, ubranych w bieliznę, która w ich mniemaniu (albo w opinii większości turystów) była seksowna, lecz forma tego całego przedsięwzięcia. Znudzone twarze styranych kobiet, schowane pod grubą warstwą makijażu i sztucznym uśmiechem numer 17. Większość z nich wyglądała na imigrantki z Azji Południowo-Wschodniej, bądź Europy Wschodniej. Od razu zaczęłam się zastanawiać, ile z nich jest tutaj z własnej woli, czy faktycznie mają zapewnione odpowiednie prawa i opiekę. I dlaczego rozchichotani nastolatkowie uważają to za raj na ziemi, bo dla mnie było to miejsce po prostu niesamowicie smutne. Czerwone neony w środku dnia trąciły/emanowały kiczem, uliczki przepełnione były kłująco-słodkawym zapachem marihuany, dochodzącego z licznych coffee shops. Schowałam aparat, nie chciałam wyglądać na turystkę, nie wiem czemu, ale poczułam w sobie jakiś strach, widząc wzrok niektórych z tych kobiet. Mimo wyzywającej pozy, makijażu, uśmiechu, wiele z nich zdawało się patrzeć w dal i w ich oczach było widać tylko… pustkę.

SONY DSC

Samo serce Amsterdamu, nieopodal „dzielnicy czerwonych latarni”

SONY DSC

Położony w „dzielnicy rozkoszy” kościół Oude Kerk

SONY DSC

Przy Oude Kerk znajduje się przeurocza kawiarenka i gdyby nie fakt, że kilkanaście minut temu zjadłam lunch, z chęcią bym spędziła tam trochę czasu

SONY DSC

Przerażające lalki napotkane w jednej z wąskich uliczek… Aż mnie ciarki przeszły.

SONY DSC SONY DSC SONY DSC SONY DSC SONY DSC SONY DSC SONY DSC SONY DSC

Tak jakby ktoś pstryknął palcami – pstryk – jakoś odechciało mi się wszystkiego. Dosłownie w mgnieniu oka. Ale po tym jak wyszłam z zakopconej od jointów uliczki, znalazłam przyjemną kawiarenkę nad kanałem z dala od blasku neonów i uświadomiłam sobie, że nie chcę nigdy mieć takiego pustego spojrzenia. Nie chcę już nigdy więcej robić czegoś, czego nie cierpię, tylko dlatego, bo ktoś mi każe, bo tak wypada, bo powinnam. Nie chcę tutaj w żadnym wypadku porównywać swojego losu do tych kobiet z De Wallen, lecz po prostu… Tak jakoś zainspirowało mnie to do własnych przemyśleń. Że jest na tym świecie dużo do naprawienia i byłabym wniebowzięta, gdybym w jakiś sposób mogła pomóc. Nie mówię tutaj koniecznie o wolontariatach, akcjach charytatywnych, pochodach czy manifestacjach. Raczej chodzi mi o to, kim ja jestem i co sobą reprezentuję. Chciałabym móc kiedyś powiedzieć, że zainspirowałam kogoś do czegoś dobrego. Nieważne czy byłoby to podróżowanie z uwzględnieniem miejscowych zwyczajów, zastanowienie się nad tym, skąd pochodzi jedzenie na naszym stole, przejażdżka rowerem zamiast samochodem do pracy czy też pomoc w obowiązkach domowych. Ludzie co chwilę się dziwią, że jak to nie jem mięsa (chociaż teraz numerem jeden jest pytanie „ale skąd bierzesz białko?”), dziwią, że noszę ze sobą płócienną torbę na zakupy, a zamiast podjechać jedną stację metrem, wolę się przejść piechotą. Nie, nie jestem idealna. Co chwilę uświadamiam sobie, że kurde, Karolina, spójrz dookoła siebie, możesz to i to poprawić, to robić lepiej, w tej kwestii się jeszcze postarać… I nie powiem, te głosy w mojej głowie doprowadzają mnie nieraz do niezłego stresu. Ale potem przypominam sobie te puste spojrzenia, wracam do wywiadów z inspirującymi ludźmi czy książek  (na przykład Terzaniego czy Kapuścińskiego) i stwierdzam, że trzeba coś z tym światem zrobić. A zacząć trzeba od siebie. Inaczej będę po prostu hipokrytką. A tych na świecie już naprawdę pod dostatkiem.

SONY DSC SONY DSC

 

 

Karolina

autor:

Cześć! Mam na imię Karolina. Jestem absolwentką japonistyki na Oxfordzie i piszę tutaj głównie o Azji Wschodniej. W wolnych chwilach czytam, gotuję wegańskie pyszności i próbuję wymyślić, jak choć trochę ulepszyć świat.

Comments (14)

  1. Pogoda dopisała Ci niesamowicie 🙂
    Te lalki są przerażające!

    • Karolina

      Co prawda, to prawda! Sama byłam nieźle zdziwiona, że na początku listopada, mogę sobie chodzić w T-shircie i zajadać lody. Oczywiście w cieniu lub wieczorem nie było już tak błogo, ale i tak było niesamowicie 🙂
      Jak zobaczyłam te lalki, to prawie dostałam zawału!

  2. Naprawdę piękny wpis, widać w nim twoją duszę. Jako twoja czytelniczka mogę śmiało powiedzieć, że twoje pisanie robi dużo dobrego. Pokazujesz gdzie można czerpać radość z życia i inspirujesz do podążania własnym tropem. Sama wzięłam się za siebie i zaczynam pracować nad sobą, również chcę się dzielić pięknem otaczającego mnie świata i pokazać swoje pasje. Uwielbiam takich ludzi jak ty. Przypominają mi o prawdziwym sensie życia.
    A co do Amsterdamu to wygląda na bardzo czysty, a niektóre rowery wyglądają jakby były pomalowane i zastawione specjalnie jako symbol i obiekt do podziwiania.
    Drogie były cebulki kwiatów? Chyba bym oszalała w tym kwiatowym raju.
    Pamiętam jakim szokiem było dla mnie drugie życie kościołów gdy zawitałam po raz pierwszy do Aberdeen. Byłam wręcz oburzona faktem, że w miejscu sakralnym można zorganizować pub czy dyskotekę. Potem, jak już bardziej poznałam moje otoczenie zrozumiałam, że w tym szaleństwie jest metoda, a polskie plebanie mogłyby się niejednego nauczyć od tutejszych. Chyba największe wrażenie wywarła na mnie ilość eventów charytatywnych organizowana codziennie dla różnych grup docelowych, a mały basen dla dzieci ukryty pod… ołtarzem był dla mnie szczytem wszystkiego i od tamtego momentu mój światopogląd bardzo się zmienił. Właściwie jest to temat na osobny wpis, którego może kiedyś się podejmę.

    • Karolina

      Wielkie dzięki za tak miłe słowa. Sama nadal szukam tej radości z życia i przyznam szczerze, że na co dzień nie przychodzi wcale tak łatwo. Powtarzam sobie jednak, że jak napiszę o tym kilka razy, to może wreszcie zacznę mniej rozmyślać, a bardziej działać. Zawsze byłam perfekcjonistką i starałam się robić wszystko jak najlepiej, no i robić to co lubię, nawet jeśli inni dookoła woleliby, żebym się ustatkowała wreszcie. Tak już mam, ale nie powiem, że to łatwe, bo zawsze ktoś obok zaczyna zadawać pytania w stylu: „ale co potem będziesz robić”, a „a jak wyżyjesz”, „wszystko fajnie, ale poszukaj też normalnej pracy”, tak jakby ta nasza polska normalność i ustatkowanie było ideałem życia. A dla mnie nie jest, więc szukam (i błądzę). Nie mam pojęcia jaki jest „prawdziwy sens życia”, ale bycie po prostu szczęśliwym i olanie opinii innych, którzy często niezbyt wiele o mnie wiedzą, zdaje się pomagać w osiągnięciu tej życiowej radości. W końcu to ja jestem ze sobą 24/7, a nie jakiś tam znajomy, co go widzę raz na rok…
      Wracając jednak do Amsterdamu – jest niesamowicie czysty! Całe tłumy ludzi na rowerach, a spora część samochodów to auta hybrydowe lub elektryczne. Może nie jest tak czysto jak w Japonii, ale nieźle się zdziwiłam. Czyściutko, przyjemnie, można by tak chodzić wśród kanałów od rana do nocy. Co zresztą robiłam przez te kilka dni!
      Co do cen cebulek – nie mam zielonego pojęcia. Przyglądałam się bardziej kwiatom niż cenom, jako że i tak nie miałabym co z tymi cebulkami zrobić. Wiem jednak, że kilka lat temu moi rodzice przywieźli z Amsterdamu trochę cebulek i mówili, że nie były wcale takie drogie. Wyrosły pięknie w ogrodzie i teraz co wiosnę mogę się zrelaksować wśród kolorowych holenderskich tulipanów 🙂

  3. Od dawna marzy mi się zobaczenie Amsterdamu i mam nadzieję, że kiedyś mi się to uda 😀 Zwłaszcza, że w tym roku matura, to może później w trakcie prawdopodobniej najdłuższych, bo czteromiesięcznych wakacji mego życia (a jak nie zdam matury to nawet całorocznych), uda mi się go odwiedzić choćby na weekend. Wyczytałam ostatnio (bodajże na wydaczeni.blogspot.com) że gdzie jak gdzie, ale w Holandii to świętują Halloween z rozmachem. Chociaż jestem wierząca i nie obchodzę Halloween ze względu na dzień Wszystkich Świętych (a także to, że jest to amerykańskie święto, a nie nasze i jakoś nie specjalnie rajcuje mnie wszystko to, co amerykańskie – znalazła się hippiska, ot co 😛 chociaż kawa którą można było kupić w Starbucksie była pyszna), to jednak chciałabym to zobaczyć i wziąć udział.

    Jedni ludzie jarają się Londynem, a mnie jara właśnie Amsterdam. Nie wiem dlaczego – nie wynika to bynajmniej z mojego zainteresowania kulturą tego kraju, czy językiem (moi kuzyni mają w szkole flamandzki jako język obowiązkowy i szczerze go nienawidzą), tylko jakoś właśnie kojarzy mi się z miastem raju. Ale bynajmniej nie chciałabym tam mieszkać 😉 Sądzę, że wystarczyłoby mi odwiedzenie go i spojrzenie własnym okiem na kilka zabytków.
    Jak długo byłaś w Amsterdamie?

    • Karolina

      W Amsterdamie byłam trzy dni, czyli wystarczająco długo, żeby się nim trochę nacieszyć, ale zdecydowanie za krótko, żeby go naprawdę poznać. Ale z pewnością do niego jeszcze kiedyś wrócę!
      Szczerze mówiąc, nie robiłam niczego specjalnego na Halloween, zajadałam się pewnie jakimś pysznym wege jedzeniem i nawet niespecjalnie zdałam sobie sprawę, że to Halloween. Niezbyt je obchodzę, bo po prostu nie jestem przyzwyczajona i niezbyt mnie to kręci, ale podoba mi się to, że wiele restauracji i kawiarni z tego powodu miało w menu różne dania z dynią, bo ją uwielbiam.
      No i powodzenia z maturą! Na pewno zdasz 🙂 Jeszcze sporo czasu, a potem długie wakacje, które miło wspominam do tej pory… Ach to były czasy!

  4. Pamietam ze wiele rowerow w Amsterdamie bylo wlasnie przystrojone kwiatkami, jeden mial plastikowy trawniczek na bagazniku. No i super koszyki i torby na rower, wtedy wlasnie zakochalam sie w torbach Basil i sobie taka sama sprawilam.

    • Karolina

      Strasznie mi się te rowery miejskie spodobały i jak kiedyś zamieszkam dłużej w jednym miejscu niż na kilka miesięcy to z pewnością sobie taki sprawię 🙂 Najlepiej jakiś kolorowy, żeby można go było przystroić kwiatkami i poprawiać sobie (i wszystkim dookoła) humor !

  5. I przypomniał mi się stary dobry M. Jackson i Man in the Mirror 😉 Zawsze trzeba zacząć od siebie! I tak trzymać!
    Piękny ten Amsterdam! Chcieliśmy wybrać się latem, ale cena noclegów trochę przerastała nasz budżet w tym czasie. Szczególnie nocleg Luśki kosztował krocie. Musimy trochę upaść naszą świnkę-skarbonkę, ale zdecydowanie się wybieramy 🙂 Buziaki!

    • Karolina

      Amsterdam zdecydowanie polecam – dobre jedzenie, sympatyczni ludzie no i miasto samo w sobie przepiękne. A na dodatek akurat podczas weekendu, kiedy tam byłam, miałam niesamowitą pogodę, więc po prostu żyć nie umierać 😀 Na szczęście ceny noclegu w Amsterdamie są o wiele bardziej ludzkie poza sezonem, więc udało mi się spędzić tam weekend bez bankructwa 🙂

  6. Pingback: Amsterdam - miasto kanałów | Love Traveling

  7. Faktycznie Amsterdam to raj dla rowerów i rowerzystów. Trochę gorzej mają za to kierowcy, bo osoby poruszające się na jednośladach są niczym święte krowy 😉 Miasto ma swój specyficzny klimat, muszę wybrać się tam raz jeszcze, bo podczas pierwszej wizyty panował tam totalny chaos… teraz chcę wszystko zobaczyć „na spokojnie”.

  8. soczewka

    Dzisiaj rano w radiu wysłuchałam audycji nt. Korei Płd. z Twoim udziałem i postanowiłam zajrzeć na bloga. Przeczytałam niemal wszystkie wpisy i muszę dodać, że z przyjemnością. Podoba mi się Twoje spojrzenie na świat i podejście życiowe. Życzę powodzenia w realizacji planów! Nawiązując do wycieczki do Amsterdamu, to koniecznie musisz tam wrócić, żeby „odstać swoje” w kolejce do Muzeum Van Gogha, bo naprawdę warto. Kiedy wcześniej oglądałam „obrazki” – reprodukcje „Słoneczników”, czy różne odsłony „Pól pszenicy” wydawały mi się takie zwyczajne, ale kiedy zobaczyłam oryginały byłam oszołomiona i zaczarowana. Do dzisiaj pamiętam, jak niesamowite wrażenie zrobiły na mnie. To trzeba zobaczyć w oryginale! Polecam!

    • Karolina

      Dziękuję za miłe słowa! Do Amsterdamu z chęcią wrócę – bardzo mi się tam spodobało. No i wygląda na to, że będę musiała „odstać swoje” 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *