Kim są Koreańczycy? – między prawdą a mitem

Każdy ma inną wersję tego, co oznacza być na przykład Polakiem. Dla jednych oznacza to osobę, która mieszka w Polsce, dla innych będzie to dziecko polskich rodziców, a jeszcze inni stwierdzą, że wymaganiem jest mówienie po polsku. Schody zaczynają się, w przypadku, gdy dziecko ma na przykład jednego rodzica nie-Polaka, nie mieszka w Polsce, a po polsku mówi tylko w domu. Albo w ogóle. Jednak dla większości będzie to nadal oznaczało, że jest Polakiem, bo przecież ma w sobie „polską krew“.

Dlaczego trudno nam nazwać Polakami na przykład Wietnamczyków, którzy mieszkają w Polsce od kilkudziesięciu lat, mówią po polsku, obchodzą polskie święta, a ich dzieci uczęszczają do polskich szkół? Zawsze zastanawiało mnie to, gdzie ludzie kreują granice definicji „polskości“. Niektórzy próbują wmawiać społeczeństwu, że „Polska dla Polaków“, ale kim tak naprawdę są Polacy? Nie ma przecież żadnego genetycznego wyróżnika, jesteśmy mieszanką genów z całej Europy i świata. Jak nieraz słucham wypowiedzi narodowców i innych nieszczęśliwych ludzi, to zastanawiam się, kiedy zaczną nawoływać do czystego faszyzmu, bo przecież  fiksacja na tym punkcie właśnie tak się kończy.

Niestety nie tylko my budujemy swoją tożsamość na micie polskości, cokolwiek on nie oznacza. Nie jesteśmy w tej kwestii w żaden sposób wyjątkowi; Brytyjczycy nadal odwołują się do imperialnej historii i co chwilę rzucają komentarze w stylu, „bo my Brytyjczycy tak mamy.“ Japończycy mają na tym punkcie kompletnego bzika – w każdej księgarni znajdziecie regał uginający się o książek o tematyce Nihonjinron (日本人論), czyli o tym, co to znaczy być Japończykiem. Wielu Japończyków nadal jest w dziwny sposób przekonanych, że są jakąś wyjątkową rasą, która nie ma nic wspólnego z kontynentem. Mimo że od wojny trochę już minęło, nadal tkwi w japońskim społeczeństwie przeświadczenie o jakiejś wyższości. I wszelkie wydarzenia i tradycje tłumaczone są właśnie „japońskością“.

Jak wygląda to jednak u Koreańczyków? Tutaj też nie powinno nikogo zdziwić, że teoretyzowanie na temat koreańskości ma się bardzo dobrze. Jednak zanim postaram się jako tako odpowiedzieć na pytanie, kim tak naprawdę są dzisiejsi Koreańczycy, musimy najpierw spojrzeć na samo znaczenia słowa „Koreańczyk“. Aby to zrobić, cofnijmy się sporo w czasie, aby dotrzeć do sedna sprawy, czyli momentu, kiedy zaczęła się pojawiać świadomość istnienia Korei i związanej z tym tożsamości narodowej.

Pierwsi ludzie, którzy pojawili się dawno, dawno temu na półwyspie koreańskim nie mieli nic wspólnego z tym, co dzisiaj nazywamy Koreą; pierwsze fundamenty państwowości zaczęły się formować dopiero w szóstym wieku. I nie mówimy tutaj bynajmniej o Korei, lecz o „Trzech Królestwach” (삼국시대 / 三國時代), które znajdowały się wtedy na półwyspie.

britannica.com

britannica.com

Ludzie zamieszkiwali te tereny na długo przed tym, jak królestwa te zaczęły się formować. Czy można o nich powiedzieć, że byli Koreańczykami? Pierwsi na półwysep przybyli ponoć tak zwani Yemaek (예맥 / 濊貊)1, prawdopodobnie tunguskiego pochodzenia. (Ciekawe jest jednak pochodzenie samej nazwy „Tungusi” – otóż pojawiła się ona dopiero w XVIII wieku, stworzona przez Jakutów. „Tongus” w ich języku oznacza „świnię”2, lecz rosyjscy etnografowie tamtych czasów, na przykład Siergiej Szirokorogow, błędnie przekonani, że określenie to odnosi się do mieszkańców tego rejonu3, zaczęli używać go w swoich pracach naukowych.) Około trzy i pół tysiąca lat przed naszą erą, spore grupy plemion Ye, Maek i Puyŏ przywędrowały na półwysep. Kolejna fala imigracji nastąpiła około 1200 lat p.n.e. kiedy to upadła dynastia Shang – tym razem byli to “wschodni barbarzyńcy”, jak zwali ich Chińczycy, a po koreańsku określani mianem Tong-i4. Dlatego ludzie, których uważamy za Koreańczyków, są mieszanką wielu różnych grup etnicznych, które pojawiły się na terenie dzisiejszej Korei tysiące lat temu, nie wspominając już o ciągłym kontakcie z mieszkańcami archipelagu japońskiego i ludami zamieszkującymi kontynentalne Chiny.

Wydawałoby się, że określenie tego, kim są Koreańczycy, nie powinno być aż takie trudne, zwłaszcza, że dysponujemy dzisiaj dość wysokim poziomem nauki i nie ma większych problemów z określeniem genomu. Niestety tożsamość narodowa oparta jest na wszystkim, lecz nie na nauce. Zamiast skupić się na faktach I na tym, że pierwsze ludzkie szczątki odnalezione na półwyspie liczą sobie ponad 21,000 lat5, w sporej mierze do dziś tożsamość narodowa Koreańczyków opiera się na legendach. Japończycy mają swoją szintoistyczną mitologię, według której pochodzą oni od bogini Amaterasu (天照) i Koreańczycy nie zostali w tej kwestii w tyle. Wiele szeroko rozpowszechnionych i popularnych teorii opiera się na micie stworzenia koreańskiej „rasy” przez Tan’guna (단군 / 檀君), wnuka boga Hwanina (환인 / 桓因), „Władcy Niebios”.

san-shin.org

san-shin.org

Mit o Tan’gunie zasługuje na uwagę, bo jakkolwiek w wielu kwestiach przypomina znane nam motywy, jak to człowiek, syn boga, zstępuje na ziemię, aby ocalić ludzi, trochę się jednak różni. Mit zapisany jest w Samguk Yusa, „Legendach z trzech królestw”, dziele, które powstało pod koniec XIII wieku i jest jednym z najważniejszych skarbów koreańskiej kultury. Zanim jednak dojdziemy do tego, jak Tan’gun został założycielem pierwszego koreańskiego państwa, cofnijmy się do jego ojca, Hwanunga. Hwanungowi znudziło się życie w niebiosach i postanowił zakosztować życia wśród ludzi. Udało mu się jakoś ubłagać swojego ojca, Hwanina, który wybrał na miejsce jego zstąpienia na ziemski padoł górski łańcuch T’aebaek (태백산). Zrobił to jednak z przytupem – wziął ze sobą mistrza wiatru i deszczu, a także mistrza chmur, po czym zabrał się za nauczanie mieszkańców ziemi różnych umiejętności. A jako, że było tych umiejętności prawie trzysta sześćdziesiąt, ludzie dzięki niemu zaczęli pojmować rzeczy od uprawiania roli, poprzez leczenie chorób, znaczenie dobra i zła, itp.

W tym czasie, mieszkająca nieopodal tygrysica i niedźwiedzica modliły się do Świętego Hwanunga, aby pozwolił im przybrać ludzką postać. Dał im on zatem wiązkę piołunu i po dwadzieścia ząbków czosnku i powiedział, że jeśli zjedzą to i ukryją przed słońcem na sto dni, zamienią się w ludzi. Po dwudziestu jeden dniach, niedźwiedzica zamieniła się w kobietę, lecz tygrysica nie była w stanie wytrwać i wybiegła z jaskini na słońce. Niestety, niedźwiedzica nawet mimo tego, że była teraz kobietą, była samotna. A nie pragnęła niczego bardziej niż dziecka. Modliła się zatem dzień i noc pod świętym drzewem, z nadzieją, że Hwanung zlituje się nad nią kolejny raz. Tak też się stało, Hwanung nie mogąc patrzeć na jej cierpienie, przybrał ludzką postać i spłodził z nią syna. Synem tym był właśnie Tan’gun, pierwszy władca Koreańczyków.

blog.ohmynews.com/phanjewel

blog.ohmynews.com/phanjewel

Tan’gun, kiedy już trochę dorósł, założył państwo Chosǒn (조선 / 朝鮮) czyli “Kraj Porannej Ciszy” – nie mylcie go z państwem Chosǒn, które istniało od 1392 do 1897 roku. Miało to ponoć miejsce w 2333 roku p.n.e., czyli całkiem niedawno, zwłaszcza, że ludzie żyli na półwyspie już dobre kilka tysięcy lat. Warto dodać, że Tan’gun uznawany jest często nie tylko za przodka Koreańczyków, ale ludzkości w ogóle. Wielu badaczy zwraca uwagę na fakt, że mit ten, skupiający się na kulcie niedźwiedzia, potwierdza sporą rolę ludów przybyłych z terenów Syberii, co w jakiś sposób zgadza się z naukowymi teoriami. Jednakże opowieść o Tan’gunie wykracza poza prostą mitologię – była ona przez długi czas źródłem koreańskiej tożsamości narodowej, „narodowej duszy”, zwanej kukhon (국혼 / 國魂).

W każdym razie kult Tan’guna wcale nie jest popularny od zarania dziejów, lecz jest odpowiedzią na szintoistyczną ideologię narzucaną przez Japończyków. Im bardziej okupujący Koreę Japończycy starali się siłą wpoić niebiańskie pochodzenie cesarza, tym bardziej Koreańczycy się buntowali. Legenda, która zaginęła w całej masie mitologicznych przypowieści i wierzeń, nagle zaczęła być znowu niesamowicie popularna. Na tyle, że w 1902 roku powstała religia Tan’gun-gyo (단군교 / 檀君敎), która stawiała w sercu swego kultu właśnie Tan’guna. Mieszanka mitów z wątkiem martyrologicznym trafiła na dość żyzny grunt i szybko stała się popularna. O dziwo, istnieje ona do dziś, lecz nie wiadomo do końca, ile osób ją wyznaje. Mimo że kościół Tan’guna twierdzi, że liczba ta przekracza milion, według spisu ludności w 1995 roku, wyznawców jest mniej niż dziesięć tysięcy.

globaldiscussion.net

globaldiscussion.net

Co ciekawe, mit Tan’guna używany jest zarówno przez Koreańczyków z Południa, jak i Północy, aby udowodnić tej drugiej stronie (i całemu światu), że to właśnie oni są tymi „prawdziwymi Koreańczykami”. W 1993 północnokoreańska stacja radiowa poinformowała świat o znalezieniu grobu Tan’guna i jego żony na zboczu góry T’aebaek, nieopodal Pjongjangu. Od razu podano całą masę szczegółów, na przykład takie, że kości miały około 5011 lat6 oraz że w grobie znaleziono także koronę z brązu i cały szereg innych ozdób. Nie powinno nikogo zdziwić, że archeologowie z Południa od razu głośno skrytykowali te doniesienia – najstarsze znalezione przedmioty z brązu na całym półwyspie mają w końcu niecałe trzy tysiące lat7, więc wielce wątpliwe jest, że nagle znaleziono by takie skarby i to prawie dwukrotnie starsze. Oficjalna biografia Kim Jong-Ila twierdzi, iż urodził się on na górze Paektu-san (백두산 / 長白山), gdzie narodził się Tan’gun. To nic, że istnieje dokumentacja potwierdzająca, że mały Kim nie przyszedł na świat na świętej górze, lecz w malutkiej wsi Wiatskoje (Вя́тское) koło Chabarowska. W żaden sposób nie przeszkadza to północnokoreańskiej propagandzie na rozpowszechnianie legendy, jakoby ich były lider urodził się tam, gdzie założyciel pierwszego koreańskiego państwa. A jak dodamy do tego jeszcze fakt, że domniemany grób Tan’guna znajduje się tuż przy stolicy Korei Północnej, mamy tutaj (przynajmniej według KRLD) wystarczający argument, potwierdzający, że to oni są tymi „prawdziwymi” Koreańczykami.

www.flickr.com/photos/rietje/6317618278/

www.flickr.com/photos/rietje/6317618278/

Warto zwrócić jednak uwagę, że sami Koreańczycy nie są do końca zgodni w kwestii tego, co oznacza bycie Koreańczykiem. Zależy to między innymi od miejsca, w którym żyją; mieszkańcy Korei Południowej nazywają siebie Han’guk saram (한국 사람) – Han’guk, czyli „Państwo Hana” to współczesne określenie Korei, nawiązując między innymi do jednej z grup, która walczyła na początku XX wieku o niepodległość przeciwko japońskim najeźdźcom, a mianowicie Koreańskiemu Rządowi Tymczasowemu – zwanemu po koreańsku Daehan Minguk Imsi Jeongbu (대한민국 임시정부, 大韓民國臨時政府). Natomiast ci z Korei Północnej nazywają siebie Chosŏn saram (조선 사람), odnosząc się tym samym do legendarnego pierwszego państwa, wspomnianego wyżej królestwa Chosŏn. Nie można zapomnieć także o Koreańczykach, mieszkających poza granicami obu Korei – Koreańczycy z Azji Centralnej nazywają siebie Koryŏ saram (고려 사람), przywołując istniejące w latach 918-1392 królestwo o tej samej nazwie, a Ci, którzy mieszkają w Chinach, określają siebie mianem Chosŏnjok (조선족) albo Cháoxiǎnzú (朝鲜族), ponownie odwołując się do nazwy Chosŏn, tak jak ma to miejsce w KRLD. W końcu na przestrzeni wieków granice koreańskich królestw się przesuwały, wielu Koreańczyków wyemigrowało, czy to w ramach wojen, czy też dobrowolnie, dlatego warto ich wziąć także pod uwagę, analizując znaczenie „koreańskości”. Przecież to, że nie mieszkają w Korei, a na przykład w koreańskiej autonomicznej prefekturze Yanbian (延边) w chińskiej prowincji Jilin (吉林), gdzie prawie 1/3 mieszkańców stanowią Koreańczycy, nie sprawia, że są gorszymi Koreańczykami?

wikipedia.org

wikipedia.org

Próbując odpowiedzieć sobie na pytanie, jakie są korzenie koreańskiej narodowej tożsamości, niestety zaczyna się brodzić w masie pseudo-naukowych prac, które mają o wiele więcej wspólnego z propagandą, podkreślającą wyjątkowość „koreańskiej rasy”, która nieraz jest nazywana wręcz „świętą rasą” (shinsŏng chongjok)8. Podjęto liczne próby udowodnienia, że Koreańczycy są tak naprawdę jednolitą rasą (t’ujaengsa)9, całkowicie niezależną kulturą, odrębną od tej chińskiej czy japońskiej. Krótka analiza tej nacjonalistycznej hagiografii daje nam wgląd w świadomość Koreańczyków i fakt, że spojrzenie takie jest nadal w sporym stopniu rozpowszechnione, sprawia, że są oni wyjątkowo dumni z bycia Koreańczykami, nawet jeśli określenie to jest dość płynne.

Jak już wspomniałam, mimo tego, że prawie każdy naród na świecie przekonany jest o swojej wyjątkowości, taki sposób narracji narodowej tożsamości jest w Korei dość świeżym wynalazkiem. Zjawisko to pojawia się często w nowopowstałych państwach, w Korei było to po odzyskaniu niepodległości od Japonii, a w Polsce po zakończeniu pierwszej wojny światowej i powrocie na mapę świata po 123 latach zaborów. Rządzący, aby potwierdzić i umocnić swoją władzę, odwołują się często do przeszłości, bo przecież jej nie można sprawdzić, a zawsze można ją trochę nagiąć do swoich celów. W Polsce nawet teraz politycy odnoszą się często do powstań (tych dalszych, jak to styczniowe, których już nikt nie pamięta, czy też Powstania Warszawskiego), a nawet do bitew, które miały miejsce kilkaset lat temu. Tak jakby to, że 600 lat temu wygraliśmy z Krzyżakami miało sprawić, że się lepiej poczuję. W Korei w tym celu wykorzystano właśnie mit Tan’guna. Nagięto także trochę niezbyt precyzyjnych wyników badań naukowych, na przykład metodą datowania radiowęglowego (wyniki nieraz miały rozstrzał dobrych kilku tysięcy lat), aby udowodnić społeczeństwu, że kultura koreańska jest co najmniej tak stara jak kultura neolityczna w Chinach i co więcej – starsza niż japońska państwowość10. Co z tego, że jest to „pół-fikcja”11, a nawet „fabrykacja”12, grunt że można udowodnić sobie i światu, że nasze rządy mają historyczne podstawy i są kontynuacją wspaniałej koreańskiej historii sprzed wieków.

saram5

Pewnie myślicie, że nagięcie historii jest czymś trudnym? Nic bardziej mylnego! W końcu to rząd, nieważne w jakim kraju, ma kontrolę nad rozwojem tożsamości. Możecie się tutaj buntować i wierzgać nogami, wykrzykiwać, że tak nie jest, ale niestety, w sporej mierze tak to niestety wygląda. To rząd decyduje o tym, co nauczane jest w szkole, a w tej kwestii kluczowy jest program nauczania z historii. Przypominacie sobie sposób, w jaki uczyli Was o drugiej wojnie światowej czy „Solidarności”? Wszystko biało-czarne, święty Polak, Niemiec-Diabeł. Zły komunista – dobry stoczniowiec. Odcienie szarości były i są tępione, bo inspirują do zadawania pytań. A na to nie ma miejsca w szkole, gdzie wszystko oceniane jest według klucza. Nie można przeczytać wiersza Mickiewicza i stwierdzić, że ładnie opisał stepy. Trzeba tam wynaleźć jakieś tęsknoty za ojczyzną, chęć oddania krwi za Polskę i inne takie, i nie ważne „co autor miał na myśli”, ważne, co na ten temat uważa Ministerstwo Edukacji. To przecież rząd finansuje budowę muzeów, takich jak Muzeum Powstania Warszawskiego, wychwalające tę inicjatywę pod niebiosa. A wszelkie głosy, że może nie do końca wszystko było takie jednostronne, są krytykowane. Instytucje rządowe decydują o tym, co będzie zabytkiem godnym konserwacji, a co może popaść w zapomnienie. Mechanizm ten działa tak samo, a może nawet silniej, w Korei, a jako że po 1945 roku „odbudowa narodowej suwerenności”13 stała się głównym politycznym celem w Korei Południowej, zestawienie świetlistej starożytnej przeszłości z mrocznym okresem japońskiej kolonizacji genialnie pomaga w osiągnięciu tego celu.

Mimo tego, że Koreę Południową i Północną dzieli prawie wszystko, mają one jedną wspólną cechę, a mianowicie nacjonalistyczną hagiografię. Niektórzy mają nawet nadzieję, że ta rozpowszechniona po obu stronach linii demarkacyjnej (o której możecie przeczytać tutaj) ideologia narodowościowa, zwana minjok (민족 / 民族) pomoże w zjednoczeniu obu Korei. Są nawet ci, którzy uważają, iż to właśnie ten nacjonalistyczny dyskurs będzie stanowił „nieuchronną fazę w rozwoju Korei jako narodu”14, cokolwiek by to miało nie oznaczać. Nie zmienia to jednak faktu, że coraz więcej koreańskich badaczy, w dużej mierze ze względu na kontakt ze światem nauki z Europy czy Ameryki, postuluje aby zaadaptować „post-nacjonalistyczne”15 podejście do historii, a nawet „demokratyzację (minjuhwa) historiografii”. Daje to jakąś nadzieję, że może z czasem zaczną pojawiać się także inne perspektywy na temat powstania Korei, które biorą pod uwagę resztę Azji Wschodniej, a także że przeprowadzone zostanie więcej badań, bo archeologia w Korei zapoczątkowana została dopiero przez japońskich kolonizatorów pod koniec XIX wieku. Wymiana informacji między Południem a Północą także pozostawia wiele do życzenia, a bez tego nigdy nie poznamy obiektywnej odpowiedzi na pytanie, kim są Koreańczycy i skąd się wzięli na Półwyspie Koreańskim. Nacjonalistyczna hagiografia oferuje nam jednak spojrzenie do wnętrza koreańskich serc, a zrozumiawszy lepiej, kim Koreańczycy myślą, że są, może uda się nam także lepiej zrozumieć całe koreańskie społeczeństwo. Nawet jeśli większość przekonań o wyjątkowości koreańskiego narodu (jeśli w ogóle coś takiego istnieje) bazowana jest na mitach. W końcu popularna mądrość mówi, że „stajesz się tym, kim myślisz, że jesteś”.

A jaka jest dla Was definicja polskości? Kiedy imigranta w Waszym mniemaniu można nazwać Polakiem, a kiedy emigranta powinno się przestać takim mianem określać? Czy mieszkając za granicą jestem gorszą Polką, niż gdybym w niej mieszkała? A co, jeśli dostanę kiedyś na przykład brytyjski paszport – czy można być według Was na raz Polką i Brytyjką? Zapraszam do komentowania i dyskusji!


1 Hyung Il Pai, Constructing “Korean” Origins: A Critical Review of Archaeology, Historiography, and Racial Myth in Korean State-Formation Theories (Cambridge: Mass.: Harvard University Asia Center, 2000), str. 17.
2 Sergei M. Shirokogoroff, Anthropology of Northern China, p. 68  [w:] Pai, op. cit. str. 45.
3 Shiratori 1986, str. 67 [w:] Pai, op. cit. str. 45.
4 Andrew C. Nahm, Korea: Tradition and Transformation: A History of the Korean People (Seoul: Hollym International Corporation, 1996), str. 20.
5 Gina L. Barnes, China, Korea and Japan: the rise of civilization in East Asia (London: Thames and Hudson, 1993), str. 60.
6 Michael J Seth, “Myth, Memory and Reinvention in Korean: The Case of Tan’gun” (James Madison University), str. 8.
7 Ch’oe Yong-ho, “Reinterpreting Traditional History in North Korea,” Journal of Asian Studies, vol. 40, no. 3 (May 1981): 503-23, [w:] in Michael J. Seth, „Myth, Memory and Reinvention in Korean: The Case of Tan’gun” James Madison University. http://yoritomo.arts.kuleuven.be/bestanden/tangun%20foundation%20myth%20kc.pdf.
8 Pai, op. cit., str. 2.
9 Ibid.
10 Ibid., str. 15.
11 Ibid., str. 11.
12 Ibid.
13 Ibid., str. 1.
14 Kang Man’gil, Kang Man’gil sŏnsaeng-gwa hamkke saenggakhanŭn t’ongil (Seoul: Chiyŏngsa, 2000), str. 16 [w:] Koen De Ceuster, “When History is Made: History, Memory, and the Politics of Remembrance in Contemporary Korea,” Korean Histories, Vol. 2, No. 1, 2010, str. 16.
15 De Ceuster, op. cit., p. 17.
Karolina

autor:

Cześć! Mam na imię Karolina. Jestem absolwentką japonistyki na Oxfordzie i piszę tutaj głównie o Azji Wschodniej. W wolnych chwilach czytam, gotuję wegańskie pyszności i próbuję wymyślić, jak choć trochę ulepszyć świat.

Comments (16)

  1. Ja jestem prawdziwym Polakiem 😉 i pragnę Ci zwrócić uwagę, że rosyjskie nazwiska wedle polskiego uzusu zapisujemy fonetycznie, czyli Siergiej Szirokorogow, a nie Sergei Shirokorogoff.

    Howgh!

    A tak w ogóle, to przeczytałem z zainteresowaniem, bo męczyłem się trochę nad zrozumieniem Koreańczyków. Jak wszyscy Azjaci, mają oni lekką nacjonalistyczną fiksację, tj. trudno z nimi porozmawiać o ich tożsamości. Nie potrafią z niej żartować, nie potrafią spojrzeć z dystansem – tylko niektórzy, bywali za granicą ludzie to potrafią. Chińczycy i Japończycy mają niestety podobnie, więc trudno o autochtoniczne opinie na temat narodowego charakteru, można go badać jedynie metodami pośrednimi, co jest męczące.

    Europejczycy mają do siebie więcej dystansu, przez co europejskie społeczeństwa są bardziej otwarte. Chińczyk czy Wietnamczyk w drugim pokoleniu może zostać Polakiem, a wyobraź sobie Polaka, który zostaje Koreańczykiem albo Chińczykiem. Niemożliwe!

    • Karolina

      Wielkie dzięki za uwagę – artykuł to w sporej mierze tłumaczenie mojego eseju po angielsku i totalnie przeoczyłam to nazwisko. Już poprawiłam!

      Pewnie napiszę jeszcze kiedyś co nie co o Japończykach, bo ci to naprawdę mają niezłe mniemanie o sobie. Całą kolonizację Mandżurii i Korei zaczęli przecież pod sztandarem „dzielenia się światłem modernizacji”. Koreańczycy zaczęli się dopiero nad tymi kwestiami zastanawiać, jak japońscy okupanci siłą zaciągali ich do szintoistycznych świątyni i kazali wielbić cesarza. Najlepsze w tym wszystkim jest to, że japońska rodzina cesarska przybyła III czy IV wieku z Półwyspu Koreańskiego, więc idealny Japończyk jest tak naprawdę imigrantem! 😀

      Nie wiem, jak sprawa wygląda w Chinach, ale w Japonii nie można sobie ot tak dostać paszportu. Znam ludzi, którzy mieszkają w Japonii od lat, a i tak muszą co jakiś czas prosić się o przedłużenie wizy w urzędzie imigracyjnym. Też musiałam jedną taką wizytę zaliczyć i było to jedno z najbardziej traumatycznych przeżyć w moim życiu – doprawdy dołujące miejsce. I choćbym mówiła biegle po japońsku, miała japońskiego męża, mieszkała w Japonii pięćdziesiąt lat, chodziła w yukacie, gotowała tylko japońskie jedzenie i robiła wszystko, co robią Japończycy „z krwi i kości”, to i tak nie ma szans na to, że zostanę obywatelem Japonii. A za to w Wielkiej Brytanii nikt nie robi sobie z tym problemów, więc jeśli kiedyś zamieszkam tu na dłużej, to wliczając te kilka lat na studiach, nie powinno być problemu z szybkim otrzymaniem obywatelstwa. I szczerze mówiąc, takie podejście o wiele bardziej mi odpowiada 🙂

  2. Po pierwsze, uważam, że dzielenie ludzi na Polaków, Chińczyków, Japończyków do granic czystej selekcji jest absurdalne. Przecież w każdym narodzie (nie oszukujmy się) są ludzie mądrzy, mili, tolerancyjni – których pragnę znać jak najwięcej oraz niestety głupi, szowinistyczni i źli – których chcę unikać, a być może nawet pomóc… I chyba to ma znaczenie: bycie dobrym człowiekiem bo wtedy nie jest istotne jakiej jesteś narodowości – jeśli mnie szanujesz, ja szanuję Ciebie i możesz być nawet Marsjaninem. A kiedy mnie krzywdzisz – bądź sobie heroicznym patriotą-Polakiem, a mojego szacunku nie otrzymasz, ani trochę.

    Dla mnie bycie Polakiem to dobra znajomość historii swojego kraju,nie tylko wykucie na pamięć wszystkich władców Polski, ale chodzi mi raczej o tą współczesną historię, nawet wydarzenia po ’89 roku, bo do licha minęło już 25 lat, czyli ćwierć wieku a młodzież kończy edukację historyczną na II wojnie światowej… (odezwała się ta, która ma 24 lata obecnie :D). Kibicowanie polskiej reprezentacji (w jakiejkolwiek dyscyplinie), godnie odśpiewanie hymnu, wywieszenie flagi… Czy nie jest to lepsze od wyrywania bruku podczas „marszów niepodległości”?

    Skonkluduję tak: jeśli będziemy dobrymi ludźmi to bez problemu będziemy dobrymi Polakami.

    Pozdrawiam!!!!

    • Karolina

      Też mam takie samo podejście, ale mam wrażenie, że w Azji granice te są o wiele bardziej wyraźne. Albo ludzie sobie tak przynajmniej wmawiają. Wiele razy słyszałam w Japonii wytłumaczenie, że „my Japończycy tak mamy” i nieważne czy dotyczyło to poważnych spraw, jak traktowanie kobiet, filozofię do pracy, czy też jakiś błahostek. Studiując w Anglii poznałam całą masę osób, których nie da się zdefiniować pod kątem narodowości – często rodzice są z innych krajów, dziadkowie jeszcze z innych i powstaje istna fascynująca mieszanka. Niektórzy dziwią się, jak mówię, że wszyscy w mojej rodzinie są Polakami, no bo jak to, nie mam żadnej babci Francuzki, Irlandki albo Czeszki? I przyznam, że podoba mi się takie multi-kulti, gdzie każdy może być sobą, mieszać różne zwyczaje, języki i religie. Podczas kilku lat mieszkania w Anglii nauczyłam się naprawdę wiele na temat innych kultur i religii, a gdybym mieszkała tu od dziecka, to podejrzewam, że byłoby takich doświadczeń nieporównywalnie więcej.

      Pamiętam lekcje historii w liceum i powtarzanie w kółko tego samego. Nawet na polskim klepaliśmy te same opowiadania o obozach koncentracyjnych cały rok. Nie twierdzę, że nie powinno się ich czytać, wręcz przeciwnie, lecz miło by było poznać także trochę historii czy literatury współczesnej. A tak to wychowujemy ludzi przeświadczonych jedynie o naszej wiecznej krzywdzie, którzy zamiast robić coś dobrego dla siebie, swoich bliskich i tym samym swojego kraju, biegają potem sfrustrowani z racami i wyrywają bruk (za który przecież ktoś potem musi zapłacić…)

      Święta prawda – po prostu starajmy się być dobrymi ludźmi i Polska od razu stanie się piękniejszym krajem. Mam nadzieję, że rozpowszechnione w Polsce marudzenie, biadolenie, krytykowanie, zawiść powoli zaczną znikać i zostaną zamienione na pewność siebie, radość z życia, miłość do bliźniego i po prostu bycie dobrym człowiekiem 🙂

    • Tyle że Japończy podobnie jak Turcy czy Austriacy i nieco jak Niemcy byli wyjatkowo okrutni…

  3. Myślę, że jeśli wychowałaś się w Polsce to będziesz Polką niezależnie od tego gdzie Cię poniesie. Możesz ewentualnie zostać np zangielszczoną Polką przesiąkając po latach pewnymi zwyczajami czy zachowaniami obecnymi w kulturze, która Cię otacza. A jak będziesz mieć męża Hindusa i zaczniesz nosić sari to nadal będziesz Polką, tylko w innym niż typowo polskie ubranie, być może zafascynowaną inną kulturą. Mówisz, piszesz i myślisz po polsku, a więc nie ma że nie 🙂

    • Karolina

      A co z tymi, co nie wychowali się w Polsce, a mają rodziców Polaków? Tak się po prostu ostatnio nad tym zastanawiam. Przyznam szczerze, że ja coraz bardziej czuję się Europejką, czuję się dobrze zarówno w Anglii, Holandii, Hiszpanii, Niemczech, jak i Polsce. Oczywiście, mam do Polski sentyment, tam się wychowałam, staram się szlifować umiejętności językowe, nawet jeśli na co dzień nie mam zbyt wiele okazji, by go używać, ale po prostu czasem się zastanawiam, co ta całe bycie Polką znaczy. Kiedyś byłam bardziej krytycznie nastawiona do Polski, wyjeżdżając na studia, byłam po prostu przeszczęśliwa, że nareszcie będę miała okazję się od niej uwolnić. Po czasie uświadomiłam sobie jednak, że kraj idealny nie istnieje. A może po prostu nie znalazłam jeszcze swojego miejsca na Ziemi? Trochę życia jeszcze zostało, więc trzeba trochę po tym świecie pojeździć i się o tym przekonać 🙂

      • Być Polką znaczy być zadbaną, przebojową i mającą coś ciekawego do powiedzenia kobitką 🙂 ! A co do dzieci Polaków na obczyźnie to myślę, że będą Polskę znały jako fajną krainę z opowieści lub wakacji, ale oceniać ją będą mogli jedynie przez pryzmat kraju w którym mieszkają, ile można wiedzieć o miejscu w którym się jest tylko na chwilę? To już nie będzie to samo, chyba że ją sobie ukochają na tyle by się zmierzyć z jej rzeczywistością na codzień… Myślę też, że to kwestia bardzo indywidualna. Są miejsca które przyjezdni kochają a rdzenni z nich uciekają, więc ciężko ocenić 🙂

  4. Hoho, poruszyłaś ciężki temat. Zastanawiam się nad nim od lat. Mama Wietnamka, tata – Polak, wychowana w Polsce… czuję się Polką, ale czy w 100%? Poprzez reakcje wielu Polaków na mój wygląd – nie. Kulturalnie to Polska wywarła na mnie największy wpływ, tu się wykształciłam, tu mieszkam, ale nie jestem w stanie w pełni zadeklarować się jako Polka – ze względu na nieciekawe zachowania „prawdziwych” Polaków. Tylko ze względu na moje azjatyckie rysy zdarzyło mi się dostać na ulicy w twarz, słyszeć teksty w stylu: „Polska dla Polaków”. Ciężko ustawić się w jednym szeregu z ludźmi, którzy tak Cię traktują. Może stąd te moje ciągoty do Wietnamu, gdzie częściej słyszę: „E, Ty to jesteś nasza. Ze dwa lata pomieszkasz w Wietnamie i nikt nie pozna, że jesteś z Polski”. A moja mama? Bardziej Polka czy Wietnamka? Większość życia spędziła w Europie. Zna więcej tutejszych zwyczajów, bo czasy, które pamięta z Wietnamu to wojna… Pytanie, na jakiej podstawie określić narodowość, jest bardzo trudne i nie wiem, czy da się na nie jednoznacznie odpowiedzieć. Wydaje mi się, że każdy przypadek jest inny i każdy należałoby rozpatrywać indywidualnie.

    Nawiązując jeszcze do komentarza Postazji: są Polacy, którzy deklarują się jako Wietnamczycy już w pierwszym pokoleniu, podobnie, są Polki, które wyjechały za mężami do Azji i ich dzieci mają obywatelstwo np. tajwańskie. Także: Możliwe!

    A co do Koreańczyków – od znajomego pracującego w jednej z korporacji w Polsce usłyszałam, że ma ich już szczerze dość, bo, cytuję, „Koreańczycy traktują Polaków, jak Polacy Cyganów”. Zastanawiam się na jakim etapie wywyższanie swojego narodu ponad inne przestaje pomagać, a zaczyna szkodzić reputacji.;)

    Dziękuję za wysłuchanie próśb i napisanie tego artykułu. Przeczytałam go z przyjemnością, dowiedziałam się nowych rzeczy i chcę więcej!


    Przeczytałam jeszcze raz swój komentarz i brzmi, jakbym się skarżyła w pierwszym paragrafie – nie to było moim zamiarem. 🙂

    • Karolina

      Nie martw się – nie odebrałam tego jako skargę, zdaję sobie sprawę, że dla osób, które nie wyglądają jak jakiś tam stereotypowy obraz Polaka, życie w Polsce może być momentami ciężkie. Kilka razy spotkałam się ze scenami, jak ludzie krzyczeli wulgaryzmy za osobą o innym kolorze skóry… Młodzież często chlubi się przecież żartami ze „skośnookich”, którzy przecież wcinają tylko psy, „ciapat” od kebabów itp. Zawsze mnie to doprowadzało do furii, ale z perspektywy czasu, jak patrzę na to, jak mniejszości przedstawiane są w mediach, jak się (nie) uczy o nich w szkołach, to aż nic dziwnego, że to tak wygląda. Współczuję tej wrogości wobec Ciebie – niestety w Polsce doświadcza jej od czasu do czasu każdy, kto jest choć trochę inny od czyjegoś wyobrażenia.
      Przyznam szczerze, że mimo tego, iż wychowałam się w Polsce, mam polskich rodziców, sama się nieraz zastanawiam nad tym, w jakim stopniu czuję się Polką. Coraz bardziej przekonana jestem do tego, że bliżej mi do bycia Europejką, bo równie dobrze, a czasem nawet i lepiej, czuję się w Londynie, Berlinie czy Amsterdamie. W Anglii (przynajmniej w moim otoczeniu) nikt nie boi się przyznać do tego, kim jest. Mam więc znajomych gejów, Żydów czy Hindusów i uważam, że to wspaniałe, iż ludzie z tylu różnych kultur potrafią współżyć. Oczywiście nie jest to raj, Anglia boryka się z wieloma problemami związanymi z imigrantami, ale mnie naprawdę się podoba to, że mogę studiować z ludźmi z całego świata. Nie mówiąc już o polityce uniwersytetu, gdzie za jakiekolwiek rasistowskie czy szowinistyczne uwagi trzeba liczyć się z poważnymi konsekwencjami. U nas jakoś niestety średnio to widzę.
      Nie wiem, jak wygląda to w Wietnamie czy na Tajwanie, ale wiem, że w Japonii otrzymanie obywatelstwa nie jest wcale takie łatwe. Owszem, w przypadku dzieci jest jakaś tam szansa, ale ja nie mam jakichkolwiek szans na otrzymanie japońskiego paszportu, choćbym nie wiadomo jak się starała.
      Normalnie jestem taka uradowana, że artykuł się tylu osobom spodobał, może zaraz przejrzę kolejny esej i postaram się go przerobić na bardziej przystępną wersję. Nie wiem tylko, czy temat będzie aż tak interesujący, ale a nuż się spodoba! Historia buddyzmu tudzież Neo-Konfucjanizmu niekoniecznie należy do najbardziej fascynujących rzeczy, lecz postaram się coś z tym fantem zrobić. Albo zajrzę do zakurzonego folderu z bardziej różnorodnymi esejami z poprzednich lat. Cieszę się, że ktoś chce te moje wypociny czytać 😀

      • Neokonfucjanizm brzmi ciekawie. Wietnamski konfucjanizm był dość „łagodny” ze względu na różne czynniki i jestem ciekawa, jak to wyglądało w innych krajach. Miło będzie w przyjemny sposób, czytając Twoje teksty, uzupełnić braki wiedzowe. 😉

  5. Tak! Chcemy więcej 🙂 W Chinach nacjonalizm też bije po oczach; jest to dla mnie śmieszne o tyle, że dwie najbardziej znane z podbojów dynastie chińskie nie były chińskie – jedna to Mongołowie Dżyngis-Chana, a druga to Qingowie z Mandżurii… Mit „chińskości” jest tu tak samo naciągany, jak te mity narodowościowe w innych, dość jednolitych etnicznie krajach. Przy czym Chińczycy cierpią na specyficzne rozdwojenie jaźni: z jednej strony uważają inne narody za „barbarzyńców”, a z drugiej – chętnie by się hajtali z białymi tylko po to, żeby urodzić dziecko-mieszkańca, bo wiadomo, że mieszańce są śliczne i inteligentne 🙂

    • Karolina

      Nawet nie wiesz, jak się cieszę, że tylu osobom spodobał się ten wpis 🙂 Aż mnie motywuje do pisania kolejnych esejów, żeby potem mieć także o czym pisać na blogu.
      W Japonii mit „japońskości” też mnie śmieszy, bo w końcu rodzina cesarska to tak naprawdę przybysze z Półwyspu Koreańskiego, a nie oryginalni mieszkańcy półwyspu. Ale jakoś każdy Japończyk udaje, że tak nie jest i że to oni, a nie Ajnowie czy mieszkańcy Okinawy, byli na archipelagu od zawsze. Także mają niesamowite rozdwojenie jaźni – z jednej strony mit wyższości Japończyków nad resztą świata, a z drugiej zachwyty nad urodą Europejek. Co chwilę się mnie ludzie pytają o to, jakich specyfików używam, żeby mieć białą skórę, co takiego robię, że mam kręcone włosy i w ogóle achy i ochy. A chwilę później zaczynają narzekać, jak to „obcy” nie rozumieją ich kultury i są głośnymi ignorantami i w ogóle nie rozumieją, o co w życiu chodzi 😀 Zawsze mnie to niesamowicie konfundowało…

  6. „stajesz się tym, kim myślisz, że jesteś” – jeżeli czujesz się Polką, jesteś Polką

  7. Mam dokładnie ten sam problem. Spora część rodziny od strony taty wyjechała do Stanów, więc moje kuzynostwo ma rodziców Polaków, ale urodzili i wychowali się w Stanach. Kiedy byłam młodsza rodzice zawsze określali ich amerykanami, a ja zawsze się oburzałam, że jacy z nich amerykanie, przecież mają polskich rodziców! To nie możliwe! Brałam za oczywistość, że jak rodzice są polakami, dziecko automatycznie też się polakiem staje. Do tej pory kwestia określenia czyjejś narodowości nie jest taka prosta, ale z wiekiem zrozumiałam, że jeśli wychowałeś się np. właśnie w Korei, mówisz, uczysz się w tym języku, obchodzisz koreańskie święta, chodzisz do koreańskiej szkoły, itd. itd. to jesteś Koreańczykiem choćby w twojej krwi płynęła „czysto polska” krew z dwojga rodziców, których korzenie są „czysto polskie”. Po prostu nie znasz Polski, nie wiesz jak tam jest, więc jak możesz się z tym miejscem utożsamiać? To dało mi do myślenia kiedy weszłam bardziej w fascynację Koreą i odkryłam K-pop. Młode dziewczęta aż się ślinią, kiedy w swoim mieście spotkają chłopaka o azjatyckich rysach, a nie daj Boże dowiedzą się, że ma koreańskie korzenie. Podchodzą, zagadują, zadają mnóstwo pytań o Koreę, proszą o lekcje języka, ale koniec końców okazuje się, że one wiedzą więcej o Korei niż ten azjatycki pan.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *