Chogyesa (조계사), czyli skarb w centrum Seulu

Im w Anglii zimniej, tym mój nastrój bardziej tonie w tej szarości i mgle, i czasem wydaje mi się, że za nic w świecie się z niej nie wydostanę. Siedzę zatem od rana, kiedy to do życia pobudza mnie miska parzącej wręcz owsianki i czytam, czytam, czytam, uciekając czy to w świat fikcji, czy też cofając się w czasie i ucząc o historii (głównie Korei). Wracam myślami do dni, kiedy po wstaniu wkładałam na siebie szybko szorty i koszulkę, i po naładowaniu owocowym koktajlem, byłam gotowa do wyjścia. I pomyśleć, że w Seulu byłam tak naprawdę całkiem niedawno, bo jeszcze cztery miesiące temu. Przecież to nic takiego, kilka miesięcy, rzekłby ktoś, ale czasem mam wrażenie, że moja koreańska przygoda wydarzyła się trochę w innym świecie. Zachwycona Seulem, koreańskim jedzeniem, próbując przebrnąć przez labirynt nowych słówek, żyłam sobie w centrum jednej z największych azjatyckich metropolii w spokojnej błogiej bańce. Kiedy nie podróżowałam poza miasto, ani nie chodziłam na zajęcia, starałam się poznawać Seul od podszewki, a czyż jest lepszy na to sposób niż kilkugodzinne spacery?

Nieopodal jednej z najbardziej klimatycznych seulskich dzielnic, Insadong (인사동), znajduje się ukryta wśród szarych budynków przepiękna świątynia. Podczas pierwszych kilku wizyt w okolicy totalnie ją przeoczyłam, bo skupiłam się na popularniejszych uliczkach, na których obkupiłam się w nieludzkie wręcz ilości wszelkiego typu akcesoriów i pamiątek, począwszy od pocztówek, zakładek, poprzez słodycze, a kończąc na świecidełkach. A kiedy zakupy zaczynały już nudzić, zawsze mogłam się udać na miskę patbingsu (o których więcej możecie przeczytać między innymi tutaj). Ale to nie o Insadongu dzisiaj chcę pisać, mimo że tęsknię za tym miejscem z całego serca i patrząc na angielską szarówkę, aż kusi, żeby wsiąść w autobus na lotnisko i znaleźć się za kilkanaście godzin (co z tego że spłukana co do grosza) w Seulu.

Podczas jednego z takich seulskich spacerów wylądowałam w restauracji prowadzonej przez buddyjskich mnichów, w której podawany był tani, pożywny i wegetariański bufet. Spodobała mi się w nim od razu niezobowiązująca atmosfera – mniszki z ogolonymi głowami jedzące obok biznesmenów, studentów i zwykłych ludzi. Większość z nich pewnie nie było wegetarianami, lecz wpadła na dobry lunch przy okazji wizyty w świątyni.

jogyesa6

Warto tutaj wytłumaczyć jednak różnicę w podejściu do wegetarianizmu w Azji Wschodniej i tym, z czym się on nam zazwyczaj kojarzy. Pisałam już na temat tego, jak być wegetarianinem w Japonii i że niekoniecznie jest to łatwe. Niektórzy tłumaczą wegetarianizm po japońsku jako shōjin ryōri (精進料理), lecz wyrażenie to odnosi się właśnie do ascetycznej kuchni buddyjskiej, której celem jest post i odmawianie sobie przyjemności w postaci mięsa, a niekoniecznie niejedzenie mięsa dla zdrowia czy z powodów etycznych. Po koreańsku taka kuchnia nazywa się sachal eumsik (사찰음식), czyli „jedzenie świątynne”. 

Co ciekawe, buddyści żyjący w zgodzie z tymi zasadami dotyczącymi jedzenia, oprócz rezygnacji z mięsa, wstrzymują się także od „zabijania” roślin, dlatego też w większości przypadków nie jedzą ziemniaków, marchewek i innych bulw, które trzeba wyrwać z ziemi (i tym samym „zabić”), aby je skonsumować. Do gotowania nie używa się także cebuli, czosnku, pora i innych warzyw bądź przypraw o dość mocnym zapachu – nazywane są one wǔ hūn (五荤), czyli „Pięć silnie pachnących warzyw”. Zamiast mięsa spożywa się często zamienniki na bazie glutenu, takie jak seitan (jap. fu 麩, kor. pu 부), bądź wszelkie odmiany soi, agaru czy kon’nyaku (蒟蒻) (o którym pisałam więcej np. tutaj).

Po posiłku złożonym z całej kopy ryżu i różnych warzyw, głównie zielonych, odwiedziłam kilka położonych w pobliżu sklepów z dewocjonaliami. W jednym z nich kupiłam sobie dosłownie za grosze (bodajże 5 zł za sztukę) dwie bransoletki zwane po japońsku juzu (数珠), a po koreańsku yeomju (염주/念珠). Nie wiem czemu, ale wizyta w zakurzonym sklepiku, w którym mniszka pomogła mi wybrać coś dla siebie, nawet mimo tego, że nie do końca ogarniam zasady buddyzmu, jakoś poprawiło mi humor. Nie żeby był zły wcześniej, po prostu wydało mi się to przesympatyczne. Zwłaszcza, że dostałam przy okazji ulotki na temat możliwości noclegu na terenie świątyni, w tym po angielsku, mimo że raczej nie mówiła ona w tym języku ani słowa. Słyszałam kilka razy od znajomych o tym, jak spędzili kilka nocy w jakiejś buddyjskiej świątyni, ucząc się podstawowych zasad, obserwując jak to wszystko wygląda i muszę też kiedyś czegoś takiego spróbować. Zwłaszcza, że nikt nie wymaga od gości modlitw, bycia buddystą i w ogóle czołobitności – po prostu chcą pokazać, jak wygląda życie w klasztorze, o co chodzi w buddyzmie, itp. Nie wiem jak Wam, ale mi wydaje się to całkiem fajną inicjatywą.

jogyesa1 jogyesa5

Czytając sobie o możliwości spędzenia nocy w świątyni obok, nawet nie wiem kiedy znalazłam się przed prowadzącą do niej bramą. Chogyesa (조계사 / 曹溪寺) to bodajże najważniejsza świątynia buddyjska w Seulu. Chogye to nazwa zakonu buddyjskiego należącego do szkoły sŏn, a jego nazwa wywodzi się od góry Cáoxī, na której znajdował się klasztor Szóstego Patriarchy Huìnénga (慧能). Chogyesa została założona w 1395, trzy lata po narodzinach dynastii Chosǒn. Niestety, tak jak w poprzednim królestwie Kǒryo, a nawet wcześniej, w królestwie Silla, to buddyzm był religią wspieraną przez państwo, tak teraz jej role przejął neokonfucjanizm, czyli filozofia oparta na re-intepretacji konfucjańskich klasyków sprzed ponad tysiąca lat. Dzisiaj Chogyesa pełni funkcję jednego z głównych 24 klasztorów tej najpopularniejszej odmiany buddyzmu w Korei, tak jak przepiękna Bulguksa (불국사 / 佛國寺)w Gyeongju (경주 / 慶州) – pierwsza świątynia, którą odwiedziłam po przybyciu do Kraju Spokojnego Poranka.

SAMSUNG CAMERA PICTURES SAMSUNG CAMERA PICTURES

Mimo tego, że początki świątyni sięgają końcówki XIV wieku, kiedy to znana była ona jako Gakhwangsa (각황사 / 覺皇寺), w aktualnej formie Chogyesa powstała w 1910 roku jako Hwanggaksa. Podczas japońskiej kolonizacji nazwa została zmieniona na jakiś czas na T’aegosa (태고사 / 太古寺). Jakby tych zmian było mało, w 1954 roku zmieniono nazwę na Chogyesa. Nie mam pojęcia czy ktoś wpadnie na pomysł kolejnego przechrzczenia tej świątyni, ale szczerze mówiąc, bez względu na to, jak się nazywa, jest to dość magiczne miejsce w samym sercu Seulu.

SAMSUNG CAMERA PICTURES SAMSUNG CAMERA PICTURES SAMSUNG CAMERA PICTURES SAMSUNG CAMERA PICTURES

W przeciwieństwie do zatłoczonych przez turystów licznych dziedzińców pałacu Gyeongbokgung (경복궁), na które zresztą nie można się udać bez kolejki i kupna biletu, Chogyesa to całkowicie inna historia. Od razu uderzyła mnie bijąca z tego miejsca autentyczność. I nie tylko dlatego, że nagle okazało się, że jestem jedyną nie-Koreanką w zasięgu wzroku, co zdarzało się rzadko, poruszając się po bardziej turystycznych atrakcjach Seulu. Najbardziej zadziwił mnie chyba widok ludzi pogrążonych w szczerej modlitwie, czekających w kolejce na to, aby móc pomodlić się przed złotym obliczem Buddy.

www.traveladventures.org/continents/asia/jogyesa-temple07.html

www.traveladventures.org/continents/asia/jogyesa-temple07.html

jogyesa2 jogyesa3 jogyesa4

Podobnie jak podczas wizyty w Bulguksa, poczułam się trochę jak intruz. Jednakże twarze wiernych były takie spokojne, jakiś mnich odprawiał nieznany mi rytuał, uderzając jednorazowo w niby-bęben, że po prostu musiałam się przejść po terenie Chogyesa, starając się przy tym jak najmniej wchodzić w drogę. Okazało się jednak, że świątynia jest dość przyjaźnie nastawiona do turystów, bo zaraz jakaś mniszka podeszła do mnie i dała kolejną ulotkę z podstawowymi informacjami na temat tego miejsca. Zatem, troszkę mniej onieśmielona, przespacerowałam się powoli, robiąc przy okazji kilka zdjęć i mając nadzieję, że nie zakłócam nikomu modlitwy swoją ignorancją i kręceniem się bez celu.

SAMSUNG CAMERA PICTURES SAMSUNG CAMERA PICTURESSAMSUNG CAMERA PICTURESSAMSUNG CAMERA PICTURESSAMSUNG CAMERA PICTURES jogyesa10 SAMSUNG CAMERA PICTURESLekko oszołomiona ilością ludzi szczerze pogrążonych w modlitwie, powoli wycofałam się z terenu świątyni i kontynuowałam „szwendanie się” po okolicy. Wizyta w Chogyesa była z pewnością jedną z najwspanialszych niespodzianek podczas mojego pobytu w Seulu. Zdaję sobie sprawę, że pewnie wspomina ją wiele przewodników, ale przyjście w takie miejsce z jasno wyznaczonym celem różni się od przypadkowego wylądowania w jednym z najbardziej klimatycznych zakątków miasta, nie mając początkowo zielonego pojęcia o wadze tego miejsca. Uświadomiło mi to też, jak niewiele wiem zarówno o koreańskiej historii, jak i kulturze. Na szczęście w tym roku większość moich wykładów skupia się właśnie dla odmiany nie na Japonii, lecz na Korei, więc mam motywację, żeby wszelkie ubytki w swoim rozumieniu tego kraju nadrobić. Muszę przyznać, że chwilami idzie to opornie, ale powolutku zaczynam ogarniać coraz więcej zawiłości związanych z Krajem Spokojnego Poranka. mam nadzieję, że uda mi się w ramach przygotowywania do egzaminów podzielić z Wami trochę wiedzą na temat Azji Wschodniej – tym bardziej, że większości z Was przypadł do gustu post o tym, kim są Koreańczycy. Postaram się napisać coś więcej o historii Korei już niebawem, zwłaszcza że koniec semestru za kilka dni. I mimo że nie oznacza to w żadnym wypadku odpoczynku od nauki, nie mam wtedy żadnych zajęć, więc może uda mi się nadrobić trochę blogowych zaległości!

 

Karolina

autor:

Cześć! Mam na imię Karolina. Jestem absolwentką japonistyki na Oxfordzie i piszę tutaj głównie o Azji Wschodniej. W wolnych chwilach czytam, gotuję wegańskie pyszności i próbuję wymyślić, jak choć trochę ulepszyć świat.

Comments (5)

  1. To zupełnie jak ja! Również znalazłam się tam przypadkiem i bardzo mi się podobało. Wspaniała świątynia, bardzo dziwi brak turystów (ja również czułam się jak intruz!). Wiele jest takich ciekawych niespodzianek jak ta świątynia w centrum Seulu, na restauracje prowadzoną przez buddyjskich mnichów nie trafiłam niestety. Bardzo bym chciała tam wrócić 🙂

    • Karolina

      Ja trafiłam do restauracji trochę przypadkiem, bo jako wegetarianka niezwykle wyczulona jestem na szyldy w stylu „bufet wegetariański”, więc po prostu musiałam wejść. Tanio, smacznie i w wersji wege – czego chcieć więcej? Też niezwykle tęsknię za Seulem, to miasto ma w sobie jakąś niesamowitą energię. Muszę się wreszcie przyłożyć do nauki koreańskiego i spędzić w Korei co najmniej kilka miesięcy. Ale najpierw muszę wrócić do Japonii 😀

  2. ależ piękna ta Świątynia .. śliczne zdjęcia .. zapisuję na przyszłość bo bardzo pragnę odwiedzić Koreę Płd.

    pobyt w Świątyni myślę, że bardzo warto

    pozdrawiam bardzo ciepło i życzę słońca :^)

    • Karolina

      Dzięki wielkie za komentarz – słonkiem także nie pogardzę, zwłaszcza, że Anglia mnie w tej materii bynajmniej nie rozpieszcza…

      Żałuję, że dowiedziałam się o możliwości noclegu w świątyni dopiero tak późno, ale przy okazji następnej wizyty w Korei (która mam nadzieję nastąpi prędzej niż później) z pewnością chciałabym spędzić kilka nocy w klasztorze, najlepiej na jakimś uboczu i dowiedzieć się więcej na temat buddyzmu. Im więcej się uczę na temat buddyzmu w Japonii i Korei, tym bardziej mi się te wszystkie szkoły zaczynają mieszać i fajnie by było kiedyś sobie to wszystko w głowie jako tako poukładać.

      Pozdrawiam serdecznie!

  3. Karolino

    Z tyłu za ta świątynią jest hotel somerset. Spędziłem w nim w sumie ok 3 miesiące. Niesamowite są noce gdy przy otwartym oknie słychać było modlitwy. Wiele razy wracając późnym wieczorem z pracy wstępowałem do świątyni by przykucnąć z boku, przy ścianie i po prostu się wyciszyć. Było to pod koniec 2007 roku. Niezapomniane chwile.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *