Marrakesz (مراكش), czyli Nowy Rok na nowym kontynencie

Święta, święta i po świętach. Ledwo co nacieszyłam się luksusem, jakim jest odpoczynek w domu, gdzie mogłam się wyspać w świeżutkiej pościeli, nie martwić się o to, czy coś jest w lodówce i zawsze znaleźć przyjazną duszę do porozmawiania, a już przyszedł czas na ruszenie w drogę. Po kilku dniach gotowania, jedzenia, rozmów od rana do nocy przy choince pełnej bombek z różnych zakątków świata, spakowałam prezenty (czyli głównie całą kupę książek, ale także, a może przede wszystkim, nowy aparat) i 26. grudnia po śniadaniu, wyruszyłam na berlińskie lotnisko, skąd miałam polecieć do… Marrakeszu. Od dobrych kilku lat zawsze staram się zacząć nowy rok w podróży, z nadzieją, że sprawi to, iż dni w drodze w kolejnym roku będzie jeszcze więcej. Ostatnie dni 2012 roku spędziłam w Rzymie, trzymając kciuki za rok w Azji, który, jak wiecie, obfitował w wiele wrażeń. W końcu to on zainspirował mnie do założenia tego bloga. Rok temu siedziałam w malutkim ryokanie w zasypanej śniegiem Hakubie, obiecując sobie, że poznam Japonię, jak bardzo do tylko możliwe. Co wyszło mi nie najgorzej, w końcu udało mi się wybrać między innymi do Hiroszimy, Osaki i Kyoto, ale także na wyspę Shikoku czy do Sendai. Nie mówiąc już o kilku wspaniałych miesiącach w Korei. Dlatego teraz będę także modlić się do jakiejkolwiek siły wyższej, która będzie skora mnie wysłuchać, żeby pomogła mi jak najmniej boleśnie przeżyć najbliższe pół roku, abym mogła wyruszyć już w drogę. Jak na nomada przystało.

Wróćmy jednak do drugiego dnia świąt. Na drodze spokój = zarówno w Polsce, jak i po niemieckiej stronie granicy wszyscy zapewne śpią. Ja przysypiam po drodze, ale staram się jednak poobserwować śnieg, który, oczywiście, zaczął padać tuż przed moim wyjazdem. No bo po co komu byłyby białe święta? Lepiej zagwarantować ludziom Wigilię pod znakiem słoty, błota i wiatru… W Berlinie udaje mi się załatwić wszystko w miarę bezboleśnie, mimo że pani w okienku dziwnie łypie na mój bagaż, który podejrzanie waży 20.00 kg i tak waży go raz, drugi, trzeci, żeby a nuż zmusić mnie do przepakowania. Albo najlepiej do dopłacenia jakiejś horrendalnej kwoty. Urok latania tanimi liniami. Jakoś tak wyszło, że dawno nie leciałam nimi, bo albo leciałam do/z Azji, albo kupowałam bilety na tyle wcześnie, że mogłam na spokojnie przelecieć się porządnymi liniami do Anglii, nie przejmując się bagażem, ani podróżą z jakiegoś oddalonego o całe lata świetlne od Oksfordu lotniska. Patrzę na tłumy, z których większość nie należy do ludzi podróżujących często i z jednej strony się cieszę, że jednak gdzieś jadą i że im się chce, a z drugiej lekko się złoszczę, że wszystko zajmuje trzy razy dłużej, bo nikt im nie wytłumaczył, że nie mogą zabierać lakieru do paznokci na pokład, scyzoryków, tudzież ulubionego dezodorantu w sprayu.

Na początku nawet wychodzi mi nieprzejmowanie, ale kiedy słyszę w samolocie żarciki Polaków na temat „brudasów Arabów“ to aż krew się we mnie gotuje. Po jaką cholerę lecicie do Maroka, gdzie narobicie masę fotek, które wrzucicie na Facebooka, jeśli z założenia uważacie się za jaśnie panów? Mnie do Maroka ciągnie od dawna, tak jak i do wielu państw w kręgu kultury islamskiej, takich jak Iran czy Oman, nie tylko dlatego, że są „inne” i w jakimś stopniu „egzotyczne”, ale także dlatego, że chciałabym się z tą kulturą nie tylko oswoić, ale także co nie co o niej nauczyć. Zwłaszcza, że co chwilę mówi się o niej w mediach i to głównie w złym świetle. A ja im więcej czytam o różnych kulturach, tym bardziej uświadamiam sobie, że zarówno na temat kultury arabskiej czy perskiej, ale także islamu, nie wiem tak naprawdę nic. Okazało się jednak, że nie wszyscy podróżują z takim nastawieniem. Dla mnie Maroko to w końcu ojczyzna Ibn Battuty, jednego z największych podróżników wszechczasów, który niestety nie jest aż tak znany, jak Marco Polo czy Vasco da Gama. Nie udało mi się jeszcze przeczytać w całości jego „Osobliwości miast i dziwów podróży” (تحفة النظار في غرائب الأمصار وعجائب الأسفار,‎ Tuḥfat an-Nuẓẓār fī Gharāʾib al-Amṣār wa ʿAjāʾib al-Asfā. czyli dosłownie: „Podarunek dla patrzących na osobliwości miast i dziwy podróży”), ale jest to jedna z pozycji, którą MUSZĘ przeczytać w najbliższej przyszłości, zwłaszcza, że te kilka dni w Marrakeszu zamiast odstraszyć mnie od arabskiej kultury, sprawiły, iż dość poważnie rozważałam opcję rzucenia wszystkiego w cholerę i wyruszenie z plecakiem w podróż po północnej Afryce…

W każdym razie z rozmyślań i lektury przewodnika, w którym miałam zaznaczyć kilka miejsc, a zaznaczyłam bodajże kilkadziesiąt, wyrwało mnie nieśmiertelne klaskanie po wylądowaniu, tak jakby zdarzył się jakiś cud oraz kolejka na granicy, która, mimo że nie była długa, to poruszała się powoli, przed czym „ostrzegali” mnie znajomi, którzy w Maroku bądź innych krajach arabskich już byli. Niestety nie należę do osób cierpliwych, wręcz przeciwnie, ale postanawiam zostawić swoje wybuchowe oblicze przed granicą Maroka i zacząć swoją pierwszą wyprawę do Afryki na luzie. Tak, kolejny kontynent zaliczony! Nawet nie wiecie, jak mi to poprawiło humor. Aż za bardzo, bo pełna wiary w świat i ludzi, wyszłam rozochocona z lotniska, ciesząc się jak dziecko z nowej pieczątki w paszporcie… i dałam się wyrolować na samym starcie i to tak, że aż wstyd o tym mówić.

„Taxi? Taxi?” Podbiegł do mnie uśmiechnięty od ucha do ucha pan, a ja na to, że owszem, muszę dostać się do miasta. Moja walizka wylądowała zatem w mgnieniu oka w bagażniku, ja wsiadam do środka, podaję adres hotelu, wszystko gra. Po kilku minutach kierowca rzuca mimochodem, że przejazd będzie kosztował 200 dirham. Ja, nie mając bladego pojęcia ile może kosztować transport do miasta, i to późnym wieczorem, zgadzam się jak głupia, nie zdając sobie sprawy, że przepłacam co najmniej kilkukrotnie. Cóż – ten pierwszy wieczór nauczył mnie dość sporo i nie był to koniec tej lekcji. Po kilkunastu minutach, kierowca zatrzymuje samochód, wyjmuje moją walizkę i pokazuje, że ktoś tam wie, gdzie jest ten riad, ale nie można tam dojechać, więc on mi wskaże drogę. Ja, dalej nieświadoma, że właśnie zostałam wkręcona w wręcz mafijny układ i niemalże obrabowana, podążam za przyjaźnie wyglądającym młodzieńcem, który idzie pewnym krokiem z zamiarem pomocy zagubionej turystce (a przynajmniej mi się tak wydawało). Po minucie lądujemy pod drzwiami riadu (رياض‎), czyli tradycyjnego marokańskiego hotelu, dzwonię do drzwi, a ten do mnie „200 dirham”. Totalnie mnie wgięło. Kolejny? Nie wiem czemu, ale byłam tak jakoś zachłyśnięta faktem, że znów jestem w podróży (zresztą był to mój pierwszy raz w kraju tak innym od Europy, bądź Azji Wschodniej), że w ogóle nie przygotowałam się mentalnie na to, że będą mnie, turystkę z bogatej Europy, chcieli orżnąć dosłownie na każdym kroku. Mówię mu, że dam mu, ale 20, bo przecież dosłownie pomógł mi przejść kilkadziesiąt metrów. No i zaczyna się jakaś litania przekleństw po francusku i arabsku, „200 dirham, now!” i na szczęście jego tyradę przerywa otwarcie się drzwi do riadu. Niestety tylko na chwilę, bo kiedy właściciel, przemiły Francuz, pomaga mi się wtłoczyć z walizką do środka, ten ładuje się za mną, krzycząc tym razem do niego coś, czego ja nie zrozumiałam, bo po francusku umiem dosłownie tylko kilka słów. Z okolicy zbiega się cała gromada dzieciaków, nie wiadomo skąd i kiedy z dziwnych zaułków wychodzą inne cwaniaczki i zaczyna się pojedynek słowny, który kończy się tym, że cwaniaczek numer jeden dostaje na odczepne banknot 20 dirhamów, których nie przypłacił niemalże złamanym nosem od zamykających się ciężkich drzwi.

Od wyjścia z lotniska minęło może kilkanaście minut, a ja z euforii, dosłownie momentalnie, popadłam w rozpacz. Patrząc na otaczający mnie świat z okien taksówki, zastanawiałam się, gdzie też wylądowałam. Brud, bieda, istny chaos. A do tego chamstwo i natarczywość taksówkarza i mojego „przewodnika”. Na szczęście moja naiwność została wyleczona dosłownie w mgnieniu oka i te kilka niebywale niemiłych chwil zahartowało mnie duchowo na to, co czekało na mnie później. I bardzo dobrze, bo za każdym razem, kiedy ktoś próbował mi wskazać drogę, doradzić gdzie pójść, wytłumaczyć, co, gdzie i dlaczego, odpowiadałam krótkim żołnierskim „nie” lub zupełnym ignorowaniem takich zaczepek. Tak samo przestałam się przejmować dziwnymi komentarzami rzucanymi przez sklepikarzy, a nawet dzieci, kiedy nie byłam zainteresowana ich usługami. Kto by pomyślał, że to za mną będą wołać „crazy”, kiedy zrezygnowałam z zakupu po cenie za coś niezbyt skomplikowanego, która była totalnie z kosmosu? Może niektórzy dają się rżnąć na każdym kroku, ale chyba nikt z nich nie widział zdeterminowanej Karoliny. A ja w pierwszy wieczór obiecałam sobie, że nie dam sobie w kaszę dmuchać i sprawię, że ten wyjazd będzie niesamowity. W końcu chamstwo jest wszędzie i głupotą byłoby wyrobić sobie opinię na temat kraju na podstawie jakiegoś tam procentu ludzi, którzy nauczyli się żyć, żerując na naiwności turystów.

Zbawieniem okazał się jednak Thierry, właściciel riadu, który nie przejął się zbytnio całym zajściem i gestykulując niemalże teatralnie, zaprosił mnie na herbatkę i ciastko na kanapę, na której rozsiadły się dwa urocze kociska. Przy okazji udzielił mi także pierwszej lekcji, aby nauczyć się mówić „nie”, nawet jeśli aż kusi, żeby dać się oprowadzić, zdać na lokalnych mieszkańców.

„Oczywiście” – dodał po angielsku z dość silnym francuskim akcentem – „jest też masa ludzi, którzy autentycznie chcieliby Wam pomóc, ale jeśli jesteś tu tylko na kilka dni, nie warto psuć sobie humoru ludźmi takimi, jak ten pan, który tak bardzo chciał wskazać Ci drogę, że za minutę swojego czasu chciał sobie policzyć 20 euro.”

Ciasteczka na bazie daktyli i migdałów wręcz rozpływały się w ustach, a miętowa herbata, słodka aż do bólu, działała jak idealny lek przeciwbólowy i uspokajający. Nie do końca wiem czy to miękki akcent i sposób, w który Thierry opowiadał o Marrakeszu czy moje zmęczenie, a może faktycznie marokańska herbata ma w sobie jakąś specjalną moc, która sprawia, że większość Marokańczyków pije ją bez przerwy, ale udało mi się jakoś zrelaksować. Zwłaszcza jak uświadomiłam sobie, że nic się nie stanie, jak miejscami Marrakesz mi się nie będzie podobać. Przecież nie ma miejsc idealnych. Nie przyjechałam tutaj zresztą szukać raju, a poznać inną kulturę.

„Większość turystów chce wracać po pierwszym dniu do domu, przerażona chaosem, jaki zastali, zwłaszcza jeśli to ich pierwsza wizyta w kraju pokroju Maroka” – słowa Thierry’ego wryły mi się jakoś w czaszkę i pozwoliły na to abym po prostu przestała się przejmować i nazywała rzeczy po imieniu, nie owijając w bawełnę. Naprawdę pomogło mi to niebywale, kiedy z bezpiecznej oazy, jaką był riad, wyszłam na zewnątrz, do istnego chaosu panującego na pobliskich uliczkach mediny. Muszę jednak przyznać, że jakkolwiek jestem riadem zachwycona pod każdym względem, od pokoju, atmosfery, aż po przygotowywane specjalnie dla mnie wegańskie posiłki, trochę przeraża mnie kontrast między tym co panuje w czterech ścianach hotelu a tym, co na zewnątrz. Większość restauracji czy knajpek, do których zachodziłam, bo a polecał je przewodnik, Thierry, bądź wyglądały ładnie, pełne były nie tyle turystów, ile frankofońskich mieszkańców Marrakeszu. Menu w wielu z nich było zresztą po francusku, bo kto by się przejmował jakąś zagubioną duszą, mówiącą jedynie po arabsku…

O nie-francuskości tego miejsca trudno jest jednak zapomnieć. Zwłaszcza, jak o 5:30 nad ranem z błogiego snu wyrywa człowieka śpiew muezzina i jego, trzeba przyznać dość natarczywe, wołanie do pierwszej modlitwy. Wydawało mi się, że powinna ona nastąpić w okolicy wschodu słońca, więc poszłam spać niezwykle zadowolona z faktu, że spokojnie pośpię sobie do siódmej. W ogóle nie spodziewałam się, że o 5 nad ranem, kiedy na zewnątrz ciemno jak smoła, zatrzeszczą na pół mediny głośniki rozwieszone na minarecie pobliskiego meczetu i zacznie się „śpiew”. Jakkolwiek muezzini w Stambule, który odwiedziłam dobre kilka lat temu, naprawdę robili to z duszą, tak mój lokalny muezzin niestety nie posiada aż takich umiejętności. Dwoi się i troi, próbuje śpiewać, ale niestety bardziej przypomina to dość bolesne zawodzenie niż piękne wezwanie do zaczęcia dnia od modlitwy. Nie trwa to także bynajmniej kilka minut. Jak jeden z nich skończył, pałeczkę przejął drugi, dołączył się także do śpiewu muezzin z kolejnego meczetu, a potem następnego i całą medinę tonącą w zmroku zalał śpiew na wiele głosów, z którego rozumiałam jedynie Allāhu Akbar (الله أكبر) – „Bóg jest wielki”. Nie wiem czemu, ale mimo faktu, że momentami zawodzili oni dość potwornie i brzmiało to czasem bardziej jak jakiś lament, niezwykle mi się to podobało. Zwłaszcza, kiedy powoli zaczęło świtać, zrobiło się troszkę jaśniej, więc narzuciłam na piżamę gruby sweter i wyszłam na dach riadu, aby móc posłuchać śpiewu okolicznych muezzinów i zobaczyć, jak miasto budzi się do życia.

Wróciwszy do pokoju, nie mogłam już usnąć, podekscytowana tym, że nareszcie jestem w nowym miejscu i w podróży i po co marnować czas na spanie – spać można wszędzie, a mój czas w Marrakeszu był policzony. Dlatego też po szybkim prysznicu i przebraniu się, zeszłam na dół i zanim zasiadłam do śniadania, rozsiadłam się na kanapie na dziedzińcu riadu i zabrałam za studiowanie mapy Marrakeszu, popijając herbatę (tym razem poprosiłam o wersję bez cukru). Dzień wcześniej Thierry zaznaczył na niej masę miejsc, które warto zobaczyć, w tym najciekawsze zakątki tradycyjnych uliczek ze sklepami, tworzącymi istny labirynt – tak zwanych souków (سوق). Na mapce wyglądało to nie aż tak skomplikowanie, jak zdawał się twierdzić przewodnik, a nawet sam Thierry, który polecił mi zignorowanie mapki i po prostu zagubienie się w tym „magicznym labiryncie”. Zajadając się całą górą naleśników, które zostały usmażone specjalnie dla mnie w wersji bezmlecznej i bezjajecznej, polaną a to dżemem z kiwi, a to pomarańczowym z cynamonem i posypaną jeszcze górą owoców, starałam się pozbyć stresu związanego z konfrontacją ze światem na zewnątrz riadu, gdzie wczoraj w kilka minut spotkałam się jedynie z kombinowaniem i agresją.

Zanim dotarłam do souków, wybrałam się na powolny spacer po okolicy z zamiarem odwiedzenia słynnej Medersy ben Youssef, jednej z głównych atrakcji Marrakeszu. Niestety, jakkolwiek w Stambule większość czasu upłynęła mi na zwiedzaniu przeróżnych meczetów, w Maroku są one niedostępne dla nie-muzułmanów. A szkoda, bo do tej pory wspominam niezwykłe zdobienia i kaligrafie na ścianach świątyni takich jak Niebieski Meczet czy Hagia Sophia i naprawdę żałuję, że nie dane mi będzie tym razem zobaczyć jakiegokolwiek wnętrza meczetu (z tego co wiem jedynym otwartym dla zwiedzających meczetem w Maroku jest Meczet Hassana II w Casablance, do której z Marrakeszu średnio mi po drodze…).

medersa2

medersa1 medersa10 medersa9  medersa7 medersa8medersa6 medersa5 medersa4 medersa3

Medresa została zbudowana wraz z przyległym do niej meczetem (ponoć przepięknym, ale niestety nie mogę przekonać się o tym na własne oczy) w XII wieku. Nazwa pochodzi od imienia sułtana z dynastii z berberyjskiej dynastii Almorawidów – Alego bin Jusufa. Przebudowano ją znacznie w XV wieku i od tamtej pory stała się ona największą szkołą koraniczną nie tylko w Maroku, ale także w całym regionie Mahrebu. Uczyło się w niej na raz ponad 900 uczniów, którzy mieszkali w 130 pokojach rozmieszczonych na terenie szkoły. Aż trudno uwierzyć, że szkoła ta tętniła życiem jeszcze całkiem niedawno, bo w latach 60. XX wieku, kiedy to ktoś wpadł na pomysł zamknięcia jej. 20 lat później otworzono ją już jako zabytek – z jednej strony mnie to cieszy, bo oznacza to, że osoby takie jak ja mogą nacieszyć się pięknem architektury i sztuki islamskiej, czyli głównie kaligrafii, a z drugiej strony szkoda, że młodzież z regionu nie może już studiować Koranu w tym klimatycznym miejscu.

medersa11 medresa20 medersa22 medersa21 medersa19 medersa18 medersa17 medersa16 medersa15 medersa14 medersa13 medersa12

Z Medersy do souków jest dosłownie rzut kamieniem, dlatego zanim się obejrzałam, wylądowałam w losowej uliczce, klucząc wśród osiołków, sprzedawców, turystów (których o dziwo było naprawdę niewiele) i tubylców. Co chwilę ktoś wołał do mnie słowa zachęty, które miały sprawić, że nie dość, że zajdę do ich sklepu, to jeszcze dam się oskubać. Z reguły moje no, thank you wystarczało, czasem jednak moja ignorancja spotykała się z agresją. Kilka razy ktoś pod nosem nazwał mnie… Żydem. „Juif!”, krzyknął za mną jakiś ubrany w dres-podróbkę młody chłopak, kiedy nie byłam zainteresowana kupnem paczki chusteczek, które sprzedawał. Raz na jakiś czas podchodził do mnie ktoś, chcąc pokazać mi drogę, nawet jak ja sama nie wiedziałam dokąd szłam. Zresztą, gdybym autentycznie czegoś szukała, i tak średnio interesowała mnie wizja korzystania z usług „przewodników”.

souk2

souk12

souk11

Souk, w którym wytwarzane są wszelkie produkty z metalu

souk10

souk9

Tradycyjne czajniczki do parzenia herbaty (głównie miętowej)

souk8

souk6

Zioła i przyprawy – dla każdego coś się znajdzie

souk5

Skórzane wyroby to jedne z najpopularniejszych produktów w soukach

souk4

souk3

Koty w Marrakeszu są dosłownie wszędzie!

Z jednej strony kusiło mnie, aby wchodzić do tych wszystkich sklepików, ale w większości przypadków kończyło się to wciskaniem mi w ręce wszystkiego co popadnie, nawet jak tylko chciałam się rozejrzeć. Dlatego rzadko kiedy wchodziłam do środka i oglądałam rzeczy z zewnątrz, próbując jako tako poukładać sobie w głowie, co w ogóle jest dostępne i co można by sobie (i innym jako pamiątkę) tutaj kupić. W miarę szybko zaznajomiłam się z typami rzeczy, które sprzedawano, bo większość z nich powtarzała się w większości sklepów. Z jednej strony to dobrze, bo ograniczało to jakoś wybór, a z drugiej nie do końca, bo wszędzie talerze, tradycyjne babouches czy biżuteria były bardzo podobne, więc jeśli nie satysfakcjonował mnie wybór w jednym sklepie, istniało nikłe prawdopodobieństwo, iż znajdę coś, co mi się spodoba w sklepiku obok.

souk20

Ryneczek z warzywami i owocami na jednym z placyków ukrytych w labiryncie souków

souk31

souk30

Jajka na twardo i ziemniaki w mundurkach – street food w marokańskim wydaniu

souk29

Pufy w każdym możliwym kolorze

souk28

Handel świeżymi skórami

souk27

souk26

souk25

souk24

souk23

Dżelaba (جلابة), berberyska szata z kapturem, który na myśl przywodzi mi Star Wars

souk22

souk21

Niektórzy sklepikarze byli dość sympatyczni i nie obrażali się, kiedy szłam dalej, albo gdy starałam się targować. „Ręcznie robione, nie dla turystów, prawdziwe!” krzyczał co drugi sklepikarz, myśląc, że dam sobie wcisnąć jakieś plastikowe buciki za kilkudziesiąt euro. Kiedy zaproponowałam cenę, jaką sugerował przewodnik, jeden z nich wpadł w istny szał, wyzywając mnie od wariatek.. Więc poszłam grzecznie trzy stoiska dalej i kupiłam dokładnie to samo i jeszcze taniej niż zaproponowałam kilka minut wcześniej. Niektórzy do sprawy targowania podchodzili wręcz z aktorskim zacięciem. „Litości, naprawdę chce Pani zapłacić grosze za to cudo wykonane z trudem?” próbował zmiękczyć me serce sprzedawca ceramiki, przekonany, że każdy turysta ma kieszenie wypełnione złotem, więc co to za różnica czy zapłacę kilka euro czy kilkadziesiąt. Normą było zmienianie ceny już po jej ustaleniu a potem wołanie za mną, że „okay, okay”, kiedy odchodziłam zdecydowanym krokiem, rezygnując z zakupu. To akurat działało prawie na każdego – wystarczyło odejść kilka kroków, a ton rozmowy zmieniał się całkowicie. „Ależ proszę bardzo mademoiselle” zamiast natarczywego wciskania mi turystycznego kiczu z nadzieją, że się nie poznam i zapłacę za to, jak za jakieś rękodzieło.

souk32

souk37

souk36

Malutkie tażiny (طاجين), w tym wydaniu do podawania przypraw

souk35

souk34

souk33

souk7

Nawet nie wiem kiedy minęło kilka godzin, a ja przeszłam dopiero nikły procent całego labiryntu. Od wizyty w soukach zaczynałam każdy kolejny dzień, starając się za każdym razem zawędrować do jeszcze nieznanych mi zakątków. Często lądowałam ciągle w tym samym miejscu i jakoś nie udawało mi się z tego labiryntu wydostać do uliczek, które kusiły mnie wizją czegoś nowego. Przyprawy, sklepiki z olejkiem arganowym, a nawet żółwie, lampiony, kapcie, biżuteria, drewniane wałki do ciasta, nie wspominając już o słodyczach, owocach i mięsie – w soukach można było dostać wszystko, czego dusza zapragnie. Ubrania, dywany, rzeźby, kołdry, krzesła, wyroby skórzane, lista nie ma końca. I jak tu odnaleźć się w tym chaosie? A może po prostu trzeba dać się ponieść tej fali i zagubić, nie zastanawiając się, gdzie się ostatecznie wyląduje?

souk43

Hamsa (خمسة), ręka Fatimy, zapewniająca ochronę

souk42

Suszące się pofarbowane włókna, z których powstaną wkrótce ubrania czy szale

souk41

souk40

souk39

Ptak pożerający innego ptaka – horror w marokańskim wydaniu.

souk38

Skóry z całej gamy stworzeń…

souk1

Pierwsze pół dnia w Marrakeszu, a moje zmysły przytłumione były już od feerii barw, zapachów, dźwięków. Od pięknego zapachu cynamonu, zmieszanego z drażniącym nos zapachem świeżej skóry i przeciskających się co chwilę gdzieś w pobliżu osiołków. Do tego odór niezbyt świeżego mięsa, które wisiało na świeżym powietrzu na hakach tak blisko uliczki, że niektórzy potrącali je, idąc przed siebie, nic sobie z tego nie robiąc. Mieszanka tradycyjnych wyrobów z chińską tandetą. Autentycznego rękodzieła z totalnym turystycznym chłamem. Kolejna kraina kontrastów, lecz jakże inna od tej, do której przyzwyczaiłam się w Azji. Bijąca w oczy bieda z oazami dla turystów. Agresja na przemian ze szczerymi uśmiechami. Chaos, istny chaos. Ale zamiast wyjść z souków przerażona, wyszłam z nich otumaniona i kiedy wylądowałam na ogromnym placu Djeema el-Fna, sercu marrakeszańskiej mediny, nie dochodziły do mnie już żadne krzyki, wołania, zaczepki; ignorowałam wciskane mi w twarz bransoletki, ciastka, ręce, które próbowały mnie bardziej czy mniej siłą zachęcić do wizyty w ich sklepie. Szłam przed siebie, przymykając co jakiś czas oczy i ciesząc się słońcem. Nareszcie jestem w podróży. Nareszcie!

Mówią, że przyszły rok będzie wyglądał tak, jak spędziło się ostatni dzień w roku. Mam nadzieję, że to znak, iż rok 2015 minie pod znakiem podróży w nieznane, zarówno fizycznie, jak i w głąb siebie. Poznawania nowych państw, kultur, historii, smaków, tradycji, ale także pogodzenia się sama z sobą, bo niestety, ale często przychodzi mi to z trudem. Wydawałoby się, iż rok spędzony w Azji przyniesie same korzyści, lecz nawet nie wiecie, jak momentami było ciężko. Niech ten nadchodzący rok pozwoli raz na zawsze zwalczyć demony, które gnębią mnie czasem odkąd wylądowałam w krainie tajfunów. Życzę zatem sobie, ale także Wam, aby żyć ze sobą w zgodzie, nawet jeśli jest to wbrew temu, co ludzie od nas oczekują lub raczej wbrew jakieś idealistycznej wizji, którą stworzyliśmy w swojej głowie. Abyśmy podążali za głosem serca. Dla jednych ważna jest stabilizacja, dla innych bycie w drodze.

Nie będę tworzyć listy miejsc do zobaczenia, książek do przeczytania. Nie będę obiecywać sobie, iż nagle będę ćwiczyć siedem dni w tygodniu i uczyć się od rana do nocy i nie tracić czasu na „głupoty”, czyli rzeczy niezwiązane z moimi studiami. Mam tylko jedno marzenie. Jeden cel. Nauczyć się cieszyć chwilą. I zaznać szczęścia, nieskalanego stresem, który zatruwa każdą, nawet najwspanialszą chwilę. Być tu i teraz. Wdech i wydech. Nowy Rok mam zamiar zacząć od wypatrywania wschodzącego słońca, słuchania śpiewu muezzina z nadzieją, że nie obudzę się zlana potem z ciężarem na klatce piersiowej, bojąc się przyszłości. Od wyspania się i niezastanawiania się, nawet przez sen, nad tym, czego muszę się nauczyć, co zrobić, co napisać czy przeczytać. Chciałabym umieć osiągnąć spokój ducha, choć na chwilę. A czy można nauczyć się tego lepiej niż w podróży?

Podróż przecież nie zaczyna się w momencie, kiedy ruszamy w drogę, i nie kończy, kiedy dotarliśmy do mety. W rzeczywistości zaczyna się dużo wcześniej i praktycznie nie kończy się nigdy, bo taśma pamięci kręci się w nas dalej, mimo że fizycznie dawno już nie ruszamy się z miejsca. Wszak istnieje coś takiego jak zarażenie podróżą i jest to rodzaj choroby w gruncie rzeczy nieuleczalnej.

Ryszard Kapuściński – „Podróże z Herodotem”

Niektórzy mówią, że podróżowanie to ucieczka od prawdziwego życia, ale nawet jeśli tak jest, to wybieram tę ucieczkę. Życzę Wam, abyście także trwali przy swoich wyborach i aby były one w zgodzie z Waszym sercem. Nawet jeśli jest to czasem naprawdę trudne. Damy radę!

Szczęśliwego Nowego Roku!

明けましておめでとうございます!

새해 복 많이 받으세요!

سَنة جَديدة سَعيدة

Karolina

autor:

Cześć! Mam na imię Karolina. Jestem absolwentką japonistyki na Oxfordzie i piszę tutaj głównie o Azji Wschodniej. W wolnych chwilach czytam, gotuję wegańskie pyszności i próbuję wymyślić, jak choć trochę ulepszyć świat.

Comments (29)

  1. Niesamowite zdjęcia. Wiele czytałem o Marakeszu i przyznam, że właśnie tak go sobie wyobrażam.

  2. Jeśli chodzi o Twoje postanowienie noworoczne, to polecam odwiedzić „Czarną Afrykę”, gdzie „pole pole” (wolno, wolno) jest po prostu filozofią życia. Dużo uczy przeciętnego białego Europejczyka… zwłaszcza pokory 😉
    Mówiąc natomiast o kulturze arabskiej polecam serdecznie (może czytałaś? 😉 ) książkę Margaret K. (Omar) Nydell „Zrozumieć Arabów” – kiedyś poleciła mi ją moja wykładowczyni od „kultury świata arabskiego” i teraz ja całym sercem polecam ją dalej 🙂

    よいお年を!

    • Karolina

      To moja pierwsza wizyta w Afryce, więc wszystko jeszcze przede mną. Nigdy mnie jakoś specjalnie do „Czarnej Afryki” nie ciągnęło, ale zwiedziłabym z chęcią na przykład Etiopię. Książkę już sobie zapisałam i z pewnością przeczytam przed kolejną podróżą do jakiegoś arabskiego kraju, wielkie dzięki!

      明けましておめでとう♡

  3. Powiem Ci szczerze, że Ci strasznie zazdroszczę tego Maroka, ale tak zupełnie bez zawiści!
    Wszystkiego najlepszego w Nowym Roku!
    Pozdrawiam serdecznie, Asia :*

    • Karolina

      A ja ci przyznam równie szczerze, że jest czego zazdrościć 😀 Wyjeżdżam stąd niestety już za kilka godzin i na myśl o wilgotnej i zimnej Anglii aż mną telepie…
      Także życzę wszystkiego naj w 2015! ♡

  4. Dłuuugi wpis, ale czytało się bardzo fajnie, ciekawe porównania i uwagi, odnośniki 🙂 Odczucia z innych afrykańskich krajów arabskich mam podobne 🙂 I też niewiele rzeczy irytuje mnie bardziej niż podejście „mości panów” na wakacjach…
    I podobają mi się zdjęcia, im więcej tym lepiej 😉 architektura piękna i te kolory!

    • Karolina

      Wielkie dzięki za miłe słowa! Jak mnie nieraz „wena” najdzie to mogę pisać i pisać, a potem przerażona jestem, że ludzie uznają to za grafomanię… No ale bywa, taki przywilej blogowania, że można pisać, co się chce 😀
      Mnie najbardziej rozbroił chyba komentarz Polaków (a jakże) ostatniego dnia, którzy szli kilka kroków przede mną i skomentowali atmosferę na jednym z placów „ale dzicz”. Co z tego, że pannica miała całe gołe plecy, a facet w krótkich spodenkach – grunt, że według nich Maroko to dzicz, bo oni to takie paniska i klasa sama w sobie, że klękajcie narody… Ech. i od razu płakać mi się zachciało, że jak już słyszę takie komentarze, to po prostu MUSI to być jakiś Polak. Może jestem bardziej wyczulona na język polski, ale to boli…

      • Czasem się zastanawiam, czy tylko my tak potrafimy gwiazdorzyć i marudzić, ale wtedy pocieszam się myślą, że w każdym narodzie znajdą się super ludzie oraz tacy, których musimy się wstydzić 😉
        Przygotowanie się do wyjazdu tak, by mieć szacunek do kultury danego kraju to jeszcze inny temat… 🙁

        Pozdrawiam i najlepszego w 2015!

  5. fantastyczny pomysł z tym zaczynaniem nowego roku w podróży! 🙂 już planuję na przyszły rok 😉

  6. Fajnie rozpocząć rok w tak cudownym miejscu. Byłam w Maroku kilka lat temu. Przejechałam spory kawał tego pieknego kraju. To była jedna z tych podróży, o których nie da się zapomnieć 🙂

    • Karolina

      Ledwo co wróciłam z Marrakeszu, a już sprawdzam loty do innych miejsc w Maroku, nawet mimo tego, że średnio mam na taką wycieczkę czas, a średnio widzi mi się dłuższa podróż po Maroku latem, bo chyba ugotowałabym się żywcem. Nie miałam zielonego pojęcia, że aż tak mi się w Maroku spodoba!

  7. Już kolejny raz tu dzisiaj zaglądam, ależ mnie to Maroko pociąga! Jestem sobie w stanie wyobrazić tych turystów naprędce wracających w swoje tymczasowe cztery ściany dla uniknięcia tego chaosu. Ale ja właśnie przez to zostałabym na zewnątrz najdłużej, jak to tylko możliwe 🙂

    • Karolina

      Cieszę się, że tu zaglądasz i mam nadzieję, że nie przestaniesz 🙂 Jakkolwiek riad był niesamowity, od razu po śniadaniu wychodziłam na zewnątrz i wracałam późnym wieczorem – raz czy dwa wróciłam na chwilę po południu, żeby zostawić zakupy, bo średnio mi się widziało łażenie wszędzie z wielką książką z przepisami albo talerzami 😛

  8. Ha, zwykle nie wierzę w zabobony, ale ten jeden jakoś mi się trzyma głowy – jaki sylwester taki cały rok. To raczej przypadek, ale jak do tej pory się sprawdzało 😛 😀

    • Karolina

      Mam nadzieję, że się sprawdzi, bo Sylwester w tym roku był wręcz niesamowity 😀 A trochę dodatkowej pozytywnej energii nigdy nie zaszkodzi <3

  9. Jak juz ktos pisal – piekne zdjecia. A opis Maroka jest niestety zbiezny z tym co slyszelismy, a Kasia nawet doswiadczyla. Po kilku dniach byla po prostu zmeczona tym tlumem, wmuszaniem i targowaniem sie.

    Inny klimat, pewnie trzeba sie przyzwyczaic.

    Pozdrawiamy,
    Kasia i Marek

    • Karolina

      Wielkie dzięki! To prawda – mimo że bardzo mi się w Maroku podobało, męczyła mnie ta natarczywość, wciąganie na siłę do sklepów, itp. Najgorsi jednak byli młodzi, tacy marokańscy dresiarze, którzy potrafili krzyczeć za mną „fuck you!” albo wykłócać się o pieniądze, mimo że widziałam ich pierwszy raz na oczy. Może gdybym umiała porozumieć się po francusku bądź arabsku byłoby mi łatwiej, ale i tak po kilku godzinach chodzenia po mieście czułam potrzebę schowania się w jakiejś zacisznej kawiarence.

  10. Ale miałaś przygody już na starcie!

  11. czytałam z zapartym tchem, bo przypomnialo mi się moje Maroko dwa lata temu, funkcjonowanie na zwiększonych obrotach, żeby nie dać się zwariować tym dźwiękom, barwom i zapachom. i żeby uważaj na wszystkie zaczepki i propozycje i rozróżnić te szczere od tych oszukańczych. Ale jakby nie było Maroko jest warte każdego trudnu, bo całkiem tam fantastycznie! oby 2015 był taki jak jego początek!

    • Karolina

      Całkowicie zgodzę się z tym „funkcjonowaniem na zwiększonych obrotach”, mimo że mi się w Maroku bardzo podobało, wieczorem padałam wykończona i spałam do rana (a raczej do pierwszego wycia muezzinów) bez większych problemów. Nie mogę się doczekać kolejnej wyprawy do tego fascynującego kraju, kiedykolwiek ona nie nastąpi 🙂

  12. Nie wiem czym by się tam odnalazła. Bardzo nie lubię, gdy ktoś próbuje mnie oszukać albo jest natarczywy. Może się kiedyś tam wybiorę, żeby wyrobić swoje zdanie na temat Maroko.

    • Karolina

      Bezpieczną przystań oferował mi riad i nie wiem czy bez niego wytrzymałabym tam więcej niż parę dni. Bardzo mnie męczyli sprzedawcy, ale jak wypuściłam się w mniej turystyczną część miasta to było sto razy lepiej. Myślę, że warto kiedyś Maroko odwiedzić, bo mnie się naprawdę podobało, mimo tej niezwykle męczącej natarczywości.

  13. Ja w Maroku byłam w marcu. Wyjeżdżałam głównie z nastawieniem „uważać na sprzedawców” 😉 ale nie było aż tak źle, może dlatego że towarzyszył mi rosły ochroniarz w postaci męża. 😉 Wystarczyło jednak, że na chwilę się oddalił, a ja od razu wpadłam w kłopoty przez panią, która zdobiła dłonie. 🙁 Jednak cały pobyt był przede wszystkim bajecznie kolorowy i pozytywnie ładujący. 🙂

    • Karolina

      Ja nie dałam się naciągnąć na malowanie dłoni na placu, bo niezbyt mnie przekonywała czarna henna, która z prawdziwą henną nie miała zapewne wiele wspólnego 😛 Nie było jednak tak, że wszyscy sprzedawcy byli natarczywi, udało mi się spotkać także kilku przesympatycznych, którzy spędzali godziny, pomagając mi wybrać najpiękniejsze talerze, itp. 🙂

  14. Byłam w Maroku z kolegą. Specjalnie, aby mieć więcej spokoju.

    Tak samo jak Ty byłam przerażona tą ich nachalnością, ciągłym nagabywaniem i wyciąganiem ręki po pieniądze. Tylko że nie tylko na początku, ale męczyło mnie to i w trakcie całego wyjazdu.

    Aby nie musieć mówić „nie” i nie odganiać się jak od upierdliwej muchy, nie patrzyłam na sprzedawców – niewiele przez to przywiozłam ze sobą, ale te pamiątki są tym bardziej cenne (uwielbiam mój jedwabny szal z dziurą od „nowości” :D). Starałam się też mieć pewną siebie minę i olewać każdy tekst. Było mi w sumie psychicznie ciężko.

    Wyjeżdżałam stamtąd zmęczona, bo do osoby asertywnej jest mi jeszcze daleko i wiele się muszę nauczyć, aby ten poziom osiągnąć. Asertywnym był natomiast na szczęście mój znajomy, więc dzięki niemu udało mi się wiele zobaczyć i nie zostać orżniętym. Mam jednak takie same odczucia jak i Ty, tj. chcę tam znowu wrócić. Tak, wrócić, mimo że wracałam stamtąd psychicznie zmęczona. Jednak w trakcie 9 dni wyjazdu były i piękne chwile, które przeważają szalę na korzyść powrotu. Po Twoim wpisie doszłam natomiast do wniosku, że powinnam polecieć tam tym razem sama, aby dostać dobrą lekcję, mając już pewną wiedzę, czyli podstawy zachowania.

    • Karolina

      Powiem szczerze, że na początku byłam autentycznie przerażona. Ale z czasem uświadomiłam sobie, iż albo jakoś się wezmę w garść albo spędzę tydzień, żyjąc w ciągłym strachu.

      Celem tego wyjazdu było zrelaksowanie się przed miesiącami zakuwania do egzaminów, a nie stresowanie i chowanie w riadzie, dlatego jakoś zaczęłam, na początku trochę na siłę, doszukiwać się pozytywnych doświadczeń. Na szczęście obsługa riadu sprawiła, że poczułam się jak w domu i zrozumiałam, że Marokańczycy także potrafią być przesympatyczni.

      W każdym razie – skłamałabym, mówiąc, iż Maroko było „idealne”. Nadal w sporej mierze chowałam się we własnej „comfort zone”, chowając się czasem w jakiejś bardziej zachodniej kawiarence. Nie udało mi się kupić wszystkiego, co mi się podobało, bo niektórzy sprzedawcy rzucali się na mnie z bluzgami, a ja po prostu nie miałam w sobie tyle siły, żeby dać się uwikłać w ich manipulacje, granie oburzonego klienta, wychodzenie, targowanie się, itp.

      Coś jednak w Maroku jest, że mimo częściowo negatywnych wspomnień, mam ochotę tam wrócić, najlepiej na dłużej. Może jeśli udałoby mi się bardziej wtopić w tłum i nie wyglądać na zagubioną owieczkę, byłabym w stanie bardziej nacieszyć się tym przecież jakże niesamowicie fascynującym krajem?

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *