Essaouira (الصويرة‎), czyli piracki port nad Atlantykiem

Największym problemem ostatnich kilku dni według Thierry’ego, Francuza, który jest właścicielem mojego wspaniałego rijadu, jest to jak nakarmić mnie nie używając mięsa, mleka, jajek i jeszcze do tego masła, miodu i jogurtu. Co rano przeprasza mnie zatem, że znowu chleb oraz naleśniki i potwierdza za każdym razem, że są tylko z mąki i wody. Nieraz widzę, jak spogląda na mnie z oddali, patrząc czy mi to smakuje i dziwując się, że niezbyt marudzę. No bo kto to widział jeść naleśniki bez masła?

Gotująca i przesympatyczna Zaha raczej nie widzi w tym problemu, ale podejrzewam, że dla większości Marokańczyków zjedzenie posiłku bazującego głównie na owocach czy warzywach nie jest raczej dziwnym wymysłem. Nie przekonuje to jednak Thierry’ego, który patrzy na mnie z odrobiną politowania i donosi kolejne owoce, przepraszając po raz kolejny, że znów to samo.

To jednak nic w porównaniu z kolacją, na którą trzeba przecież wymyślić coś bez mięsa. A w jego mniemaniu, kolacja bez mięsa bądź nabiału to nie kolacja, więc teatralnie łapie się za głowę, mrucząc (aczkolwiek wszystko to robi niezwykle sympatycznie) „Mon Dieu!”, no bo znowu trzeba coś wykombinować. Na szczęście to nie on gotuje, więc z reguły na kolację dostaję najpierw a to pyszną zupę harira (حريرة), a to sałatkę, później kuskus z warzywami bądź jakiś tażin, żeby potem zostać na koniec rozpieszczoną totalnie deserem, głównie na bazie pomarańczy i cynamonu.

Mogłabym tak siedzieć, opatulona uprzejmością i rozpieszczana od rana do nocy, nie przejmując się chaosem panującym na zewnątrz, w sercu mediny, ale chyba nie o to chodzi, nieprawdaż? Jednocześnie, zmęczona zgiełkiem i ciągłym nagabywaniem do kupna niepotrzebnych mi rzeczy, po dwóch dniach spędzonych w Marrakeszu poczułam, że muszę koniecznie od niego odpocząć, bo chcę wrócić z tego wyjazdu naładowana pozytywną energią i chętna do pracy w nowym roku, a nie wykończona i łypiąca na każdego, kto odważy się do mnie odezwać.

Nie musiałam się nad celem podróży długo zastanawiać, bo od dawna korciła mnie wizyta w położonej nad Oceanem Atlantyckim Essaouirze, znanej niegdyś jako Mogador (po arabsku nazywa się ją As-Sawirą (الصويرة), a po berbersku, który określany jest czasem mianem języka tamazight, Tassort (ⵜⴰⵙⵓⵔⵜ). Mimo że na mapie Essaouira zdawała się być dosłownie rzut kamieniem od Marakeszu, w rzeczywistości okazało się, że wcale nie jest ona tak blisko.

Powoli uświadamiam sobie, że samo Maroko jest niewielkie tylko w atlasie, a cała Afryka jest w rzeczywistości po prostu niewyobrażalnie ogromna. Do miasteczka, które według wszelkich przewodników leży “tuż przy Marrakeszu” jechałam niemalże 3 godziny, więc co by było, gdybym chciała wybrać się do miejsca “niedaleko” Marrakeszu? O mało co nie kupiłam zresztą biletu na autobus do położonego w Atlasie Ouarzazate, bo przecież to tylko 150 km… dobrze że sprawdziłam, iż czas podróży wynosi ponad 5 godzin, bo ledwo co dojechałabym na miejsce, a już musiałabym wracać. Nie żeby nie korciła mnie wizja dziesięciu godzin oglądania przez okno autobusu gór, które z daleka wyglądają na miejsce wręcz magiczne, ale zostawię sobie tę przyjemność na następną, dłuższą wyprawę po Maroku.

Po śniadaniu i zapewnieniu zarówno Thierry’ego, jak i kucharki, że wszystko jest w jak najlepszym porządku i zajadanie się górą placków ze świeżutkimi owocami, podawanych ze świeżym sokiem pomarańczowym i herbatą jest dla mnie rozwiązaniem wręcz idealnym, udałam się na dworzec autobusowy firmy Supratours, która obsługuje tę trasę. Nauczona niezbyt miłym doświadczeniem poprzedniej podróży taksówką, poprosiłam Thierry’ego o zamówienie mi taryfy z jakiejś renomowanej firmy. Niby miało być wszystko pięknie, taksometr, po prostu bajka, ale jak tylko kierowca zobaczył moją rudą czuprynę, pierwsze co, to wyskoczył do mnie z pretensjami, że musiał na mnie czekać.

– Czekam już 15 minut! – odburknął, rzucając mi dość nieprzyjemne spojrzenie. Tak jakby to była moja wina, że przyjechał o 8:15, mimo że zamawiałam taxi na 8:30.

Przed zamknięciem drzwi poprosiłam go o włączenie taksometru, co oczywiście spotkało się z odmową. Ja na to, że bez taksometru nie jadę, on na to, że nie ma mowy i już. Wkurzyłam się niemiłosiernie i wyszłam z auta – kilka sekund później słyszę za sobą krzyk, że „Okej, taksometr, okej.” Jak okej, to wydawałoby się, że sprawa załatwiona. No ale później po drodze słyszę, że za czekanie doliczy sobie opłatę serwisową.

Nie ze mną te numery.

Ledwo co zdążyłam się zbuntować, ten zatrzymał się i wziął kolejnego pasażera, no bo czemu nie wykorzystać okazji, aby dorobić trochę na boku, mimo że na taksometrze nabił tylko mnie. No niech mu będzie. Oczywiście, jak już dojechaliśmy na miejsce, próbował naciągnąć mnie na jakieś dodatkowe opłaty z kosmosu, ale wcisnęłam mu 30 dirhamów w rękę, bo licznik pokazał coś rzędu 20-kilku i wyszłam z auta z trzaskiem.

Nikt za mną nie pobiegł ani nie usłyszałam żadnych przekleństw, mimo że kilka razy zdarzyło mi się, że jacyś „przesympatyczni” młodzi Marokańczycy wołali do mnie „Fuck you!”. Wsiadłam do autobusu, którym dla odmiany nie powstydziłby się żaden przewoźnik w Polsce, zajęłam zarezerwowane wcześniej miejsce i mogłam nareszcie jako tako się wyluzować.

Po drodze jak zwykle – kraina kontrastów. Niewyobrażalna bieda, a kilka minut później osiedle nowobogackich z szlabanem i pozłacaną bramą. Lepianki z odrapanymi ścianami, lecz z nowiutką anteną satelitarną na dachu. Dziurawe ubranie i rozwalające się buty, a w ręce nowiutki telefon.

Czy cała Afryka tak wygląda?

Zadziwiła mnie jednak jakość dróg; po drodze mijaliśmy autostradę z Marrakeszu do Casablanki i muszę przyznać, że nie powstydziłby się jej żaden kraj europejski. Niestety, autostrada była tak naprawdę pusta – podejrzewam, że większości Marokańczyków nie tylko nie stać na uiszczenie opłaty, ale nie posiadają nawet samochodu, którym warto by się wybrać w taką drogę. W końcu w marrakeszańskiej medinie większość z nich porusza się na osiołkach albo, jak już powodzi się im troszkę lepiej, na rozklekotanych skuterach i motorach.

Piękna (i pusta) autostrada na trasie Marrakesz - Casablanca

Piękna (i pusta) autostrada na trasie Marrakesz – Casablanca

Pustki po drodze z Marrakeszu do Essaouiry w Maroku Zadziwiły mnie niesamowicie połacie zieleni nieopodal Essaouiry, które skojarzyły mi się z lasami sosnowymi nad polskim morzem, mimo że nie były to drzewa iglaste. Nie wiem czemu, lecz Maroko jawiło mi się jako kraina piasku, więc kilka kilometrów zieleni zrobiło na mnie dość spore wrażenie. Uświadomiło mi to jednak zarazem, na temat Maroka i Afryki nie wiem tak naprawdę nic. Najwyższy czas to zmienić. Nie uda mi się nigdy pewnie nauczyć się na temat tego kontynentu-monstrum, które składa się z kilkudziesięciu państw, gdzie wyznaje się całą gamę religii, używa setki języków, tyle ile bym chciała. Można jednak spróbować i jakoś to wszystko liznąć, zwłaszcza, że lubię i wyzwania i podróże, więc na pewno coś się wymyśli.

Panorama Essaouiry widziana z okna autobusu

Panorama Essaouiry widziana z okna autobusu

Dżazirat Mukadur (جزيرة موكادور), jedna z Wysp Purpurowych nieopodal Essaouiry

Dżazirat Mukadur (جزيرة موكادور), jedna z Wysp Purpurowych nieopodal Essaouiry. Mimo bogatej historii tego miejsca, nie można go odwiedzić, bo ustanowiono na niej rezerwat przyrody

W Essaouirze wylądowałam (oczywiście…) z półgodzinnym poślizgiem, ale nie miałam żadnych szczególnych planów, więc niezbyt mi to przeszkadzało. Po prostu chciałam odpocząć od souków, placu Djeema el-Fna i tłumu turystów i pooddychać trochę morskim powietrzem. Okazało się, że kilka godzin w tym mieście w zupełności wystarczy, żeby jako tako się z nim zapoznać – oczywiście można by tu i siedzieć kilka dni, bo panuje w nim dość sympatyczna atmosfera, lecz w kwestii stricte zwiedzania, nie ma tutaj aż tak wiele do roboty, chociaż tutejsze atrakcje różnią się znacznie od tego, co zobaczyłam w Marrakeszu. Jedna z wież przy murze dookoła Essaouiry Białe budynki z charaterystycznymi niebieskimi drzwiami i oknami w Essaouirze Początki Essaouiry sięgają czasów starożytnych, bo mądrzy ludzie już bardzo dawno temu zorientowali się, że jest to wręcz idealne miejsce na port. Jednakże As-Sawira, jaką znamy teraz, zaczęła powstawać dopiero w XVI wieku, kiedy to król Portugalii, Manuel I, rozkazał wybudowanie w tym miejscu fortecy, którą ochrzczono mianem Castelo Real de Mogador. Portugalczycy nie nacieszyli się tym miejscem długo, mimo tego, że przez kilkadziesiąt lat byli panami tego regionu – 4 lata po zbudowaniu fortecy, została ona odbita przez lokalny klan Regraga, członka konfederacji plemion berberyjskich w Maghrebie zwanej Masmuda. Portugalczycy dwoili się i troili aby odbić zbudowaną przez nich kilka lat wcześniej fortecę, ale ich starania spełzły na niczym. Potem swoich sił próbowali Hiszpanie, Anglicy, a nawet Holendrzy, ale także się im nie udało.

Od powstania fortecy, miasto prosperowało coraz lepiej i stało się regionalnym centrum eksportu cukru, melasy… a także przystanią popularną wśród grasujących po wodach Atlantyku piratów. W XVII wieku podpisano jednak pakt z Francuzami, przyznając im sporo przywilejów, takich jak budowa konsulatu i wolność wyznania. Mimo że na początku Francuzi mieli być gośćmi, szybko zaczęli zachowywać się jak gospodarze. Muhammad III, sułtan Maroka z dynastii Alawitów, panujący w połowie XVIII wieku, zlecił renowację i stworzenie „nowoczesnego” miasta francuskiemu architektowi. Tak jakby marokańskość od razu oznaczała zacofanie. Zmieniono nazwę, mając nadzieję na to, że zapewni ona świetność miastu – Souira („mała forteca”) przekształciła się zatem w Es-Souirę („pięknie zaprojektowaną”), niczym poczwarka w motyla. Być może coś w tej nowej nazwie było, bo dała miastu niezły impuls do rozwoju. Jeszcze kilkadziesiąt lat wcześniej głównym portem w okolicy był Agadir, lecz rolę tę w miarę szybko przejęła Essaouira. Niedługo później stała się nawet głównym portem, z którego w świat płynęły produkty z całego regionu subsaharyjskiego – od Timbuktu (które swoją drogą muszę koniecznie kiedyś odwiedzić), poprzez Atlas, aż po Marrakesz.

Okazało się zatem, że z miasta handlu, kultury i magii przywiało mnie do pirackiego portu! Wręcz dosłownie, bo wysiadając z autobusu, morska bryza trzasnęła mi w twarz niczym biczem. Och, jak brakowało mi tego w Marrakeszu, jakiegoś ruchu powietrza, zmiany, a tam tylko trwanie w miejscu i czasie. Wiem, że właśnie tej powolności było mi trzeba, takiego zatrzymania się na chwilę i nacieszenia chwilą, ale dla osoby, która nie umie się skupić na jednym czy usiedzieć dłużej w jednym miejscu, nie było to wcale łatwe zadanie. Dlatego w jakiś tam sposób znowu uciekłam od tego, szukając nowych doznań. A Essaouira zagwarantowała mi perfekcyjną odskocznię, ale nawet mimo przyjemnej atmosfery w niej panującej, część mnie zaczęła po kilku godzinach tęsknić za marrakeszańskim zgiełkiem.

Maski, dywany i inne cuda na sprzedaż w EssaouirzePiękne kolorowe drzwi z rzeźbieniami na kamiennych framugach w Essaouirze Typowo marokańskie kontrasty: sklep z muzyką gnawa, tradycyjne naczynia, ciuchy i kawiarnia

Nie miałam żadnego planu, więc najpierw podążyłam za głosem swojego serca, a raczej brzucha, w poszukiwaniu jedzenia. Znalazłam w Internecie informację na temat wegańskiej (!) knajpy w samym sercu mediny, więc nie zastanawiając się dłużej, udałam się w stronę centrum w poszukiwaniu pysznego jedzenia. Znalezienie restauracji nie było trudne, wybór także (jeszcze wtedy nie znudził mi się kuskus). Od przyjazdu do Essaouiry minęło dopiero kilkanaście minut, a ja smażyłam się (niemalże dosłownie) na słońcu, czekając na swoje zamówienie. Nawet jak na marokańskie normy, przygotowanie jedzenia zajęło właścicielowi „Shyadma’s Vegan Food” niebywale długo, ale na szczęście w międzyczasie przyniósł on talerz chleba i oliwek, to miałam czym zająć ręce, kiedy siedziałam tak na słońcu, starając się nim nacieszyć, póki jeszcze mogłam.

Piękne niebo widziane z tarasu wegańskiej knajpki w sercu Essaouiry

Widok z tarasu restauracji

Po zjedzeniu (kuskus był faktycznie przepyszny!) za cel obrałam sobie twierdzę, do której było niedaleko. Zresztą, co w Essaouirze jest daleko? Zaglądając do małej sekcji poświęconej Essaouirze w moim przewodniku poświęconym Marrakeszowi, wybierałam sobie co rusz nowy cel i dojście tam zajmowało mi z reguły kilka, maksymalnie kilkanaście minut. I to dość ślimaczym tempem, bo obiecałam sobie, że wykorzystam nowy aparat do granic jego możliwości, nawet mimo tego, że nadal nie ogarniam większości jego opcji. Na szczęście wygląda na to, że lubi on myśleć za mnie, a mnie to także nie przeszkadza, więc starałam się uwieczniać jakieś szczegóły, które wpadły mi w oko. Całkowicie inna kultura, więc i takich rzeczy było naprawdę wiele – od okien, poprzez zwierzęta, a nawet odrapane ściany. Żeby jakoś razem słowami i obrazem przekazać atmosferę tego miejsca. Albo przynajmniej spróbować.

Nadmorskie zabudowania nieopodal twierdzy w EssaouirzeArmaty - pozostałość po najeźdźcach z przeszłości w twierdzy w Essaouirze

Forteca zrobiła na mnie spore wrażenie, między innymi dlatego, że tak bardzo różniła się od Marrakeszu. Równie dobrze mogła znajdować się w Hiszpanii, na południu Francji, bądź w Portugalii. Skojarzenie to nie powinno dziwić, w końcu Essaouira od wieków była miejscem spotkań wielu kultur, ale jakoś musiałam na chwilę przystanąć, usiąść przy jednej z armat i uświadomić sobie, że do Europy mam jednak spory kawałek i gdyby mnie ktoś przywiózł tutaj z zamkniętymi oczami, nie powiedziałabym, że jestem w Afryce. Ale z drugiej strony – czym tak naprawdę jest Afryka? Dlaczego zawsze ją uogólniamy i spłaszczamy do jednej „Afryki”, jakby to był jednolity kraj? W Essaouirze w większej ilości miejsc napotkałam napisy w tamazight, o wiele mniej po francusku, w porównaniu do Marrakeszu, a i tak nie do końca czułam, że jestem z dala od domu. A może po prostu Maroko ma coś takiego w sobie? Albo ja, nie mogąc usiedzieć w miejscu, zaczynam się czuć jak u siebie wszędzie, aby było daleko i nie na za długo?

Wygrzewający się w słońcu kot i tradycyjne miniatury w Essaouirze Twierdza w Essaouirze

Twierdza w Essaouirze w samo południe

Powietrze przesiąknięte było solą, w tle słychać było krzyki mew, a ja siedziałam na murku, oparta o jedną z armat i podziwiałam okolicę. Nikt nie wciągał mnie po drodze do sklepików, nikt nie krzyczał za mną „Excuse me,” czy też swojskie „Dzień dobry!”. Autentycznie, Marokańczycy mają jakiś radar i co chwilę słyszę jakieś wołanie: „Polska, Polska!”. Najbardziej rozbroił mnie chyba jeden ze sprzedawców w souku, który na mój widok krzyknął na pół miasta: „Radio Maryja!”. Był też jeden, który chcąc zachęcić mnie do wizyty w sklepie rzekł z uśmiechem na twarzy „Do widzenia”. A w Essaouirze cisza, spokój. Szum morza w oddali. Sprzedawcy obrazów przysypiali, właściciele sklepików z pamiątkami bardziej byli zainteresowani piciem herbaty i zagryzaniem świeżutkiego chleba niż nawoływaniem klientów. Zero zaczepek, pełen luksus. Tego było mi trzeba.

Sprzedawca tradycyjnych obrazków w Essaouirze Nowoczesny styl rysunków na sprzedaż w Essaouirze Kolorowe rysunki na sprzedaż dla turystów na murach twierdzy w Essaouirze

Najbardziej z miejsc opisanych w przewodniku kusiła mnie jednak dawna dzielnica żydowska, Mellah. Mimo że Żydów raczej tam nie ma albo zostało dosłownie kilku, kiedyś była to jedna z bogatszych części Essaouiry, więc nie mogłam się tam nie wybrać. Zdziwiłam się jednak trochę, kiedy wędrując w labiryncie uliczek (jakkolwiek klimatycznych), ujrzałam głównie budynki w stanie sporego rozkładu. Co odróżniało domy Żydów? Sama na to bym nie wpadła, ale okazuje się, że… balkoniki. I faktycznie, mimo że w uliczkach rozbrzmiewały okrzyki dzieci po arabsku i pewnie w innych nieznanych mi językach, nieraz można było ujrzeć przyczepiony do fasady sypiący się balkonik.

Tradycyjna ceramika na sprzedaż w souku w Essaouirze Marokański streetart i przyścienna fontanna w Essaouirze

Nie wiem czemu, ale spacer ten wywarł na mnie spore wrażenie. Może dlatego, że domy miały inny kolor niż te w Marrakeszu wybudowane z różowego piaskowca? Tak jakoś europejsko i „inaczej” w tym samym momencie. Co jakiś czas można było napotkać na swojej drodze schowany w jakimś zaułku riad, sklepik z olejem arganowym, z którego słynie okolica Essaouiry, bądź miejsca typu „mydło i powidło”, sprzedające dosłownie wszystko.

Kuty lampion w kształcie gwiazdy i piękne detale dookoła drzwi w EssaouirzeWejście do jednego z hammamów na ulicach Essaouiry

Nie trudno było także o znalezienie sklepików promujących muzykę zwaną gnawa lub gnaoua (غناوة) – co roku w Essaouirze organizowany jest festiwal, na który zjeżdżają ponoć tłumy z całego świata. Chciałam nawet kupić sobie jakąś płytę z muzyką tego typu, ale nie mam na jej temat zielonego pojęcia. Teraz trochę żałuję, że nie weszłam do przypadkowego sklepu i poprosiłam o jakąś najlepszą płytę w mniemaniu sprzedawcy, no ale może oznacza to, że muszę przyjechać kiedyś jeszcze raz do Essaouiry na Gnaoua Music Festival.

Przypadkiem wylądowałam w soukach, ale nie miałam zbytnio nastroju na tłumy i okrzyki marokańskich sprzedawców, więc przeszłam się jedynie główną aleją, aby bezproblemowo trafić do portu. Po drodze zatrzymałam się w malutkiej księgarni, gdzie podziwiałam albumy z arabską kaligrafią, a także zakupiłam tonę pocztówek.

Sklep z tradycyjnymi marokańskimi ozdobami w souku w EssaouirzeKunsztowne zdobienia na jednym z wejść w Essaouirze w Maroku

Niebieskie drzwi i okna w Essaouirze

Kilka minut później znalazłam się na placu Moulay el Hassan, dawnym sercu miasta, gdzie nadal znajdują się popularne kawiarnie i restauracje. Zastanawiałam się nawet czy by nie przysiąść w jednej z nich na jakiejś herbatce, ale jakoś mnie nosiło, więc stwierdziłam, że wykorzystam tę nadprogramową dawkę energii i przejdę się na długi spacer przed powrotem do Marrakeszu.

Plac Moulay el Hassan w Essaouirze

Brama wjazdowa do portu w Essaouirze Malunki dzieci na murze w porcie w Essaouirze Kobaltowe łódki w porcie w Essaouirze, a w tle kamienna wieża

Port pachniał… rybami i przyznam, że dla osoby, która od kilku lat ich nie jada, zapach ten niezwykle drażnił. Po drodze rozłożyły się dziesiątki stoisk, gdzie można było kupić świeże ryby, złowione przez chwilą przez lokalnych rybaków, którzy często smażyli je na miejscu. Małe knajpki, gdzie ludzie zajadali się owocami morza. Jako że miejsca te nie miały dla mnie nic do zaoferowania, poszłam dalej, na jeden z krańców dawnej Essaouiry.

Świeże ryby na sprzedaż w porcie w Essaouirze

Rybak doglądający swojej kobaltowej łodzi w porcie w Essaouirze Wyciągnięte na brzeg kutry rybackie w porcie w Essaouirze Dziesiątki łodzi i kutrów w porcie w Essaouirze

Małe niebieskie jak niebo łódki, a w tle większe kutry, a to wszystko z dala od turystycznego zgiełku. Słońce zaczęło powolutku chylić się ku zachodowi, więc zapanował niebywały spokój, a ja mogłam cykać tyle zdjęć, na ile tylko miałam ochotę. Nie przepadam za transportem wodnym – każda moja podróż łodzią kończy się na wpatrywaniu w daleki punkt na horyzoncie albo w sufit w kajucie, starając się wmówić mojemu błędnikowi, że to kołysanie nie jest wcale aż tak straszne i że nie musi wysyłać groźnych sygnałów do mojego żołądka. Jednakże widok dziesiątek mniejszych i większych łódek, którymi codziennie wypływają na Atlantyk setki rybaków zrobił na mnie dość spore wrażenie. Może to po prostu gra kolorów, może atmosfera miejsca, a może jakaś zapowiedź podróży, ale przez chwilę poczułam wewnętrzny spokój.

Ocean widziany z portu w Essaouirze Ptak chłodzący się w wodzie Spacerowicze na plaży w Essaouirze

Mówią, że wszystko co dobre, szybko się kończy. Ale jakkolwiek Essaouira mi się podobała, była to dobra odskocznia tylko na kilka godzin. Tęskno mi było do zgiełku, do chaosu, do energii panującej w Marrakeszu. Nawet do młodych gniewnych, wykrzykujących przekleństwa, których znaczenia pewnie nie znają. Do osiołków patrzących na mnie styranymi oczyma. Do Thierry’ego, który ze szczerym uśmiechem witał mnie z powrotem i podawał ciastka i herbatkę (sans sucre – bez cukru). Do trzech kotów, które potrafiły całkowicie zmonopolizować kanapę i dawały się z niej usunąć jedynie pod warunkiem, że mogły spać na moich nogach/komputerze/plecach. Pomyśleć, że Francuzowi, który kilka lat temu rzucił pracę w Paryżu w poszukiwaniu miejsca dla siebie udało się w tę parę dni sprawić, że poczułam się tam jak w domu.

Karolina

autor:

Cześć! Mam na imię Karolina. Jestem absolwentką japonistyki na Oxfordzie i piszę tutaj głównie o Azji Wschodniej. W wolnych chwilach czytam, gotuję wegańskie pyszności i próbuję wymyślić, jak choć trochę ulepszyć świat.

Comments (20)

  1. Wszyscy zachwycają się tym miastem, nic dziwnego. Pociągające, niezwykle klimatyczne, znowu mnie kusisz, żeby z miejsca kupić bilety 🙂

    • Karolina

      Ja cierpię niezmiernie, że nie kupiłam jeszcze żadnych biletów na ten rok i żyję w takiej pustce, nie wiedząc co, gdzie, kiedy i dlaczego. Trzeba wreszcie podjąć jakieś kroki, zanim wyprzedadzą wszystko 😛

  2. Mon dieu, cóż za fajna miejscówa:)

  3. Maroko to wspaniały kraj, ma tyle do zaoferowania! Tam akurat nie dotarłem, ale pozostałe miejsca – Fez, Rabat, Meknes, wszystkie one robiły na mnie wielkie wrażenie. Pozdrawiam!

    • Karolina

      Tak dla odmiany, mi się nie udało tym razem dotrzeć do wymienionych przez Ciebie miejsc, ale wiem, że jeszcze kiedyś do Maroka wrócę na dłużej 🙂

  4. Żyjąc w Turcji pokochałam wszystko co orientalno-islamsko-egzotyczne i teraz już mam taką słabość do specyfiki tych krajów, że najchętniej wskoczyłabym w te Twoje zdjęcia i została tam na trochę! 🙂

    • Karolina

      O, a gdzie w Turcji mieszkasz? Nie przepadam za słowami typu „orientalne” i „egzotyczne” (za użycie ich na studiach japonistycznych, które są notabene na wydziale orientalistycznym, dostałabym po łapach) ale jak najbardziej wiem, o co Ci chodzi! Ja zakochana jestem w klimatach wschodnioazjatyckich, ale coraz bardziej trafia do mnie na przykład architektura islamska – po wizycie w kilku meczetach w Stambule musiałam zbierać szczękę z podłogi. Dlatego żałuję niezmiernie, że w Maroku niemuzułmanie nie mogą wejść do żadnego z meczetów, bo pewnie jest co podziwiać~

  5. Essaouira jest przepiękna i zostaję na długo w pamięci. Aczkolwiek jeśli będziesz miała czas i możliwość – dojedź do Legziry koniecznie! p.s. a ja właśnie zabieram się za robienie hariry w domu 😉

  6. Piękne zdjęcia, zachęcający opis 🙂
    Wstrzeliłaś się idealnie, bo własnie planuję przejażdżkę do Maroka na jakieś dwa tygodnie, zatem wciąż zastanawiam się, dokąd pojechać, co zobaczyć nie tylko jeśli chodzi o must see, ale też coś obok, coś dalej od szlaków i czeredy turystycznej.
    Zatem ogromne dzięki za jeden kamyczek do mojego filozoficznego ogródka 🙂 Krótkie wycieczki z głównych miast bardzo lubię, bo to ciekawa odskocznia w interior.

    I uśmiałem się czytając opisy diety, bo mam tak samo tylko odwrotnie. Ja nie tykam warzyw 😀 Zatem ciekaw jestem, jak to tam będzie… i czy da się coś nie wymieszanego z żadnymi warzywami znaleźć:)
    Jestem dobrej myśli 🙂

    • Karolina

      Myślę, że nie będzie problemów ze znalezieniem opcji a la mięso + chleb/kuskus/ziemniaki. Z tego co widziałam, ludzie zajadali się różnymi kebabami, szaszłykami itp, więc powinno być okay. No ale tak na serio żadnych warzyw? 😛

      • Tak jakbyś nigdy nie spotkała osoby „mięsożernej”… 😀

        • Karolina

          No prawda. Ale zawsze można uznać za warzywa np. pizzę czy frytki, jak to uczynili jakiś czas temu Amerykanie i problem z głowy 😀 A więcej zielska zostanie dla mnie, co mi jest jak najbardziej na rękę.

    • Paweł, da się – np. tajine z mięsnymi kuleczkami jest tylko z mięsem. Tak samo tajine z rybą albo grillowany seafood – jak dla mnie raj gastronomiczny! Jeśli lubisz rybę, koniecznie odwiedzaj porty i targi rybne – zawsze jakaś budka smaży na bieżąco dopiero co wyłowiony 🙂

      • Karolina

        Essaouira pod tym kątem wydaje się rajem – przy porcie była cała masa stoisk smażących ryby. A w Marrakeszu widziałam, jak ludzie zajadali się na placu Jeema el-Fna na przykład ślimakami 🙂

  7. Zdjęcia pewnie nie oddają całego uroku tych miejsc ale i tak jestem zauroczona 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *