Ogrody Majorelle, czyli oaza zieleni w Marrakeszu

Marrakesz wielu kojarzy się pewnie z „orientalizmem” i „egzotyką”, i jakkolwiek za tymi słowami nie przepadam, a za użycie ich na studiach oberwałoby mi się po łapach, coś jednak w Maroku takiego jest, że przyciąga zbłąkane dusze już od dawna. Teraz są to głównie backpackersi lub znudzeni francuscy korpo-niewolnicy, lecz oprócz nich do Maroka przybywają wszelkiej maści artyści. Kto by pomyślał, że niedaleko za murami mediny na dłużej zaszyje się słynny projektant mody Yves Saint Laurent? Nie odważył się on zamieszkać w chaotycznym centrum – jego wybór padł na jedną z najbardziej ekscentrycznych i luksusowych rezydencji w Marrakeszu, z przylegającym do niej ogromnymi Ogrodami Majorelle, zwanymi po francusku Jardin Majorelle (حديقة ماجوريل).

Jakiś czas temu pewien znajomy powiedział mi, że najbardziej z pobytu w Marrakeszu zazdrości mi ogrodów Majorelle. A ja, przyznam szczerze, nie miałam pojęcia o czym mowa. Jakie ogrody? W Maroku? Chyba coś mu się pomyliło. Kiedy w samolocie sięgnęłam po przewodnik “Top 10”, jedną z pierwszych pozycji był właśnie ten “Tajemniczy Ogród”, o którym usłyszałam po raz pierwszy kilka tygodni wcześniej. Jego nazwa nie oznacza nic specjalnego, mimo że dla osoby nieznającej francuskiego zdaje się brzmieć prawie jak nie z tego świata. Pochodzi ona od nazwiska francuskiego malarza – Jaquesa Majorelle, który w ramach zaleconej mu przez lekarzy rekonwalescencji w Maroku, skupił całą swoją uwagę na stworzenie ogrodu. Od roku 1924 na przestrzeni prawie 40 lat, kiedy Maroko było protektoratem Francji, powstało zatem jedno z najsłynniejszych miejsc w Marrakeszu, jakże innych od souków, o których się niedawno rozpisywałam.

majorelle5 majorelle8 majorelle7 majorelle6

Nie wiem czy do końca przekonało mnie to miejsce na tyle, żeby uznać je za jedno z najpiękniejszych w Marrakeszu. Może dlatego, że kiedy już do niego dotarłam, po powolnym spacerze wśród uliczek mediny, napotkałam istne tłumy. Słońce prażyło, a ja stanęłam grzecznie w kolejce po bilet. Po wejściu do środka znowu ściana zwiedzających. Światło też niezbyt inspirujące do zdjęć, bo jakkolwiek próbowałam się do jakiejś fotki przymierzyć, to było pod słońce. Naprawdę, miałam przez chwilę wrażenie, że słońce się obraca dookoła, wyśmiewając mnie w najlepsze. No ale nie mogę narzekać, bo mało kiedy mam okazję chodzić w cienkim sweterku pod koniec grudnia.

majorelle11

majorelle33 majorelle12 majorelle13

Najbardziej charakterystycznym elementem Ogrodów Majorelle jest kolor niebieski, zwany po francusku bleu Majorelle. Nie jest od jednak wymysłem pana Majorelle – zafascynował się on ozdobami na tradycyjnych marokańskich domach i postanowił użyć go w swoim ogrodzie. Jednak zamiast, tak jak można to podziwiać w medinie, pokolorować na niebiesko szczegóły, takie jak drzwi, okna, czy też dodać trochę tego koloru na wzorach kafelek, postanowił on pomalować na niebiesko wszystko co się da. Dosłownie. Doniczki, schody, altanę, dom. Nie jestem osobą, która rozmyśla o swoim wymarzonym domu, bo zamiast wydawać kasę na mieszkanie, wolałabym sobie kupić kolejny bilet na samolot, nie mówiąc już o braniu kredytu na dom (tak, przeliczam wszystko na książki lub podróże), ale pomyślałam sobie przez chwilę, że kiedyś jak będę miała ogród, to także pomaluję donice na taki bijący po oczach kolor. I to nie byle jaki, bo bleu Majorelle!

Głębia niebieskiego świetnie kontrastował się z kolejnym dość często używanym w kulturze marokańskiej kolorem – żółtym. To właśnie żółte skórzane babouches, o których wspominałam niedawno, zakładają mężczyźni na ważne okazje. Ceramika z Fezu opiera się na grze niebieskiego z żółtym, więc coś w tej mieszance musi być!

majorelle15

majorelle29 majorelle44 majorelle27

Na szczęście większość turystów średnio była zainteresowana wizją spacerowania po całym ogrodzie, jak mogli sobie zrobić zdjęcie przy altanie, wrzucić na Facebooka i mieć to całe straszne i męczące zwiedzanie z głowy. Zatem zaraz po wejściu i strzeleniu kilku selfies, większość z nich udawała się do kawiarni na terenie ogrodów, gdzie mogli wypić sobie lemoniadę, kosztującą fortunę. I poczuć się przez chwilę niczym Yves Saint Laurent, który pokochał to miejsce na tyle, że w 2008 po jego śmierci rozrzucono na terenie Ogrodów Majorelle jego prochy.

majorelle17 majorelle24

majorelle30

majorelle38 majorelle28 majorelle25

W zacisznym kącie ogrodu znajduje się mały pomnik upamiętniający wybitnego francuskiego projektanta. Przyznam, że mogli się trochę bardziej postarać. Rozumiem minimalizm, ale zupełnie nie trafiają do mnie roślinki w doniczkach, jakby żywcem zabrane z mieszkanka jakiejś babinki. No ale co kto lubi.

majorelle19

Yves Saint Laurent nigdy nie mieszkał tu na stałe, lecz często przyjeżdżał do rezydencji na terenie Ogrodów Majorelle ze swoim partnerem Pierre Bergé. Po ich rozstaniu także sam, ale to właśnie Bergé nadzorował rozrzucenie jego prochów w Majorelle, a w swojej przemowie pożegnalnej obiecał także, że dołączy do niego w Marrakeszu.

majorelle4majorelle3
majorelle1Yves Saint Laurent dans sa maison de Marrakech - 1976 PB 050876/4-8A

Z dala od zgiełku, chaosu, lecz nadal w centrum zainteresowania turystów – tak źle i tak niedobrze. W ogrodzie oprócz pięknych kolorów można znaleźć wiele rzadkich gatunków roślin. Ja niestety się na florze w ogóle nie znam, więc oceniałam je oczami laika. Ale muszę przyznać, że wyjątkowo do gustu przypadły mi niektóre kaktusy. Może dlatego, że są to bodajże jedyne rośliny, których nie udało mi się do tej pory zabić. Uśmierciłam nawet przepiękne drzewko bonsai (盆栽), które dawno dawno temu dostałam od taty. A tak się starałam… Naprawdę!

majorelle41 majorelle35 majorelle34

Nie przepadam za „zwiedzaniem”, zaliczaniem jakiś konkretnych budynków czy muzeów. Wiem, że niektóre z nich po prostu warto odwiedzić, zresztą, wiele z takich atrakcji jest naprawdę wyjątkowych. Ale to oznacza z reguły, że na ten sam pomysł wpada w tym samym czasie cała masa osób i zamiast nacieszyć się danym miejscem, trzeba wymijać slalomem ludzi robiących sobie, swoim dzieciom, żonom, dziewczynom, itp, zdjęcia. Zawsze, kiedykolwiek wspominam, że nie przepadam za tłumami, rozmówcy wpadają w śmiech – jak to, dziewczyno, nie lubisz tłumów, a ciągnie Cię do Azji? Mieszkałaś rok w Tokio, jak to przeżyłaś?! Odpowiadam zawsze z uśmiechem, że nie wiem, ale ostatnio coraz bardziej zaczynam to wszystko układać sobie w głowie. Otóż nie przeszkadza mi tłum ludzi idący gdzieś, śpieszący, bo widzę, że każdy coś robi, gdzieś zmierza i mnie to jakoś fascynuje. Może dlatego tak bardzo uwielbiam lotniska? Nie cierpię jednak tłumu, który czeka na coś. Albo kręci się bez celu. Dodajmy ludzi, którzy ustawiają się w tak długiej kolejce, żeby zrobić sobie zdjęcie z kaktusem w zabawnym kształcie, jakby rozdawali coś za darmo plus całą masę bezwiednie kręcących się turystów i zmęczenie murowane. Dlatego też po rundce dookoła Ogrodów Majorelle, wróciłam z ulgą do tętniącej życiem mediny.

To nie był jednak koniec atrakcji na ten dzień, wręcz przeciwnie – to drugą jego część wspominam do tej pory. Tak, Ogrody Majorelle były na swój sposób piękne i inspirujące, ale przyjechałam do Maroka chyba po coś innego. Kilka dni wcześniej wyczytałam na jakimś blogu w Internecie o kawiarence zwanej Henna Café i od razu wiedziałam, że po prostu muszę tam się wybrać podczas swojego pobytu w Marrakeszu. Nie jest to ani zwykła kawiarnia, ani też po prostu miejsce, gdzie można sobie zrobić hennę. Henna Café wspiera lokalne inicjatywy, organizuje lekcje z angielskiego, francuskiego czy arabskiego, zarówno dla cudzoziemców, jak i ludzi z okolicy. Każdy może na nie przyjść, ale także je zorganizować. Dlatego w przeszłości odbywały się w niej różne kursy, od fotografii, poprzez aktorstwo czy warsztaty poprawiania CV.

hennacafe2 hennacafe5 hennacafe7 hennacafe8

Główną atrakcją jest jednak henna, w końcu to od niej kawiarnia czerpie swą nazwę. Otóż kilka kobiet mieszkających w pobliżu bierze udział w całym przedsięwzięciu i nie dość, że przygotowuje pastę z organicznej henny, to jeszcze maluje wzory. Nie ma specjalnego salonu ani prywatnego pokoiku – jedna z miłych pań przychodzi do stolika i dosłownie w kilka minut maluje na Twej dłoni cudo, które wcześniej wybiera się z katalogu. Cena jest podana z góry, więc nie ma później przykrej niespodzianki, jak to często bywa w Marrakeszu. No i jak zdarzyło się także mi podczas przejazdu taksówką z lotniska do hotelu…

Malowanie zajmuje dosłownie kilka minut i cały proces wygląda wyjątkowo prosto. Kobieta, która stworzyła na mojej lewej dłoni istne cudo, wyglądała, jakby robiła to od niechcenia, ale efekt mnie zachwycił. Nie do końca byłam pewna, czy mi się spodoba, dlatego zdecydowałam się na ozdobienie tylko lewej ręki – i już wiem, że następnym razem, oby taki nastąpił, skuszę się na obie. I jeszcze na stopy, w końcu jak szaleć to szaleć. Wybór wzoru zajął mi całe wieki, bo przyniesiono mi wielką księgę ze stronicami pełnymi pięknych szlaczków i od tego nadmiaru aż mi się zakręciło w głowie. Ostatecznie wybrałam kilka wzorów i spytałam się pani od henny o radę, a ta, po spojrzeniu na mnie, na moją dłoń, znowu na mnie, znowu na dłoń, poprzewracała stronice w książce i wskazała konkretny wzór, jeden z tych, nad którymi się zastanawiałam. Niech się stanie! – pomyślałam i oddałam się we władanie drobnej kobiecinki, która mówiła po arabsku, ja do niej po angielsku, ale na szczęście uśmiech jest taki sam, bez względu na wyznanie, kolor skóry czy kulturę.

hennacafe4

hennacafe6 hennacafe3

Kiedy moja lewa dłoń pokryła się w mgnieniu oka pięknymi wzorami, musiałam powstrzymać się przed robieniem czegokolwiek tą ręką i polecono mi poczekanie, jak najdłużej się da. Jako że w ofercie kawiarenka miała całą masę wegetariańskich i wegańskich opcji, skusiłam się na talerz ciasteczek i niezawodną herbatę. Nie byłam specjalnie głodna, ale po dokładnym przestudiowaniu menu obiecałam sobie, że tu jeszcze wrócę. Zanim tak się jednak stało, zjadłam cały talerzyk ciasteczek, które zachwycały nie tylko smakiem, ale także prostotą. A w końcu to takie dania są najsmaczniejsze. Czego zresztą trzeba do szczęścia więcej – mieszanka daktyli, orzechów, cukru i do tego napar ze świeżej mięty z odrobiną czarnej herbaty i voilà – satysfakcja murowana.

tajfuny5

hennacafe1

Siedziałam tak sobie nawet nie wiem jak długo, zajadając jedną ręką ciastka, popijając herbatkę i przeglądając przewodnik. Po jakimś czasie wróciła pani z miseczką soku z cytryny i zaczęła przemywać swoje (a może już moje?) małe dzieło sztuki. Pan z obsługi, który na szczęście dość dobrze mówił po angielsku, wytłumaczył mi, jak dbać o świeżą hennę, aby ani nie zepsuć wzoru, ani nie umazać wszystkiego dookoła mocno barwiącą pastą. Otrzymałam coś na kształt rękawico-rękawa, który miałam włożyć i w nim spać, aby nie pobrudzić pościeli. Nie macie pojęcia, jaką furorę robiłam potem na mieście – nagle zaczęłam wzbudzać jeszcze większe zainteresowanie. Kilkakrotnie zaczepiły mnie na ulicy kobiety, pytając się mnie po cichutku: „OK?”, „ça va?”, albo komentując coś po arabsku z dość zmartwionym wyrazem na twarzy. Na szczęście prędzej czy później część zmartwionej populacji Marrakeszu orientowała się, że nie, nie złamałam ręki, ani nie pochlastałam się niczym – to po prostu henna. „Ach, henna!” – wyszeptała kobieta w burce do swojej koleżanki i jej oczy rozbłysły uśmiechem. A może tak mi się tylko wydawało?

Moje rozstanie z Henna Café nie trwało jednak długo – wróciłam tam już następnego dnia, tym razem na lunch. Zabrałam jednak ze sobą książkę, którą skończyłam w samolocie z Berlina, aby zostawić ją na półeczce. Pewnie część z Was zapyta, po co zostawiać książkę na drugim końcu świata? Nie jest to bynajmniej mój oryginalny pomysł, a szkoda, bo muszę przyznać, że od razu bardzo mi się spodobał. Książkę zostawiłam w Marrakeszu, w miejscu, z którym wiążę całą masę pozytywnych wspomnień, z nadzieją, że kiedyś odwiedzi tę kawiarenkę jakiś nasz rodak tudzież rodaczka i w oczekiwaniu na wyschnięcie henny albo po prostu, w ramach towarzystwa do jedzenia czy herbaty, zabierze się za lekturę książki, którą znalazł chwilę temu na półce i to po polsku. A wiecie, co w tym wszystkim jest najpiękniejsze? Ze takich książek na całym świecie jest z każdym dniem coraz więcej, a wszystko to dzięki akcji „Książka w podróży”, zainicjowanej przez niesamowicie sympatyczną parę z bloga I saw pictures, Agnieszkę i Maćka.

Zatem ogłaszam wszem i wobec – pierwszą tajfunową książką, która bierze udział w tej wspaniałej akcji jest „Transsyberyjska. Droga żelazną drogą przez Rosję i dalej” Piotra Milewskiego, opisująca jedną z moich najbardziej wymarzonych podróży – lądem (i kawałek morzem) do Japonii. Tak, Milewski nie dość, że zrobił to, o czym śnię odkąd pamiętam, czyli odbył podróż Koleją Transsyberyjską, a potem wsiadł w prom we Władywostoku, który zawiózł go do Japonii, to jeszcze napisał o tym całkiem dobrą książkę. Dlatego, jeśli kiedykolwiek będziecie w Marrakeszu, to zajdźcie proszę do Henna Café, przygarnijcie tę książkę i dajcie znać, czy się Wam spodobała. A jeśli nie macie w planach wizyty w Maroku, w akcji bierze cała masa blogerów, którzy zostawiają niezwykle ciekawe lektury dosłownie na całym świecie, dlatego przed kolejną wyprawą albo nawet po prostu, ot tak, z ciekawości, zajrzyjcie na mapkę, gdzie można zobaczyć, gdzie wędrują „Książki w podróży”. Ciekawe, gdzie zawędruje moja książka? Nie mogę się doczekać, aż ktoś kiedyś ją znajdzie i mam nadzieję, napisze do mnie z opisem jej dalszych losów. Ach, to tak jakby po świecie podróżowała część mnie, nawet jak ja jestem w miejscu. Toż to wspaniałe uczucie!

  1. Piękne zdjęcia! Bardzo żałuję, że nie miałam okazji zajrzeć do Marrakeszu jak byłam w Maroku w kwietniu. Mam nadzieję, że uda mi się tam dotrzeć w nadchodzącym roku, a Ogrody Majorelle już wpisuję na listę miejsc do odwiedzenia 🙂
    Pozdrawiam!

    • Karolina

      Polecałabym odwiedzić Ogrody Majorelle z samego rana, bo ja wybrałam się tam po lunchu i nie byłam w stanie się do końca nacieszyć atmosferą tego miejsca – co chwilę wchodziłam komuś w kadr, próbowałam nie zdeptać biegających dzieciaków albo musiałam chodzić slalomem między ustawionymi z selfie-sticks turystami 😛 A Marrakesz to magia, więc koniecznie musisz się tam kiedyś wybrać!

  2. Bylam w Marrakeshu zdaje sie jakies 2 tygodnie przed Toba i ogrod Majorelle to bohater jednej z moich ulubionych anegdot z tego pobytu. Razem z moim chlopakiem nie moglismy znalezc do nich drogi – pierwszy dzien, ba! pierwsza godzina zwiedzania i troche bylismy zagubieni (jak zreszta przez caly 3-dniowy pobyt;). W koncu moj chlopak zapytal o droge napotkana na drodze kobiete. Ta bardzo dlugo, z usmiechem i sympatycznie objasniala mu jak dojsc i na koniec dodala: „Jak juz bedziecie na miejscu to zapytajcie o pana Majorelle i przekazcie pozdrowienia od pani Mamouni. Jak powiecie panu Majorelle ze jestescie od pani Mamouni, to wam pokaze zamkniete dla innych czesci ogrodu!” Podziekowalismy i tak tez zrobilismy!! Zaraz przy bramie, moj chlopak zapytal straznika o pana Majorelle ….na co odpowiedzial nam pelen politowania usmiech i odpowiedz, ze pan Majorelle juz niestety umarl dawano temu….
    To nie byl jedny raz, kiedy zostalismy przez tubylcow „wkreceni”…:) (chociaz akurat ten byl jednym z bardziej sympatycznych hmmm „wkretow”;)

    • Karolina

      Hahaha, co za historia! Ale się uśmiałam 😀 Ale przynajmniej ten wkręt był wyjątkowo sympatyczny, bo zdarzają się niestety w Maroku sytuacje także z kategorii mało zabawnych…

  3. Oj ten kobaltowy, jak jak go uwielbiam, ale on tak doskonale się prezentuje wśród tej szalonej zieleni. A Ty idealnie tam pasujesz:). Doskonałe zdjęcia, po prostu pięknie!

  4. Maroko było moją pierwszą wielką miłością podróżniczą nieprzerwanie od 2008. A w te święta tam wróciłam i spędziłam fantastyczne 3 tygodnie.
    Zdjęcia masz super! A słodycze marokańskie są przepyszne!

    • Karolina

      Ja już się przymierzam do tego, kiedy by tam nie wrócić.. Ale na razie w planach dłuższa wyprawa do Azji, więc Maroko musi troszkę poczekać 😛

  5. Oczy odpoczywają od widoków 😉

  6. Ale bym się teraz chętnie w takim pięknym ogrodzie znalazła 🙂

  7. Nie miałam jeszcze okazji odwiedzić Maroka, ale zachwyciły mnie te zdjęcia z ogrodu, te połączenia kolorów: niebieski, żółty i pomarańczowy – wszystkie razem w słońcu wyglądają zachwycająco – aż oczu nie można oderwać od kolorowych doniczek 🙂

  8. Wow, piękne te ogrody i piękne zdjęcia! Przez Ciebie teraz żałuję, że sobie nie zrobiłam hennowego wzorka będąc w Maroku 😉

  9. Bardzo fajnie czytało mi się ten post – na pewno będę zaglądać nie raz na Twojego bloga! Dopisuje Maroko do swojej listy miejsc, do których chcę pojechać. I na pewno odwiedzę Henna Café! 🙂 Pozdrawiam z Indonezji!

    • Karolina

      Mam nadzieję, że inne posty także Ci przypadną do gustu 🙂 A Maroko z pewnością warto odwiedzić. Żałuję, że spędziłam tam tylko tydzień, ale przynajmniej przekonałam się, że chcę tam wrócić i poznać ten kraj lepiej. Henna Café polecam z całego serca – niesamowita pamiątka, nawet jak po kilku tygodniach nie ma po niej już śladu

  10. Słyszałam o tych ukrytych ogrodach w Marrakechu. Wyglądają fantastycznie! Aż by się chciało w nich zgubuć 🙂

  11. Jeszcze nie przeczytałam, a już muszę skomentować – kolory są fantastyczne! 🙂

  12. Och, dawno nie widziałam piękniejszego miejsca! Co za roślinność, kolorystyka 🙂 Jeśli tylko uda mi się kiedyś dotrzeć w te strony, Ogrody Majorelle będą pierwszym miejscem, jakie odwiedzę! Rewelacja 🙂

  13. Jak już Ci wspominałam – Maroko kusi mnie od dawna, a Twoje opowieści i zdjęcia, tylko mnie w tym utwierdzają.
    Ha, ha, pamiętam, jak mi pisałaś, że masz alergię na słowo „orientalny” 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *